Rafaela
- Och, nie... - szepnęłam prawie niedosłyszalnie, kiedy nieubłagana butelka wskazała moją kolej.
- Ha! Rewanż! - wrzasnął Benvolio
uradowany.
Na pewno nieczęsto zdarzało się to w tej grze.
- Już się boję...
- Spokojnie, Benvolio nic strasznego
nie wymyśli. - pocieszył mnie Rod, uśmiechając się półgębkiem.
Tamten w odpowiedzi pogroził mu
palcem.
- Zobaczymy, zobaczymy...
Za chwilę zamyślił się, ale nie
musieliśmy długo czekać, aż wykrzyknął:
- Już wiem! Tam za ostatnimi budynkami
miasta zaczynają się bardziej... wiejskie zabudowania. Wejdziesz do
jednego z ogrodów i nazbierasz kwiatów. Tyle, żeby
starczyło na wianek!
- Mam ukraść kwiatki i
zrobić z nich wianek? Serio? - spytałam rozbawiona.
Zadanie przypominało
mi jakieś przedszkolne wybryki.
- Jeszcze zobaczysz, że to nie takie
proste. - spojrzał na mnie z miną profesjonalisty. - Ja zdobywałem
doświadczenie w tych ogrodach przez całą podstawówkę, ale
jak ty sobie poradzisz, to nie wiem...
- Więc patrz uważnie. - zaśmiałam
się i podniosłam z ziemi.
Reszta też wstała i razem ruszyliśmy w
kierunku obrzeży miasta, które wskazał Benvolio.
Chłopak chyba nie przemyślał tego
zadania. Jeśli chciał, żeby było choć trochę niebezpieczne,
powinien był powiedzieć, że mam skomponować jakiś bukiet. Wtedy
potrzebowałabym mniej pospolitych kwiatków: róż,
tulipanów, nawet może hortensji, które rosną w
ogródkach przy domach bogatszych właścicieli
przewrażliwionych na punkcie roślinek. Tymczasem na wianek
najlepiej się nadają zwykłe mlecze czy stokrotki. Takie, które
można znaleźć najczęściej na łąkach, przy drogach i w
ogródkach opuszczonych domów, w związku z czym zadanie wcale nie
wydało mi się trudne.
Przechodziliśmy różnymi
uliczkami, a ja zastanawiałam się, jak to wygląda z boku: grupa
nastolatków rozmawiających o bzdurach idzie chodnikiem
osiedla i przygląda się uważnie wszystkim ogródkom mijanym
po drodze...
W końcu wypatrzyłam jeden, który
szczególnie mnie zauroczył: znajdował się koło
parterowego, drewnianego domku ze sporą werandą, a na całej jego
powierzchni kwitły różowe i białe koniczyny.
Zatrzymałam się i odwróciłam
do reszty:
- To może tu. To zajmie tylko chwilkę. Jak
chcecie, możecie szukać czterolistnej.
Po czym nie czekając na odpowiedź
przeskoczyłam przez drewniany płotek.
Zebranie kwiatów szło mi
całkiem sprawnie. Odwróciłam się do znajomych i pomachałam
im pęczkiem, który zerwałam.
Hauru uniósł kciuk do góry.
Najwyraźniej bawiło go, że Benvoliowi nie powiódł się
plan zemsty. Kalipso wydawała się prawie mnie nie dostrzegać,
ciągle zerkała nerwowo na ulicę i w kierunku domku. Antiohis i Benvolio przycupnęli z boku
przy furtce. Dostrzegłszy moje spojrzenie, chłopak przybrał pewny
siebie wyraz twarzy jakby chciał pokazać, że coś jeszcze może
się nie powieść, a wtedy to on będzie miał rację.
- To niesamowite, Benvolio, jak dobrze
znosisz porażki. - odezwał się Rod.
- Jakie znowu porażki? - szczerze
zdziwił się tamten. - Przecież to jeszcze nie koniec.
- No jak nie? - odpowiedział mój
kuzyn widząc, że do nich wracam.
- Pierwsza część za nami. -
oznajmiłam zadowolona. - Może chodźmy w jakieś bardziej ustronne
miejsce, żeby zrobić ten wianek?
- Nie no, myślałem, że będziesz go
robić na bieżąco! - mina Benvolia należała teraz raczej do
"kwaśnych". - Zostańmy tutaj. Miło tu, prawda?
- Ty za wszelką cenę chcesz, żeby
ktoś nas tu przyłapał, co? - spytałam chłopaka.
- Nie jestem złośliwy, ale to jednak
ja mam dbać o poziom trudności zadania...
- To może od razu pójdę na tą
werandę i tam będę robić wianek! - zażartowałam.
Od razu po wypowiedzeniu tych słów,
wpadło mi do głowy, że to w sumie nie głupi pomysł... Przecież
w tym domku pewnie nikogo nie ma. Odwróciłam się na pięcie
wracając do ogrodu i przysiadłam na schodkach biegnących do
wejścia mieszkania. Spokojnie rozłożyłam obok siebie
kwiatki i zabrałam się za splatanie ich ze sobą.
- Nie mówiłeś, że masz
szaloną kuzynkę, Rod. - usłyszałam jak zwrócił się do
niego blondyn. - To znaczy, że może tylko twoje geny uległy
uszkodzeniu...
- Uważaj, żebyś ty nie uległ
uszkodzeniu, jak będziesz obrażał rodzinę tej szalonej kuzynki. -
odpowiedziałam mu.
- Mmm... chętnie zaryzykuję... -
Hauru puścił do mnie oko.
Nie uszło to uwadze Kalipso, która
natychmiast odwróciła się do wszystkich plecami i Roda, który wyglądał, jakby
poczuł się przez to osobiście dotknięty.
- Zostaw ją w spokoju. - warknął i
zatopił się we własnych myślach.
W tym momencie sobie przypomniałam.
Tamtego dnia, kiedy bez celu jeździłam autobusem po okolicy,
widziałam na przystanku Kalipso i jakiegoś chłopaka. Był nim
niewątpliwie Hauru - te blond włosy, sposób, w jaki
spoglądał na dziewczynę mojego kuzyna i napięcie między nimi...
Rod pewnie nic nie wiedział o ich
schadzkach... ale wygląda, jakby się domyślał... Powinnam mu
powiedzieć? A może porozmawiać o tym najpierw z Kalipso? O Boże...
Biedny Rod... ruda była dla niego wszystkim... Pamiętam, jak raz mi
o niej opowiadał.
Leżał wtedy na ziemi w moim pokoju. Nigdy
wcześniej nie widziałam w jego oczach takiego blasku i uśmiechu
utrzymującego się stale na twarzy. Nie patrzył na mnie. Zdawało
się, że przywołuje w myślach jej obraz. I mówił...
Opowiadał o jej śmiechu, kolorze oczu, kompletnie odmiennym guście
muzycznym i zakładaniu skarpetek nie do pary. Mówił, dopóki
mu nie zaschło w gardle i wyszedł po szklankę wody, a ja szybko
otarłam z policzka pojedynczą łzę. Wiedziałam, ze ją kocha. Był
zafascynowany nią całą. Patrzył na nią tak uważnie... jak nigdy
nie spojrzał na mnie.
Wplotłam ostatnie koniczyny i wróciłam
do reszty.
- Gotowe! - zawołałam przybierając
radosny ton, aby odpędzić wspomnienie.
Uniosłam ręce w górę i
założyłam wianek na głowę Benvolia.
- Jednak udało ci się. - westchnął,
przybierając rozczarowaną minę, na co Hauru zaśmiał się:
- Nie tak wygląda chłopak, gdy
dostaje kwiaty od ładnej dziewczyny.
- Tak? - spytałam. - To może nam
zaprezentujesz, jak powinien wyglądać?
- O nie... - zaśmiał się blondyn. -
Zarezerwuję to dla tej jedynej.
- Może zanim na dobre się rozkręcicie
z tą dyskusją, odejdziemy na bezpieczną odległość? - wtrąciła
się niespodziewanie Anti, o której obecności zdążyłam
zapomnieć. - Wydaje mi się, że ten dom nie jest jednak pusty...
Jednocześnie wszyscy spojrzeliśmy w
tamtym kierunku i ku ogólnemu zdziwieniu, zobaczyliśmy
uchylające się drzwi wejściowe. Jak małe dzieci przyłapane na
podkradaniu cukierków, rzuciliśmy się do ucieczki. Za rogiem wszyscy przystanęliśmy.
Pierwsza wybuchłam śmiechem, a reszta zaraz do mnie dołączyła.
Benvolio był usatysfakcjonowany.
- A
widzicie? Jednak nie było tak beznadziejnie prosto!
- A więc remis? - spytałam.
- Niech ci będzie. - udał, że zgadza
się niechętnie.
- Koniec flirtów! - zażartował
Hauru.
- My nie flirtujemy! - wykrzyknęliśmy
jednocześnie, co tylko wywołało kolejną salwę śmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz