sobota, 11 stycznia 2014

30. Czerń

Hauru   


   Kiedy zbliżałem się już do wejścia do naszego parku, zobaczyłem w oddali rudą czuprynę dziewczyny, którą tak kochałem. Zatrzymałem się w miejscu. W miarę jak się zbliżała, widziałem coraz dokładniej każdy szczegół jej postaci. Loki spływały jej falami na ramiona, odstając we wszystkich kierunkach mierzwione przez podmuchy letniego wiatru. Równie szalone, co ona. Miała na sobie zwiewną hippisowską bluzkę w tęczowe koła i wytarte jeansy. Nie widziała mnie, patrzyła w niebo, a jej twarz wyrażała zwykłą, codzienną radość życia. Jak dawno nie widziałem jej tak beztroskiej... Może powinienem już wejść? Zaraz przyjdzie, a na mój widok pewnie znów się zmartwi...
   Za późno. Wzrokiem wróciła na ziemię i mnie dostrzegła. Nasze spojrzenia się spotkały. Głupio tak teraz ją olać...
 - Witaj, piękna Kalipso! - zawołałem szeroko się uśmiechając.
 - Coś Ty dzisiaj w takim dobrym humorze? - spytała, o dziwo, również z uśmiechem na ustach.
 - Mam przeczucie, że to będzie cudowny dzień! Dziś rano przed lustrem stwierdziłem, że chyba włosy w końcu odrosły mi na porządną długość! Czyż to nie wybitny powód do radości?! - zażartowałem.
 - Ach... A ty znowu swoje. Narcyz. - zaśmiała się i razem weszliśmy w krąg drzew.
 - Cześć! - odezwał się spod świerka Benvolio, gdy tylko doszliśmy na miejsce.
 - Hejka. Nie ma jeszcze reszty? - spytała Kalipso.
 - Są. To znaczy poszli po picie, bo straszny dziś upał. Zaraz wrócą.
 - Trzeba było im powiedzieć, żeby zaczekali, to komuś się da zadanie żeby wleźć do fontanny. Wszystkim zrobiłoby się chłodniej. - zaśmiałem się i usiadłem koło bruneta.
 - Uff... dobrze, że to nie ty wymyślasz dziś zadanie. Nie widziało by mi się moczenie w tych ciuchach. - powiedziała ruda.
 - A to czemu? - posłałem jej chytry uśmieszek.
 - Bo te ubrania farbują! - odpowiedziała lekko się uśmiechając. - I nie chcę wiedzieć, co sobie pomyślałeś.
 - Skoro nie chcesz wiedzieć, to znaczy, że już się domyśliłaś...
 - Hauru! - posłała mi ostre spojrzenie, w którym jednak czaiła się pogoda ducha.
   W tym momencie zza drzew wyszła reszta naszych przyjaciół.
 - Cześć! - przywitał nas Rod.
   Że też musiał przerwać tak interesującą rozmowę...
 - Hejka. - Kalipso podeszła do niego i pocałowała na przywitanie jednocześnie wpychając mu w rękę butelkę po fancie.
 - To może mała wymiana? - zaproponował, wskazując na świeżo kupioną butelkę wody.
 - Przyjmuję twoje warunki. - mrugnęła do niego okiem i wzięła wodę.
 - Dobra ludzie, siadać w kółku, bo mam już ochotę gdzieś stąd pójść! - zawołał Benvolio.
   Sam miałem to powiedzieć, więc z zapałem zająłem swoje miejsce w kręgu.
   Nie odczułem też zdziwienia, kiedy okazało się, że to do mnie będzie należeć dzisiejsze zadanie. Od przebudzenia czułem, że coś się dzisiaj wydarzy.
   Rod popatrzył na mnie z sadystycznym uśmieszkiem.
 - Aj... - jęknął Benvolio. - Będzie jatka.
   W tym momencie Kalipso nachyliła się nad uchem swojego chłopaka i zaczęła mu coś intensywnie szeptać do ucha. Na jego ustach wykwitł jeszcze większy uśmiech, aż przeszły mnie dreszcze. Co ta postrzelona dziewczyna znowu wymyśliła?!
 - Podpowiadanie jest nie zgodne z zasadami! - zawołałem.
 - Tak się składa, że to ja jestem od pilnowania zasad. - odpowiedział Rod. - I wydaje mi się, że nie ma nic złego w małej wskazówce...
   Spiorunowałem go wzrokiem.
 - Mam dla ciebie świetne zadanie. - powiedział po chwili napawając się chwilą wyższości. - Przefarbuj włosy. Na hebanową czerń.
 - Co?! No chyba cię po... 
   Reszta zdania została zagłuszona przez zbiorowy okrzyk zachwytu moich przyjaciół.
 - Nie martw się, Hauru. Pomogę Ci dobrać odpowiednią farbę. - zaoferowała się ruda.
 - Nie zrobię tego! - zaprotestowałem.
 - Właściwie nawet będzie ci ładnie w czerni... - wtrąciła niepewnie Rafaela.
 - Do końca wakacji ci odrosną. Już nie rób takiej afery. - dodała Antiochis.
 - Et tu Brute contra me? - spytałem.
 - Oczywiście! - odparła rozbawiona.
 - No! - zawołał triumfalnie Rod. - Chodźmy kupić ci jakąś ładną farbę!
 - Przysięgam, ze cię za to zabiję... - oznajmiłem, ale podniosłem się z ziemi.
   Będę chodził przez resztę wakacji w kapturze. No trudno.



   Nigdy nie sądziłem, że będę siedział z piątką przyjaciół zamknięty we wnętrzu łazienki mojego domu. Tym bardziej nie przyszło by mi do głowy, że w takich oto okolicznościach, będę zmuszony farbować moje idealne złote włosy, na czarno. Choć w sumie zawsze mogło być gorzej. Dziękowałem Bogu, że nikomu nie przyszło do głowy, aby zafarbować mnie na różowo.
   W sklepie poszło dosyć szybko. Dziewczyny dopchały się do półek z farbami i zaczęły dyskutować o trwałości i intensywności poszczególnych marek. Po krótkiej wymianie zdań wsadziły mi opakowanie do rąk i kazały iść zapłacić. Nawet nie chcę sobie przypominać, jaką minę miała kasjerka... powiedziałem, że to dla mojej dziewczyny.
   Teraz siedziałem nad instrukcją podczas gdy reszta szczegółowo zwiedzała pomieszczenie...
 - Serio używasz tylu kosmetyków? - zapytał Rod, patrząc sceptycznie na półkę nad umywalką.
 - Zajrzyj do szafki obok, tam są rzeczy Se. Wtedy pogadamy, czy to jest dużo... - odparłem.
 - Kurde... jaka wielka wanna... - usłyszałem głos Benvolia
 - Ta. - mruknął Rod. - Brakuje tylko szampana.
 - Jest w dolnej szafce pod umywalką. - odpowiedziałem.
 - Otwieramy? - zapytał Benvolio podniecony.
 - Mówiłeś, że nie pijesz. - wtrąciła Anti.
 - Oj, taka okazja...
 - Okazja to będzie, jak już Hauru pofarbuje te włosy.
 - Jak ci tam idzie? - spytała Kalipso.
 - Nie rozumiem tego kompletnie. Może niech któraś z was mi powie, jak to się robi. - odparłem zrezygnowany.
   Dziewczyna westchnęła i podeszła do mnie.
 - Zacznijmy od tego, że musisz mieć wilgotne włosy.
 - No to do roboty! - zawołał Benwolio. 
   Chwycił jedną ręką za prysznic, a drugą odkręcił kran. Woda poleciała wartkim strumieniem mocząc nas wszystkich razem z ubraniami. A najbardziej dostało się oczywiście mnie.
 - Dzięki, Benvolio. - warknąłem.
 - Sorki...
 - Ok... - powiedziała Kalipso wyciskając wodę ze swoich rudych włosów. - Teraz załóż rękawiczki i wetrzyj farbę we włosy. Jak szampon.
 - Co ci się tak bardzo nie podoba w mojej fryzurze, co? - jęknąłem.
 - Nie marudź. To nie tak, że mi się nie podoba, tylko tak mi to wpadło do głowy.
 - Dawaj, Hauru! Zrób to! - zachęcał Benvolio.
 - Nie no nie jestem w stanie... - zawodziłem dalej.
 - Niech ktoś mu weźmie to wleje sam na głowę... - zaproponowała Rafaela.
 - Genialne! - podchwycił jej pomysł Rod.
 - O nie, nie, nie, nie, nie... - zacząłem się cofać, ale nie zauważyłem wanny. Przewróciłem się i wpadłem do środka.
 - Teraz! - zakrzyknęła Rafaela.
   Rod i Benvolio unieruchomili mnie w miejscu wykręcając mi ręce do tyłu i trzymając je za plecami. Próbowałem się wyrwać, a wtedy do wanny weszła Kalipso i bezceremonialnie wylała mi zimną, lepką ciecz na głowę.
 - Zostawcie! - krzyknąłem.
   Ale nikt nie zważał na moje słowa. Chłopaki nadal trzymali mnie za ręce, Anti robiła zdjęcia, a Kalipso zręcznymi palcami rozcierała farbę we włosach.
 - Czuję się, jakbym był gwałcony! - wychrypiałem.
 - Ciesz się. To chyba jedyna okazja, żeby wylądować razem z Kalipso w wannie. - zażartował Benvolio za co został natychmiast zbesztany wzrokiem przez rudą i jej chłopaka.
 - Nie w taki sposób to sobie wyobrażałem. - jęknąłem.
 - A więc sobie wyobrażałeś? - spytała Kalipso i mocniej pociągnęła mnie za czuprynę.
 - Ała! Kobieto, opanuj się... To miał być komplement...
   Dziewczyna oderwała ręce od moich włosów i wyszła z wanny podziwiając swoje dzieło zniszczenia.
 - No. Teraz wystarczy trochę poczekać, a potem ci to spłuczemy - zawyrokowała.
 - Poczekać? To ja mam tak siedzieć z tym na głowie? - oburzyłem się.
 - Właściwie możemy cię już wyjąć z tej wanny i zająć się czymś innym przez tą chwilkę. - zaproponowała Anti
 - O! Mówiłeś, że byłeś zajęty kręceniem jakiegoś filmu. - przypomniał sobie Rod. - Mogę pójść po twojego laptopa i zobaczymy, jak tam wam idzie!
   Zanim zdążyłem zaprotestować, reszta wyraziła zgodę i chłopak wyszedł z łazienki.
   Wstałem. Ręce i nogi mi się trzęsły, sam nie wiem do końca dlaczego. Podszedłem do lustra i omal się nie załamałem.
 - Co wy żeście najlepszego zrobili...
 - Poczekaj. Jeszcze nie widziałeś efektu końcowego. - przypomniała mi dobitnie Rafaela
 - Jak go zobaczę pewnie stłukę wszystkie lustra w domu...
 - Dramatyzujesz.
   Do pomieszczenia wpadł Rod.
 - Mam! Na schodach spotkałem Seserakch i dała mi pendriva ze zbiorem najlepszych twoich filmów. A przynajmniej według niej najlepszych... więc podejrzewam, że to coś ciekawego!
 - Jej nie można ufać. Pewnie jest tam "American Pie". To by było w jej stylu. - odpowiedziałem.
   Usiedliśmy pod ścianą. Rod trzymał laptopa na kolanach i otwierał po kolei pliki. Już wiedziałem, co Se miała na myśli mówiąc, że to moje "najlepsze" filmy... w jej kolekcji znalazły się głównie nagrania na których przez przypadek komuś spadają części garderoby, potykam się o różne przedmioty rozwalając ujęcie, pies koleżanki zaczyna ujadać podczas romantycznego dialogu, pająk chodzi po podłodze, a wszystkie dziewczyny wpadają w panikę, rodzice wchodzą do pokoju w najmniej odpowiednim fragmencie... i inne tego typu przygody z planu.
 - Dowartościowujesz mnie, Hauru. - odezwał się Benvolio, którego uśmiech wyrażał coś w rodzaju wdzięczności.
 - Weź się nie odzywaj... nie mam pojęcia skąd ona to wzięła! - zawołałem.
 - Chyba już czas to zmyć. - odezwała się Kalipso.
 - Ale jeszcze trochę tego zostało! - odpowiedział Rod.
 - To oglądajcie dalej, a ja mu pomogę.
   Wstaliśmy i odeszliśmy od reszty. Czułem się dziwnie, kiedy klęcząc nad wanną pozwalałem jej zmyć resztki farby z moich włosów. Jej ruchy były pewne, a dłonie delikatne. Zamknąłem oczy. Ten dotyk to chyba jedyna pozytywna rzecz, jaka wynikła z całego tego zadania.
   Strumień wody ustał. Dziewczyna poszła po ręcznik. Podniosłem się, a chwilę później już wycierała mi włosy w niesamowitym skupieniu.
 - Sam mogłem to zrobić. - powiedziałem.
 - Wiem. - odparła.
 - Ej! Tu są też wycinki z zadania Kalipso! - zauważył Benvolio.
   Serce mi zamarło. To niemożliwe... Przecież wszystko to usunąłem już dawno temu... jak...?
   Podbiegłem do ekranu, a ruda podążyła za mną. Była blada jak ściana.
 - To już widzieliście. - powiedziałem. - Starczy tego dobrego.
 - Czekaj! Rafaela nie oglądała tych filmików. - wtrącił Rod.
   Po czym i on zamarł.
   Na ekranie pojawiło się koło garncarskie, za którym siedziała Kalipso w skąpym ubiorze. Biały kitel, spod którego widać było gołe nogi, był już mocno wymięty po godzinach prób i nieudanych ujęć. Ale w żadnej mierze jej to nie oszpecało. Wyglądała przez to jeszcze seksowniej... Wiedziałem, co się zaraz wydarzy. Czułem zbliżającą się katastrofę. W filmie pojawiłem się ja. Usiadłem za rudą. Przejechałem dłońmi, po całej długości jej ramion.
   Spojrzałem na Roda.
   Zmarszczył brwi, jakby nie dowierzał temu, co widzi.
   Na ekranie pochylałem się nad szyją Kalipso i ledwo dotykałem jej ustami. Przypomniałem sobie, jak w tamtej chwili każda cząstka mego ciała chciała się z nią połączyć, ale w duchu walczyłem ze sobą. Nie śmiałem zbliżyć się bardziej. Wtedy siedziała do mnie tyłem. Nie mogłem do końca poznać jej reakcji. Teraz widziałem, jak płonęła z rozkoszy. Coś ścisnęło mnie w gardle.
   Wszyscy wpatrywali się z szeroko otwartymi oczami w laptopa. Rod zrobił się czerwony na twarzy i widziałem, jak napinają się na nim mięśnie, a dłonie zaciska w pięści.
Film zbliżał się ku końcowi. Wiedziałem, że za chwilę reszta ochłonie z otępienia i zacznie się masakra. Ale jedyne, o czym mogłem myśleć to to, jak bardzo wtedy skrzywdziłem Kalipso. Wykorzystałem ją... Tak bardzo jej pragnąłem, że wykorzystałem byle jaki pretekst, aby jej dotknąć. Ta chwila zatracenia... Myślałem, że tylko dla mnie była tak intensywna. Myślałem, że ona za mną nie przepada i że traktuje to jedynie jako odrobienie zadania. Ale chyba się myliłem...
 - I tak masz to zrobić! - usłyszałem własny głos na filmie, kiedy zwracałem się do Artura. A w oczach Kalipso czaiło się zagubienie.
   Zapadła cisza.
   Rod ostrożnie oddał laptop siedzącemu obok Benvoliowi i wstał, a ja odruchowo stanąłem naprzeciw niego. Jego oczy były szeroko otwarte. Na pewno nie zamierzał się na mnie wydrzeć, ale to żadne pocieszenie.
 - Czyli w całej tej kłótni chodziło o Kalipso.
 - Tak. - odpowiedziałem szczerze.
   Nie było sensu szukać wymówek. Wiedziałem, że przez ostatni miesiąc posunąłem się za daleko, a on nie jest głupi. 
   Jego dziewczyna, jak wywołana do odpowiedzi, zaraz podeszła do niego i próbowała się tłumaczyć, ale nie chciał na nią patrzeć. Kontynuował:
 - Kłamałeś, udawałeś, rozbiłeś całą grupę po to, żeby mieć Kalipso.
 - Nie. Kłamałem i udawałem, aby pozbyć się tego uczucia, bo wiedziałem, że nigdy nie będzie moja.
 - Na jedno wychodzi. Ale przynajmniej mam jasność. - powiedział półgłosem, jakby do siebie, i niby to spokojnie wyszedł z pokoju. 
   Chwilę potem usłyszałem dźwięk zatrzaskiwanych drzwi wejściowych.

29. Listy

Antiochis

 - Dziś kręci, Rafaela, prawda? - upewniła się Kalipso, wyciągając butelkę z torby.
   Jak zwykle siedzieliśmy wszyscy na ziemi, zaczynając się stresować zbliżającym się losowaniem.
 - Tak, wczoraj robiła tamten wianek. - przypomniał jej Benvolio z miną bynajmniej niewyrażającą triumfu.
   Butelka leżała już na ziemi, gdy nagle przypomniała mi się pewna sprawa.
 - Zaczekajcie! - krzyknęłam i zaczęłam przeszukiwać kieszenie. - Byłabym zapomniała: mieliśmy już jakiś czas temu odpisać na list Ciris i wczoraj stworzyłam już coś w stylu szkicu.
 - To przeczytaj go na głos. - poprosił Rod, gdy tylko triumfalnie wyciągnęłam lekko wygięty pliczek papieru.
 - Jasne, tylko wyjmę z koperty. - odparłam i po chwili wszyscy siedzieli zasłuchani, gapiąc się gdzieś w przestrzeń.

      Bardzo się cieszymy, że tak dobrze się bawisz na kursie i że poznałaś tak ciekawych ludzi. Mimo to musimy przyznać, że tęsknimy za Tobą i już nie wiemy, czy lepiej, żebyś wracała jak najszybciej czy została tam i uczyła się jak najdłużej. Wobec tego liczymy na Twoje wyczucie - nigdy nas nie zawiodło.
      U nas w Polsce wszystko w porządku. Systematycznie dokumentujemy nasze dokonania, ale obawiamy się, że zdjęć jest zbyt dużo, żeby Ci je wysłać. Mamy nawet film, na którym Benvolio robi lasagne... Znaczy na początku robi, a potem dzieje się dużo innych rzeczy, które pokażemy Ci, gdy tylko pojawisz się w mieście. W tej chwili możemy co najwyżej opisać Ci pokrótce ostatnie dni, co za chwilę z największą radością zrobimy.
      Przeżywamy renesans prostych zadań. Mimo, że zdarzały nam się bardziej ekstremalne czy po prostu dziwne zadania takie, jak taniec na ulicy (wyzwanie dla Roda) albo "nicnierobienie" (zadanie dla Kalipso pod dozorem Roda), to jednak coraz częściej pojawiają się pomysły równie niewinne co w zwykłej grze w butelkę na wycieczkach integracyjnych. Niemniej jednak staramy się trzymać poziom tym bardziej, że pojawiły się nowe osoby.
      Romea zdążyłaś poznać jeszcze przed wylotem do Francji, towarzyszył nam przez jakiś czas. Gościnnie zadanie wykonywała również Seserakh, starsza siostra Hauru. Wczoraj z kolei dołączyła do nas Rafaela, kuzynka Roda, i mamy nadzieję, że zostanie z nami na dłużej.
      Gdy wrócisz do Polski, obowiązkowo musimy Ci ją przedstawić. Poza tym czekają na Ciebie zdjęcia i film, o których już wspominałam. Przygotuj się na to, że gdy już Cię wyściskamy na tym lotnisku, zasypiemy Cię opowieściami i anegdotkami, których trochę się już nagromadziło - a będzie jeszcze więcej.
      Baw się dobrze i ucz się pilnie. Czekamy na Ciebie i ściskamy na odległość.
   Podniosłam wzrok znad kartki i rozejrzałam się po przyjaciołach, mówiąc:
 - Wystarczy, że się podpiszecie.
 - Zanim się do tego zabierzemy, mam jeszcze jedną uwagę... - wtrącił Rod.
 - Tak?
 - Skreśl, proszę, fragment o zadaniu Kalipso. Myślę, że to nie najlepszy przykład.
 - A to czemu? - zainteresował się Hauru.
 - Bardziej odpowiednie by było... choćby to z pytaniami dla Se.
 - Nie widzę różnicy szczerze mówiąc. List jest w porządku.
 - Skoro tobie nie zrobi to różnicy, a mi zrobi, to wprowadźmy tę zmianę.
 - Ale to dla Anti dodatkowy problem z przepisywaniem. Daj sobie spokój z tym czepianiem się, zwłaszcza, że nie ma o co.
   Rod zerknął ukradkiem na Kalipso.
 - Może rzeczywiście zamieńmy to na coś innego. - poparła swojego chłopaka ruda.
 - No dobra. - mruknęłam.
   Nie chciałam kolejnej kłótni, zwłaszcza, że mieliśmy udawać, że przez ten cały czas nic się nie stało.
 - A tak się tylko zapytam... do kogo piszecie? - odezwała się niespodziewanie Rafaela, uprzedzając jakąś uwagę Hauru.
 - Właśnie, przecież ty zupełnie nie wiesz, o co chodzi! - usłyszałam okrzyk Benvolia i następujący po nim dźwięk uderzenia dłoni o czoło, kiedy znowu pochylałam się nad kartką. - Ciris to nasza koleżanka. Grała z nami dopóki nie wyjechała do Francji na kurs rysunku. Ale ma wrócić przed końcem wakacji.
   Puściłam poprawiony list po kółku i spojrzałam na Rafaelę. Nie wydawała się ani trochę zaskoczona.
 - No to kręcę, tak? - zapytała, zmieniając temat.
 - Tak. - potwierdziłam.
   Wprawiona w ruch butelka po kilku obrotach zatrzymała się wylotem w kierunku Roda. Rafaela spojrzała na kuzyna, marszcząc brwi.
 - No już nie wiem, czy teraz mam łatwiej czy trudniej...
   Ten odpowiedział jej tylko na poły złośliwym uśmiechem.
 - Ale skoro jesteśmy przy pisaniu listów... To mam pomysł! Napiszesz list miłosny na adres naszego byłego gimnazjum. A ponieważ jego patronem był Słowacki, to list będzie zaadresowany do Juliusza!
  Dość nieoczekiwanie Rod wybuch śmiechem.
 - Serio? Chcesz, żeby sekretarka dostała zawału? Albo umarła ze śmiechu? Nie sądziłem, że tak jej nie lubisz!
 - Cóż. Nauczyciele też powinni mieć jakąś rozrywkę w pracy!
 - Zrobię to! Żebyście wiedzieli, zrobię to! - Rod wciąż nie mógł przestać się śmiać. 
   Taki wybuch w jego wykonaniu wyglądał tak nienaturalnie, że sama nie wiem, czy i ja byłam tym zadaniem rozbawiona.
   W końcu spoważniał i bez zawahania zapytał mnie:
 - Został ci jeszcze jakiś papier, Anti?
 - Tak, ale kopertę i znaczek będziesz musiał sam zdobyć.
   Podałam mu pozostały zwitek papeterii, jeszcze bardziej pogięty niż przedtem, a on przyjął go z trochę wciąż rozbawiony, a trochę już pozujący na znawcę-artystę.
 - Będę potrzebował trochę czasu i spokoju. - odezwał się poważnie. - Potem przeczytam wam, co napisałem.
 - Och, myślę, że zajmie ci to niewiele czasu. Masz minę, jakbyś napisał tysiące takich listów. - zażartował Hauru.
   Mój wzrok automatycznie skierował się ku Kalipso, jednak na jej twarzy tylko kącik ust uniósł się delikatnie.
 - Tylko bez żartów! Listy miłosne to niełatwa sprawa. - powiedział z aż za poważną miną, po czym dodał: 
 - Albo jednak będę wam mówił na bieżąco. - dodał i zaczął z namaszczeniem szurać długopisem po papierze. - "Najdroższy Juliuszu!"
  - Ależ oficjalnie... - skomentował blondyn wyraźnie rozbawiony całą sytuacją w równym stopniu co Rod.
   Tamten jednak niewzruszony kontynuował:
 - "Chciałem napisać do Ciebie dużo wcześniej, lecz do dzisiejszego dnia nie starczało mi odwagi..."
  - Podły kłamca. - skomentował cicho Benvolio, na co wszyscy poza Rodem, który za wszelką cenę chciał zachować powagę, zareagowaliśmy wybuchem śmiechu.
  - "Pewnie nie ufasz komuś takiemu jak ja - obcej osobie, której nigdy nie zobaczyłeś wśród tłumów. Ja jednak dojrzałem Cię pośród zastępów wieszczy i znam Cię jak mało kto."
  - Z tego co pamiętam, przeczytałeś jedynie jego testament... - wtrąciła Kalipso.
  - Oj tam, oj tam! - uśmiechnął się przekornie i cyzelował dalej: - "Nie powinno Cię to zaskakiwać - Twoje wiersze, Twoje wielkie i doskonałe dzieła są oknem Twojej równie doskonałej duszy, w której ja dostrzegłem więcej niż inni."
  - Ale się podlizujesz... - zaśmiał się Hauru.
  - "To, co dostrzegłem, jest bardziej niezwykłe niż cokolwiek, co widziałem i czego doświadczyłem w swoim życiu, które teraz wydało mi się puste i nic niewarte. Bez Ciebie, choćby widoku Twojego pisma, choćby literki napisanej przez Ciebie, świat jest tylko zimną skorupą. Razem jednak możemy wzlecieć pod niebiosa, zostawić za sobą ziemski chłód i okrucieństwo, by w zamian pławić się w cieple słońca i blasku tęczy."
 - Z tą tęczą to poleciałeś... - zachichotał Benvolio.
 - Czekajcie, najlepsze jeszcze będzie! - wtrącił Rod i zabrał się za ostatnią część listu: - Dlatego spotkajmy się! Miłość jest naszą jedyną szansą na ocalenie, dlatego będę czekał na Ciebie, ile tylko mi rozkażesz. Nie bądź jednak zbyt okrutny. Twój na wieki..."
  - Podpisz się swoim imieniem. - powiedziała Rafaela, która do tej pory milczała. - To część zadania.
 - Nie przesadzasz? - zapytał z już realnym powątpiewaniem?
 - Nie sądzę. Zbyt łatwo Ci szło.
 - Pfff... No dobra. - zamaszyście nakreślił parę linii u dołu kartki i podał ją Rafaeli.
 - Dzisiaj wyślę. - powiedziała wkładając ją do torebki. - mama trzyma w szafce koperty i znaczki.
 - Za łatwo dziś poszło. Pewnie za chwilę wyskoczy jakiś problem zza krzaka, jak wczoraj. - rzucił Rod, zerkając wymownie to na Benvolia, to na Rafaelę.
Odpowiedziała mu salwa śmiechu.
 - O nic się nie martw, Twój list trafi do tego, na kim Ci tak bardzo zależy! - zapewniła go kuzynka.
 - Miałaś na myśli NIE zależy...
 - Tak, oczywiście... - spochmurniała.
 - No to co? Chyba się zbieramy. - rzucił lekko Hauru.
   Wydawało mi się, że na ten sygnał wszyscy czekali. Zupełnie jakby byli już zmęczeni całą tą grą, swoim towarzystwem i wciąż związanym z tym napięciem mimo, że było przecież mniejsze niż wcześniej. A może tylko mi się tak wydawało... Kto wie! I tak mieliśmy się spotkać nazajutrz.

piątek, 3 stycznia 2014

28. Wianek, romanse, cierpienia... romantyzm!

 Rafaela

 - Och, nie... - szepnęłam prawie niedosłyszalnie, kiedy nieubłagana butelka wskazała moją kolej.
 - Ha! Rewanż! - wrzasnął Benvolio uradowany. 
   Na pewno nieczęsto zdarzało się to w tej grze.
 - Już się boję...
 - Spokojnie, Benvolio nic strasznego nie wymyśli. - pocieszył mnie Rod, uśmiechając się półgębkiem.
   Tamten w odpowiedzi pogroził mu palcem.
 - Zobaczymy, zobaczymy...
   Za chwilę zamyślił się, ale nie musieliśmy długo czekać, aż wykrzyknął:
 - Już wiem! Tam za ostatnimi budynkami miasta zaczynają się bardziej... wiejskie zabudowania. Wejdziesz do jednego z ogrodów i nazbierasz kwiatów. Tyle, żeby starczyło na wianek!
 - Mam ukraść kwiatki i zrobić z nich wianek? Serio? - spytałam rozbawiona. 
   Zadanie przypominało mi jakieś przedszkolne wybryki.
 - Jeszcze zobaczysz, że to nie takie proste. - spojrzał na mnie z miną profesjonalisty. - Ja zdobywałem doświadczenie w tych ogrodach przez całą podstawówkę, ale jak ty sobie poradzisz, to nie wiem...
 - Więc patrz uważnie. - zaśmiałam się i podniosłam z ziemi. 
   Reszta też wstała i razem ruszyliśmy w kierunku obrzeży miasta, które wskazał Benvolio.



   Chłopak chyba nie przemyślał tego zadania. Jeśli chciał, żeby było choć trochę niebezpieczne, powinien był powiedzieć, że mam skomponować jakiś bukiet. Wtedy potrzebowałabym mniej pospolitych kwiatków: róż, tulipanów, nawet może hortensji, które rosną w ogródkach przy domach bogatszych właścicieli przewrażliwionych na punkcie roślinek. Tymczasem na wianek najlepiej się nadają zwykłe mlecze czy stokrotki. Takie, które można znaleźć najczęściej na łąkach, przy drogach i w ogródkach opuszczonych domów, w związku z czym zadanie wcale nie wydało mi się trudne.
   Przechodziliśmy różnymi uliczkami, a ja zastanawiałam się, jak to wygląda z boku: grupa nastolatków rozmawiających o bzdurach idzie chodnikiem osiedla i przygląda się uważnie wszystkim ogródkom mijanym po drodze...
   W końcu wypatrzyłam jeden, który szczególnie mnie zauroczył: znajdował się koło parterowego, drewnianego domku ze sporą werandą, a na całej jego powierzchni kwitły różowe i białe koniczyny.
   Zatrzymałam się i odwróciłam do reszty:
 - To może tu. To zajmie tylko chwilkę. Jak chcecie, możecie szukać czterolistnej.
   Po czym nie czekając na odpowiedź przeskoczyłam przez drewniany płotek.
   Zebranie kwiatów szło mi całkiem sprawnie. Odwróciłam się do znajomych i pomachałam im pęczkiem, który zerwałam.
   Hauru uniósł kciuk do góry. Najwyraźniej bawiło go, że Benvoliowi nie powiódł się plan zemsty. Kalipso wydawała się prawie mnie nie dostrzegać, ciągle zerkała nerwowo na ulicę i w kierunku domku. Antiohis i Benvolio przycupnęli z boku przy furtce. Dostrzegłszy moje spojrzenie, chłopak przybrał pewny siebie wyraz twarzy jakby chciał pokazać, że coś jeszcze może się nie powieść, a wtedy to on będzie miał rację.
 - To niesamowite, Benvolio, jak dobrze znosisz porażki. - odezwał się Rod.
 - Jakie znowu porażki? - szczerze zdziwił się tamten. - Przecież to jeszcze nie koniec.
 - No jak nie? - odpowiedział mój kuzyn widząc, że do nich wracam.
 - Pierwsza część za nami. - oznajmiłam zadowolona. - Może chodźmy w jakieś bardziej ustronne miejsce, żeby zrobić ten wianek?
 - Nie no, myślałem, że będziesz go robić na bieżąco! - mina Benvolia należała teraz raczej do "kwaśnych". - Zostańmy tutaj. Miło tu, prawda?
 - Ty za wszelką cenę chcesz, żeby ktoś nas tu przyłapał, co? - spytałam chłopaka.
 - Nie jestem złośliwy, ale to jednak ja mam dbać o poziom trudności zadania...
 - To może od razu pójdę na tą werandę i tam będę robić wianek! - zażartowałam.
   Od razu po wypowiedzeniu tych słów, wpadło mi do głowy, że to w sumie nie głupi pomysł... Przecież w tym domku pewnie nikogo nie ma. Odwróciłam się na pięcie wracając do ogrodu i przysiadłam na schodkach biegnących do wejścia mieszkania. Spokojnie rozłożyłam obok siebie kwiatki i zabrałam się za splatanie ich ze sobą.
 - Nie mówiłeś, że masz szaloną kuzynkę, Rod. - usłyszałam jak zwrócił się do niego blondyn. - To znaczy, że może tylko twoje geny uległy uszkodzeniu...
 - Uważaj, żebyś ty nie uległ uszkodzeniu, jak będziesz obrażał rodzinę tej szalonej kuzynki. - odpowiedziałam mu.
 - Mmm... chętnie zaryzykuję... - Hauru puścił do mnie oko.
   Nie uszło to uwadze Kalipso, która natychmiast odwróciła się do wszystkich plecami i Roda, który wyglądał, jakby poczuł się przez to osobiście dotknięty.
 - Zostaw ją w spokoju. - warknął i zatopił się we własnych myślach.
   W tym momencie sobie przypomniałam. 
   Tamtego dnia, kiedy bez celu jeździłam autobusem po okolicy, widziałam na przystanku Kalipso i jakiegoś chłopaka. Był nim niewątpliwie Hauru - te blond włosy, sposób, w jaki spoglądał na dziewczynę mojego kuzyna i napięcie między nimi...
   Rod pewnie nic nie wiedział o ich schadzkach... ale wygląda, jakby się domyślał... Powinnam mu powiedzieć? A może porozmawiać o tym najpierw z Kalipso? O Boże... Biedny Rod... ruda była dla niego wszystkim... Pamiętam, jak raz mi o niej opowiadał.
   Leżał wtedy na ziemi w moim pokoju. Nigdy wcześniej nie widziałam w jego oczach takiego blasku i uśmiechu utrzymującego się stale na twarzy. Nie patrzył na mnie. Zdawało się, że przywołuje w myślach jej obraz. I mówił... Opowiadał o jej śmiechu, kolorze oczu, kompletnie odmiennym guście muzycznym i zakładaniu skarpetek nie do pary. Mówił, dopóki mu nie zaschło w gardle i wyszedł po szklankę wody, a ja szybko otarłam z policzka pojedynczą łzę. Wiedziałam, ze ją kocha. Był zafascynowany nią całą. Patrzył na nią tak uważnie... jak nigdy nie spojrzał na mnie.
   Wplotłam ostatnie koniczyny i wróciłam do reszty.
 - Gotowe! - zawołałam przybierając radosny ton, aby odpędzić wspomnienie.
   Uniosłam ręce w górę i założyłam wianek na głowę Benvolia.
 - Jednak udało ci się. - westchnął, przybierając rozczarowaną minę, na co Hauru zaśmiał się:
 - Nie tak wygląda chłopak, gdy dostaje kwiaty od ładnej dziewczyny.
 - Tak? - spytałam. - To może nam zaprezentujesz, jak powinien wyglądać?
 - O nie... - zaśmiał się blondyn. - Zarezerwuję to dla tej jedynej.
 - Może zanim na dobre się rozkręcicie z tą dyskusją, odejdziemy na bezpieczną odległość? - wtrąciła się niespodziewanie Anti, o której obecności zdążyłam zapomnieć. - Wydaje mi się, że ten dom nie jest jednak pusty...
   Jednocześnie wszyscy spojrzeliśmy w tamtym kierunku i ku ogólnemu zdziwieniu, zobaczyliśmy uchylające się drzwi wejściowe. Jak małe dzieci przyłapane na podkradaniu cukierków, rzuciliśmy się do ucieczki. Za rogiem wszyscy przystanęliśmy. Pierwsza wybuchłam śmiechem, a reszta zaraz do mnie dołączyła. 
   Benvolio był usatysfakcjonowany.
 - A widzicie? Jednak nie było tak beznadziejnie prosto!
 - A więc remis? - spytałam.
 - Niech ci będzie. - udał, że zgadza się niechętnie.
 - Koniec flirtów! - zażartował Hauru.
 - My nie flirtujemy! - wykrzyknęliśmy jednocześnie, co tylko wywołało kolejną salwę śmiechu.

piątek, 27 grudnia 2013

27. Cud Lasagne

 Rod

   Niedziela upłynęła niezwykle spokojnie. Jeszcze niedawno nie wierzyłem, że tak szybko wszystko wróci do normy po tym całym zamieszaniu, ale teraz nie mogłem zaprzeczać faktom - nie działo się absolutnie nic. Chociaż może... Ale to sam wywołałem: zadzwoniłem do Rafaeli i zaprosiłem ją na następny dzień na butelkę. Ten pomysł przyszedł mi do głowy znienacka, zupełnie znikąd i zrealizowałem go kompletnie spontanicznie co, umówmy się, nie zdarza się za często. Dlaczego? A kto to wie! Ważne, że następnego dnia znowu siedzieliśmy w kręgu między świerkami, żartując i rozmawiając na luzie, żeby umilić sobie oczekiwanie na Kalipso.
   Pojawiła się dość szybko, lekko zdyszana, z cudnie rozwianymi lokami. Wstałem i krótko przedstawiłem jej Rafaelę - bo już wtedy tylko ona jej nie znała - i usiedliśmy znowu na ubitej ziemi. Porysowane szkło leżącej przed nami butelki lekko załamywało podające na nie promienie słońca, malując dookoła dziwne kształty.
 - To kto był ostatnio? - zapytał Hauru, pochylając się do przodu i opierając łokcie na kolanach.
 - A może by tak ustąpić pierwszeństwa gościowi? - zaproponowała ruda.
 - Nie chciałabym wam psuć kolejki... - moja kuzynka odezwała się lekko speszona.
 - Jakbyśmy mieli jakąś kolejkę... i tak nikt nie pamięta, kto był ostatnio.
 - No dobrze. - zgodziła się i nieśmiało podnosząc się na kolanach, wprawiła butelkę w ruch.
   Ta obracała się dość szybko i długo, ale ostatecznie stanęła, wskazując na zaskoczonego Benvolia.
 - Dlaczego nigdy nie przestanie mnie to dziwić... - wymamrotał, wgapiając się w wylot butelki.
 - Pytanie czy wyzwanie? - spytała moja kuzynka.
 - Wyzwanie. - odparł pewniej. - Wczoraj dość już było pytań.
 - Wyzwanie powiadasz... - szepnęła i zaczęła się zastanawiać, rozglądając się trochę na boki. Najwidoczniej jednak bezskutecznie, bo trwało to dość długo. W końcu postanowiłem trochę jej pomóc.
 - Ostatnio Benvolio napomknął, że gotowanie nie idzie mu za dobrze. - powiedziałem. - Może zadbamy o jego rozwój i zmobilizujemy go do jakichś ćwiczeń...?
 - Ahaaa, chyba wiem, co masz na myśli. - uśmiechnęła się półgębkiem. - Przygotujesz nam obiad. Jest chyba na tyle wcześnie, że zdążysz, prawda?
 - Eee... No raczej... - zaczął się zastanawiać.
 - Zrób lasagne. Nie wiem jak wy, ale ja dawno nie jadłem lasagne. I jeszcze ciasteczka na deser! - rozkręciłem się. To było niezłe zadanie na dziś.
 - O! Koniecznie! - poparła mnie Rafaela.
 - I sok z wyciskanych owoców. Pić też coś trzeba! - wtrącił swoje trzy grosze Hauru.
 - No już! Starczy! Przecież jestem sam jeden, a was jest... - zatrzymał się na chwilę, żeby policzyć nas i kontynuował: - piątka! I ja mam was wszystkich dzisiaj wyżywić!
 - Dasz sobie radę. Już nie rób z siebie ofiary losu - uśmiechnął się blondyn.
 - Którą jesteś. - dodałem pod nosem z czystej przekory.
   Benvolio westchnął jednak tylko i wstał, zwracając się do nas:
 - Chodźmy. Lepiej, żebym zaczął jak najszybciej, skoro mam to skończyć jeszcze dziś.


 - Gdzie chodzisz do szkoły? - Kalipso zapytała Rafaelę.
   Siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy, starając się nie zwracać uwagi na dochodzące nas stuki, brzęki i łomoty, towarzyszące przygotowaniom Benvolia do wykonywania zadania. 
 - Do Balzaca, pod miastem. - odpowiedziała jej brunetka. 
 - I w tym samym roczniku co my? 
 - Tak. - potwierdziłem. - W ogóle to urodziliśmy się z Rafaelą w tym samym tygodniu - ja w poniedziałek, a ona w środę. Pół rodziny szalało w tamtym czasie. 
 - No nieźle... 
 - Ale długo się nie widzieliśmy. - zaznaczyła Rafaela.
 - Jak to możliwe? Jak się mieszka w jednym mieście... chodzi do jednej szkoły... - dziwił się Hauru.
 - Źle się wyraziłam. Widywaliśmy się na korytarzu, ale każde ma własne grono znajomych. Czasem chce się odetchnąć od rodziny. - zaśmiała się.
 - Ale tyle lat, to chyba nie musiałaś. - wypomniałem jej.
 - Sam się mogłeś odezwać. Nic nie mówiłeś, to myślałam, że ci to pasuje.
   Przyjaciele zaczynali już chichotać, jednak naszą niby-sprzeczkę przerwał Benvolio, który ni stąd ni zowąd pojawił się za moimi plecami.
 - Chyba mam wszystko. Jak chcecie patrzeć, kibicować mi albo może nawet pomóc, to zapraszam do kuchni.
 - Można kręcić filmy? - zapytał Hauru. - Ludzie robią majątki na programach kulinarnych!
 - Nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał to oglądać... - mruknął zrezygnowany, ale po chwili jakby poprawił się: - Mój geniusz jest zbyt wielki, aby zrozumieli go zwykli zjadacze chleba.
   Wstaliśmy bez pośpiechu i całą grupą pociągnęliśmy za gospodarzem do kuchni.
W środku panował pozorny chaos. W jednym kącie stały jakieś brudne naczynia, prawdopodobnie jeszcze ze śniadania, a na reszcie blatów stały rozmaite naczynia, sprzęty i produkty, najwidoczniej ułożone w nieprzypadkowy sposób. Usiedliśmy w jedynym wolnym kącie, zajmując jakiś blat i ociekacz koło zlewu (który nie był zbyt wygodny), a Benvolio rozpoczął swoje show.
 - Zaczniemy od ciastek, bo kiedy będą się piec, będzie czas na zrobienie lasagne. Bierzemy mąki na oko, cukru na oko, proszku do pieczenia ze dwie łyżeczki, trochę mleka, olej...
 - Jesteś pewien, że robisz to właściwie? - zapytała go Kalipso, patrząc, z jaką nonszalancją szafuje składnikami i jak zamaszyście miesza wszystko w za małej misce. Dodatkowo komizmu dodawał kontrast między jego miną znawcy a latającą naokoło mąką, która lądowała nam we włosach.
 - Oczywiście! - odparł, rzucając do zlewu łyżkę i brudząc wszystko po drodze. Następnie dopadł lodówki, wyjął z niej jakiś olejek do ciasta i wlał całą zawartość buteleczki do misy. - Dlaczego wątpisz w moje umiejętności?
 - Ależ nikt w nie nie wątpi! - zaśmiała się Rafaela. Zaraz potem jednak krzyknęła, obsypana z zaskoczenia kakaem. - A może jednak...
   Tak w ramach wyrażenia współczucia wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. I robiliśmy to już co chwila, bo nasz mistrz kuchni a to poplamił komuś ubranie, a to obsypał wszystkich jakimś proszkiem... Naprawdę nie wiem, jak on to robił, że wszystko, czego się dotykał zaraz trafiało wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinno. To się nazywa sprawność manualna.
   W końcu jednak udało mu się doprowadzić do wypełnienia kilkunastu foremek na babeczki gęstą, tłustą cieczą, która nawet ładnie pachniała. Benvolio zapakował ten komplet do piekarnika, po czym brudne naczynia dorzucił do sterty ze śniadania i zabrał się do przygotowywania lasagne.
 - Nie wiem, czy mamy ten makaron... takie płaskie płaty... - mamrotał, przekopując się przez tony ryżu, kaszy i płatków owsianych, które raz po raz z impetem lądowały na naszych kolanach i głowach.
 - Weź spaghetti. Efekt ten sam. - poradził mu Hauru.
 - Odezwał się kolejny ekspert. - mruknąłem.
   Benvolio jednak z rezygnacją przytaknął mu:
 - Chyba nie mamy wyjścia.
   Zdjął z półki jakiś przypadkowy makaron, który nie był ani tym do lasagne, ani spaghetti, z innej półki wyjął jakieś przyprawy, z lodówki mięso, a zza niej - puszkę pomidorów. A potem stał nad tym z zafrasowaną miną dopóki kolejny raz nie wybuchnęliśmy śmiechem.
 - Może jakoś pomóc? - zaoferowała się Anti. - O ile nie jest to niezgodne z zasadami gry... - zaczęła zezować na mnie.
 - Skoro mamy dzisiaj coś zjeść... - Kalipso wciąż nie mogła przestać się śmiać.
   Na taki sygnał Anti z pobłażliwym uśmiechem przeszła na drugą stronę pola bitwy, zakasała rękawy i wzięła się do roboty.
 - A ty weź jakieś naczynie żaroodporne i wyłóż je tym makaronem. - rozkazała niedoszłemu szefowi kuchni, a ten spokojnie wykonał rozkaz.
 - Ej, ej, ej... szefem nadal jest Benvolio! Nie zmieniaj mi konwencji filmu edukacyjnego "Jak NIE gotować"! - zaśmiał się blondyn, który przez cały czas kręcił poczynania Benvolia oraz nasze rozmowy.
 - Daj spokój. Przecież będziesz musiał to jeszcze jakoś zjeść. - odparła, podchodząc do niego i ochlapując go sokiem z pomidorów z łyżki takim ruchem, jakby trzymała w ręku raczej różdżkę. To nie wróżyło nic dobrego dla dalszego ciągu gotowania. Ale przynajmniej było zabawnie.
 - Zawsze można zamówić pizzę. - odpowiedział blondyn biorąc garść żółtego sera tartego właśnie przez Benvolia i rzucił go w Atiochis.
   A potem się zaczęło! 
   Oczywiście, ochlapywanie się rozmaitymi substancjami nie jest najbardziej inteligentną zabawą, ale wtedy jakoś nam to nie przeszkadzało. Łyżki zaczęły pełnić funkcję katapult, mąka non stop unosiła się w powietrzu, a włosy chyba u nikogo nie pozostały nietknięte. Ubrania również nadawały się tylko do prania.
 - Ciasteczka się palą! - krzyknęła w tym zamieszaniu moja dziewczyna uchylając się przed kolejną porcją rozmarynu przelatującego przez kuchnię.
   Benvolio doczołgał się po podłodze do piekarnika, wysmarowując po drodze całą bluzkę resztkami potłuczonych jajek i otworzył piec. Ze środka buchnęło gorąco i lekki zapach spalenizny.
 - Uhuu... Chyba nie jest tak źle! - zawołał.
 - Benvolio, zostaw! - podeszła do niego Antiochis. - To trzeba wyjąć w rękawiczkach!
   Odepchnęła go od kuchenki i wyciągnęła z niej blachę ze zwęglonymi bryłkami, a następnie wrzuciła naczynie z naszym obiadem.
 - Oby z tym poszło lepiej. - westchnęła Rafaela.
 - Nie przejmuj się. - zwrócił się do niej Benvolio. - U nas to tak zawsze wychodzi.
 - Marne pocieszenie. - odpowiedziała, ale się do niego uśmiechnęła.
   W tym momencie usłyszałem za sobą głośny wybuch śmiechu. W drzwiach do kuchni stał nie kto inny jak młodszy brat naszego przyjaciela.
 - A ty co się chichrasz, młody? - Benvolio zwrócił się do Romea próbując przybrać groźną minę, ale efekt zepsuła mąka we włosach, wielka plama ketchupu pod okiem i jajka rozmazane na podkoszulku.
   Zamiast odpowiedzi, chłopak wyjął komórkę i zaczął pstrykać nam zdjęcia.
 - O nie! Co to to nie, kolego! - podszedłem do niego, starając się uśmiechać półgębkiem, żeby do reszty nie wyglądać jak kretyn, i usiłowałem odebrać mu telefon.
 - Tylko spróbuj go dotknąć tymi brudnymi łapami! - Romeo przeskoczył wgłąb kuchni unikając spotkania ze mną.
   Nie zamierzałem latać za nim jak debil. Reszta z kolei nie bardzo kwapiła się, żeby mi pomóc - do czasu, aż po jednym porozumiewawczym spojrzeniu Hauru, Kalipso i Anti przypuścili na niego wspólny atak.
   Gdy Romeo miał już we włosach wystarczająco dużo sera, a ubranie - wystarczająco mokre, w końcu odłożył komórkę na bok.
 - I tak mam te parę zdjęć, to wystarczy. - uśmiechnął się złośliwie.
   Blondyn porwał jego telefon i zaczął przeglądać w poszukiwaniu kompromitujących zdjęć.
 - Ej! Tak nie można! - zawołał Romeo próbując odzyskać swoją własność, ale reszta go powstrzymała.
 - No no... niezła galeria... - podgwizdywał pod nosem blondyn.
 - Skasuj co chcesz i oddaj! - odpowiedział młodszy brat Benvolia szamocząc się.
   Pozostali nachylali się nad telefonem tak, że Hauru pewnie mało co widział na ekranie.
 - Nawet ona? - chłopak był oburzony. - Nie no to jest niemoralne... I rodzice nie sprawdzają ci telefonu?! Powinni założyć jakąś blokadę!
 - Odwal się.
 - Dobra... - podał mu komórkę. - Masz. Ale wiesz, że to jest obrzydliwe? Chyba czas puścić parę plotek, żeby zepsuć ci reputację... tak tylko ostrzegam.
   Chłopak zrobił się czerwony na twarzy jak piwonia i wybiegł z pomieszczenia.
   Na moment zapadła cisza. Przerwał ją dopiero cichy głos Anti:
 - Lasagne chyba już gotowa.
 - No, to bierzmy się do jedzenia! - uśmiechnął się Benvolio.
 - A już miałam nadzieję, że też się spaliła... - jęknęła Kalipso.
 - Tak dobrze być nie może. - zaśmiałem się, obejmując ją ramieniem.
   Anti wyciągnęła lasagne z piekarnika, a Benvolio kompletował talerze i sztućce. Wkrótce po tym, jak siedliśmy przy stole, doszli do nas, przynosząc ze sobą całkiem ładny zapach warzyw, przypraw i mięsa. Szkoda tylko, że ilość tej lasagne nie powalała. Szczerze mówiąc, nikt z nas się nie najadł, ale na ciasteczka też już nie mieliśmy ochoty. Nie po tym, jak je zobaczyliśmy w pełnej krasie: małe, czarne kulki uważam od tamtej pory za największy obraz nędzy i rozpaczy.
 - Ktoś chce coś powiedzieć na koniec filmu, zanim się okaże, że wszyscy umrzemy, ponieważ w lasagne była trucizna? - spytał Hauru. - Chętnie wysłucham waszej ostatniej spowiedzi!
 - Piłem, paliłem, kłamałem, chcę więcej lasagne. - odezwał się Benvolio.
 - Amen! - krzyknęło parę osób, chichocząc.
 - Serio? Ty? - zapytała Anti.
 - Nie. - odparł krótko, wywołując wśród nas jęk zawodu. - A tak serio, nigdy więcej nie będę z wami gotował. Kto to teraz posprząta?!
 - E... ja jestem umówiony... - zaczął Hauru udając, że chce wstać od stołu.
 - O nie, nie, nie. Tak szybko mi nie uciekniecie. - zaprotestował gospodarz. - Kompania marsz do kuchni!
   Zgodnie jęknęliśmy, ale nie wypadało zostawić go z tym bałaganem, zwłaszcza, że dopiero co skończył mu się jeden szlaban, a nie chcieliśmy zapewnić mu kolejnego. Za dobrze się to wszystko układało, żeby teraz to tak szybko rozpieprzyć.
   Sprzątanie poszło nam dość sprawnie. Co prawda nie bawiliśmy się przy nim tak dobrze, jak przy robieniu tego bajzlu, ale przynajmniej byliśmy skuteczni. Jedyne czego nam zabrakło to porządne umycie się i przebranie, ale zgodnie uznaliśmy, że chyba lepiej nie robić rozróby w kolejnym pomieszczeniu.
   Wyszliśmy więc z poplamionymi, klejącymi się ubraniami, brudnymi twarzami i rozmaitymi maziami we włosach, ale jakoś się tym nie przejmowaliśmy - już nie takie rzeczy się robiło! Chociaż Rafaela radziła sobie i bez wcześniejszego doświadczenia w tej dziedzinie - przynajmniej tak mi się wydaje... Nieważne, grunt, że jej się podobało. To wiedziałem na pewno.

piątek, 20 grudnia 2013

26. Nie ufam...

 Kalipso

   Zbliżała się godzina 13:00, kiedy usłyszałam dzwonienie do drzwi. Dziwne... Przecież umówiliśmy się z resztą, że zobaczymy się dopiero w przyszły poniedziałek, żeby Benvolio nie miał problemów z rodzicami i szlabanem, którego termin upływał w niedzielę...
   Otworzyłam drzwi. W progu stał Hauru w towarzystwie dwóch młodszych sióstr. Serce podskoczyło mi do gardła.
 - Co Ty tu robisz? - spytałam obcesowo.
 - Błagam, nie zabij mnie na wstępie... - odpowiedział uśmiechając się niepewnie. - Chodziłem z Ami i Gri w okolicy. Kiedyś mówiłem im, że tu mieszkasz no i teraz... wiesz... próbowałem im powiedzieć, że pewnie jesteś zajęta, ale nie chciały mnie w ogóle słuchać!
 - Kalipso! - odezwała się Amadea - obiecałaś, że przyjdziesz...
 - ale może ci do nas nie po drodze... - dodała Gracja.
 - więc my do ciebie przyszłyśmy! - powiedziały chórem.
 - Gri, Ami, mówiłem wam już, że Kalipso dziś nie może. Wpadliśmy tylko się przywitać.
 - Haruś... prooooosiiiiimy! - popatrzyły na niego i na mnie błagalnym wzrokiem.
   Mimo, że odczuwałam pewien dyskomfort przebywając w towarzystwie blondyna, nie chciałam zawieść dziewczynek. Sama pamiętałam, jak mnie denerwowało, kiedy starsi nie dotrzymywali słowa. Nie chciałam być taka sama!
 - Ale nie ma problemu... - odpowiedziałam. - Właściwie nie jestem aż tak zajęta. Wchodźcie.
 - Poważnie? - spytał autentycznie zdziwiony Hauru.
 - Jupiiiiiiiiiiii! - wykrzyknęły radośnie jego siostry i się do mnie przytuliły.
   Poprowadziłam ich do salonu. Było to duże pomieszczenie z oknem zajmującym całą ścianę i wychodzącym na ogród. Tak jak w całym domu, ściany były mleczno-białe, a meble czarne. Nigdy nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca w tym pokoju. Był zbyt surowy. Ale na chwilę o tym zapomniałam, gdy Ami i Gri zaczęły radośnie tańczyć i biegać w tą i z powrotem, zachwycając się wolną przestrzenią.
 - Tu można skakać na skakance!
 - I kręcić hula-hop!
 - I bawić się w berka!
 - Zaraz cię złapię!
 - Nie złapiesz!
 - Złapię!
 - Hauruuuuu! - zawołała Gri podbiegając i wyciągając do niego ręce.
   Chłopak podniósł ją z ziemi i posadził na barana. Ami podskakiwała dookoła, żeby złapać siostrę, ale nie dosięgała.
 - Dosyć szaleństw, dzieciaki. - zaśmiał się blondyn. - Zachowujcie się przyzwoicie. Przecież nie chcemy, żeby Kalipso się na nas zdenerwowała.
 - Nie ma o czym gadać. One się tylko bawią. - odpowiedziałam mu.
 - Nie narobią hałasu? Twoim rodzicom mogłoby to przeszkadzać. Są w domu?
 - O to się nie martw. Mieszkam praktycznie sama.
 - Czemu?
   Unikając odpowiedzi na pytanie zwróciłam się do Amadei:
 - Na jaki kolor chcesz, żebym pomalowała ci paznokcie?
 - Naaa.... - zastanawiała się. - Na zielono! Albo nie! Niebiesko! A możeeee....
 - Zaraz przyniosę lakiery, a wy się rozgośćcie.
   Pobiegłam do swojego pokoju i na chwilę odetchnęłam. Wcale nie muszę rozmawiać z Hauru. Jest tutaj tylko ze względu na swoje siostry. A ja tylko dlatego go wpuściłam. Gdyby przyszedł sam, wyprosiłabym go. Tak. Na pewno tak bym zrobiła... Tamten pocałunek był zwykłym przypadkiem. Wodzenie za nim wzrokiem to wyrzuty sumienia... i ostrożność! Przecież muszę patrzeć, czy nie zdradzi, co się stało reszcie. A ten sen ostatniej nocy... mózg płatał mi figle. Albo zostałam masochistką. Nic do niego nie czuję. Mogę zejść na dół i swobodnie się przy nim zachowywać.
   Tak sobie powtarzałam przeszukując szafkę z kosmetykami. Ręce mi drżały, więc w końcu zirytowana wyjęłam całą półkę z komody i wróciłam z nią do salonu, w którym dziewczynki grały w łapki, a ich brat oglądał zdjęcia - wszystkie w takich samych, czarnych ramkach, zawieszone na ścianie w odległościach równych co co milimetra.
 - Przyniosłam wszystko. Wybierzcie sobie coś. - powiedziałam.
   Siostry z błyskiem w oku zaczęły przeglądać zawartość szuflady.
 - To twój tata? - spytał blondyn wskazując na któreś zdjęcie.
   Podeszłam do niego uważając, by przypadkiem go nie dotknąć.
 - Tak. To zdjęcie z wyjazdu do Luksemburga. Z tyłu widać Kanton Redange.
 - A to skąd? Fajnie razem wyglądacie.
 - Belgia.
 - O! A tu jakieś rodzinne! Tylko nie mogę się ciebie dopatrzeć...
 - Bo zostało zrobione przed moim narodzeniem. - mimo woli uśmiechnęłam się pod nosem. - Święta u dziadków od strony taty.
   Hauru spojrzał na resztę zdjęć.
 - Dlaczego na żadnym nie ma twojej mamy?  
 - Tata zdjął, kiedy odjechała...
 - Dokąd?
 - Do Afryki.
 - Co?
 - Kalipso, już wybrałam! - zawołała Gracja podbiegając do mnie. 
   Chwyciła mnie za rękę i poprowadziła na kanapę. Usiadłyśmy razem i zaczęłam malować jej paznokcie. 
 - Włosy nie wpadają ci do oczu? - spytał Hauru. - Może...
 - Poradzę sobie.
 - A wracając do...
 - Nie teraz, dobrze?
 - Jasne...
 - Hauru! - Ami podeszła do niego. - Dla ciebie też wybrałam!
   Blondyn wziął ją na kolana. 
 - Ale ty wiesz, że chłopaki nie używają lakierów do paznokci?
 - Dlaczego?
 - Takie zasady panują w naszej kulturze.
 - Ale mówiłeś, że zasady są po to, żeby je łamać.
 - Ty spryciulo! 
 - To pomalujesz? Patrz! Ma brokat!
 - Nie, Ami.
   Dziewczynka obrażona wstała i odeszła od Hauru, czekając na swoją kolejkę. Zaraz też zaczęłam ozdabiać jej paznokcie.
 - Tak myślę - powiedziałam, żeby przerwać ciszę. - że do tego przydała by się jakaś biżuteria. Zaraz czegoś dla was poszukam u siebie w pokoju.
   Wstałam. Siostrzyczki chuchały na swoje rączki i pokazywały sobie kolory. Ich brat podniósł się za mną.
 - Może ci pomogę?
 - Dobrze. - powiedziałam i razem poszliśmy do mojego pokoju, a serce ponownie, jak głupie, zaczęło mi mocniej bić.
   Otworzyłam drzwi.
 - Przepraszam za bałagan. - ostrzegłam go, zanim wszedł za mną do pomieszczenia.
   Nic nie odpowiedział.
   Zaczęłam przeszukiwać szafki i pudełka licząc na to, że trafię na jakieś świecidełka. Tak się na tym skupiłam, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że mój towarzysz od dłuższego czasu się nie odzywał, co było do niego kompletnie niepodobne.
 - Hauru?
   Odwróciłam się. Chłopak stał przy mojej szafce nocnej trzymając coś w ręku. Podeszłam i zajrzałam mu przez ramię. W ręce trzymał zdjęcie.
 - Jesteś do niej bardzo podobna. - powiedział. - Ten sam kolor włosów... i rysy twarzy, gdy się uśmiechacie...
 - Nie jestem do niej podobna. - odpowiedziałam zabierając mu fotografię i wsadzając ją z powrotem pod poduszkę.
 - Mówiłaś, że jest w Afryce... dlaczego?
 - Bo jej odbiło.
   Czułam, że wzbiera we mnie gniew. Gniew powodowany bezsilnością.
 - Nigdy więcej nie mów, że jestem do niej podobna... Nigdy. Ona nas zostawiła. Wyjechała twierdząc, że marnuje z nami swoje życie. Że nie może znieść tego domu. Że nie jest w stanie dalej funkcjonować w tym otoczeniu. Wyjechała łamiąc serce tacie. Wyjechała mówiąc, że w ten sposób czyni dobro. Że rozbicie naszej rodziny, to nic takiego... że ona ma ważną misję! Wyjechała sobie do Afryki... A przez co ja musiałam przechodzić?! W szkole pytali: "czym się zajmuje twoja mama?". Miałam odpowiedzieć: "Została zakonnicą"? Kto by to zrozumiał?! Zwłaszcza, że wszyscy znają moje poglądy na religię... Wyobrażasz to sobie? Córka zakonnicy nienawidząca Kościoła...
   Wyrzuciłam z siebie to wszystko tak nagle, że samą siebie zaskoczyłam taką wylewnością. Tama puściła i uwolniła wszystkie wspomnienia i żale.
   Hauru rozłożył nieznacznie ramiona. Nie chciał mi się narzucać. Doceniałam to. Odpuścił sobie głupie żarty, zabiegania. Starał się, abym znów nabrała do niego zaufania... Ale ja go nigdy nie straciłam. Prawda była taka, że przez cały ten czas nie ufałam sobie. To we mnie tkwił problem. Przy Hauru... byłam bezsilna.Tak jak w tej remizie i na przystanku: traciłam kontrolę nad swoim zachowaniem. I byłam za to na siebie wściekła. Chciałam mieć kontrolę, ale jednocześnie pragnęłam ją utracić. Walczyłam ze sobą. Te wahania nastrojów doprowadzały mnie do szału. Nie mogłam zdecydować, czego tak na prawdę chcę.
   Ale przywykłam do życia tu i teraz. Więc padłam w jego ramiona, jak lalka i wtuliłam się w jego czerwoną, flanelową koszulę. Przytulił mnie mocno gładząc po włosach. Bez słów. Staliśmy tak jakiś czas, aż się wyciszyłam i uspokoiłam myśli.
 - Chyba musimy iść do twoich sióstr... - powiedziałam ruszając w stronę wyjścia z pokoju.
 - Kalipso, zanim wyjdziemy... - blondyn zrobił na chwilę pauzę. - chcę, żebyś wiedziała, że cokolwiek nie postanowisz i cokolwiek by się nie działo... możesz nadal na mnie liczyć. Wbrew pozorom potrafię robić więcej niż tylko się wygłupiać i rozpuszczać plotki, że chodziłem z Marilyn Monroe... swoją drogą jakimi idiotami są ludzie, którzy w to wierzą?!
   Roześmiałam się cicho.
 - Dziękuję, Hauru. A teraz chodźmy.

niedziela, 8 grudnia 2013

25. Ciris

 Benvolio

   Od tamtej feralnej nocy minął już tydzień. Przez cały ten czas z nikim się nie widziałem, z nikim nie rozmawiałem, w ogóle nic nie robiłem. Siedziałem w domu, gapiąc się w ścianę i od czasu do czasu zmywając naczynia, sprzątając, prasując - nie próbując nawet przeciwstawiać się temu, co nakazywali mi rodzice. W innych okolicznościach ten szlaban musiałby być bardzo dotkliwą karą, jednak teraz było mi już wszystko jedno. Albo nawet inaczej: lepiej, że miałem pretekst, żeby nie podejmować żadnych działań - choć czułem, że powinienem. Odpowiedzialność za grupę to nie jest łatwa sprawa, a to, co umiałem zrobić, nijak nie mogło wystarczyć. Teraz każdy miał własne problemy i musiał się z nimi uporać sam.
   Ale po upływie tego tygodnia coś się zmieniło. Wczesnym popołudniem odebrałem od Anti SMSa, że stało się coś ważnego i że koniecznie mam do niej przyjść. Moje negatywne nastawienie błyskawicznie przeszło w pełną mobilizację z pewną nutką entuzjazmu. Jednak brakowało mi tej roboty! Z lekkim uśmiechem schowałem komórkę do kieszeni i wybiegłem z domu.

   Całą grupą siedzieliśmy w pokoju Antiochis, czekając, aż wróci z kuchni: Kalipso, Rod, Hauru i ja. Każde wciśnięte w inny kąt pokoju, każde z innym wyrazem twarzy. Hauru wyglądał na rozluźnionego. Nie wiedziałem, jak bardzo przeżył to zatrzymanie, ale teraz widziałem, że nie jest to udawany spokój. A przynajmniej tak mi się wydawało.
   Co innego Kalipso: ona siedziała skulona, opierając się plecami o ścianę, z głową opartą o kolana. Jej mina nie wyrażała nic pozytywnego.
   Z kolei Rod był jakoś dziwnie zamyślony, jakby zupełnie nie interesowało go to, po co tu przyszedł. I zdziwiło mnie to, że nie usiadł obok Kalipso. Czyżby też się pokłócili?
   Nie miałem jednak czasu zbyt długo nad tym myśleć, bo zaraz wróciła Anti z nożem - do rozcięcia koperty oczywiście. Chciała, żeby otwarcie listu, który przyniósł dziś listonosz, było jak najbardziej uroczyste i przebiegało w atmosferze powagi i skupienia. W końcu to pierwszy list od Ciris od czasu, kiedy wyjechała do Francji. Przyszedł w dodatku w tak trudnym dla nas momencie, że po prostu musiało to być dla nas wielkie wydarzenie.
   Anti usiadła na łóżku tak, aby widzieć wszystkich, ostrożnie rozcięła kopertę i wyjęła z niej pastelowo-żółtą kartkę, całą pokrytą eleganckim pismem Ciris. Bez żadnych wstępów zaczęła czytać:

                                                                             Bourges, 10 lipca 2014
                        Kochani!

          Przepraszam, że piszę dopiero teraz, ale tyle się tutaj dzieje... Tak! Na kursie rysunku! Nie chciałabym, żebyście myśleli, że to tylko siedzenie i wodzenie ołówkiem po kartce papieru! Co chwila latamy po mieście i...
          Ale może jednak zacznę od początku:
          W samolocie, którym leciałam do Francji poznałam dziewczynę, która również dostała się na kurs w ostatniej chwili! Niesamowity zbieg okoliczności, prawda? Ma na imię Talia i jeszcze później o niej sporo usłyszycie... (Ale pewnie dopiero jak się spotkamy, bo zbankrutuję na papeterii). W każdym razie od razu poczułam się lepiej, bo bałam się, że na miejscu gdzieś zabłądzę... Razem już dojechałyśmy do internatu jakiejś szkoły, który w wakacje służy kursantom za noclegownię. Oczywiście łatwo się domyślić, kto został moją współlokatorką... ;)
          Pierwsze zajęcia były... szokiem. Nie dość, że nic nie zrozumiałam z tego, co powiedziała prowadząca (nawet nie wyobrażacie sobie, jaki ma niechlujny sposób mówienia...) to jeszcze grupa okazała się bardzo kameralna. Spodziewałam się, nie wiem.... 40 osób? A tymczasem jest nas w sumie 17 przy czym dwóch chłopaków bez przerwy urywa się z zajęć. No właśnie! Wyjątkowo dużo chłopaków się zapisało...
          No ale odejdźmy od statystyk! Żeby się lepiej poznać, wyszliśmy potem razem zobaczyć miasto. Są tu osoby głównie z Włoch i Hiszpanii, ale i parę osób z Anglii, Polski no i oczywiście Francji, więc dla wszystkich zwiedzanie było bardzo przyjemne. Ach... jak tu jest pięknie!
          Niezłą mieliśmy akcję jak Phil podczas zwiedzania katedry wypadł z krzykiem na Emilie zza kolumny. Dziewczyna zaczęła piszczeć, a potem jakimś ciosem karate przerzuciła go nad sobą i powaliła na ziemię. Philowi na szczęście nic się nie stało... Ale wyglądało to zupełnie jak jeden z pojedynków na wzrok Hauru i Kalipso! Nawet nie wiecie, jak bardzo za Wami zatęskniłam w tamtym momencie!
          A innym razem rysowaliśmy przechodniów. Miasto jest prześliczne, więc zajęcia w terenie są jednymi z moich ulubionych. I nie uwierzycie, kogo tam spotkałam! Dziewczynę, czytającą w jednej z kafejek "Dumę i Uprzedzenie"! Musiałam ją narysować. Tak bardzo skojarzyła mi się z zadaniem Hauru i tym jego podrywem na cytaty! A zaraz obok, przy innym stoliku siedział chłopak w całości ubrany na czarno. Rod, nie obraź się, ale myślałam, że to Ty!
          To tylko pokazuje, jak bardzo za Wami tęsknię... Nowi znajomi owszem, są bardzo fajni, a lekcje są świetne i klimat Bourges... Ale chciałabym być teraz tam z Wami. Na pewno świetnie się bawicie! Tak żałuję, że to przegapię...
          Anti, koniecznie spisz mi wszystko, co się wydarzyło od mojego wyjazdu! Bardzo szczegółowo! Będę mogła chociaż wyobrazić sobie, jak sprawy się u Was mają. Po moim powrocie na pewno umówimy się na oglądanie zdjęć, prawda? Ja robię je cały czas!
          I wysyłam Wam parę szybkich szkiców moich koleżanek, kolegów i przechodniów. Katedrę znajdziecie w internecie, nienawidzę rysować architektury.
                                                                 Do szybkiego napisania!
                                                                              Kocham Was!
          
                                                                                                 Ciris

       PS. Benvolio, powiedz, że jeszcze nie zrobiłeś sobie krzywdy... przed chwilą Talia przewróciła się o próg naszego pokoju i ma rozbite kolano, a wiem, że Tobie zdarza się to bez przerwy!


   Na moment zapadła cisza. Anti położyła list przed sobą na skraju prześcieradła i patrzyła w niego uporczywie, jakby miał jej powiedzieć coś jeszcze. Już i tak powiedział dużo! Strasznie cieszyłem się, że Ciris dobrze się ma tam w Bourges, ale z drugiej strony czułem, że jest w tym coś nieuczciwego, że nie wie, co się stało tu w Polsce pod jej nieobecność. Trzeba będzie jej odpowiedzieć... Ale też nie chciałem, żeby martwiła się nami - to mogłoby jej zepsuć cały wyjazd.
   Rozejrzałem się po pokoju, żeby zobaczyć reakcję innych.
   Roda list nie wyrwał z tego niezwykłego zamyślenia, ale teraz w jego twarzy coś drgnęło, jakby... był zaskoczony? W każdym razie wciąż patrzył na nas jak z jakiegoś odległego miejsca, zajęty w dużej mierze czymś innym. Na Hauru zrobiło to dużo większe wrażenie, gdybym nie słyszał wcześniej treści tego listu, pomyślałbym, że oszalał, tak absurdalny wydał mi się jego szeroki uśmiech. I chyba znowu odezwało się jego niezdiagnozowane ADHD, bo zaraz wstał, wziął do ręki list i chodząc po pokoju, zaczął jeszcze raz go czytać i komentować.
 - Czy ona nie jest urocza? Nawet pamiętała jaką książkę czytała Monika! O... a to zajście w katedrze... Już ja z nią porozmawiam na ten temat! Mam nadzieję, że nie miała na myśli, że zawsze daję sobą rzucać o podłogę!
 - Uspokój się. - odezwała się Kalipso. Z pewnego powodu, znanego również mi i Anti, jego gadanina zadziałała jej na nerwy. Twarz rudej nie wyrażała ani trochę więcej entuzjazmu niż przed przeczytaniem listu.
 - Nie chcę się kłócić, Kalipso. Powiedzmy, że przegrywam w 50% przypadków. - odpowiedział jej Hauru. Dobry z niego aktor, powieka mu nie drgnęła, gdy mówił te słowa - nadal szeroko się uśmiechał.
 - Odpuść sobie z tymi tekstami. Nie widzisz, jak wygląda sytuacja? - powiedziała ogólnie.
 - Widzę. I wcale mi tego nie ułatwiasz, więc proszę, nie miej do mnie pretensji. - odparł już poważnie.
 - Ktoś ma jakieś propozycje? - odezwała się rzeczowo, choć równie ogólnie Anti, przerywając ich utarczkę.
 - E... Pewnie dobrze by było jej odpisać. - odparłem, czując, że niezupełnie rozumiem pytanie.
 - No tak. To jasne. Tylko co? - odparła Anti.
 - Prawdę? - rzucił sarkastycznie Rod, patrząc na nią z odrobiną zwykłego politowania. Chyba właśnie wracał do świata żywych.
 - Może lepiej nie odpowiadać i jak przyjedzie, to zobaczy co tu się wyrabia. - zaproponował Hauru. - Nie chciałbym jej zmartwić.
 - To może zaczekajmy z odpowiadaniem, aż wszystko ułoży się na tyle, żeby rzeczywiście móc napisać prawdę? - powiedziała w zamyśleniu Anti.
   Wprowadziło to do naszej rozmowy lekką konsternację. Tak naprawdę nikt nie wiedział, co możemy zrobić, aby naprawić sytuację, a już na pewno nie na tyle, żeby można było napisać Ciris "U nas wszystko po staremu".
 - Nic już nie będzie tak, jak dawniej, ale możemy spróbować. - poparł ją blondyn. - To chyba najlepsze wyjście z sytuacji.
 - I jak zamierzacie to zrobić? - zapytał szczerze Rod. Zdziwił mnie brak sceptycyzmu w jego głosie, o który to pytanie aż się prosiło.
   To pytanie było sensowne, nawet bardzo sensowne i myślę, że nie był to tylko moja subiektywna opinia. Zaraz zacząłem myśleć, co mogłoby nas znowu zbliżyć do siebie, przypomnieć, jak było dawniej albo sprawić, że zaczniemy się dogadywać od nowa - jakkolwiek by to miało wyglądać.
 - E... To może zapiszemy się razem na jakieś zajęcia? - rzuciłem nieśmiało przerywając niedługą ciszę, jaka zapadła po pytaniu Roda.
 - Już to widzę... - uśmiechnął się pod nosem Hauru. - Lepiej sami sobie coś zorganizujmy. Nie chcę słuchać ględzenia nauczycieli w wakacje. Może nakręcimy film?!
 - To niezły pomysł, ale poszukajmy czegoś jeszcze. - pokierowała rozmową Anti.
 - Albo może zwyczajnie pokręcimy się po mieście, jak wszyscy normalni ludzie? Wiecie, może nie od razu jakieś odpały, ale łażenie po sklepach? - spojrzałem w stronę dziewczyn.
 - Wszystko mi jedno. - odparła Kalipso.
 - A co powiecie na powrót do gry? - zaproponował ni stąd, ni zowąd Rod.
   Kolejny raz przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa, aż w końcu zdecydowałem się odezwać.
 - Czemu nie? Tylko może trochę inaczej niż dotychczas...
 - Na przykład, żeby wszystkie zadania musiały być zgodne z prawem... - dodała Antiochis, patrząc gdzieś w przestrzeń.
   Starając się nie patrzeć na żadną konkretną osobę, zgodnie pokiwaliśmy głowami.
 - Może na początek wrócimy do samych pytań? - doprecyzował Rod.
 - O! I to jest myśl! - Anti uśmiechnęła się, kiwając głową.
 - Tak, to może wypalić. - przytaknąłem. Rod miał łeb na karku - przecież to mogło rozwiązać tyle problemów!
 - Nie wzięłam butelki. - westchnęła Kalipso.
 - W każdej chwili mogę skoczyć do kuchni. - zaoferowała się Antiochis.
 - A ty, Hauru, co o tym sądzisz? - zapytałem.
 - Mogę zagrać... czemu nie...
   Nie wyglądał na przekonanego, ale myślałem, że jeszcze wróci mu entuzjazm.
I nie pomyliłem się. Chwilę później już wybiegł z pokoju wołając, że zaraz przyniesie co trzeba.
 - Czyli mamy pomysł. - skwitował zadowolony z siebie Rod.
 - Kto pierwszy? - spytał od progu blondyn z butelką fanty w ręce.
 - A co z coca-colą?
 - Nowy rozdział, nowa marka!
   Ponieważ nikt nie zgłosił się do kręcenia, w końcu Hauru wypalił:
 - No to ja zacznę! Strasznie mi się pić chce.
   Wziął łyka musującego napoju, po czym zakręcił.
 - Benvolio! Co jadłeś dziś na śniadanie?
 - Odsmażone wczorajsze naleśniki z serem, polane syropem owocowym. - odparłem, starając się brzmieć jakby był to ósmy cud świata.
 - Uuu... Na bogato! - skomentował, po czym butelkę przejąłem ja.
 - Kalipso! Kiedy ostatnio nosiłaś spódnicę?
 - Ze trzy miesiące temu na bankiecie w pracy taty. Była śliczna... Taka różnobarwna, z koła... właściwie nie wiem, czemu w niej nie chodzę...
 - No właśnie. - zaśmiał się Rod.
 - Anti, jakie jest Twoje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa?
 - Hmmm... Myślę, że to było w podstawówce - momenty, kiedy wracałam ze szkoły, a po domu roznosił się zapach świeżo upieczonego ciasta... Starałam się wykraść choć kawałek zanim rodzice zagonili mnie do obiadu i lekcji. - uśmiechnęła się do swoich myśli.
   Po chwili jednak niechętnie się od nich oderwała i zakręciła butelką.
 - Hauru. Jakie sporty uprawiasz? Nigdy ich wszystkich nie ogarniałam.
 - Ciekawe, czy sam je ogarniasz... - szepnąłem.
 - Przezabawne, Benvolio! Gram w siatkę, jeżdżę na łyżkach, uprawiam szermierkę, chodzę na taniec towarzyski... co jakiś czas jeszcze na skałki się wybieram... z reszty rzeczy zrezygnowałem dla teatru... Rod! Kiedy zacząłeś ubierać się na czarno?!
 - Jak to zacząłem? - potrząsnął głową zdezorientowany, po czym spojrzał na swoje ubranie. - No, tak wyszło...
 - Tak wychodzi odkąd cię znam. - zaśmiał się blondyn. - Myślałem, że masz do tego jakąś ideologię....
 - Nie no, co ty... - odparł zdziwiony i uznawszy, że już odpowiedział na pytanie, przejął butelkę.
 - Benvolio, jaką książkę ostatnio przeczytałeś?
 - "Hitchhikers Guide to the Galaxy", po angielsku oczywiście.
 - Wziąłeś się za siebie! - powiedział z podziwem, nie wiem czy udawanym, czy realnym. - Ogarniasz wszystko?
 - No raczej! - zaśmiałem się. - Swoją drogą: wciąż nie wiem, gdzie się podziewa ta cholerna "Kamasutra", a biblioteka już się upomina... - spojrzałem wyczekująco na resztę.
 - Pytałeś Romea? Rodzeństwo lubi robić sobie wredne żarty... - zasugerował Hauru
 - Tak, ale z tego samego powodu nic się od niego nie dowiedziałem.
 - No tak...

 - Dobra, kiedy indziej to załatwimy. - machnąłem ręką i chwyciłem butelkę.
 - Anti, kochana! Co dziś rano zmusiło cię do uporządkowania tamtej szuflady? Przecież od pół roku się nie domykała.

 - Kiedy dołożyłam tam kolejną stertę papierów, coś dziwnego stało się z zawiasami... - odpowiedziała z miną niewiniątka. - I to pomogło mi podjąć tę decyzję...
 Potem zakręciła butelką i nie zmieniając wyrazu twarzy zadała Kalipso pytanie:
 - Co ty tam tak ciągle nucisz?
 - "Too much love will kill you" - odpowiedziała po czym szybko dodała:

 - Dziś w radiu przed wyjściem usłyszałam i tak zostało... Hauru... Co tam u sióstr?
   Odpowiedział dopiero po chwili, jakby się zamyślił. 

 - Se coś kombinuje, bo znów nie ma z nią kontaktu, co dosyć mnie martwi, bo chyba jej podpadłem... A Amadea i Gracja... przeżywają fazę romantyzmu. Cały czas męczą mnie, żebym im czytał Byrona. Nic z niego nie rozumieją i muszę im to tłumaczyć. Ja z tymi potworkami nie mam przerwy od szkoły!
 - Szczęściary, jak pójdą na humana będą znały cały materiał.
 - O nie... nie życzę im sprzedawania frytek w McDonaldzie! A teraaaaz... Anti. Piszesz pamiętnik?

 - Nie. Skąd ten pomysł? Ja i pisanie?
 - A szkoda. Tak pytałem, żeby się upewnić, że nie ma potrzeby przeszukiwania twojego pokoju... - uśmiechnął się psotnie
 - Co ty kombinujesz? - zapytała podejrzliwie.
 - Ej ej ej! To nie moja kolejka! Kręć!
 - No dooobra. Rod, co najlepiej gotujesz?

 - Tak szczerze?
 - Yhymmm...
 - Myślę, że nieźle mi wychodzi pizza. Zresztą tutaj raczej Kalipso mogłaby się wypowiedzieć.
 - Jego pizza jest świetna. - zapewniła ruda. - Choć przyznaję, że lepiej smakuje, kiedy nie dorzuca do niej "niespodzianek"...

 - Co masz na myśli? - dopytałem.
 - Raz znalazłam w niej landrynki...
 - Oj, to był wypadek przy pracy! - zaczął się usprawiedliwiać Rod, ale nie zdołał już powstrzymać wielkiego wybuchu śmiechu.

   To były te cudowne momenty, kiedy wydawało nam się, że wszystko jest tak, jak dawniej i pewne wydarzenia mogłyby równie dobrze nie mieć miejsca. Teraz pozostawało nam mieć nadzieję, że to naprawdę coś zmieni.

sobota, 7 grudnia 2013

24. ...............

Anti

   Budzik zadzwonił o zwykłej porze. Zamiast wstać, wyciszyłam go tylko i zakopałam się z powrotem pod kołdrą. Tak bardzo nie chciałam nigdzie wychodzić, nie chciałam nic robić, nie chciałam, żeby ludzie mnie widzieli... Nie po tym, co zrobiłam tamtej nocy. Naprawdę nie wiem, dlaczego zgodziłam się na zadanie Kalipso. Myślałam, że i tym razem jakimś cudem uda mi się z tego wyjść, ale mój fart musiał się kiedyś skończyć. To byłoby aż nieprawdopodobne, gdyby podczas takiego balansowania na granicy zawsze wszystko wszystkim się udawało. To było wpisane w tę grę.
   Więc dlaczego się na nią zgodziliśmy? Nie obwiniałam o nic Kalipso, bo ona zawsze miała dziwne pomysły, ale przecież Rod musiał widzieć ryzyko. Jak to się stało, że z takim entuzjazmem podeszliśmy do czegoś równie ryzykownego dla zwykłego zabicia nudy?
   Czas zatarł nieprzyjemne wspomnienie początku wakacji i teraz patrzyłam na ten króciutki okres z praktycznie nieuzasadnioną nostalgią. Czy nie o tym świętym spokoju marzyłam przez większość roku szkolnego? A jednak z początku gra sprawiała przyjemność. Wzbudzała emocje i w pewien sposób mobilizowała do życia.
   Odsunęłam nieznacznie kołdrę i sięgnęłam na stolik nocny po aparat Ciris. Włączyłam go i zaczęłam przeglądać zdjęcia od samego początku.
   Pierwszy dzień, pierwsze zadanie. Benvolio przebrany w ten śmierdzący płaszcz, straszący przechodniów, roześmiany.
   Kolejny dzień.
   Kilka ruszonych zdjęć przypadkowych przechodniów i pozornie dziwne zdjęcia z Hauru podrywającym dziewczynę gdzieś daleko w tle. I my wszyscy siedzący w pokoju Hauru, śmiejący się z jego historii.
   Potem mnóstwo zdjęć różnych osób siedzących pod świerkami w naszym parku. I znowu zdjęcia z wykonywania zadań: ja wchodząca do budynku telewizji, rozmawiająca z recepcjonistką. Zerkający ukradkiem Hauru, Kalipso, Benvolio... Brakowało kilku dni i widać było dość dobrze zmianę nastrojów. Wszyscy byli jakoś bardziej zamyśleni, nie mieli z tej gry takiej dzikiej radości jak na początku.
   Pamiętałam ten dzień aż za dobrze. I wiedziałam, że z różnych powodów potem nastąpił już tylko jeden dobry dzień. Gdyby Ciris wtedy nie wyjechała... Może ona potrafiłaby jakoś zaradzić tej sytuacji? A może i nie? Może nikt nie byłby w stanie nic zmienić, a my wszyscy byliśmy skazani na porażkę? Nawet jeśli myślałam tak tylko przez chwilę, w momencie największego poczucia bezsilności, to i tak musiała być w tym choćby odrobina prawdy.
   Wyłączyłam aparat. Nie chciałam jeszcze raz widzieć, jak wszystko się dalej potoczyło. Odłożyłam go na stolik i położyłam się z powrotem, patrząc w jednolicie biały sufit swojego pokoju. Bardzo nie chciałam brać się do czegokolwiek. Właśnie nie "nie chciało mi się", ale "nie chciałam". Cokolwiek by to nie było, i tak nie miałoby sensu. Przynajmniej nie teraz. Przykryłam więc głowę kołdrą i zwinęłam się w kulkę, przekonana, że to najlepszy sposób na spędzenie dzisiejszego dnia.

Romeo

   Chyba mógłbym spędzić tak całe wakacje: leżąc na kocu w ogrodzie z komórką i pucharkiem lodów. Właściwie nie wiem, czemu kiedykolwiek przyszło mi do głowy, żeby pójść ze znajomymi brata grać w butelkę. Dobrze, że się wycofałem, bo jeszcze skończyłbym jak Benvolio: z zakazem wychodzenia z domu, jedzenia słodyczy i (co najgorsze) dostępu do komputera!
   Kiedy rodzice przywieźli go z aresztu, zrobili mu awanturę, a on tylko stał ze spuszczoną głową i słuchał. Potem bez słowa poszedł na górę i zamknął się w swoim pokoju. Pewnie jest strasznie przybity... Ale sam się o to prosił, dobierając sobie takich znajomych.
   Odkąd pamiętam miałem problemy, żeby za nimi nadążyć i widziałem, że on też ma. Tylko, że on wychodził przy nich na idiotę, a ja milczałem starając się jakoś od nich odciąć.    Może gdyby znalazł sobie jakichś lepszych przyjaciół... ta... jasne. Mój brat to jedno wielkie chodzące nieogarnięcie. Już nie wspominam o tym, że wszyscy śmieją się z jego lekko pedalskich ruchów i ciągłego potykania się o wszystko, co napotka na swojej drodze. Widocznie jego pech udzielił się całej grupie, bo podobno tylko Rodowi udało się umknąć. Ale może to dla nich lepiej. Będą mieli trochę czasu, na przemyślenie swoich wariactw.
   Benvolio i Antiochis pewnie zapamiętają to zdarzenie do końca życia i jesli reszcie zaczęło by odbijać, oni sprowadzą ich do porządku. Tego byłem pewien. Mój brat nie jest z tych, co lubią ryzykować.
   Po Hauru spodziewałem się, że zajmie się tym, co robił wcześniej: teatrem, filmem i dalszymi wygłupami. Kiedy zauważy, że reszta się wykruszyła i straciła zapał, odejdzie. Całe zdarzenie nie powinno wywrzeć na nim większego wpływu. Ile to razy miał kłopoty w szkole? Po całej dzielnicy krążyły przedziwne legendy o jego wyczynach...
   I w końcu Kalipso. Wszyscy ją obwinią, a ta pogrąży się w depresji, bo straci swoją małą mafię.
   Całe szczęście, że ich grupa się rozpadła. Mnie i Benvoliowi na pewno wyjdzie to na dobre. Może znów polepszy nam się kontakt, jak przestanie wzorować się na tych "popularnych" ludziach. Chyba obydwaj trochę zatraciliśmy własną osobowość i przez to mamy problemy z dogadywaniem się.
   Nigdy nie mówiłem tego głośno, ale z moim bratem bywało naprawdę śmiesznie. Uwielbiałem nasze wyprawy do lasu na grzyby i nad rzekę, aby łowić ryby. W prawdzie zwykle wracaliśmy z pustymi rękami, bo Benvolio a to muchomorów nazbierał, a to poślizną się na kamieniu i wpadł do wody płosząc wszystkie ryby...
   Wspomnienia przerwał mi telefon wibrujący w lewej kieszeni spodni. Wyciągnąłem z nich komórkę Benvolia (jako, że na nią też miał szlaban, rodzice kazali mi jej pilnować i odmawiać spotkań ze znajomymi). Ku mojemu zdziwieniu, otrzymana wiadomość nie należała bynajmniej do jednego z przyjaciół mojego brata, ale do biblioteki.

"Uprzejmie zawiadamiamy, iż data oddania książki nr 180896 upływa za 3 dni"

   No pięknie. Czyli jeszcze będę musiał zasuwać z tą "kamą sutrą" przez pół miasta, a wszystko, przez głupotę mojego brata. Po co on trzymał tak długo tą książkę?!
   Podniosłem się z ziemi. Nie obchodził mnie szlaban Benvolia. Niech weźmie sobie telefon i sam leci do biblioteki załatwiać swoje sprawy.