piątek, 20 grudnia 2013

26. Nie ufam...

 Kalipso

   Zbliżała się godzina 13:00, kiedy usłyszałam dzwonienie do drzwi. Dziwne... Przecież umówiliśmy się z resztą, że zobaczymy się dopiero w przyszły poniedziałek, żeby Benvolio nie miał problemów z rodzicami i szlabanem, którego termin upływał w niedzielę...
   Otworzyłam drzwi. W progu stał Hauru w towarzystwie dwóch młodszych sióstr. Serce podskoczyło mi do gardła.
 - Co Ty tu robisz? - spytałam obcesowo.
 - Błagam, nie zabij mnie na wstępie... - odpowiedział uśmiechając się niepewnie. - Chodziłem z Ami i Gri w okolicy. Kiedyś mówiłem im, że tu mieszkasz no i teraz... wiesz... próbowałem im powiedzieć, że pewnie jesteś zajęta, ale nie chciały mnie w ogóle słuchać!
 - Kalipso! - odezwała się Amadea - obiecałaś, że przyjdziesz...
 - ale może ci do nas nie po drodze... - dodała Gracja.
 - więc my do ciebie przyszłyśmy! - powiedziały chórem.
 - Gri, Ami, mówiłem wam już, że Kalipso dziś nie może. Wpadliśmy tylko się przywitać.
 - Haruś... prooooosiiiiimy! - popatrzyły na niego i na mnie błagalnym wzrokiem.
   Mimo, że odczuwałam pewien dyskomfort przebywając w towarzystwie blondyna, nie chciałam zawieść dziewczynek. Sama pamiętałam, jak mnie denerwowało, kiedy starsi nie dotrzymywali słowa. Nie chciałam być taka sama!
 - Ale nie ma problemu... - odpowiedziałam. - Właściwie nie jestem aż tak zajęta. Wchodźcie.
 - Poważnie? - spytał autentycznie zdziwiony Hauru.
 - Jupiiiiiiiiiiii! - wykrzyknęły radośnie jego siostry i się do mnie przytuliły.
   Poprowadziłam ich do salonu. Było to duże pomieszczenie z oknem zajmującym całą ścianę i wychodzącym na ogród. Tak jak w całym domu, ściany były mleczno-białe, a meble czarne. Nigdy nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca w tym pokoju. Był zbyt surowy. Ale na chwilę o tym zapomniałam, gdy Ami i Gri zaczęły radośnie tańczyć i biegać w tą i z powrotem, zachwycając się wolną przestrzenią.
 - Tu można skakać na skakance!
 - I kręcić hula-hop!
 - I bawić się w berka!
 - Zaraz cię złapię!
 - Nie złapiesz!
 - Złapię!
 - Hauruuuuu! - zawołała Gri podbiegając i wyciągając do niego ręce.
   Chłopak podniósł ją z ziemi i posadził na barana. Ami podskakiwała dookoła, żeby złapać siostrę, ale nie dosięgała.
 - Dosyć szaleństw, dzieciaki. - zaśmiał się blondyn. - Zachowujcie się przyzwoicie. Przecież nie chcemy, żeby Kalipso się na nas zdenerwowała.
 - Nie ma o czym gadać. One się tylko bawią. - odpowiedziałam mu.
 - Nie narobią hałasu? Twoim rodzicom mogłoby to przeszkadzać. Są w domu?
 - O to się nie martw. Mieszkam praktycznie sama.
 - Czemu?
   Unikając odpowiedzi na pytanie zwróciłam się do Amadei:
 - Na jaki kolor chcesz, żebym pomalowała ci paznokcie?
 - Naaa.... - zastanawiała się. - Na zielono! Albo nie! Niebiesko! A możeeee....
 - Zaraz przyniosę lakiery, a wy się rozgośćcie.
   Pobiegłam do swojego pokoju i na chwilę odetchnęłam. Wcale nie muszę rozmawiać z Hauru. Jest tutaj tylko ze względu na swoje siostry. A ja tylko dlatego go wpuściłam. Gdyby przyszedł sam, wyprosiłabym go. Tak. Na pewno tak bym zrobiła... Tamten pocałunek był zwykłym przypadkiem. Wodzenie za nim wzrokiem to wyrzuty sumienia... i ostrożność! Przecież muszę patrzeć, czy nie zdradzi, co się stało reszcie. A ten sen ostatniej nocy... mózg płatał mi figle. Albo zostałam masochistką. Nic do niego nie czuję. Mogę zejść na dół i swobodnie się przy nim zachowywać.
   Tak sobie powtarzałam przeszukując szafkę z kosmetykami. Ręce mi drżały, więc w końcu zirytowana wyjęłam całą półkę z komody i wróciłam z nią do salonu, w którym dziewczynki grały w łapki, a ich brat oglądał zdjęcia - wszystkie w takich samych, czarnych ramkach, zawieszone na ścianie w odległościach równych co co milimetra.
 - Przyniosłam wszystko. Wybierzcie sobie coś. - powiedziałam.
   Siostry z błyskiem w oku zaczęły przeglądać zawartość szuflady.
 - To twój tata? - spytał blondyn wskazując na któreś zdjęcie.
   Podeszłam do niego uważając, by przypadkiem go nie dotknąć.
 - Tak. To zdjęcie z wyjazdu do Luksemburga. Z tyłu widać Kanton Redange.
 - A to skąd? Fajnie razem wyglądacie.
 - Belgia.
 - O! A tu jakieś rodzinne! Tylko nie mogę się ciebie dopatrzeć...
 - Bo zostało zrobione przed moim narodzeniem. - mimo woli uśmiechnęłam się pod nosem. - Święta u dziadków od strony taty.
   Hauru spojrzał na resztę zdjęć.
 - Dlaczego na żadnym nie ma twojej mamy?  
 - Tata zdjął, kiedy odjechała...
 - Dokąd?
 - Do Afryki.
 - Co?
 - Kalipso, już wybrałam! - zawołała Gracja podbiegając do mnie. 
   Chwyciła mnie za rękę i poprowadziła na kanapę. Usiadłyśmy razem i zaczęłam malować jej paznokcie. 
 - Włosy nie wpadają ci do oczu? - spytał Hauru. - Może...
 - Poradzę sobie.
 - A wracając do...
 - Nie teraz, dobrze?
 - Jasne...
 - Hauru! - Ami podeszła do niego. - Dla ciebie też wybrałam!
   Blondyn wziął ją na kolana. 
 - Ale ty wiesz, że chłopaki nie używają lakierów do paznokci?
 - Dlaczego?
 - Takie zasady panują w naszej kulturze.
 - Ale mówiłeś, że zasady są po to, żeby je łamać.
 - Ty spryciulo! 
 - To pomalujesz? Patrz! Ma brokat!
 - Nie, Ami.
   Dziewczynka obrażona wstała i odeszła od Hauru, czekając na swoją kolejkę. Zaraz też zaczęłam ozdabiać jej paznokcie.
 - Tak myślę - powiedziałam, żeby przerwać ciszę. - że do tego przydała by się jakaś biżuteria. Zaraz czegoś dla was poszukam u siebie w pokoju.
   Wstałam. Siostrzyczki chuchały na swoje rączki i pokazywały sobie kolory. Ich brat podniósł się za mną.
 - Może ci pomogę?
 - Dobrze. - powiedziałam i razem poszliśmy do mojego pokoju, a serce ponownie, jak głupie, zaczęło mi mocniej bić.
   Otworzyłam drzwi.
 - Przepraszam za bałagan. - ostrzegłam go, zanim wszedł za mną do pomieszczenia.
   Nic nie odpowiedział.
   Zaczęłam przeszukiwać szafki i pudełka licząc na to, że trafię na jakieś świecidełka. Tak się na tym skupiłam, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że mój towarzysz od dłuższego czasu się nie odzywał, co było do niego kompletnie niepodobne.
 - Hauru?
   Odwróciłam się. Chłopak stał przy mojej szafce nocnej trzymając coś w ręku. Podeszłam i zajrzałam mu przez ramię. W ręce trzymał zdjęcie.
 - Jesteś do niej bardzo podobna. - powiedział. - Ten sam kolor włosów... i rysy twarzy, gdy się uśmiechacie...
 - Nie jestem do niej podobna. - odpowiedziałam zabierając mu fotografię i wsadzając ją z powrotem pod poduszkę.
 - Mówiłaś, że jest w Afryce... dlaczego?
 - Bo jej odbiło.
   Czułam, że wzbiera we mnie gniew. Gniew powodowany bezsilnością.
 - Nigdy więcej nie mów, że jestem do niej podobna... Nigdy. Ona nas zostawiła. Wyjechała twierdząc, że marnuje z nami swoje życie. Że nie może znieść tego domu. Że nie jest w stanie dalej funkcjonować w tym otoczeniu. Wyjechała łamiąc serce tacie. Wyjechała mówiąc, że w ten sposób czyni dobro. Że rozbicie naszej rodziny, to nic takiego... że ona ma ważną misję! Wyjechała sobie do Afryki... A przez co ja musiałam przechodzić?! W szkole pytali: "czym się zajmuje twoja mama?". Miałam odpowiedzieć: "Została zakonnicą"? Kto by to zrozumiał?! Zwłaszcza, że wszyscy znają moje poglądy na religię... Wyobrażasz to sobie? Córka zakonnicy nienawidząca Kościoła...
   Wyrzuciłam z siebie to wszystko tak nagle, że samą siebie zaskoczyłam taką wylewnością. Tama puściła i uwolniła wszystkie wspomnienia i żale.
   Hauru rozłożył nieznacznie ramiona. Nie chciał mi się narzucać. Doceniałam to. Odpuścił sobie głupie żarty, zabiegania. Starał się, abym znów nabrała do niego zaufania... Ale ja go nigdy nie straciłam. Prawda była taka, że przez cały ten czas nie ufałam sobie. To we mnie tkwił problem. Przy Hauru... byłam bezsilna.Tak jak w tej remizie i na przystanku: traciłam kontrolę nad swoim zachowaniem. I byłam za to na siebie wściekła. Chciałam mieć kontrolę, ale jednocześnie pragnęłam ją utracić. Walczyłam ze sobą. Te wahania nastrojów doprowadzały mnie do szału. Nie mogłam zdecydować, czego tak na prawdę chcę.
   Ale przywykłam do życia tu i teraz. Więc padłam w jego ramiona, jak lalka i wtuliłam się w jego czerwoną, flanelową koszulę. Przytulił mnie mocno gładząc po włosach. Bez słów. Staliśmy tak jakiś czas, aż się wyciszyłam i uspokoiłam myśli.
 - Chyba musimy iść do twoich sióstr... - powiedziałam ruszając w stronę wyjścia z pokoju.
 - Kalipso, zanim wyjdziemy... - blondyn zrobił na chwilę pauzę. - chcę, żebyś wiedziała, że cokolwiek nie postanowisz i cokolwiek by się nie działo... możesz nadal na mnie liczyć. Wbrew pozorom potrafię robić więcej niż tylko się wygłupiać i rozpuszczać plotki, że chodziłem z Marilyn Monroe... swoją drogą jakimi idiotami są ludzie, którzy w to wierzą?!
   Roześmiałam się cicho.
 - Dziękuję, Hauru. A teraz chodźmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz