Anti
Budzik zadzwonił o zwykłej porze. Zamiast wstać, wyciszyłam go tylko i zakopałam się z powrotem pod kołdrą. Tak bardzo nie chciałam nigdzie wychodzić, nie chciałam nic robić, nie chciałam, żeby ludzie mnie widzieli... Nie po tym, co zrobiłam tamtej nocy. Naprawdę nie wiem, dlaczego zgodziłam się na zadanie Kalipso. Myślałam, że i tym razem jakimś cudem uda mi się z tego wyjść, ale mój fart musiał się kiedyś skończyć. To byłoby aż nieprawdopodobne, gdyby podczas takiego balansowania na granicy zawsze wszystko wszystkim się udawało. To było wpisane w tę grę.
Więc dlaczego się na nią zgodziliśmy? Nie obwiniałam o nic Kalipso, bo ona zawsze miała dziwne pomysły, ale przecież Rod musiał widzieć ryzyko. Jak to się stało, że z takim entuzjazmem podeszliśmy do czegoś równie ryzykownego dla zwykłego zabicia nudy?
Czas zatarł nieprzyjemne wspomnienie początku wakacji i teraz patrzyłam na ten króciutki okres z praktycznie nieuzasadnioną nostalgią. Czy nie o tym świętym spokoju marzyłam przez większość roku szkolnego? A jednak z początku gra sprawiała przyjemność. Wzbudzała emocje i w pewien sposób mobilizowała do życia.
Odsunęłam nieznacznie kołdrę i sięgnęłam na stolik nocny po aparat Ciris. Włączyłam go i zaczęłam przeglądać zdjęcia od samego początku.
Pierwszy dzień, pierwsze zadanie. Benvolio przebrany w ten śmierdzący płaszcz, straszący przechodniów, roześmiany.
Kolejny dzień.
Kilka ruszonych zdjęć przypadkowych przechodniów i pozornie dziwne zdjęcia z Hauru podrywającym dziewczynę gdzieś daleko w tle. I my wszyscy siedzący w pokoju Hauru, śmiejący się z jego historii.
Potem mnóstwo zdjęć różnych osób siedzących pod świerkami w naszym parku. I znowu zdjęcia z wykonywania zadań: ja wchodząca do budynku telewizji, rozmawiająca z recepcjonistką. Zerkający ukradkiem Hauru, Kalipso, Benvolio... Brakowało kilku dni i widać było dość dobrze zmianę nastrojów. Wszyscy byli jakoś bardziej zamyśleni, nie mieli z tej gry takiej dzikiej radości jak na początku.
Pamiętałam ten dzień aż za dobrze. I wiedziałam, że z różnych powodów potem nastąpił już tylko jeden dobry dzień. Gdyby Ciris wtedy nie wyjechała... Może ona potrafiłaby jakoś zaradzić tej sytuacji? A może i nie? Może nikt nie byłby w stanie nic zmienić, a my wszyscy byliśmy skazani na porażkę? Nawet jeśli myślałam tak tylko przez chwilę, w momencie największego poczucia bezsilności, to i tak musiała być w tym choćby odrobina prawdy.
Wyłączyłam aparat. Nie chciałam jeszcze raz widzieć, jak wszystko się dalej potoczyło. Odłożyłam go na stolik i położyłam się z powrotem, patrząc w jednolicie biały sufit swojego pokoju. Bardzo nie chciałam brać się do czegokolwiek. Właśnie nie "nie chciało mi się", ale "nie chciałam". Cokolwiek by to nie było, i tak nie miałoby sensu. Przynajmniej nie teraz. Przykryłam więc głowę kołdrą i zwinęłam się w kulkę, przekonana, że to najlepszy sposób na spędzenie dzisiejszego dnia.
Romeo
Chyba mógłbym spędzić tak całe wakacje: leżąc na kocu w ogrodzie z komórką i pucharkiem lodów. Właściwie nie wiem, czemu kiedykolwiek przyszło mi do głowy, żeby pójść ze znajomymi brata grać w butelkę. Dobrze, że się wycofałem, bo jeszcze skończyłbym jak Benvolio: z zakazem wychodzenia z domu, jedzenia słodyczy i (co najgorsze) dostępu do komputera!
Kiedy rodzice przywieźli go z aresztu, zrobili mu awanturę, a on tylko stał ze spuszczoną głową i słuchał. Potem bez słowa poszedł na górę i zamknął się w swoim pokoju. Pewnie jest strasznie przybity... Ale sam się o to prosił, dobierając sobie takich znajomych.
Odkąd pamiętam miałem problemy, żeby za nimi nadążyć i widziałem, że on też ma. Tylko, że on wychodził przy nich na idiotę, a ja milczałem starając się jakoś od nich odciąć. Może gdyby znalazł sobie jakichś lepszych przyjaciół... ta... jasne. Mój brat to jedno wielkie chodzące nieogarnięcie. Już nie wspominam o tym, że wszyscy śmieją się z jego lekko pedalskich ruchów i ciągłego potykania się o wszystko, co napotka na swojej drodze. Widocznie jego pech udzielił się całej grupie, bo podobno tylko Rodowi udało się umknąć. Ale może to dla nich lepiej. Będą mieli trochę czasu, na przemyślenie swoich wariactw.
Benvolio i Antiochis pewnie zapamiętają to zdarzenie do końca życia i jesli reszcie zaczęło by odbijać, oni sprowadzą ich do porządku. Tego byłem pewien. Mój brat nie jest z tych, co lubią ryzykować.
Po Hauru spodziewałem się, że zajmie się tym, co robił wcześniej: teatrem, filmem i dalszymi wygłupami. Kiedy zauważy, że reszta się wykruszyła i straciła zapał, odejdzie. Całe zdarzenie nie powinno wywrzeć na nim większego wpływu. Ile to razy miał kłopoty w szkole? Po całej dzielnicy krążyły przedziwne legendy o jego wyczynach...
I w końcu Kalipso. Wszyscy ją obwinią, a ta pogrąży się w depresji, bo straci swoją małą mafię.
Całe szczęście, że ich grupa się rozpadła. Mnie i Benvoliowi na pewno wyjdzie to na dobre. Może znów polepszy nam się kontakt, jak przestanie wzorować się na tych "popularnych" ludziach. Chyba obydwaj trochę zatraciliśmy własną osobowość i przez to mamy problemy z dogadywaniem się.
Nigdy nie mówiłem tego głośno, ale z moim bratem bywało naprawdę śmiesznie. Uwielbiałem nasze wyprawy do lasu na grzyby i nad rzekę, aby łowić ryby. W prawdzie zwykle wracaliśmy z pustymi rękami, bo Benvolio a to muchomorów nazbierał, a to poślizną się na kamieniu i wpadł do wody płosząc wszystkie ryby...
Wspomnienia przerwał mi telefon wibrujący w lewej kieszeni spodni. Wyciągnąłem z nich komórkę Benvolia (jako, że na nią też miał szlaban, rodzice kazali mi jej pilnować i odmawiać spotkań ze znajomymi). Ku mojemu zdziwieniu, otrzymana wiadomość nie należała bynajmniej do jednego z przyjaciół mojego brata, ale do biblioteki.
"Uprzejmie zawiadamiamy, iż data oddania książki nr 180896 upływa za 3 dni"
No pięknie. Czyli jeszcze będę musiał zasuwać z tą "kamą sutrą" przez pół miasta, a wszystko, przez głupotę mojego brata. Po co on trzymał tak długo tą książkę?!
Podniosłem się z ziemi. Nie obchodził mnie szlaban Benvolia. Niech weźmie sobie telefon i sam leci do biblioteki załatwiać swoje sprawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz