niedziela, 21 lutego 2016

54. Apokalipsa i motylki XD

 Kalipso


   Kiedy kolejnego ranka zebraliśmy się w parku wszyscy mieli bardzo dobre nastroje. Nie posiadałam się z radości, że w końcu udało nam się załagodzić nieporozumienia i mogliśmy po prostu cieszyć się swoim towarzystwem i wakacjami.
 - Jest już komplet? - spytałam wyjmując butelkę z torebki.
 - Nie wydaje mi się. - zwróciła uwagę siedząca pod świerkiem Antiochis. - Znowu nie ma Rafaeli.
 - Rod, wiesz co się z nią dzieje? - spytałam.
 - Nie, nie widzieliśmy się od niedzieli, od przyjęcia rodzinnego.
 - Myślicie, że powinniśmy po nią pójść? - zastanawiała się na głos Ciris.
 - W niedzielę wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. - tłumaczył się Rod. - Ale to faktycznie dziwne, że jej nie ma, może coś stało się już potem.
 - W takim razie przejdę się do niej. - powiedział Benvolio, podnosząc się z ziemi. - Wybadam sprawę, jeśli coś jest nie tak, to może trzeba będzie zareagować.
 - Świetny plan! - natychmiast wypalił Hauru.
 - Ale to pewnie potrwa. - zwrócił uwagę Rod. - Mamy czekać na ciebie z grą?
 - Nie, bez przesady. - Benvolio machnął ręką. - To byłby wyjątkowy niefart, gdyby znowu trafiło na mnie.
 - No wiesz, teoretycznie to tak samo prawdopodobne, jak to, że wypadnie na kogokolwiek innego. - roześmiał się tamten.
   Benvolio pokręcił tylko głową i zniknął wśród gałęzi.
 - Okej... - powiedziałam zagarniając wszystkich do kręgu. - Zobaczmy, kto dziś padnie moją ofiarą...
 - I właśnie dlatego Benvolio tak szybko się ulotnił... - Hauru zwrócił się tonem znawcy do Ciris i Talii siedzących po jego lewej.
 - Przezabawne. - pokazałam mu język i zakręciłam.
 - To było kantowanie! - oburzył się Hauru, kiedy wylot butelki wskazał w jego stronę. - To aż nieprawdopodobne, żebyś trafiła akurat na mnie!
 - Przeznaczenie mój drogi. - puściłam mu oko.
 - Prawdopodobieństwo 1/6 to nie aż tak mało... - zauważył Rod. - Może jest nawet większe, tak się rozparłeś na boki...
 - Wypraszam sobie! Wcale się nie rozpycham. - zaczął się wykłócać. - Następnym razem przytulę się jakoś do ciebie. Prawie nigdy nie trafia na ciebie.
 - Następnym razem ty będziesz kręcił. - zwróciłam mu uwagę. - Na pewno nie będziesz wykonywał zadania. I nawet nie musisz się w tym celu do nikogo przytula!
 - Zazdrosna? - spytał Hauru ze złośliwym uśmieszkiem.
 - Nie. - zaśmiałam się i dla przekory dodałam: - Zawzięcie shipuję cię z Rodem!
 - I to dlatego poubierałaś nas wczoraj w te kiece? Jaki ja byłem głupi... - Rod teatralnie spuścił głowę.
   Już chciałam mu odpowiedzieć, kiedy do naszej rozmowy wtrąciła sie Anti:
 - Myślę, że pewne rzeczy możecie wyjaśnić sobie na osobności. Tak czy inaczej, Hauru czeka na zadanie.
 - No tak. - zamyśliłam się. - Hauru... Co powiesz na rozpoczęcie kariery kaznodziei?
 - Brzmi ciekawie. - odparł. - Mów dalej...
 - Chciałabym, żebyś poszedł pod centrum handlowe i przepowiadał koniec świata. Zaczepiał przechodniów, krzyczał, śpiewał... jak cię fantazja poprowadzi! - dokończyłam bardzo z siebie zadowolona. Dawno nie wymyśliłam tak dobrego wyzwania.
 - Ostro. - skomentował Rod.
 - Z wami nigdy nie zrobi się nudno... - powiedziała z niedowierzaniem Ciris, po czym zebraliśmy się i raźnie ruszyliśmy w kierunku przystanku, z którego odjeżdżał autobus mający nas zabrać na miejsce.
   Po drodze przepychaliśmy się i żartowaliśmy. Dzień był pogodny, choć pochmurny. Hauru miał nadzieję, że wkrótce spadnie deszcz, bo uważał, że dodałoby to dramaturgi jego przepowiedniom o zbliżającej się nieuchronnie apokalipsie. Jednak raczej nie było na to większych szans, podobnie jak na spełnienie jego proroctw. Dotarłszy pod centrum handlowe zajęliśmy strategiczne miejsce w kawiarni na wolnym powietrzu koło głównego wejścia do galerii. Zamówiliśmy lemoniadę i zaciekawieni przyglądaliśmy się, jak Hauru przygotowuje się do swojego publicznego wystąpienia. Chłopak już po drodze zgarnął od nas całą biżuterię. Teraz zakładał na siebie wisiorki i bransoletki, a bandanę Talii obwiązał wokół ręki. Pożyczonymi od Antiochis nożyczkami do paznokci rozciął sobie przód koszulki tworząc dekolt a la Reytan i podwinął jedną nogawkę od spodni... Właściwie nikt nie wiedział w jakim celu.
   Zaczął przechadzać się po placu wśród spieszącego się tłumu. Robił to powoli ze wzrokiem utkwionym w niebo i ramionami rozwartymi na całą szerokość niczym Człowiek Witruwiański.
 - Chyba jednak jest w swoim żywiole. - pokręcił głową Rod.
 - Ewidentnie. - przyznała mu rację Ciris.
   W końcu nasza dzisiejsza gwiazda przemówiła:
 - Zatrzymajcie się grzesznicy! - jego głos był tak potężny, że usłyszelibyśmy go nawet z trzy razy większej odległości. - Zaprawdę zaprawdę powiadam wam, że oto nadchodzi rychły kres ludzkości! Ja który jestem zesłany tu na ziemię przez anioła Razjela, jako syn jego pierworodny, zwiastuję wam nadejście okrutnych plag za wasze winy!
 - No to nieźle poleciał... - skomentowała Talia.
 - Żałujcie za grzechy! - krzyczał dalej Hauru, a ja byłam pełna podziwu, że jeszcze się nie zraził tymi wszystkimi spojrzeniami rzucanymi mu przez przechodniów.
   Było kwestią czasu, kiedy ktoś w końcu zwróci mu uwagę.
 - Albowiem nadchodzi kres cywilizacji! A przez cywilizację należy rozumieć internet! Niebiosa ukarzą was zagładą cybernetycznego świata! Upadną wasze serwery, ognie piekielne pochłoną znajomych na Facebooku, a jeźdźcy apokalipsy wytną w pień hejterów i nastanie nowy porządek świata!
   Anti, która do tej pory się nie odzywała, parsknęła śmiechem.
 - Proszę pana! Proszę pana! - z centrum handlowego wybiegł ochroniarz i stanął przed Hauru. Zaczął coś do niego mówić i energicznie wskazywać w kierunku ulicy najwyraźniej dając mu do zrozumienia, żeby sobie poszedł. Jednak chłopak był nieugięty:
 - Głoszę świadectwo prawdy! Niby Mojżesz z góry Synaj schodzę między lud ogłosić nowe przykazania! Zaiste wielki jest mój dar dla ludzkości wszystkich narodów! Drukujcie strony Wikipedii albowiem czas zrzynania prac domowych odchodzi w odmęty przeszłości!
 - On jest niepoważny. - wszyscy pokładaliśmy się ze śmiechu.
 - Czekajcie. - uciszyłam resztę. - Podchodzi do niego jakaś babka.
   Mina Hauru na widok starszej pani całkowicie się zmieniła. Momentalnie wyszedł z roli i z zakłopotaniem próbował coś wyjaśnić. Zastanawiałam się, czy to nie jakaś jego ciocia albo mama kumpla, bo nie zachowywała się tak, jakby słowa chłopaka ją obraziły i dlatego do niego podeszła. Rozmawiali normalnie... W którymś momencie Hauru wskazał w naszym kierunku i wtedy ją poznałam. Była to nasza nauczycielka historii. Pomachała nam na przywitanie po czym poklepała Hauru po ramieniu i weszła do galerii.
   Chłopak podbiegł do nas. Był cały czerwony na twarzy.
 - Co powiedziała? - zapytam z przejęciem nie mogąc uwierzyć w taki zbieg okoliczności.
 - Że będzie miała o czym opowiadać w pokoju nauczycielskim po wakacjach... - odparł Hauru. - Ładnie mnie urządziłaś, Kalipso!
 - Jakoś ci to wynagrodzę... - zaśmiałam się. - Twoje przemówienie było genialne!
 - Hauru, proszę, nie zostawaj nigdy politykiem. - odezwał się Rod.
 - A to niby czemu? - chłopak zdawał się wyraźnie zdezorientowany.
 - Jeśli ktoś ci uwierzy, to nie skończy się to dla nas dobrze. - roześmiał się tamten.
 - Ty chyba właśnie mnie obraziłeś... - powiedział Hauru marszcząc brwi.
 - Właśnie tak. - odparł Rod z satysfakcją i poklepał go przyjacielsko po łopatce.
 - Nazwa shipu dla Hauru i Roda to Rouru czy Hod? - spytałam konspiracyjnym szeptem Antiochis.
 - To pierwsze, nie wiem czemu, kojarzy mi się z jakimiś dzikimi zwierzętami... Brzmi jak ryk. - zamyśliła się z uśmiechem.
 - My ciągle was słyszymy! - zwrócił nam uwagę Hauru otrząsając się z otępienia, jakie wywołało w nim nagłe spotkanie z nauczycielką. Wziął do ręki szklankę z moją lemoniadą i wychylił ją do dna. - Oj, chyba jednak potrzebuję trochę procentów... Ktoś wybiera się na imprezę do Kacpra?

Rafaela


   Leżałam w łóżku przewracając się z boku na bok. Od dwóch dni siedziałam w pokoju z komputerem na kolanach nadrabiając zaległe odcinki moich seriali i starając się ochłonąć po rozmowie z Rodem na złotych godach dziadków. Nie chciałam go teraz widzieć. Jego słowa wzbudzały we mnie mieszane uczucia i im dłużej analizowałam jego zachowanie, tym bardziej zdezorientowana się czułam, a co najgorsze: nic nie mogłam na to poradzić.
   Czy zrozumiał co do niego czułam i mnie odepchnął, czy nadal był ślepy i zrobił to przez przypadek? A może wiedział i zrobił to celowo? A co, jeśli zrozumiał, że go kocham, ale się tego przestraszył i zrobił to, żeby zyskać czas na przemyślenie tej sytuacji?
   Z resztą mniejsza o jego motywację... Czułam się okropnie. Nie wiedziałam, czy będę w stanie spojrzeć mu jeszcze kiedykolwiek w oczy i jak bardzo zmieniło to jego myślenie o mojej osobie.
   Z zamyślenia wyrwało mnie dzwonienie do drzwi. Niechętnie wstałam i poszłam sprawdzić kto to. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu zobaczyłam, że to Benvolio. On też dostrzegł mnie przez szybę i pomachał mi ręką, więc nie mogłam już udać, że nie ma mnie w domu. Otworzyłam mu.
 - Cześć! - zaczął lekko zakłopotany.
 - Jeśli chcesz mnie wyciągnąć na grę w butelkę, to sobie daruj. Wzięłam chorobowe. - mruknęłam szykując się na walkę.
 - Nie! Co ty! - zaraz zaczął się wykręcać. - To nie tak! Przyszedłem tylko zapytać, co słychać, dawno się nie widzieliśmy...
 - Trzy dni to nie jest jakiś szmat czasu. Wróć za dwa tygodnie to będzie o czym pogadać. - odparłam.
 - Ej, no nie bądź taka... Pewnie myślisz, że mnie tu przysłali, żebym cię wyciągnął na grę. Nic z tych rzeczy!
 - Wybacz, ale po spędzeniu z wami jakiegoś czasu, znam już taktykę tych waszych "interwencji". Wylosowali cię, żebyś tu przyszedł? Przegrałeś w papier, kamień, nożyce?
   Zaczął wywracać oczami.
 - Nie! Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła, że nikt mnie tu nie przysyłał? Skoro wczesna pora nie wystarczy...
 - Serio wpadłeś tak po prostu? - nagle zaczęłam mieć wątpliwości, czy słusznie się na niego złoszczę. - Czyli nie spieszy ci się z powrotem?
 - Nie! Skąd! - zapewniał mnie. - Nie po to przyszedłem, żeby zaraz wychodzić. - uśmiechnął się już spokojniejszy.
 - Chcesz wejść? - spytałam lekko zakłopotana postanawiając mu uwierzyć. - Właśnie skończyłam odcinek "Shameless". Możemy puścić jakiś film...
 - Skoro proponujesz.... - uśmiechnął się szeroko i nieśmiało wszedł do przedpokoju.
 - Chcesz się czegoś napić? - zamknęłam za nim drzwi. - Coś zjeść? Mogę zrobić popcorn.
 - Nie musisz, właściwie to ledwo śniadanie zjadłem... - wymamrotał niezbyt przekonująco.
 - Co za przyjemność z oglądania filmów bez podjadania? - zapytałam uśmiechając się do niego. - Rozgość się u mnie w pokoju. Pierwsze drzwi po lewej. - Wskazałam mu drogę po czym sama poszłam do kuchni przygotować przekąski.
   Kiedy wróciłam, zastałam go przeglądającego filmy ustawione na półce nad moim łóżkiem.
 - Całkiem ciekawa kolekcja, muszę przyznać. - powiedział lekko speszony, że go na tym przyłapałam. - Kilku nawet nie oglądałem.
 - Których? - spytałam rozkładając jedzenie i picie na szafce nocnej. - To moje ulubione. Nie wyobrażam sobie bez nich życia.
 - Nigdy na przykład nie miałem okazji zobaczyć "Trafionego piorunem". Albo... Nie, będziesz się śmiać...
 - No dawaj! - zachęciłam go.
 - "Perks of Being a Wallflower". Nie wiem, jakim cudem mnie to ominęło... - czerwony na twarzy zaczął się śmiać z zakłopotaniem.
 - Trzeba szybko naprawić ten błąd! - odparłam. - Zobaczysz, zrobi na tobie wrażenie. Zwłaszcza Ezra Miller - podobno wziął udział w przesłuchaniu do roli Patricka przez Skypa, ale był tak charyzmatyczny, że dostał angaż już po pięciu godzinach od rozpoczęcia castingu!
 - Po jego popisie w "Musimy porozmawiać o Kevinie" jestem w stanie uwierzyć ci na słowo, ale i tak chętnie obejrzę. - odparł.
   Szybko posłałam łóżko. Usiedliśmy koło siebie biorąc laptopa na kolana i puściliśmy film.
Od obrazu oderwałam uwagę tylko raz, kiedy gdzieś po pół godziny Benvolio przysunął się bliżej mnie tak, że stykaliśmy się teraz ramionami. Pomyślałam jednak, że pewnie bolała go szyja od przechylania się w kierunku ekranu i dlatego zmienił pozycję. Czy mogło to mieć coś wspólnego z jego dziwnym zachowaniem po naszym ostatnim seansie filmowym...? Szybko odrzuciłam od siebie tę myśl.
 - I jak wrażenia? - spytałam na napisach końcowych odkładając komputer na bok.
 - Łał. To było coś. - powiedział zamyślony. - Zwłaszcza moment, kiedy po tamtej wpadce kumple odwracają się od Charliego. Musiał się czuć potwornie samotny. Najpierw się z kimś zaprzyjaźniasz, a potem jedna głupota i z dnia na dzień zostajesz sam, odepchnięty, gdy stoisz pod ich drzwiami.
 - To nie była aż taka głupota. Zranił uczucia wielu osób... - westchnęłam. - Miłość jest do niczego.
 - Nie no, niektórzy twierdzą, że to najlepsze, co może się w życiu zdarzyć. - zaczął, brzmiąc jakby teoretyzował. - Chociaż przydałaby się pewnie jakaś sensowna instrukcja obsługi...
 - Jak taką znajdziesz, to chętnie pożyczę. - zaśmiałam się gorzko.
 - Ej, skąd ten pesymizm? Przy którejś próbie powinno się udać, nie? - uśmiechnął się. - Na pewno nie można się zamykać na nikogo, jak tutaj Emma Watson.
 - "Akceptujemy miłość, na którą myślimy, że zasługujemy"... - zacytowałam melancholijnie.
   Przypomniałam sobie wszystkich chłopaków, których odrzuciłam czekając aż Rod się mną zainteresuje. Wierzyłam, że tylko z nim będę szczęśliwa... Ale może było to błędne założenie? Nie chciałam być wiecznie samotna... Moja nadzieja, że kuzyn się mną zainteresuje upadła. Rodzina i tak by tego nie zaakceptowała. Czas ruszyć dalej i przestać używać nieszczęśliwej miłości jako wymówki na rezygnację z prób zaangażowania się w jakikolwiek związek...
   Poczułam dotyk Benvolia na moim policzku. Dłonią delikatnie odgarnął mi kosmyk włosów za ucho. W jego twarzy odbijało się zestresowanie ale i pewna czułość. Nie bardzo zdając sobie z tego sprawę zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Powoli, ostrożnie, niepewnie... W głowie miałam kompletną pustkę, a w brzuchu legendarne motylki, które swoją drogą bardziej przypominają uczucie choroby niż szczęścia. Drżałam ze zdenerwowania i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Benvolio przeżywa to samo co ja...
   Kiedy poczułam jego usta na swoich, w pewien sposób się uspokoiłam. Byłoby niezręcznie, gdyby któreś z nas w takim momencie się wycofało. Ostrożnie muskaliśmy się ustami, stopniowo zabierając pewności w ruchach, jednak nie ośmieliłam się dotknąć go ręką czy objąć tak, jak to zwykle przedstawia się w komediach romantycznych. Napotykałam barierę wstydu, której nawet nie próbowałam obalać.
   Kiedy się od siebie odsunęliśmy miałam problem z uporządkowaniem myśli. Spojrzałam na Benvolia z niewypowiedzianym pytaniem.
 - Może coś jeszcze obejrzymy? - zapytał, w końcu przerywając przedłużający się moment ciszy.
 - "Trafionego piorunem?" - spytałam otrząsając się z tego dziwnego stanu i sięgnęłam po płytę.
   Kiedy znów zajęliśmy miejsca obok siebie, Benvolio trochę niezgrabnie objął mnie ramieniem, ale było to całkiem miłe z jego strony. I choć ten gest wprowadzał mnie w zakłopotanie, a ból w brzuchu nie tracił na intensywności, cieszyłam się, że jest tutaj ze mną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz