niedziela, 8 grudnia 2013

25. Ciris

 Benvolio

   Od tamtej feralnej nocy minął już tydzień. Przez cały ten czas z nikim się nie widziałem, z nikim nie rozmawiałem, w ogóle nic nie robiłem. Siedziałem w domu, gapiąc się w ścianę i od czasu do czasu zmywając naczynia, sprzątając, prasując - nie próbując nawet przeciwstawiać się temu, co nakazywali mi rodzice. W innych okolicznościach ten szlaban musiałby być bardzo dotkliwą karą, jednak teraz było mi już wszystko jedno. Albo nawet inaczej: lepiej, że miałem pretekst, żeby nie podejmować żadnych działań - choć czułem, że powinienem. Odpowiedzialność za grupę to nie jest łatwa sprawa, a to, co umiałem zrobić, nijak nie mogło wystarczyć. Teraz każdy miał własne problemy i musiał się z nimi uporać sam.
   Ale po upływie tego tygodnia coś się zmieniło. Wczesnym popołudniem odebrałem od Anti SMSa, że stało się coś ważnego i że koniecznie mam do niej przyjść. Moje negatywne nastawienie błyskawicznie przeszło w pełną mobilizację z pewną nutką entuzjazmu. Jednak brakowało mi tej roboty! Z lekkim uśmiechem schowałem komórkę do kieszeni i wybiegłem z domu.

   Całą grupą siedzieliśmy w pokoju Antiochis, czekając, aż wróci z kuchni: Kalipso, Rod, Hauru i ja. Każde wciśnięte w inny kąt pokoju, każde z innym wyrazem twarzy. Hauru wyglądał na rozluźnionego. Nie wiedziałem, jak bardzo przeżył to zatrzymanie, ale teraz widziałem, że nie jest to udawany spokój. A przynajmniej tak mi się wydawało.
   Co innego Kalipso: ona siedziała skulona, opierając się plecami o ścianę, z głową opartą o kolana. Jej mina nie wyrażała nic pozytywnego.
   Z kolei Rod był jakoś dziwnie zamyślony, jakby zupełnie nie interesowało go to, po co tu przyszedł. I zdziwiło mnie to, że nie usiadł obok Kalipso. Czyżby też się pokłócili?
   Nie miałem jednak czasu zbyt długo nad tym myśleć, bo zaraz wróciła Anti z nożem - do rozcięcia koperty oczywiście. Chciała, żeby otwarcie listu, który przyniósł dziś listonosz, było jak najbardziej uroczyste i przebiegało w atmosferze powagi i skupienia. W końcu to pierwszy list od Ciris od czasu, kiedy wyjechała do Francji. Przyszedł w dodatku w tak trudnym dla nas momencie, że po prostu musiało to być dla nas wielkie wydarzenie.
   Anti usiadła na łóżku tak, aby widzieć wszystkich, ostrożnie rozcięła kopertę i wyjęła z niej pastelowo-żółtą kartkę, całą pokrytą eleganckim pismem Ciris. Bez żadnych wstępów zaczęła czytać:

                                                                             Bourges, 10 lipca 2014
                        Kochani!

          Przepraszam, że piszę dopiero teraz, ale tyle się tutaj dzieje... Tak! Na kursie rysunku! Nie chciałabym, żebyście myśleli, że to tylko siedzenie i wodzenie ołówkiem po kartce papieru! Co chwila latamy po mieście i...
          Ale może jednak zacznę od początku:
          W samolocie, którym leciałam do Francji poznałam dziewczynę, która również dostała się na kurs w ostatniej chwili! Niesamowity zbieg okoliczności, prawda? Ma na imię Talia i jeszcze później o niej sporo usłyszycie... (Ale pewnie dopiero jak się spotkamy, bo zbankrutuję na papeterii). W każdym razie od razu poczułam się lepiej, bo bałam się, że na miejscu gdzieś zabłądzę... Razem już dojechałyśmy do internatu jakiejś szkoły, który w wakacje służy kursantom za noclegownię. Oczywiście łatwo się domyślić, kto został moją współlokatorką... ;)
          Pierwsze zajęcia były... szokiem. Nie dość, że nic nie zrozumiałam z tego, co powiedziała prowadząca (nawet nie wyobrażacie sobie, jaki ma niechlujny sposób mówienia...) to jeszcze grupa okazała się bardzo kameralna. Spodziewałam się, nie wiem.... 40 osób? A tymczasem jest nas w sumie 17 przy czym dwóch chłopaków bez przerwy urywa się z zajęć. No właśnie! Wyjątkowo dużo chłopaków się zapisało...
          No ale odejdźmy od statystyk! Żeby się lepiej poznać, wyszliśmy potem razem zobaczyć miasto. Są tu osoby głównie z Włoch i Hiszpanii, ale i parę osób z Anglii, Polski no i oczywiście Francji, więc dla wszystkich zwiedzanie było bardzo przyjemne. Ach... jak tu jest pięknie!
          Niezłą mieliśmy akcję jak Phil podczas zwiedzania katedry wypadł z krzykiem na Emilie zza kolumny. Dziewczyna zaczęła piszczeć, a potem jakimś ciosem karate przerzuciła go nad sobą i powaliła na ziemię. Philowi na szczęście nic się nie stało... Ale wyglądało to zupełnie jak jeden z pojedynków na wzrok Hauru i Kalipso! Nawet nie wiecie, jak bardzo za Wami zatęskniłam w tamtym momencie!
          A innym razem rysowaliśmy przechodniów. Miasto jest prześliczne, więc zajęcia w terenie są jednymi z moich ulubionych. I nie uwierzycie, kogo tam spotkałam! Dziewczynę, czytającą w jednej z kafejek "Dumę i Uprzedzenie"! Musiałam ją narysować. Tak bardzo skojarzyła mi się z zadaniem Hauru i tym jego podrywem na cytaty! A zaraz obok, przy innym stoliku siedział chłopak w całości ubrany na czarno. Rod, nie obraź się, ale myślałam, że to Ty!
          To tylko pokazuje, jak bardzo za Wami tęsknię... Nowi znajomi owszem, są bardzo fajni, a lekcje są świetne i klimat Bourges... Ale chciałabym być teraz tam z Wami. Na pewno świetnie się bawicie! Tak żałuję, że to przegapię...
          Anti, koniecznie spisz mi wszystko, co się wydarzyło od mojego wyjazdu! Bardzo szczegółowo! Będę mogła chociaż wyobrazić sobie, jak sprawy się u Was mają. Po moim powrocie na pewno umówimy się na oglądanie zdjęć, prawda? Ja robię je cały czas!
          I wysyłam Wam parę szybkich szkiców moich koleżanek, kolegów i przechodniów. Katedrę znajdziecie w internecie, nienawidzę rysować architektury.
                                                                 Do szybkiego napisania!
                                                                              Kocham Was!
          
                                                                                                 Ciris

       PS. Benvolio, powiedz, że jeszcze nie zrobiłeś sobie krzywdy... przed chwilą Talia przewróciła się o próg naszego pokoju i ma rozbite kolano, a wiem, że Tobie zdarza się to bez przerwy!


   Na moment zapadła cisza. Anti położyła list przed sobą na skraju prześcieradła i patrzyła w niego uporczywie, jakby miał jej powiedzieć coś jeszcze. Już i tak powiedział dużo! Strasznie cieszyłem się, że Ciris dobrze się ma tam w Bourges, ale z drugiej strony czułem, że jest w tym coś nieuczciwego, że nie wie, co się stało tu w Polsce pod jej nieobecność. Trzeba będzie jej odpowiedzieć... Ale też nie chciałem, żeby martwiła się nami - to mogłoby jej zepsuć cały wyjazd.
   Rozejrzałem się po pokoju, żeby zobaczyć reakcję innych.
   Roda list nie wyrwał z tego niezwykłego zamyślenia, ale teraz w jego twarzy coś drgnęło, jakby... był zaskoczony? W każdym razie wciąż patrzył na nas jak z jakiegoś odległego miejsca, zajęty w dużej mierze czymś innym. Na Hauru zrobiło to dużo większe wrażenie, gdybym nie słyszał wcześniej treści tego listu, pomyślałbym, że oszalał, tak absurdalny wydał mi się jego szeroki uśmiech. I chyba znowu odezwało się jego niezdiagnozowane ADHD, bo zaraz wstał, wziął do ręki list i chodząc po pokoju, zaczął jeszcze raz go czytać i komentować.
 - Czy ona nie jest urocza? Nawet pamiętała jaką książkę czytała Monika! O... a to zajście w katedrze... Już ja z nią porozmawiam na ten temat! Mam nadzieję, że nie miała na myśli, że zawsze daję sobą rzucać o podłogę!
 - Uspokój się. - odezwała się Kalipso. Z pewnego powodu, znanego również mi i Anti, jego gadanina zadziałała jej na nerwy. Twarz rudej nie wyrażała ani trochę więcej entuzjazmu niż przed przeczytaniem listu.
 - Nie chcę się kłócić, Kalipso. Powiedzmy, że przegrywam w 50% przypadków. - odpowiedział jej Hauru. Dobry z niego aktor, powieka mu nie drgnęła, gdy mówił te słowa - nadal szeroko się uśmiechał.
 - Odpuść sobie z tymi tekstami. Nie widzisz, jak wygląda sytuacja? - powiedziała ogólnie.
 - Widzę. I wcale mi tego nie ułatwiasz, więc proszę, nie miej do mnie pretensji. - odparł już poważnie.
 - Ktoś ma jakieś propozycje? - odezwała się rzeczowo, choć równie ogólnie Anti, przerywając ich utarczkę.
 - E... Pewnie dobrze by było jej odpisać. - odparłem, czując, że niezupełnie rozumiem pytanie.
 - No tak. To jasne. Tylko co? - odparła Anti.
 - Prawdę? - rzucił sarkastycznie Rod, patrząc na nią z odrobiną zwykłego politowania. Chyba właśnie wracał do świata żywych.
 - Może lepiej nie odpowiadać i jak przyjedzie, to zobaczy co tu się wyrabia. - zaproponował Hauru. - Nie chciałbym jej zmartwić.
 - To może zaczekajmy z odpowiadaniem, aż wszystko ułoży się na tyle, żeby rzeczywiście móc napisać prawdę? - powiedziała w zamyśleniu Anti.
   Wprowadziło to do naszej rozmowy lekką konsternację. Tak naprawdę nikt nie wiedział, co możemy zrobić, aby naprawić sytuację, a już na pewno nie na tyle, żeby można było napisać Ciris "U nas wszystko po staremu".
 - Nic już nie będzie tak, jak dawniej, ale możemy spróbować. - poparł ją blondyn. - To chyba najlepsze wyjście z sytuacji.
 - I jak zamierzacie to zrobić? - zapytał szczerze Rod. Zdziwił mnie brak sceptycyzmu w jego głosie, o który to pytanie aż się prosiło.
   To pytanie było sensowne, nawet bardzo sensowne i myślę, że nie był to tylko moja subiektywna opinia. Zaraz zacząłem myśleć, co mogłoby nas znowu zbliżyć do siebie, przypomnieć, jak było dawniej albo sprawić, że zaczniemy się dogadywać od nowa - jakkolwiek by to miało wyglądać.
 - E... To może zapiszemy się razem na jakieś zajęcia? - rzuciłem nieśmiało przerywając niedługą ciszę, jaka zapadła po pytaniu Roda.
 - Już to widzę... - uśmiechnął się pod nosem Hauru. - Lepiej sami sobie coś zorganizujmy. Nie chcę słuchać ględzenia nauczycieli w wakacje. Może nakręcimy film?!
 - To niezły pomysł, ale poszukajmy czegoś jeszcze. - pokierowała rozmową Anti.
 - Albo może zwyczajnie pokręcimy się po mieście, jak wszyscy normalni ludzie? Wiecie, może nie od razu jakieś odpały, ale łażenie po sklepach? - spojrzałem w stronę dziewczyn.
 - Wszystko mi jedno. - odparła Kalipso.
 - A co powiecie na powrót do gry? - zaproponował ni stąd, ni zowąd Rod.
   Kolejny raz przez chwilę patrzyliśmy na siebie bez słowa, aż w końcu zdecydowałem się odezwać.
 - Czemu nie? Tylko może trochę inaczej niż dotychczas...
 - Na przykład, żeby wszystkie zadania musiały być zgodne z prawem... - dodała Antiochis, patrząc gdzieś w przestrzeń.
   Starając się nie patrzeć na żadną konkretną osobę, zgodnie pokiwaliśmy głowami.
 - Może na początek wrócimy do samych pytań? - doprecyzował Rod.
 - O! I to jest myśl! - Anti uśmiechnęła się, kiwając głową.
 - Tak, to może wypalić. - przytaknąłem. Rod miał łeb na karku - przecież to mogło rozwiązać tyle problemów!
 - Nie wzięłam butelki. - westchnęła Kalipso.
 - W każdej chwili mogę skoczyć do kuchni. - zaoferowała się Antiochis.
 - A ty, Hauru, co o tym sądzisz? - zapytałem.
 - Mogę zagrać... czemu nie...
   Nie wyglądał na przekonanego, ale myślałem, że jeszcze wróci mu entuzjazm.
I nie pomyliłem się. Chwilę później już wybiegł z pokoju wołając, że zaraz przyniesie co trzeba.
 - Czyli mamy pomysł. - skwitował zadowolony z siebie Rod.
 - Kto pierwszy? - spytał od progu blondyn z butelką fanty w ręce.
 - A co z coca-colą?
 - Nowy rozdział, nowa marka!
   Ponieważ nikt nie zgłosił się do kręcenia, w końcu Hauru wypalił:
 - No to ja zacznę! Strasznie mi się pić chce.
   Wziął łyka musującego napoju, po czym zakręcił.
 - Benvolio! Co jadłeś dziś na śniadanie?
 - Odsmażone wczorajsze naleśniki z serem, polane syropem owocowym. - odparłem, starając się brzmieć jakby był to ósmy cud świata.
 - Uuu... Na bogato! - skomentował, po czym butelkę przejąłem ja.
 - Kalipso! Kiedy ostatnio nosiłaś spódnicę?
 - Ze trzy miesiące temu na bankiecie w pracy taty. Była śliczna... Taka różnobarwna, z koła... właściwie nie wiem, czemu w niej nie chodzę...
 - No właśnie. - zaśmiał się Rod.
 - Anti, jakie jest Twoje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa?
 - Hmmm... Myślę, że to było w podstawówce - momenty, kiedy wracałam ze szkoły, a po domu roznosił się zapach świeżo upieczonego ciasta... Starałam się wykraść choć kawałek zanim rodzice zagonili mnie do obiadu i lekcji. - uśmiechnęła się do swoich myśli.
   Po chwili jednak niechętnie się od nich oderwała i zakręciła butelką.
 - Hauru. Jakie sporty uprawiasz? Nigdy ich wszystkich nie ogarniałam.
 - Ciekawe, czy sam je ogarniasz... - szepnąłem.
 - Przezabawne, Benvolio! Gram w siatkę, jeżdżę na łyżkach, uprawiam szermierkę, chodzę na taniec towarzyski... co jakiś czas jeszcze na skałki się wybieram... z reszty rzeczy zrezygnowałem dla teatru... Rod! Kiedy zacząłeś ubierać się na czarno?!
 - Jak to zacząłem? - potrząsnął głową zdezorientowany, po czym spojrzał na swoje ubranie. - No, tak wyszło...
 - Tak wychodzi odkąd cię znam. - zaśmiał się blondyn. - Myślałem, że masz do tego jakąś ideologię....
 - Nie no, co ty... - odparł zdziwiony i uznawszy, że już odpowiedział na pytanie, przejął butelkę.
 - Benvolio, jaką książkę ostatnio przeczytałeś?
 - "Hitchhikers Guide to the Galaxy", po angielsku oczywiście.
 - Wziąłeś się za siebie! - powiedział z podziwem, nie wiem czy udawanym, czy realnym. - Ogarniasz wszystko?
 - No raczej! - zaśmiałem się. - Swoją drogą: wciąż nie wiem, gdzie się podziewa ta cholerna "Kamasutra", a biblioteka już się upomina... - spojrzałem wyczekująco na resztę.
 - Pytałeś Romea? Rodzeństwo lubi robić sobie wredne żarty... - zasugerował Hauru
 - Tak, ale z tego samego powodu nic się od niego nie dowiedziałem.
 - No tak...

 - Dobra, kiedy indziej to załatwimy. - machnąłem ręką i chwyciłem butelkę.
 - Anti, kochana! Co dziś rano zmusiło cię do uporządkowania tamtej szuflady? Przecież od pół roku się nie domykała.

 - Kiedy dołożyłam tam kolejną stertę papierów, coś dziwnego stało się z zawiasami... - odpowiedziała z miną niewiniątka. - I to pomogło mi podjąć tę decyzję...
 Potem zakręciła butelką i nie zmieniając wyrazu twarzy zadała Kalipso pytanie:
 - Co ty tam tak ciągle nucisz?
 - "Too much love will kill you" - odpowiedziała po czym szybko dodała:

 - Dziś w radiu przed wyjściem usłyszałam i tak zostało... Hauru... Co tam u sióstr?
   Odpowiedział dopiero po chwili, jakby się zamyślił. 

 - Se coś kombinuje, bo znów nie ma z nią kontaktu, co dosyć mnie martwi, bo chyba jej podpadłem... A Amadea i Gracja... przeżywają fazę romantyzmu. Cały czas męczą mnie, żebym im czytał Byrona. Nic z niego nie rozumieją i muszę im to tłumaczyć. Ja z tymi potworkami nie mam przerwy od szkoły!
 - Szczęściary, jak pójdą na humana będą znały cały materiał.
 - O nie... nie życzę im sprzedawania frytek w McDonaldzie! A teraaaaz... Anti. Piszesz pamiętnik?

 - Nie. Skąd ten pomysł? Ja i pisanie?
 - A szkoda. Tak pytałem, żeby się upewnić, że nie ma potrzeby przeszukiwania twojego pokoju... - uśmiechnął się psotnie
 - Co ty kombinujesz? - zapytała podejrzliwie.
 - Ej ej ej! To nie moja kolejka! Kręć!
 - No dooobra. Rod, co najlepiej gotujesz?

 - Tak szczerze?
 - Yhymmm...
 - Myślę, że nieźle mi wychodzi pizza. Zresztą tutaj raczej Kalipso mogłaby się wypowiedzieć.
 - Jego pizza jest świetna. - zapewniła ruda. - Choć przyznaję, że lepiej smakuje, kiedy nie dorzuca do niej "niespodzianek"...

 - Co masz na myśli? - dopytałem.
 - Raz znalazłam w niej landrynki...
 - Oj, to był wypadek przy pracy! - zaczął się usprawiedliwiać Rod, ale nie zdołał już powstrzymać wielkiego wybuchu śmiechu.

   To były te cudowne momenty, kiedy wydawało nam się, że wszystko jest tak, jak dawniej i pewne wydarzenia mogłyby równie dobrze nie mieć miejsca. Teraz pozostawało nam mieć nadzieję, że to naprawdę coś zmieni.

sobota, 7 grudnia 2013

24. ...............

Anti

   Budzik zadzwonił o zwykłej porze. Zamiast wstać, wyciszyłam go tylko i zakopałam się z powrotem pod kołdrą. Tak bardzo nie chciałam nigdzie wychodzić, nie chciałam nic robić, nie chciałam, żeby ludzie mnie widzieli... Nie po tym, co zrobiłam tamtej nocy. Naprawdę nie wiem, dlaczego zgodziłam się na zadanie Kalipso. Myślałam, że i tym razem jakimś cudem uda mi się z tego wyjść, ale mój fart musiał się kiedyś skończyć. To byłoby aż nieprawdopodobne, gdyby podczas takiego balansowania na granicy zawsze wszystko wszystkim się udawało. To było wpisane w tę grę.
   Więc dlaczego się na nią zgodziliśmy? Nie obwiniałam o nic Kalipso, bo ona zawsze miała dziwne pomysły, ale przecież Rod musiał widzieć ryzyko. Jak to się stało, że z takim entuzjazmem podeszliśmy do czegoś równie ryzykownego dla zwykłego zabicia nudy?
   Czas zatarł nieprzyjemne wspomnienie początku wakacji i teraz patrzyłam na ten króciutki okres z praktycznie nieuzasadnioną nostalgią. Czy nie o tym świętym spokoju marzyłam przez większość roku szkolnego? A jednak z początku gra sprawiała przyjemność. Wzbudzała emocje i w pewien sposób mobilizowała do życia.
   Odsunęłam nieznacznie kołdrę i sięgnęłam na stolik nocny po aparat Ciris. Włączyłam go i zaczęłam przeglądać zdjęcia od samego początku.
   Pierwszy dzień, pierwsze zadanie. Benvolio przebrany w ten śmierdzący płaszcz, straszący przechodniów, roześmiany.
   Kolejny dzień.
   Kilka ruszonych zdjęć przypadkowych przechodniów i pozornie dziwne zdjęcia z Hauru podrywającym dziewczynę gdzieś daleko w tle. I my wszyscy siedzący w pokoju Hauru, śmiejący się z jego historii.
   Potem mnóstwo zdjęć różnych osób siedzących pod świerkami w naszym parku. I znowu zdjęcia z wykonywania zadań: ja wchodząca do budynku telewizji, rozmawiająca z recepcjonistką. Zerkający ukradkiem Hauru, Kalipso, Benvolio... Brakowało kilku dni i widać było dość dobrze zmianę nastrojów. Wszyscy byli jakoś bardziej zamyśleni, nie mieli z tej gry takiej dzikiej radości jak na początku.
   Pamiętałam ten dzień aż za dobrze. I wiedziałam, że z różnych powodów potem nastąpił już tylko jeden dobry dzień. Gdyby Ciris wtedy nie wyjechała... Może ona potrafiłaby jakoś zaradzić tej sytuacji? A może i nie? Może nikt nie byłby w stanie nic zmienić, a my wszyscy byliśmy skazani na porażkę? Nawet jeśli myślałam tak tylko przez chwilę, w momencie największego poczucia bezsilności, to i tak musiała być w tym choćby odrobina prawdy.
   Wyłączyłam aparat. Nie chciałam jeszcze raz widzieć, jak wszystko się dalej potoczyło. Odłożyłam go na stolik i położyłam się z powrotem, patrząc w jednolicie biały sufit swojego pokoju. Bardzo nie chciałam brać się do czegokolwiek. Właśnie nie "nie chciało mi się", ale "nie chciałam". Cokolwiek by to nie było, i tak nie miałoby sensu. Przynajmniej nie teraz. Przykryłam więc głowę kołdrą i zwinęłam się w kulkę, przekonana, że to najlepszy sposób na spędzenie dzisiejszego dnia.

Romeo

   Chyba mógłbym spędzić tak całe wakacje: leżąc na kocu w ogrodzie z komórką i pucharkiem lodów. Właściwie nie wiem, czemu kiedykolwiek przyszło mi do głowy, żeby pójść ze znajomymi brata grać w butelkę. Dobrze, że się wycofałem, bo jeszcze skończyłbym jak Benvolio: z zakazem wychodzenia z domu, jedzenia słodyczy i (co najgorsze) dostępu do komputera!
   Kiedy rodzice przywieźli go z aresztu, zrobili mu awanturę, a on tylko stał ze spuszczoną głową i słuchał. Potem bez słowa poszedł na górę i zamknął się w swoim pokoju. Pewnie jest strasznie przybity... Ale sam się o to prosił, dobierając sobie takich znajomych.
   Odkąd pamiętam miałem problemy, żeby za nimi nadążyć i widziałem, że on też ma. Tylko, że on wychodził przy nich na idiotę, a ja milczałem starając się jakoś od nich odciąć.    Może gdyby znalazł sobie jakichś lepszych przyjaciół... ta... jasne. Mój brat to jedno wielkie chodzące nieogarnięcie. Już nie wspominam o tym, że wszyscy śmieją się z jego lekko pedalskich ruchów i ciągłego potykania się o wszystko, co napotka na swojej drodze. Widocznie jego pech udzielił się całej grupie, bo podobno tylko Rodowi udało się umknąć. Ale może to dla nich lepiej. Będą mieli trochę czasu, na przemyślenie swoich wariactw.
   Benvolio i Antiochis pewnie zapamiętają to zdarzenie do końca życia i jesli reszcie zaczęło by odbijać, oni sprowadzą ich do porządku. Tego byłem pewien. Mój brat nie jest z tych, co lubią ryzykować.
   Po Hauru spodziewałem się, że zajmie się tym, co robił wcześniej: teatrem, filmem i dalszymi wygłupami. Kiedy zauważy, że reszta się wykruszyła i straciła zapał, odejdzie. Całe zdarzenie nie powinno wywrzeć na nim większego wpływu. Ile to razy miał kłopoty w szkole? Po całej dzielnicy krążyły przedziwne legendy o jego wyczynach...
   I w końcu Kalipso. Wszyscy ją obwinią, a ta pogrąży się w depresji, bo straci swoją małą mafię.
   Całe szczęście, że ich grupa się rozpadła. Mnie i Benvoliowi na pewno wyjdzie to na dobre. Może znów polepszy nam się kontakt, jak przestanie wzorować się na tych "popularnych" ludziach. Chyba obydwaj trochę zatraciliśmy własną osobowość i przez to mamy problemy z dogadywaniem się.
   Nigdy nie mówiłem tego głośno, ale z moim bratem bywało naprawdę śmiesznie. Uwielbiałem nasze wyprawy do lasu na grzyby i nad rzekę, aby łowić ryby. W prawdzie zwykle wracaliśmy z pustymi rękami, bo Benvolio a to muchomorów nazbierał, a to poślizną się na kamieniu i wpadł do wody płosząc wszystkie ryby...
   Wspomnienia przerwał mi telefon wibrujący w lewej kieszeni spodni. Wyciągnąłem z nich komórkę Benvolia (jako, że na nią też miał szlaban, rodzice kazali mi jej pilnować i odmawiać spotkań ze znajomymi). Ku mojemu zdziwieniu, otrzymana wiadomość nie należała bynajmniej do jednego z przyjaciół mojego brata, ale do biblioteki.

"Uprzejmie zawiadamiamy, iż data oddania książki nr 180896 upływa za 3 dni"

   No pięknie. Czyli jeszcze będę musiał zasuwać z tą "kamą sutrą" przez pół miasta, a wszystko, przez głupotę mojego brata. Po co on trzymał tak długo tą książkę?!
   Podniosłem się z ziemi. Nie obchodził mnie szlaban Benvolia. Niech weźmie sobie telefon i sam leci do biblioteki załatwiać swoje sprawy.

sobota, 23 listopada 2013

23. To nie mogą być uczucia... to jakaś pieprzona sinusoida -.-



Hauru

   Weekend przeleżałem w łóżku (Taaaak... Mimo, że są wakacje, orientuję się, jaki jest dzień tygodnia! To dopiero rzadka umiejętność...). Nic nie było w stanie wyciągnąć mnie z pokoju włączając w to Ami i Gri. Rodziców chyba to cieszyło, bo przynajmniej mieli pewność, że nie wpakuję się znowu w kłopoty. Kochani... Przyjechali po mnie do aresztu o 23.00 tłumacząc się, że w telewizji leciał ich ukochany film i nie mogli go przegapić, a mi dobrze zrobi jak choć chwilę posiedzę w jednym miejscu. A więc proszę bardzo: niczym ortodoksyjny Żyd w szabas - nie zrobiłem ani kroku poza dom!
   Jednak dochodziła już 17:30, a o 18:00 zaczynały się moje zajęcia teatralne. Zarzuciłem na siebie jakieś luźne ciuchy i wyszedłem na dwór. Słońce dawało po oczach (wspominałem, że żaluzje w moich oknach były przez te dwa dni zasłonięte?) więc wróciłem się po ciemne okulary.
   Działając jak maszyna przedostałem się przez miasto. Byłem w szoku, kiedy z otępienia wyrwał mnie śmiech przyjaciół rozgrzewających się na sali. W ogóle nie wiedziałem, kiedy i jak się tam dostałem...
 - Hauru, co ty? Na kacu ćwiczyć będziesz?
   Uśmiechnąłem się pod nosem i zdjąłem okulary.
 - Przeszkadza ci to?
 - Nie no spoko... Szkoda, żeś nie powiedział, że impreza jest. Też bym wpadł.
   Przywitałem się z resztą ekipy. Nie było nas za wiele - ot siedemnaście osób.
   Grupę założyliśmy cztery miesiące temu, kiedy ogłoszono międzynarodowy konkurs
na przedstawienie z przewijającym się przez akcję motywem pamiętnika. Zadanie wydało mi się bardzo inspirujące. Razem z paroma kumplami z ogniska teatralnego zapaliliśmy się do tego pomysłu. Wywiesiliśmy ogłoszenia w poszukiwaniu ludzi, którzy zechcieli by do nas dołączyć. Przeprowadziliśmy nasz amatorski kasting (polegający na wybieraniu najbardziej schizowych ludzi i ładnych dziewczyn) i zaczęliśmy pracę.
   Jako, że parę z nas miało już doświadczenia z teatrem, prowadziliśmy na początku zajęcia integrujące grupę i sprawdzające potencjał. Dopiero kiedy trochę się poznaliśmy, zaczęliśmy tę "właściwą" pracę, więc poza zbieżnością interesów, łączyło nas koleżeństwo.
   Zajęcia zawsze mnie odstresowywały i wprawiały w dobry nastrój, więc już po chwili zapomniałem o swoich troskach (to się nazywa również "magią teatru").
 - Dobra ludzie! Koniec pogaduszek! - zawołał Dorian (był najstarszy i wydawało mu się, że ma władzę) - Kto dziś czyta?
   Dało się słyszeć pomruki niezadowolenia, wymówki i marudzenie. Na samym początku projektu postanowiliśmy, że każdy założy własny pamiętnik i co zajęcia będziemy czytać fragment, żeby wczuć się w klimat przedstawienia. Ale jak to bywa z takimi rzeczami - nikomu nie chciało się wywnętrzniać na oczach tylu ludzi.
 - Ja mam krótkie, to mogę przeczytać! - oznajmiła niespodziewanie Aneta. - Ekhem!
"Na górze róże na dole bez,
 Mam dosyć życia w tym padole łez.
 Walić sprzątanie i obiadu robienie,
 Pójdę na farmę hodować jelenie!"
 - Zawsze podziwiałem twój talent poetycki... - jęknął Dorian w salwie śmiechu, jaka nami wstrząsnęła.
   Popatrzył na mnie błagalnie:
 - Hauru, ratuj! Przecież tak do niczego nie dojdziemy...
 - Stary, lepiej nie... - odpowiedziałem.
 - No dawaj! Gorzej od mojego być nie może. - przekonywała Aneta.
 - Czyżbyś się wstydził? - spytała Diana z chytrym uśmieszkiem. - Pytam, bo pierwszy raz widzę u ciebie taką minę!
 - Ludzie, odczepcie się! - powiedziałem starając się zachować resztki godności.
 - Ja wiem o co chodzi! Gardło cię boli i czytać nie możesz. Daj, pomogę! - zawołał Filip i wyrwał mi zeszyt z ręki.
   Moje głośne protesty nic nie zdziałały. Chłopaki przytrzymali mnie z dala od złodzieja, by ten mógł w spokoju przewertować dziennik i na głos przeczytać:
"11 lipca
Nie wiem co mam myśleć. Nie wiem czego chcę. Kurwa, nic nie wiem!
Ona mnie wykończy... czuję to. Przecież wiedziałem o tym od samego początku... Nie powinienem się teraz dziwić. Taka karma... Ale co nią motywuje? Co ona czuje? Czy to jakaś sadystyczna gierka w która sobie ze mną pogrywa?
Czemu mnie pocałowała? Niech ktoś mi to wyjaśni! Skoro tak kocha tego swojego chłopaka, to czemu to wtedy zrobiła?!
Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal... gdyby tego nie zrobiła... może byłoby mi łatwiej odpuścić... ale teraz nie mogę! Doprowadza mnie do szaleństwa!
Sam nie wiem, co boli mocniej... Wspomnienie jej pocałunku, czy prawego sierpowego, który swoją drogą był całkiem mocny jak na dziewczynę. Śmiem twierdzić, że jej chłopak zrobiłby mi mniej szkód, gdyby doszło do bójki.
Nie wiem co robić... chyba pójdę spać...

12 lipca
Nienawidzę jej! Jak ja jej nienawidzę! Co za egoistyczna, egocentryczna, powalona... no! Nie wiem co, bo na Ziemi trudno o gorszą istotę!
Zrobiła to specjalnie! To jest jej zemsta! Nie wiem do końca za co... ale na pewno tak jest! Może za Ciris? Albo nie wiem...
Nie zasłużyłem na to! Zapłaci za to, co mi zrobiła!

13 lipca
Kocham ją... Nie mogę przestać... to wszystko moja wina. Powinienem był ją chronić. Przecież ona jest tak samo rozdarta jak ja...
No i na co mi to było? Żeby raz poczuć, że jej na mnie zależy? Jestem egoistycznym palantem."


   Filip skończył czytać. Wyswobodziłem się z uścisku chłopaków i wyrwałem mu zeszyt z rąk. Po twarzach znajomych widziałem, że są w głębokim szoku i konsternacji. Ja czułem tylko wściekłość i zażenowanie.
 - Wielkie dzięki. - rzuciłem i odwróciłem się do nich plecami, żeby schować dziennik do swojego plecaka.
   Za sobą usłyszałem szepty i szmery.
 - Jeśli musicie komentować - powiedziałem podnosząc głos - to róbcie to otwarcie. Przynajmniej coś z tego wyniesiemy dla przedstawienia.
 - Hauru... - odezwała się Zuzia, dwunastoletnia siostra Doriana uczęszczająca na nasze próby - nie wiedziałam, że tak ładnie piszesz...
   Za to kochałem dzieci. Kontakt z nimi był dużo szczerszy, niż miedzy rówieśnikami czy dorosłymi. Patrzyły na świat z zupełnie innej perspektywy. Podczas, gdy starsi wszędzie widzieli problemy, zastanawiali się jak kogoś nie urazić, co powiedzieć i jak się zachować, one po prostu były sobą.
 - Dziękuję, Zu. - powiedziałem uśmiechając się do niej i biorąc ją na ręce. Tym jednym zdaniem dała mi siłę do stanięcia twarzą w twarz z resztą grupy. - No! Mówcie. Jakie macie przemyślenia? Co można byłoby wykorzystać?
 - Ty tak na serio...? - spytał Seweryn.
 - Ale co? - spytałem.
 - Serio tak czujesz, czy to fikcja literacka?
 - Domyśl się. Czy w pamiętniku tworzy się dzieła sztuki, czy opisuje życie?
 - Uważam, że to będzie zbyt mocne... Do tej pory szliśmy raczej w komedię... - zauważył Tomek
 - To teraz pójdziemy w groteskę - postanowiła Ela. - Mnie się ten tekst podobał.
 - Z ciekawości: co to za dziewczyna? - wypalił Filip, ale zaraz został uciszony przez przynajmniej połowę grupy.
   Kiedy wychodziłem z próby, czułem dużą ulgę. Mój sekret nie pozostawał już dłużej sekretem, a przyjaciele mnie nie wyśmiali. Parę dziewczyn zapewniło mnie, że mogę na nie zawsze liczyć, jeśli chodzi o tłumaczenie kobiecej psychiki na polski, a chłopaki zaproponowali wyjście na piwo.
   Jednak mimo tych zapewnień i dobrych chęci wiedziałem, że nie mogli wiele zrobić. To, jak się dalej potoczy nasza relacja, zależało jedynie ode mnie i od Kalipso.

22. Wątpliwości

 Rod

   Jak co rano obudził mnie dźwięk telefonu, jednak od początku coś mi nie pasowało, coś wyglądało inaczej niż zwykle. Może to światło wpadało do pokoju pod innym kątem, bo okazało się, że jest dużo wcześniej niż myślałem, a dzwoni nie budzik, tylko Kalipso.
 - Hejka, Rod... - usłyszałem jej nadzwyczaj spokojny głos - Spotkanie odwołane... przynajmniej dzisiaj.
 - Coś się stało? - zapytałem zdziwiony.
 - Wczoraj ci policjanci nas dorwali. Spędziliśmy ze 3 godziny na komisariacie...
 - O kurde... - poczułem nagły skok ciśnienia - Byłem przekonany, że i wam udało się uciec...
 - Jak widzisz, trochę nie wyszło. Wieczorem dostałam smsa od Benvolia, że rodzice dali mu szlaban na wychodzenie z domu. Anti nie odbiera telefonu, a Hauru twierdzi, że jest zajęty filmem i nie może dziś się z nami spotkać.
 - Wy wszyscy tam trafiliście?
 - Tak... Po drodze dołączył się kolejny patrol i nie mieliśmy jak uciec. To się nazywa mieć pecha.
 - Cholera... Ale wszystko w porządku, tak? Jak zareagował twój ojciec?
 - Nic nie powiedział... i to jest najgorsze. Po prostu odwiózł mnie do domu i bez słowa wrócił do swojego gabinetu. Już wolałabym, żeby na mnie nawrzeszczał...
 - Aha... - myślałem, czy nie zaproponować spotkania, ale chyba to nie był najlepszy moment.
 - W każdym razie dalsza gra nie ma chyba sensu... do odwołania.
 - Przynajmniej do końca szlabanu Benvolia... Jeszcze do tego wrócimy, nie?
 - Nie wiem... Może... O ile nastroje się polepszą...
 - Może lepiej nie martwić się o to teraz?...
   Westchnęła.
 - Masz rację. Powinnam na razie jakoś odreagować... może wrócę do malowania.
 - Dobry pomysł. - podchwyciłem pomysł, nie chcąc, aby zadręczała się wyrzutami sumienia. - Zadzwonię jeszcze wieczorem, ok?
 - Ok... miłego dnia.
   Rozłączyła się, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami. A były wyjątkowo chaotyczne i nieprzyjemne. Po pierwsze, wczoraj cała sytuacja wymknęła się spod kontroli i skutki tego odczuliśmy wszyscy. Kalipso naprawdę przeholowała i mimo, że ceniłem jej fantazję i nutkę szaleństwa we wszystkim, co robiła, teraz byłem na nią zły. A może niekoniecznie na nią? Albo nie tylko na nią? Przecież to ja byłem jedyną osobą, której udało się uciec. Nie miałem pojęcia, co na to wpłynęło, ale i tak miałem niejasne poczucie winy, że nie była to Kalipso albo Anti. Dlaczego biegłem jak ten idiota zamiast pomóc reszcie? Gdybym miał pewność, że nie mogłem nic zrobić, byłoby mi dużo łatwiej się z tym pogodzić. Ale nie miałem.
   Poza tym była jeszcze jedna rzecz, która w nietypowy sposób mnie niepokoiła - zachowanie Hauru. Od pewnego czasu postępował w sposób zupełnie nieprzewidywalny i miałem wrażenie, że Kalipso wie, dlaczego. Że nawet odpowiada na te sygnały. I że nie ma to nic wspólnego z resztą grupy, ze mną włącznie. Podejrzenia, które zaczęły mnie nachodzić, były tak nieznośne, że musiałem zacisnąć pięści. Jak mogłem do tego dopuścić?! Może okaże się, że to głupia pomyłka, ale jeśli to prawda...
   Na szczęście w tym momencie drzwi do mojego pokoju otworzyły się szeroko i do środka weszła moja matka przerywając moją psychiczną udrękę.
 - A ty jeszcze niegotowy? - zapytała wysokim głosem jak zawsze, kiedy była zaskoczona.
 - Niegotowy na co?
 - Przecież dzisiaj chrzciny Rilli! Zbieraj się szybko, czekamy na dole!
   Poczułem się zbity z tropu.
 - Jak to? Dzisiaj?
   Zanim skończyłem mówić, trzasnęły zamykane za nią drzwi i jedyne, co mogłem zrobić, to ogarnąć się w największym pośpiechu i posłusznie stawić się na dole w gotowości do spotkania z bliższymi lub dalszymi krewnymi. Taka rozrywka na sobotę z pewnością nie była szczytem marzeń, ale przynajmniej mogła odciągnąć moje myśli od ostatnich wydarzeń. Nie miałem więc na co narzekać.
   Chrzest minął bez większych przeszkód. Bachor darł się jak trąba jerychońska, ale dało się jeszcze wytrzymać. Co innego teraz - co prawda on spał, ale starsza część naszej wspaniałej rodzinki kontynuowała jego dzieło - dzieło zniszczenia mojego słuchu i psychiki. Były więc kłótnie o miejsce przy stole, udawane okrzyki radości, zażarte dyskusje polityczne, pytania o to, kiedy zamierzam się żenić, a także regularne plotki. Siedziałem cicho nad swoim obiadem, starając się jeść elegancko zamiast gmerać widelcem w zimnym ratatouille, gdy zupełnie nieoczekiwanie nadeszło wybawienie. Ciotka Rozalia, chcąc podzielić się z dorosłą częścią towarzystwa jakąś wyjątkowo poufną informacją, zaproponowała młodzieży wyjście do ogrodu. Przyjąłem to z wielką ulgą i niemalże w pośpiechu wstałem od stołu, by zażyć świeżego powietrza.
   Na zewnątrz ostre światło słońca pięknie odbijało się od liści rosnących przy płocie drzew owocowych. W powietrzu unosiła się dusząca woń kwiatów, skutecznie maskująca zapachy z jadalni. Temperatura znacząco przewyższała tę z wnętrza domu, jednak w cieniu jabłoni była wprost idealna. Nic dziwnego, że wkrótce wszyscy pod nimi staliśmy, prowadząc mniej lub bardziej wymuszoną, grzeczną rozmowę. Spora część moich sióstr i braci ciotecznych bardzo się pozmieniała. Niemowlęta stały się przedszkolakami, kilkulatki poszły do szkoły, a nastolatkom pourastały brody i piersi. Znaczy to tylko tyle, że dawno nikt się nie żenił, nie umarł ani nie urodził - poza Rillą.
   Przez cały ten czas ani jedno z nas nie próbowało kontaktować się z innymi - byliśmy dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Jak zawsze. Nie wiem, jak to się stało, że starsi tak dobrze się ze sobą dogadywali. Czy kiedyś też tacy będziemy? Zupełnie mimochodem zadałem to pytanie w rozmowie z Rafaelą, jedną z niewielu kuzynek w moim wieku.
   Zaśmiała się tylko i odparła:
 - Gdybym mogła wybierać, to lepiej nie. Widzisz, jaki to jest poziom rozmów? Już wolałabym wrócić do dawnych czasów... Pamiętasz? Jeszcze 10 lat temu biegaliśmy tutaj z "pochodniami" z kijków wyciągniętych z ogniska!
   Uśmiechnąłem się na to wspomnienie.
 - Pewnie, że pamiętam! Gdy ciotka nas zauważyła, krzyknęła na wujka, żeby nam je zabrał. I latał za nami jak głupi...
   Zaśmiała się.
 - Rzeczywiście! Zupełnie wyleciało mi to z głowy... A czy to czasem nie tej samej nocy opowiadał nam historie o duchach? A ciocia robiła sztuczkę z wkładaniem papierka z imieniem do ognia?
 - Chyba tak. Ale nie pamiętam, jakie to na nas zrobiło wrażenie... Widocznie nie największe.
 - Ja zastanawiałam się potem cały czas, jak ona zgadywała te imiona...
 - A jak się dowiedziałaś?
 - Do tej pory nie wiem!
   Roześmiałem się.
 - Jasne, śmiej się! - powiedziała udając obrażoną - Mina ci zrzednie, jak ci przypomnę twoje fałszowanie podczas majówki w Samowinie! Choć w jakiś sposób było to urocze...
   Posłała mi złośliwy uśmieszek.
 - No wiesz co? Wypominać takie młodzieńcze wybryki? Zresztą to pewnie rodzinne. Twoje śpiewy też nie najlepiej wspominam.
 - A to jest już oszczerstwo! Mówiłeś, że ci się podoba!
   Zaczęła mnie pacać torebką, a ja rozbawiony symulowałem obronę.
 - No a co miałem ci powiedzieć? Inaczej byś mnie pobiła, a mnie nie byłoby wolno się odgryźć. Jak teraz.
 - Biedaczek. - odpowiedziała sarkastycznie ale zaraz się uśmiechnęła. - Pobić nie mogłeś, to nawcierałeś mi dmuchawców we włosy.
 - Udana zemsta, nieprawdaż?
 - Byłaby, gdyby nie to, że potem przez dwie godziny siedzieliśmy w pokoju i wszystkie te pyłki wyciągałeś z mojej fryzury. Nie wiem, czy ci się opłaciło...
 - Dlaczego w to wątpisz? Nigdy nie pozwalałaś mi dotknąć twoich włosów, a wtedy mogłem do woli. A były piękne. I wciąż są. - dodałem po chwili. - Znam jeszcze tylko jedną osobę z tak niesamowitymi włosami.
 - Kalipso? Mogłabym się pogodzić z taką konkurencją.
   Gdy Rafaela o niej napomknęła, poczułem się wyjątkowo niekomfortowo. Wolałem nawet w myślach nie łączyć spraw rodzinnych z tymi związanymi ze znajomymi, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń.
 - Ciekawe, jak bardzo te informacje od cioci Rozalii wstrząsnęły resztą rodziny... - nieudolnie zmieniłem temat.
 - Wujek wypalił już chyba z połowę paczki. A moja mama na niego nie nawrzeszczała. Więc pewnie było to coś ciekawego... - podchwyciła temat spuszczając oczy.
 - Niewykluczone. Ale jakoś ciszej teraz się zachowują. Może niedługo zaczną się zbierać?
 - Albo jest to cisza przed burzą... Pójdę sprawdzić.
   Kiedy odchodziła, zdałem sobie sprawę, jak bardzo poprawił mi się humor. Nie spodziewałem się, że tak świetnie nam się będzie rozmawiało. Mimo, że nie widzieliśmy się od dawna, wciąż znajdowaliśmy jakieś wspólne tematy, choćby te wspomnienia z czasów, zanim poznałem swoich obecnych znajomych. Zacząłem nawet rozważać, czy nie przedstawić im Rafaeli, ale zarzuciłem ten pomysł - to nigdy nie kończy się dobrze.
   Chociaż może... W końcu nasze początki też nie wyglądały najlepiej i nie zapowiadały bynajmniej, jak bardzo się ze sobą zżyjemy. Ba, nawet zaczęło się od kłótni - mojej z Benvoliem.
   Chodziłem wtedy do jednej klasy z nim i Antiochis. Któregoś dnia, kiedy pełnił obowiązki dyżurnego, ktoś zauważył, że Emil rysuje po ławce. Nie wiadomo dlaczego Benvolio nie zwrócił mu nawet uwagi. Przekonywałem go, że musi albo przywołać Emila do porządku, albo zgłosić to do nauczyciela, bo inaczej sam będzie miał problemy. On jednak nie chciał mnie słuchać. Na domiar złego poparła go w tym Anti twierdząc, że tamten chłopak i tak ma już mnóstwo uwag w dzienniczku i nauczyciele zawsze go o wszystko podejrzewają. Mówiła, że jeżeli zauważą rysunki, będą wiedzieli, że to on, i nikt więcej nie poniesie konsekwencji, a tak była szansa, że i jemu się upiecze. Cała klasa podchwyciła tę myśl i gdyby nie Kalipso, skończyłbym jako wyrzutek z opinią donosiciela. Nie pamiętam dokładnie, jak to się dalej potoczyło, ale jakie były efekty, dało się łatwo zauważyć. Choć byliśmy zupełnie różni, jakoś się dogadywaliśmy.
   Tylko te ostatnie spięcia... Zaproszenie Rafaeli na jedno z naszych spotkań mogło jeszcze bardziej zaburzyć tę już i tak naruszoną równowagę. Ale równie dobrze mogło ją przywrócić - w pewien nowy sposób. Wystarczy spojrzeć na to, co na początku zrobił dla nas Hauru. Może jednak zaryzykować?

sobota, 16 listopada 2013

21. Nie tak... Nie tak...

 Kalipso
   Kiedy szłam na przystanek, miałam wątpliwości. Wypowiedziałam treść zadania pod wpływem impulsu...nie przemyślałam tego... Może wandalizm to zbyt wiele dla Anti? A co jeśli zrezygnuje z gry? Reszta też mogła się trochę wystraszyć... Jak by nie było, to już jest pogwałcenie prawa... 
   Kiedy doszłam na miejsce, niepewność zniknęła. Moi przyjaciele już tam byli i swobodnie rozmawiali.
 - Piękna Kalipso... - usłyszałam zbliżającego się Hauru - ślicznie ci w tej chustce, ale czy nie uważasz, że to trochę lekkomyślne, ubierać się w jaskrawe kolory, kiedy chcemy demolować to miejsce?
   Ciarki przeszły mi po plecach, ale nie zamierzałam pokazać po sobie, że coś jest nie tak. Czy blondyn wcześniej też się tak do mnie zwracał? Czy też tak prowokował? Nie pamiętałam... To dziwne... ale nie mogłam sobie przypomnieć. Co jeśli jego zachowanie stanie się tak nachalne, że w końcu skłoni Roda do nabrania podejrzeń? Eh... Mniej pytań o przyszłość, więcej uśmiechu w chwili obecnej!
 - To jest moja niesamowita strategia! Jeśli przyjechałaby policja, to ja będę wyglądała na zwykłą nastolatkę, a wy na bandę chuliganów i to was zamkną w areszcie!
 - Nie zmienia to faktu, że będzie ci zimno. - odezwał się zza moich pleców Rod i położył mi na ramionach swoją ciężką, skórzaną kurtkę.
 - Rod! 
 Odwróciłam się do mojego chłopaka i pocałowałam na przywitanie w policzek. W międzyczasie Hauru zdążył gdzieś zniknąć. Podeszliśmy do Benvolia i Antiochis. Kiedy brunetka mnie zobaczyła, od razu spytała:
 - Kalipso, mogłabyś jakoś dokładniej określić, co rozumiesz przez zdemolowanie? Wystarczy, że wybiję jakąś szybkę?
 - Jedna szyba to trochę mało... - zaczęłam kaprysić. - ale jeśli fantazja cię bardziej nie poniesie, to ostatecznie starczy...
 - Okej. - uśmiechnęła się nieznacznie, okazując tym samym, jak bardzo jest zestresowana. Pewnie nigdy wcześniej tak świadomie nie łamała prawa.
 - No to zaczynamy.
   Odsunęliśmy się trochę w cień i rozproszyliśmy, cały czas mając oko na Anti. Kiedy została na przystanku sama, rozejrzała się, wzięła głęboki wdech i podeszła do rozkładu jazdy. Widać było, że nie ma pojęcia jak się do tego zabrać. W końcu podeszła do krzaków obok, wyciągnęła z nich jakiś mocniejszy kij i z całej siły uderzyła w szybę wiaty przystankowej. W świetle latarni dało się zauważyć wyraźne, długie pęknięcie, rozwidlające się w kilku miejscach. 
   Emocjonalnie musiało ją to dużo kosztować, bo zanim jeszcze wybrzmiał spowodowany uderzeniem dźwięk, podskoczyła w miejscu i zaczęła intensywnie rozglądać się na boki. Z trzęsących się rąk wypadł jej kij. 
   I my zaczęliśmy nerwowo wypatrywać jakichś przypadkowych świadków, jednak ulica była pusta i cicha. Po chwili Anti podniosła znowu kij i kolejny raz uderzyła w szybę. Tym razem nie przejęła się tym tak strasznie, a pęknięcie powiększało się coraz bardziej, aż powstała dziura z kruchymi, poprzecinanymi siatką pęknięć brzegami, ciągle odłamującymi się i spadającymi niezbyt głośno na chodnik.
   Gdy nie zostało już za wiele szkła, podeszła do kolejnej szyby i zrobiła z nią dokładnie to samo, za to dużo pewniej i w większym skupieniu, nieczęsto u niej widocznym. Właśnie kończyła się z nią rozprawiać, kiedy na końcu ulicy zamajaczyły mi dwie czarne postaci. Na chwilę przestałam obserwować, co robi Antiochis i skupiłam się na nich. W miarę jak zbliżały się do nas coraz lepiej widziałam na ich ubraniu żółte, odblaskowe elementy.
   Serce mi zamarło. W słabym świetle latarni dostrzegłam, że wszyscy tak bacznie obserwują poczynania Anti, że nie widzą zagrożenia. Miałam ułamek sekundy, na podjęcie decyzji. Jeśli podejdę po cichu i ostrzegę wszystkich, może być za późno. Jeśli krzyknę, zwrócę na siebie uwagę policjantów.
 - Uciekajcie! - wrzasnęłam i rzuciłam się do biegu.
   Słyszałam tupot butów o bruk, za moimi plecami. Reszta zorientowała się, o co chodzi i pobiegła za mną. Nie dobrze! Nie możemy biec grupą! Musimy się rozdzielić!
   Zrobiłam coś, co w takiej sytuacji było kompletnym szaleństwem: zatrzymałam się i obejrzałam w tył. Sporo wyprzedziłam moich przyjaciół, ale już dobiegali. Za nimi zaś, w bardzo bliskiej odległości, połyskiwały żółte odblaski policyjnych mundurów.
 - Na boki! - krzyknęłam do zbliżającej się grupy wskazując dłońmi ciemne uliczki.
 - Kalipso, ty wariacie, biegnij! - odkrzyknął Hauru.
   Goniący go patrol praktycznie deptał mu po piętach wrzeszcząc ciągle "stać! zatrzymaj się!". Z niepokojem zauważyłam, że do pościgu dołączyło dwóch kolejnych policjantów.
Pozostali uciekinierzy już mnie minęli i wbiegli w boczne ulice. Ponowiłam bieg. Mijałam domy z zawrotną prędkością. Czułam mocne łomotanie serca - wina strachu czy wysiłku? Nogi zaczęły mi słabnąć. Gardło paliło. Starałam się uspokoić oddech. Co to mówiła wuefistka? "Jeśli zachowacie powolny rytm wdechów i wydechów, to bez problemu przebiegniecie wyznaczony dystans i powstawiam wam same szóstki".
   Nagle poczułam, że coś hamuje moją rękę i padam na bruk. Ręce zabolały. Zdarłam sobie skórę. Próbowałam wyrwać się z uścisku policjanta, ale nie miałam szans. Po nieudanej próbie odgryzienia mu ręki, po prostu zobojętniałam. Tępo wpatrywałam się w przestrzeń mając nadzieję, że to kolejny głupi koszmar, którego znaczenie zaraz sprawdzę w senniku.


   Od pół godziny siedziałam na podłodze ze spuszczoną głową. Hauru chodził tam i z powrotem przy metalowej kracie odgradzającej nas od korytarza, w którym znajdowały się indywidualne cele. Anti machinalnie bębniła palcami w podłogę odwrócona do nas plecami, a Benvolio leżał na ziemi w dziwnej pozycji układając coś z kłębków kurzu.
   Po przyjechaniu na komisariat, oddzielono nas od siebie. Złożyliśmy zeznania, tłumaczyliśmy się... Udzielono nam nagany. Nałożono grzywnę. Zadzwoniono po rodziców...
   Teraz pozostało nam tylko czekać na ich przyjazd.
 - Komisarz zamówił sobie pizzę. - odezwał się Hauru. 
   Gdy nikt mu nie odpowiedział, dodał:
 - Świetnie pachnie... pewnie pepperoni...
 - Nie musiałeś tego mówić. - westchnął Benvolio.
 - Daruj już sobie te głupie żarty. - dorzuciłam podciągając kolana pod samą szyję i chowając się w skórzanej kurtce Roda.
 - Spokojnie... chciałem tylko odwrócić waszą uwagę od depresyjnych myśli... - żachnął się.
 - No to to nie pomogło. - jęknął drugi z chłopaków.
 - Przynajmniej się starałem. - powiedział blondyn i wrócił do przerwanej wcześniej czynności.
   Po jakichś 5 minutach jęknęłam: 
 - Czy nie mógłbyś przestać tak łazić w tą i z powrotem?!
 - Wedle życzenia. - odpowiedział siadając obok mnie. - Lepiej? Nie wydaje mi się. Fajnie, że znalazłaś sobie kogoś, na kim możesz wyładowywać swoją złość, ale ja się w to wkręcić nie dam.
 - Co ty znowu wygadujesz?! - prychnęłam.
 - Zżerają cię wyrzuty sumienia, co? Nie żebym cię obwiniał, ale właściwie to przez ciebie tu teraz siedzimy.
 - Co proszę?! - wykrzyknęłam. To była jawna niesprawiedliwość! - Ostrzegłam was! Kazałam się rozdzielić! To nie moja wina, że biegacie za wolno!
 - Chyba Hauru chodziło o całość zadania, Kalipso... - cichutku wtrącił się Benvolio, po czym znowu skulił się na podłodze.
 - Wypraszam sobie! - powiedziałam podnosząc się gwałtownie i popatrzyłam na wszystkich z góry. - Zadanie było zwyczajne! Nic wielkiego! Po prostu mieliśmy pecha. To nie moja wina!
   Posłałam im gniewne spojrzenie. Hauru wyprostował się i podszedł do mnie. 
 - Nie obwiniamy cię, przecież mówiłem. Było, minęło. Wszystko okej? 
   Położył mi ręce na ramionach.
 - Nie! Nic nie jest okej. - odtrąciłam go. - Zostaw mnie i nic więcej nie mów!
 - Królowa znów zaczęła się rządzić...
   Tego było już za wiele na moje zszargane nerwy. Rzuciłam się na blondyna z pięściami. Lekcje samoobrony w końcu na coś się przydały. Powaliłam go na ziemię. Chwilę trwało zanim zrozumiał, co się dzieje. Nim zacisnął moje dłonie w stalowym uścisku, zdążyłam podbić mu oko i teraz ciężko dysząc patrzyłam z zadowoleniem, jak jego skóra przybiera fioletowawy odcień.
 - Czy tobie już kompletnie odbiło?!
   Nie odpowiedziałam, tylko wierciłam go wzrokiem. Nie miałam jak wyrwać pięści z jego rąk, a ciałem przygniatałam go do podłogi. Z jego twarzy czytałam wszystkie emocje przez zdziwienie po złość i... chyba nawet smutek...? A potem uśmiechnął się i powiedział:
 - Normalna dziewczyna dałaby z liścia i byłby z nią spokój.
   W tym momencie widać Benvolio dopiero zauważył, że coś się stało.
 - Hej! O co chodzi? - zdziwiony zapytał sennym głosem. - Wy się bijecie czy co?
 - Już skończyliśmy. - powiedziałam. 
   Chciałam wstać, ale blondyn mnie zatrzymał. Przyciągnął do siebie i szepnął tak, żeby pozostała dwójka nie usłyszała: 
 - Co ja mam robić? Jednego dnia całujesz, drugiego chcesz zabić...
 - Puść mnie, albo znów oberwiesz. - odpowiedziałam.
 - Ech... Przestańcie, to głupie. - Benvolio podszedł do nas i zaczął nas podnosić.
   Resztę pobytu na komisariacie, spędziliśmy w ciszy.
   Kiedy wracałam z tatą do domu jego służbowym samochodem, też nie odezwał się do mnie ani słowem. W przedpokoju spojrzawszy na kurtkę Roda spytał, skąd ją mam. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, pokiwał głową, jakby się domyślił i odszedł do swojego gabinetu.

czwartek, 31 października 2013

20. * * *

 Romeo
 
   Przed ogrodzeniem parku zostałem tylko ja i Rod. Mój brat próbował jakoś ogarnąć ludzi, ale powiedzmy sobie szczerze, jemu nigdy nic się nie udaje. Skończona z niego oferma... W sumie, co ja tu jeszcze robiłem? Wszyscy się rozeszli, to może nie zauważą, że nie wykonałem zadania... Nie chciało mi się robić z siebie idioty. No i co jeśli w pobliżu by przechodziła straż miejska? Albo gdyby przechodnie zaczęli się gapić? O nie... Bardzo chętnie mogłem pooglądać jak inni się wygłupiają, ale ja nie zamierzałem. 
   Rod stał odwrócony do mnie tyłem. Idealna okazja. Wolnym krokiem ruszyłem chodnikiem w stronę najbliższego osiedla.
 - Hej, a ty gdzie?! - usłyszałem za sobą głos zirytowanego Roda i przyspieszyłem kroku.
   Bez problemu dogonił mnie i chwytając mnie mocno za ramię, prawie zatrzymał.
 - Czego chcesz? - fuknąłem na niego.
 - A twoje zadanie?
 - Jakie zadanie?! Nie widzisz? Wszyscy się zmyli. Po zabawie.
 - Za chwilę wrócą, a ty wykorzystujesz tylko okazję, żeby się wywinąć.
 - A nawet jeśli, to co? Daj spokój...
 - Słuchaj, przez takie podejście do niczego nie dojdziemy. Chodź, wracamy do dziewczyn. - próbował zaciągnąć mnie z powrotem.
 - Puszczaj! - wyrywałem się. - Nie ma do kogo wracać! Hauru i Kalipso już sobie poszli, jakbyś nie zauważył!
 - Ale są jeszcze Se, Anti i twój brat. Chodź!
 - Co ci zależy?!
 - Chodzi mi o to, żebyśmy się nie olewali. - powiedział z naciskiem - Ale ty, jak widzę, nie umiesz inaczej...
   Dalsza dyskusja wydała mi się bezsensowna. Obrażony znów ruszyłem przed siebie oddalając się od Roda i parku.
 - Ej, przecież coś do ciebie mówię! - ruszył za mną.
   Co za irytujący typ. Odwróciłem się i z kpiącym uśmiechem powiedziałem:
 - O. Nagle przestałeś się izolować? Czyżby zaczęło ci zależeć? To dziwne... Bo jak dotąd to ty wszystkich lekceważyłeś.
 - Co? I ty też ześwirowałeś?
 - Mówienie prawdy nazywasz świrowaniem?
 - Od kiedy ja niby lekceważę przyjaciół?!
 - Od zawsze. Odezwałeś się kiedyś do mnie na korytarzu? Czemu gdy spotykamy się poza szkoła wszystko jest ok, a w niej już nie? Czasu nigdy dla nikogo nie masz... Nie to co Hauru!
   Stał przez chwilę, nie mogąc wykrztusić słowa, po czym odezwał się:
 - A więc to tak. Popierasz Hauru. Dlaczego? - zapytał powoli.
 - Boże! Od razu "popierasz Hauru". Nie traktuj mnie jak dziecko! Mam swoje własne zdanie.
 - Ale przecież zgadzasz się z nim, zajmujesz dokładnie takie samo stanowisko!
 - No to co?
 - Nic. Po prostu stajesz po jego stronie. To źle. Źle, że w ogóle stajesz po którejkolwiek.
 - Nie staję po żadnej stronie! A nawet gdybym stawał, to i tak wolę Hauru od ciebie, więc jeśli próbowałeś jeszcze mnie obrazić, to ci nie wyszło!
 - Gubisz logikę. Zacznij mówić szczerze, bo tak się nie dogadamy.
 - Phi. Znalazł się ten szery...
 - Co znowu?! Staram się porozumieć, być cierpliwy, a ty wyjeżdżasz mi z czymś takim! Ludzie, litości... - przewrócił oczami.
 - Tracisz czas. Lepiej byś poszukał swojej dziewczyny...
 - Pilnuj własnego nosa!
 - Drażliwy temat, co? - uniosłem kącik ust w mimowolnym uśmieszku.
   Rod wyglądał jakby miał się zaraz na mnie rzucić.
 - Powiedziałem: pilnuj własnego nosa!
   Trochę się wystraszyłem, że zabrnąłem za daleko. Powinienem się bardziej hamować. Nie chcąc zarobić siniaka odpowiedziałem: 
 - Dobra... człowieku, wyluzuj... Już sobie idę...
 - Coś ci się chyba kierunki pomyliły!
 - Wcale nie! - krzyknąłem i rzuciłem się do ucieczki.  Nie zaciągnie mnie z powrotem do tego parku!
   Biegłem do puki starczyło mi tchu. Zdyszany spojrzałem za siebie. Dopiero wtedy zorientowałem się, że Rod mnie nie goni. Nie wiedziałem, czy zrezygnował po jakimś czasie, czy nawet nie chciało mu się ruszyć z miejsca. Ale i tak nie miało to większego znaczenia. Najważniejsze, że udało mi się uniknąć zadania i kłopotów.

 
 
Antiochis
 
   Po tym, co stało się wczoraj, nie byłam pewna niczego. Od słów przeszliśmy do czynów, urzeczywistniając moje wcześniejsze obawy. Mimo to, z samego przyzwyczajenia wstałam rano i poszłam w stronę naszego parku. Dopiero przy wejściu uświadomiłam sobie, że być może nikt dziś nie zdecyduje się przyjść na butelkę. Zatrzymałam się na chwilę, jednak ostatecznie weszłam do środka. "Nie przekonam się, czy ktoś jest, dopóki nie sprawdzę. Co z tego, że to nieprawdopodobne!" - pomyślałam, wzdychając. Przeszło mi przez myśl, że może to dobry moment, żeby zakończyć grę, która i tak zupełnie mimochodem zaczęła się rozlatywać, ale coś bliżej nieokreślonego nie pozwalało mi się z tym w pełni zgodzić. Wielokrotnie próbowałam to ubrać w słowa, jednak nie udało mi się trafić w sedno. Może kiedy indziej przyjdzie lepszy pomysł...
   Dużo pilniejsze było przygotowanie się na spotkanie z resztą. Trudno o bardziej napiętą atmosferę niż ostatnio, a ja byłam chyba jedyną osobą jeszcze nie wplątaną w żaden konflikt. Chociaż nie, był jeszcze Benvolio.
   Kiedy weszłam pomiędzy świerki, okazało się, że to właśnie on jako pierwszy był już na miejscu.
 - Cześć. - przywitał się bez entuzjazmu.
 - Cześć.
 - Myślisz, że ktoś jeszcze przyjdzie? - zapytał cicho, patrząc na kołyszące się przed nami gałęzie.
 - Nie wiem. - odparłam szczerze.
   Potem na długi czas zapadła cisza, czasem tylko przerywana szumem drzew przy większych podmuchach wiatru. Pogrążeni we własnych myślach nawet nie zauważyliśmy, kiedy na polanę wpadł Hauru.
 - Heeeeej! Wstawać, wstawać! Co takie ponure miny? - Przywitał się ochoczo.
   Zdawał się zupełnie nie zauważać naszych zaskoczonych min.
 - Och.... to będzie piękny dzień! Już idzie Rod i Kalipso! Hej wam!
 - Idą? - wybąkał Benvolio z niedowierzaniem. - To świetnie!
 - O! Prawie pełny skład... - zauważyła Kalipso wchodząc między drzewa. - Czekamy jeszcze na kogoś? Co z Se i Romeem?
 - Romea nie widziałem od wczoraj. - powiedział poważnie Benvolio.
 - Mam nadzieję, że nic się nie stało... - zasmuciła się ruda.
   Nikt tego nie skomentował, za to odezwał się Hauru:
 - Dziwna sprawa z tym rodzeństwem... Ja też zgubiłem Se... Ale możliwe, że po prostu wciąż śpi. Denerwowało ją, że musi tak wcześnie wstawać, żeby się z nami spotkać.
   Zachichotałam. Oczywiście wzbudzając powszechną konsternację.
 - Och... czyli wam to się nie skojarzyło... wiecie... noc... i oni... no dobra. Przepraszam.
   Dopiero teraz na niektórych twarzach zaczął pojawiać się półuśmiech albo grymas zażenowania, aż w końcu wszyscy wybuchnęli nerwowym śmiechem.
 - Tak, to nie było śmieszne, ale to bez znaczenia. - odezwał się Rod.
 - Hmm... No to mamy zagwozdkę... Skoro nie ma Romea, to nie mamy osoby do kręcenia butelką... Swoją drogą przydało by się go ukarać za niewykonanie zadania... - powiedziała nagle Kalipso zmieniając temat.
   Nikt jej nie odpowiedział. Jedynie Rod po chwili ciszy dodał:
 - I co teraz?
 - Niech Kalipso kręci. - odpowiedział mu Hauru. - Przed Romeem to ona miała wyzwanie, więc chyba tak będzie sprawiedliwie.
   Cała reszta przytaknęła i wyjąwszy butelkę z torebki, Kalipso położyła ją na ziemi i zakręciła.
 - Anti! - zwróciła się do mnie, kiedy to na mnie wypadł "zaszczyt" wykonywania zadania. - Mam.... taki pomysł...
 - Już się boję...
 - Zdemoluj przystanek.
 - To żeś dowaliła. - wypaliłam po chwili.
 - Skąd ta nienawiść do przystanku, Kalipso? - spytał blondyn z uśmiechem.
 - Zaraz nienawiść... Dzięki temu, stanie się niepowtarzalny! - odpowiedziała dziewczyna. - Do dzieła, Anti!
 - Tylko... Ja nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. I chyba pora też nie jest najbardziej odpowiednia...
 - Oj taaaam... - zaśmiała się ruda, ale jej chłopak przyznał mi rację:
 - Co do techniki, twoja w tym głowa, ale środek dnia może rzeczywiście nie jest najpodpowiedniejszym momentem na taki wyczyn. Jeszcze jakaś staruszka zadzwoni po policję i wszyscy będziemy mieli... problemy.
 - Czyli widzimy się dziś o 20:00 na przystanku! - zarządziła Kalipso.
 - Ej, a co z meczem? - zaniepokoił się nagle Rod. - Wieczorem gramy z Hiszpanią!
 - Obejrzysz sobie powtórkę. - odpowiedziała ruda.
   Z nią nie było po co dyskutować, więc westchnął tylko ciężko i podporządkował się jej decyzji.
 - To... do zobaczenia! - powiedział Hauru i wyszedł z parku. Po chwili jednak zawrócił i zagadnął do Kalipso:
 - Wpadnij do mnie, jak będziesz miała chwilkę. Ami i Gri wciąż mnie pytają, kiedy przyjdziesz. Podobno obiecałaś im, że zrobisz im jakiś makijaż czy coś tam... Już szykują wyprawę krzyżową na twój dom, jeśli się nie zjawisz.
 - Prawie bym zapomniała! Powiedz im, że na pewno przyjdę
 - Jasne. - odpowiedział blondyn, a chwilę później już go nie było.
 - To ja też lecę. - Benvolio pomachał nam i odszedł, wpadając najpierw na poruszaną wiatrem wielką gałąź.
 - Chodźmy, odprowadzę cię. - zwrócił się Rod do Kalipso.
 - A wejdziesz na chwilę? Upiekłam ciasto!
 - Chętnie! - odparł i zniknęli międzydzrewami.

piątek, 25 października 2013

19. Przystanek

 Rafaela

   W wakacje dni zawsze się dłużą. Nie ma co robić w domu, a mieszkam daleko od miasta, więc nie mogę spotykać się z przyjaciółmi. Właściwie najbliżej mieszka mój kuzyn, ale on nigdy nie był nazbyt rozmowny. Z resztą z tego, co się orientowałam, wakacje spędzał ze swoją dziewczyną.
   Wyszłam z domu i włóczyłam się bez celu. Wsiadłam do pierwszego lepszego autobusu i po prostu gdzieś pojechałam. Za szybą widziałam przesuwające się obrazy drzew, pojedynczych domów... z czasem zabudowanie stawało się gęstsze. W pewnym momencie przed oczami mignęła mi jakaś dwójka dziewczyn chyba w moim wieku. Postanowiłam natychmiast wysiąść. W tej okolicy była tylko jedna szkoła więc szansa na to, że je znam, była spora. Czego to człowiek nie zrobi podczas wakacyjnej nudy?
   Wolnym krokiem ruszyłam w ich kierunku. W międzyczasie zorientowałam się, że osoba, która brałam za blondynkę, w istocie jest blondynem. Ups... może okulista miał rację... ale jak ja bym wyglądała w tych wielkich binoklach?!
   Nerwowo zaczęłam wymyślać milion scenariuszy, jak do nich zagadać i czy w ogóle podchodzić. Może tylko zrobię z siebie idiotkę?
  Zatrzymałam się parę metrów od nich na przystanku i udałam, że czekam na autobus. W ogóle nie zwrócili na mnie uwagi. Wpatrywali się sobie głęboko w oczy i milczeli. Pewnie byli parą. Głupio tak podchodzić do zakochanych. Żeby się nie skompromitować siedziałam dalej na przystanku i przeklinałam się w duchu za swoją głupotę.
   Nagle dziewczyna się odezwała:
 - Czyli te wszystkie kłótnie są przeze mnie?
 - Do listy wad przydałoby się dopisać "egocentryczna". - Odpowiedział chłopak lekko się uśmiechając. - To nie jest twoja wina tylko moja.
 - Nie wiem, co ci odpowiedzieć... czego się spodziewasz... nie zostawię Roda...
   Podsłuchiwałam. Wiem, że nie wypada, ale to taki ludzki odruch! A kiedy usłyszałam imię swojego kuzyna, doszłam do wniosku, że jest to wręcz mój obowiązek!
 - Nawet na to nie liczyłem. - Powiedział blondyn spuszczając wzrok. - Ale może teraz, kiedy nie mam już nic do ukrycia, będzie mi łatwiej pozbyć się tego uczucia.
 - Hauru...
 - Wiesz, nic nie musi się między nami zmieniać! Traktuj mnie tak, jak wcześniej. Gardź moimi prymitywnymi dowcipami i śmiej się z głupich żartów... Na prawdę nie chcę niczego więcej. Przecież to kiedyś minie.
   Widziałam, jak chłopakowi drżą ręce. Dziewczyna przysunęła się bliżej do niego i mocno go przytuliła. Kaptur, który miała na głowie, zsunął się i ukazał burzę rudych loków.
 - A co jeśli nie? - spytała.
 - To zostanę kolejnym Johnnym Deppem, a kobiety będą mnie błagać o choćby jedno spojrzenie i wtedy nawet ty mi ulegniesz!
   Dziewczyna się zaśmiała.
 - Wolę McGregora. Był świetny w "Moulin Rouge".
 - Masz na myśli to wycie? Też tak potrafię!
   Blondyn wskoczył na najbliższą latarnię trzymając się na niej jedną nogą i ręką. A potem, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, zaczął śpiewać do dziewczyny:
 - It's a little bit funny this feeling inside. I'm not one of those who can easily hide.
 - Hauru, złaź!
 - Anyway the thing is, what I really mean, Yours are the sweetest eyes I've ever seen
 - Zaraz przyjedzie autobus!
 - And you can tell everybody this is your song. It maybe quite simple but now that it's done
   Chłopak zeskoczył na ziemię i podszedł do rudej wciąż śpiewając. Chwycił ją za ręce i dokończył:
 - I hope you don't mind that I put down in words: How wonderful life is now you're in the world...
   Stali ze sobą twarz przy twarzy. Blondyn przejechał powoli dłonią po jej włosach. W następnej chwili już się całowali.