piątek, 27 grudnia 2013

27. Cud Lasagne

 Rod

   Niedziela upłynęła niezwykle spokojnie. Jeszcze niedawno nie wierzyłem, że tak szybko wszystko wróci do normy po tym całym zamieszaniu, ale teraz nie mogłem zaprzeczać faktom - nie działo się absolutnie nic. Chociaż może... Ale to sam wywołałem: zadzwoniłem do Rafaeli i zaprosiłem ją na następny dzień na butelkę. Ten pomysł przyszedł mi do głowy znienacka, zupełnie znikąd i zrealizowałem go kompletnie spontanicznie co, umówmy się, nie zdarza się za często. Dlaczego? A kto to wie! Ważne, że następnego dnia znowu siedzieliśmy w kręgu między świerkami, żartując i rozmawiając na luzie, żeby umilić sobie oczekiwanie na Kalipso.
   Pojawiła się dość szybko, lekko zdyszana, z cudnie rozwianymi lokami. Wstałem i krótko przedstawiłem jej Rafaelę - bo już wtedy tylko ona jej nie znała - i usiedliśmy znowu na ubitej ziemi. Porysowane szkło leżącej przed nami butelki lekko załamywało podające na nie promienie słońca, malując dookoła dziwne kształty.
 - To kto był ostatnio? - zapytał Hauru, pochylając się do przodu i opierając łokcie na kolanach.
 - A może by tak ustąpić pierwszeństwa gościowi? - zaproponowała ruda.
 - Nie chciałabym wam psuć kolejki... - moja kuzynka odezwała się lekko speszona.
 - Jakbyśmy mieli jakąś kolejkę... i tak nikt nie pamięta, kto był ostatnio.
 - No dobrze. - zgodziła się i nieśmiało podnosząc się na kolanach, wprawiła butelkę w ruch.
   Ta obracała się dość szybko i długo, ale ostatecznie stanęła, wskazując na zaskoczonego Benvolia.
 - Dlaczego nigdy nie przestanie mnie to dziwić... - wymamrotał, wgapiając się w wylot butelki.
 - Pytanie czy wyzwanie? - spytała moja kuzynka.
 - Wyzwanie. - odparł pewniej. - Wczoraj dość już było pytań.
 - Wyzwanie powiadasz... - szepnęła i zaczęła się zastanawiać, rozglądając się trochę na boki. Najwidoczniej jednak bezskutecznie, bo trwało to dość długo. W końcu postanowiłem trochę jej pomóc.
 - Ostatnio Benvolio napomknął, że gotowanie nie idzie mu za dobrze. - powiedziałem. - Może zadbamy o jego rozwój i zmobilizujemy go do jakichś ćwiczeń...?
 - Ahaaa, chyba wiem, co masz na myśli. - uśmiechnęła się półgębkiem. - Przygotujesz nam obiad. Jest chyba na tyle wcześnie, że zdążysz, prawda?
 - Eee... No raczej... - zaczął się zastanawiać.
 - Zrób lasagne. Nie wiem jak wy, ale ja dawno nie jadłem lasagne. I jeszcze ciasteczka na deser! - rozkręciłem się. To było niezłe zadanie na dziś.
 - O! Koniecznie! - poparła mnie Rafaela.
 - I sok z wyciskanych owoców. Pić też coś trzeba! - wtrącił swoje trzy grosze Hauru.
 - No już! Starczy! Przecież jestem sam jeden, a was jest... - zatrzymał się na chwilę, żeby policzyć nas i kontynuował: - piątka! I ja mam was wszystkich dzisiaj wyżywić!
 - Dasz sobie radę. Już nie rób z siebie ofiary losu - uśmiechnął się blondyn.
 - Którą jesteś. - dodałem pod nosem z czystej przekory.
   Benvolio westchnął jednak tylko i wstał, zwracając się do nas:
 - Chodźmy. Lepiej, żebym zaczął jak najszybciej, skoro mam to skończyć jeszcze dziś.


 - Gdzie chodzisz do szkoły? - Kalipso zapytała Rafaelę.
   Siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy, starając się nie zwracać uwagi na dochodzące nas stuki, brzęki i łomoty, towarzyszące przygotowaniom Benvolia do wykonywania zadania. 
 - Do Balzaca, pod miastem. - odpowiedziała jej brunetka. 
 - I w tym samym roczniku co my? 
 - Tak. - potwierdziłem. - W ogóle to urodziliśmy się z Rafaelą w tym samym tygodniu - ja w poniedziałek, a ona w środę. Pół rodziny szalało w tamtym czasie. 
 - No nieźle... 
 - Ale długo się nie widzieliśmy. - zaznaczyła Rafaela.
 - Jak to możliwe? Jak się mieszka w jednym mieście... chodzi do jednej szkoły... - dziwił się Hauru.
 - Źle się wyraziłam. Widywaliśmy się na korytarzu, ale każde ma własne grono znajomych. Czasem chce się odetchnąć od rodziny. - zaśmiała się.
 - Ale tyle lat, to chyba nie musiałaś. - wypomniałem jej.
 - Sam się mogłeś odezwać. Nic nie mówiłeś, to myślałam, że ci to pasuje.
   Przyjaciele zaczynali już chichotać, jednak naszą niby-sprzeczkę przerwał Benvolio, który ni stąd ni zowąd pojawił się za moimi plecami.
 - Chyba mam wszystko. Jak chcecie patrzeć, kibicować mi albo może nawet pomóc, to zapraszam do kuchni.
 - Można kręcić filmy? - zapytał Hauru. - Ludzie robią majątki na programach kulinarnych!
 - Nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał to oglądać... - mruknął zrezygnowany, ale po chwili jakby poprawił się: - Mój geniusz jest zbyt wielki, aby zrozumieli go zwykli zjadacze chleba.
   Wstaliśmy bez pośpiechu i całą grupą pociągnęliśmy za gospodarzem do kuchni.
W środku panował pozorny chaos. W jednym kącie stały jakieś brudne naczynia, prawdopodobnie jeszcze ze śniadania, a na reszcie blatów stały rozmaite naczynia, sprzęty i produkty, najwidoczniej ułożone w nieprzypadkowy sposób. Usiedliśmy w jedynym wolnym kącie, zajmując jakiś blat i ociekacz koło zlewu (który nie był zbyt wygodny), a Benvolio rozpoczął swoje show.
 - Zaczniemy od ciastek, bo kiedy będą się piec, będzie czas na zrobienie lasagne. Bierzemy mąki na oko, cukru na oko, proszku do pieczenia ze dwie łyżeczki, trochę mleka, olej...
 - Jesteś pewien, że robisz to właściwie? - zapytała go Kalipso, patrząc, z jaką nonszalancją szafuje składnikami i jak zamaszyście miesza wszystko w za małej misce. Dodatkowo komizmu dodawał kontrast między jego miną znawcy a latającą naokoło mąką, która lądowała nam we włosach.
 - Oczywiście! - odparł, rzucając do zlewu łyżkę i brudząc wszystko po drodze. Następnie dopadł lodówki, wyjął z niej jakiś olejek do ciasta i wlał całą zawartość buteleczki do misy. - Dlaczego wątpisz w moje umiejętności?
 - Ależ nikt w nie nie wątpi! - zaśmiała się Rafaela. Zaraz potem jednak krzyknęła, obsypana z zaskoczenia kakaem. - A może jednak...
   Tak w ramach wyrażenia współczucia wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. I robiliśmy to już co chwila, bo nasz mistrz kuchni a to poplamił komuś ubranie, a to obsypał wszystkich jakimś proszkiem... Naprawdę nie wiem, jak on to robił, że wszystko, czego się dotykał zaraz trafiało wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinno. To się nazywa sprawność manualna.
   W końcu jednak udało mu się doprowadzić do wypełnienia kilkunastu foremek na babeczki gęstą, tłustą cieczą, która nawet ładnie pachniała. Benvolio zapakował ten komplet do piekarnika, po czym brudne naczynia dorzucił do sterty ze śniadania i zabrał się do przygotowywania lasagne.
 - Nie wiem, czy mamy ten makaron... takie płaskie płaty... - mamrotał, przekopując się przez tony ryżu, kaszy i płatków owsianych, które raz po raz z impetem lądowały na naszych kolanach i głowach.
 - Weź spaghetti. Efekt ten sam. - poradził mu Hauru.
 - Odezwał się kolejny ekspert. - mruknąłem.
   Benvolio jednak z rezygnacją przytaknął mu:
 - Chyba nie mamy wyjścia.
   Zdjął z półki jakiś przypadkowy makaron, który nie był ani tym do lasagne, ani spaghetti, z innej półki wyjął jakieś przyprawy, z lodówki mięso, a zza niej - puszkę pomidorów. A potem stał nad tym z zafrasowaną miną dopóki kolejny raz nie wybuchnęliśmy śmiechem.
 - Może jakoś pomóc? - zaoferowała się Anti. - O ile nie jest to niezgodne z zasadami gry... - zaczęła zezować na mnie.
 - Skoro mamy dzisiaj coś zjeść... - Kalipso wciąż nie mogła przestać się śmiać.
   Na taki sygnał Anti z pobłażliwym uśmiechem przeszła na drugą stronę pola bitwy, zakasała rękawy i wzięła się do roboty.
 - A ty weź jakieś naczynie żaroodporne i wyłóż je tym makaronem. - rozkazała niedoszłemu szefowi kuchni, a ten spokojnie wykonał rozkaz.
 - Ej, ej, ej... szefem nadal jest Benvolio! Nie zmieniaj mi konwencji filmu edukacyjnego "Jak NIE gotować"! - zaśmiał się blondyn, który przez cały czas kręcił poczynania Benvolia oraz nasze rozmowy.
 - Daj spokój. Przecież będziesz musiał to jeszcze jakoś zjeść. - odparła, podchodząc do niego i ochlapując go sokiem z pomidorów z łyżki takim ruchem, jakby trzymała w ręku raczej różdżkę. To nie wróżyło nic dobrego dla dalszego ciągu gotowania. Ale przynajmniej było zabawnie.
 - Zawsze można zamówić pizzę. - odpowiedział blondyn biorąc garść żółtego sera tartego właśnie przez Benvolia i rzucił go w Atiochis.
   A potem się zaczęło! 
   Oczywiście, ochlapywanie się rozmaitymi substancjami nie jest najbardziej inteligentną zabawą, ale wtedy jakoś nam to nie przeszkadzało. Łyżki zaczęły pełnić funkcję katapult, mąka non stop unosiła się w powietrzu, a włosy chyba u nikogo nie pozostały nietknięte. Ubrania również nadawały się tylko do prania.
 - Ciasteczka się palą! - krzyknęła w tym zamieszaniu moja dziewczyna uchylając się przed kolejną porcją rozmarynu przelatującego przez kuchnię.
   Benvolio doczołgał się po podłodze do piekarnika, wysmarowując po drodze całą bluzkę resztkami potłuczonych jajek i otworzył piec. Ze środka buchnęło gorąco i lekki zapach spalenizny.
 - Uhuu... Chyba nie jest tak źle! - zawołał.
 - Benvolio, zostaw! - podeszła do niego Antiochis. - To trzeba wyjąć w rękawiczkach!
   Odepchnęła go od kuchenki i wyciągnęła z niej blachę ze zwęglonymi bryłkami, a następnie wrzuciła naczynie z naszym obiadem.
 - Oby z tym poszło lepiej. - westchnęła Rafaela.
 - Nie przejmuj się. - zwrócił się do niej Benvolio. - U nas to tak zawsze wychodzi.
 - Marne pocieszenie. - odpowiedziała, ale się do niego uśmiechnęła.
   W tym momencie usłyszałem za sobą głośny wybuch śmiechu. W drzwiach do kuchni stał nie kto inny jak młodszy brat naszego przyjaciela.
 - A ty co się chichrasz, młody? - Benvolio zwrócił się do Romea próbując przybrać groźną minę, ale efekt zepsuła mąka we włosach, wielka plama ketchupu pod okiem i jajka rozmazane na podkoszulku.
   Zamiast odpowiedzi, chłopak wyjął komórkę i zaczął pstrykać nam zdjęcia.
 - O nie! Co to to nie, kolego! - podszedłem do niego, starając się uśmiechać półgębkiem, żeby do reszty nie wyglądać jak kretyn, i usiłowałem odebrać mu telefon.
 - Tylko spróbuj go dotknąć tymi brudnymi łapami! - Romeo przeskoczył wgłąb kuchni unikając spotkania ze mną.
   Nie zamierzałem latać za nim jak debil. Reszta z kolei nie bardzo kwapiła się, żeby mi pomóc - do czasu, aż po jednym porozumiewawczym spojrzeniu Hauru, Kalipso i Anti przypuścili na niego wspólny atak.
   Gdy Romeo miał już we włosach wystarczająco dużo sera, a ubranie - wystarczająco mokre, w końcu odłożył komórkę na bok.
 - I tak mam te parę zdjęć, to wystarczy. - uśmiechnął się złośliwie.
   Blondyn porwał jego telefon i zaczął przeglądać w poszukiwaniu kompromitujących zdjęć.
 - Ej! Tak nie można! - zawołał Romeo próbując odzyskać swoją własność, ale reszta go powstrzymała.
 - No no... niezła galeria... - podgwizdywał pod nosem blondyn.
 - Skasuj co chcesz i oddaj! - odpowiedział młodszy brat Benvolia szamocząc się.
   Pozostali nachylali się nad telefonem tak, że Hauru pewnie mało co widział na ekranie.
 - Nawet ona? - chłopak był oburzony. - Nie no to jest niemoralne... I rodzice nie sprawdzają ci telefonu?! Powinni założyć jakąś blokadę!
 - Odwal się.
 - Dobra... - podał mu komórkę. - Masz. Ale wiesz, że to jest obrzydliwe? Chyba czas puścić parę plotek, żeby zepsuć ci reputację... tak tylko ostrzegam.
   Chłopak zrobił się czerwony na twarzy jak piwonia i wybiegł z pomieszczenia.
   Na moment zapadła cisza. Przerwał ją dopiero cichy głos Anti:
 - Lasagne chyba już gotowa.
 - No, to bierzmy się do jedzenia! - uśmiechnął się Benvolio.
 - A już miałam nadzieję, że też się spaliła... - jęknęła Kalipso.
 - Tak dobrze być nie może. - zaśmiałem się, obejmując ją ramieniem.
   Anti wyciągnęła lasagne z piekarnika, a Benvolio kompletował talerze i sztućce. Wkrótce po tym, jak siedliśmy przy stole, doszli do nas, przynosząc ze sobą całkiem ładny zapach warzyw, przypraw i mięsa. Szkoda tylko, że ilość tej lasagne nie powalała. Szczerze mówiąc, nikt z nas się nie najadł, ale na ciasteczka też już nie mieliśmy ochoty. Nie po tym, jak je zobaczyliśmy w pełnej krasie: małe, czarne kulki uważam od tamtej pory za największy obraz nędzy i rozpaczy.
 - Ktoś chce coś powiedzieć na koniec filmu, zanim się okaże, że wszyscy umrzemy, ponieważ w lasagne była trucizna? - spytał Hauru. - Chętnie wysłucham waszej ostatniej spowiedzi!
 - Piłem, paliłem, kłamałem, chcę więcej lasagne. - odezwał się Benvolio.
 - Amen! - krzyknęło parę osób, chichocząc.
 - Serio? Ty? - zapytała Anti.
 - Nie. - odparł krótko, wywołując wśród nas jęk zawodu. - A tak serio, nigdy więcej nie będę z wami gotował. Kto to teraz posprząta?!
 - E... ja jestem umówiony... - zaczął Hauru udając, że chce wstać od stołu.
 - O nie, nie, nie. Tak szybko mi nie uciekniecie. - zaprotestował gospodarz. - Kompania marsz do kuchni!
   Zgodnie jęknęliśmy, ale nie wypadało zostawić go z tym bałaganem, zwłaszcza, że dopiero co skończył mu się jeden szlaban, a nie chcieliśmy zapewnić mu kolejnego. Za dobrze się to wszystko układało, żeby teraz to tak szybko rozpieprzyć.
   Sprzątanie poszło nam dość sprawnie. Co prawda nie bawiliśmy się przy nim tak dobrze, jak przy robieniu tego bajzlu, ale przynajmniej byliśmy skuteczni. Jedyne czego nam zabrakło to porządne umycie się i przebranie, ale zgodnie uznaliśmy, że chyba lepiej nie robić rozróby w kolejnym pomieszczeniu.
   Wyszliśmy więc z poplamionymi, klejącymi się ubraniami, brudnymi twarzami i rozmaitymi maziami we włosach, ale jakoś się tym nie przejmowaliśmy - już nie takie rzeczy się robiło! Chociaż Rafaela radziła sobie i bez wcześniejszego doświadczenia w tej dziedzinie - przynajmniej tak mi się wydaje... Nieważne, grunt, że jej się podobało. To wiedziałem na pewno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz