sobota, 23 listopada 2013

22. Wątpliwości

 Rod

   Jak co rano obudził mnie dźwięk telefonu, jednak od początku coś mi nie pasowało, coś wyglądało inaczej niż zwykle. Może to światło wpadało do pokoju pod innym kątem, bo okazało się, że jest dużo wcześniej niż myślałem, a dzwoni nie budzik, tylko Kalipso.
 - Hejka, Rod... - usłyszałem jej nadzwyczaj spokojny głos - Spotkanie odwołane... przynajmniej dzisiaj.
 - Coś się stało? - zapytałem zdziwiony.
 - Wczoraj ci policjanci nas dorwali. Spędziliśmy ze 3 godziny na komisariacie...
 - O kurde... - poczułem nagły skok ciśnienia - Byłem przekonany, że i wam udało się uciec...
 - Jak widzisz, trochę nie wyszło. Wieczorem dostałam smsa od Benvolia, że rodzice dali mu szlaban na wychodzenie z domu. Anti nie odbiera telefonu, a Hauru twierdzi, że jest zajęty filmem i nie może dziś się z nami spotkać.
 - Wy wszyscy tam trafiliście?
 - Tak... Po drodze dołączył się kolejny patrol i nie mieliśmy jak uciec. To się nazywa mieć pecha.
 - Cholera... Ale wszystko w porządku, tak? Jak zareagował twój ojciec?
 - Nic nie powiedział... i to jest najgorsze. Po prostu odwiózł mnie do domu i bez słowa wrócił do swojego gabinetu. Już wolałabym, żeby na mnie nawrzeszczał...
 - Aha... - myślałem, czy nie zaproponować spotkania, ale chyba to nie był najlepszy moment.
 - W każdym razie dalsza gra nie ma chyba sensu... do odwołania.
 - Przynajmniej do końca szlabanu Benvolia... Jeszcze do tego wrócimy, nie?
 - Nie wiem... Może... O ile nastroje się polepszą...
 - Może lepiej nie martwić się o to teraz?...
   Westchnęła.
 - Masz rację. Powinnam na razie jakoś odreagować... może wrócę do malowania.
 - Dobry pomysł. - podchwyciłem pomysł, nie chcąc, aby zadręczała się wyrzutami sumienia. - Zadzwonię jeszcze wieczorem, ok?
 - Ok... miłego dnia.
   Rozłączyła się, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami. A były wyjątkowo chaotyczne i nieprzyjemne. Po pierwsze, wczoraj cała sytuacja wymknęła się spod kontroli i skutki tego odczuliśmy wszyscy. Kalipso naprawdę przeholowała i mimo, że ceniłem jej fantazję i nutkę szaleństwa we wszystkim, co robiła, teraz byłem na nią zły. A może niekoniecznie na nią? Albo nie tylko na nią? Przecież to ja byłem jedyną osobą, której udało się uciec. Nie miałem pojęcia, co na to wpłynęło, ale i tak miałem niejasne poczucie winy, że nie była to Kalipso albo Anti. Dlaczego biegłem jak ten idiota zamiast pomóc reszcie? Gdybym miał pewność, że nie mogłem nic zrobić, byłoby mi dużo łatwiej się z tym pogodzić. Ale nie miałem.
   Poza tym była jeszcze jedna rzecz, która w nietypowy sposób mnie niepokoiła - zachowanie Hauru. Od pewnego czasu postępował w sposób zupełnie nieprzewidywalny i miałem wrażenie, że Kalipso wie, dlaczego. Że nawet odpowiada na te sygnały. I że nie ma to nic wspólnego z resztą grupy, ze mną włącznie. Podejrzenia, które zaczęły mnie nachodzić, były tak nieznośne, że musiałem zacisnąć pięści. Jak mogłem do tego dopuścić?! Może okaże się, że to głupia pomyłka, ale jeśli to prawda...
   Na szczęście w tym momencie drzwi do mojego pokoju otworzyły się szeroko i do środka weszła moja matka przerywając moją psychiczną udrękę.
 - A ty jeszcze niegotowy? - zapytała wysokim głosem jak zawsze, kiedy była zaskoczona.
 - Niegotowy na co?
 - Przecież dzisiaj chrzciny Rilli! Zbieraj się szybko, czekamy na dole!
   Poczułem się zbity z tropu.
 - Jak to? Dzisiaj?
   Zanim skończyłem mówić, trzasnęły zamykane za nią drzwi i jedyne, co mogłem zrobić, to ogarnąć się w największym pośpiechu i posłusznie stawić się na dole w gotowości do spotkania z bliższymi lub dalszymi krewnymi. Taka rozrywka na sobotę z pewnością nie była szczytem marzeń, ale przynajmniej mogła odciągnąć moje myśli od ostatnich wydarzeń. Nie miałem więc na co narzekać.
   Chrzest minął bez większych przeszkód. Bachor darł się jak trąba jerychońska, ale dało się jeszcze wytrzymać. Co innego teraz - co prawda on spał, ale starsza część naszej wspaniałej rodzinki kontynuowała jego dzieło - dzieło zniszczenia mojego słuchu i psychiki. Były więc kłótnie o miejsce przy stole, udawane okrzyki radości, zażarte dyskusje polityczne, pytania o to, kiedy zamierzam się żenić, a także regularne plotki. Siedziałem cicho nad swoim obiadem, starając się jeść elegancko zamiast gmerać widelcem w zimnym ratatouille, gdy zupełnie nieoczekiwanie nadeszło wybawienie. Ciotka Rozalia, chcąc podzielić się z dorosłą częścią towarzystwa jakąś wyjątkowo poufną informacją, zaproponowała młodzieży wyjście do ogrodu. Przyjąłem to z wielką ulgą i niemalże w pośpiechu wstałem od stołu, by zażyć świeżego powietrza.
   Na zewnątrz ostre światło słońca pięknie odbijało się od liści rosnących przy płocie drzew owocowych. W powietrzu unosiła się dusząca woń kwiatów, skutecznie maskująca zapachy z jadalni. Temperatura znacząco przewyższała tę z wnętrza domu, jednak w cieniu jabłoni była wprost idealna. Nic dziwnego, że wkrótce wszyscy pod nimi staliśmy, prowadząc mniej lub bardziej wymuszoną, grzeczną rozmowę. Spora część moich sióstr i braci ciotecznych bardzo się pozmieniała. Niemowlęta stały się przedszkolakami, kilkulatki poszły do szkoły, a nastolatkom pourastały brody i piersi. Znaczy to tylko tyle, że dawno nikt się nie żenił, nie umarł ani nie urodził - poza Rillą.
   Przez cały ten czas ani jedno z nas nie próbowało kontaktować się z innymi - byliśmy dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Jak zawsze. Nie wiem, jak to się stało, że starsi tak dobrze się ze sobą dogadywali. Czy kiedyś też tacy będziemy? Zupełnie mimochodem zadałem to pytanie w rozmowie z Rafaelą, jedną z niewielu kuzynek w moim wieku.
   Zaśmiała się tylko i odparła:
 - Gdybym mogła wybierać, to lepiej nie. Widzisz, jaki to jest poziom rozmów? Już wolałabym wrócić do dawnych czasów... Pamiętasz? Jeszcze 10 lat temu biegaliśmy tutaj z "pochodniami" z kijków wyciągniętych z ogniska!
   Uśmiechnąłem się na to wspomnienie.
 - Pewnie, że pamiętam! Gdy ciotka nas zauważyła, krzyknęła na wujka, żeby nam je zabrał. I latał za nami jak głupi...
   Zaśmiała się.
 - Rzeczywiście! Zupełnie wyleciało mi to z głowy... A czy to czasem nie tej samej nocy opowiadał nam historie o duchach? A ciocia robiła sztuczkę z wkładaniem papierka z imieniem do ognia?
 - Chyba tak. Ale nie pamiętam, jakie to na nas zrobiło wrażenie... Widocznie nie największe.
 - Ja zastanawiałam się potem cały czas, jak ona zgadywała te imiona...
 - A jak się dowiedziałaś?
 - Do tej pory nie wiem!
   Roześmiałem się.
 - Jasne, śmiej się! - powiedziała udając obrażoną - Mina ci zrzednie, jak ci przypomnę twoje fałszowanie podczas majówki w Samowinie! Choć w jakiś sposób było to urocze...
   Posłała mi złośliwy uśmieszek.
 - No wiesz co? Wypominać takie młodzieńcze wybryki? Zresztą to pewnie rodzinne. Twoje śpiewy też nie najlepiej wspominam.
 - A to jest już oszczerstwo! Mówiłeś, że ci się podoba!
   Zaczęła mnie pacać torebką, a ja rozbawiony symulowałem obronę.
 - No a co miałem ci powiedzieć? Inaczej byś mnie pobiła, a mnie nie byłoby wolno się odgryźć. Jak teraz.
 - Biedaczek. - odpowiedziała sarkastycznie ale zaraz się uśmiechnęła. - Pobić nie mogłeś, to nawcierałeś mi dmuchawców we włosy.
 - Udana zemsta, nieprawdaż?
 - Byłaby, gdyby nie to, że potem przez dwie godziny siedzieliśmy w pokoju i wszystkie te pyłki wyciągałeś z mojej fryzury. Nie wiem, czy ci się opłaciło...
 - Dlaczego w to wątpisz? Nigdy nie pozwalałaś mi dotknąć twoich włosów, a wtedy mogłem do woli. A były piękne. I wciąż są. - dodałem po chwili. - Znam jeszcze tylko jedną osobę z tak niesamowitymi włosami.
 - Kalipso? Mogłabym się pogodzić z taką konkurencją.
   Gdy Rafaela o niej napomknęła, poczułem się wyjątkowo niekomfortowo. Wolałem nawet w myślach nie łączyć spraw rodzinnych z tymi związanymi ze znajomymi, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń.
 - Ciekawe, jak bardzo te informacje od cioci Rozalii wstrząsnęły resztą rodziny... - nieudolnie zmieniłem temat.
 - Wujek wypalił już chyba z połowę paczki. A moja mama na niego nie nawrzeszczała. Więc pewnie było to coś ciekawego... - podchwyciła temat spuszczając oczy.
 - Niewykluczone. Ale jakoś ciszej teraz się zachowują. Może niedługo zaczną się zbierać?
 - Albo jest to cisza przed burzą... Pójdę sprawdzić.
   Kiedy odchodziła, zdałem sobie sprawę, jak bardzo poprawił mi się humor. Nie spodziewałem się, że tak świetnie nam się będzie rozmawiało. Mimo, że nie widzieliśmy się od dawna, wciąż znajdowaliśmy jakieś wspólne tematy, choćby te wspomnienia z czasów, zanim poznałem swoich obecnych znajomych. Zacząłem nawet rozważać, czy nie przedstawić im Rafaeli, ale zarzuciłem ten pomysł - to nigdy nie kończy się dobrze.
   Chociaż może... W końcu nasze początki też nie wyglądały najlepiej i nie zapowiadały bynajmniej, jak bardzo się ze sobą zżyjemy. Ba, nawet zaczęło się od kłótni - mojej z Benvoliem.
   Chodziłem wtedy do jednej klasy z nim i Antiochis. Któregoś dnia, kiedy pełnił obowiązki dyżurnego, ktoś zauważył, że Emil rysuje po ławce. Nie wiadomo dlaczego Benvolio nie zwrócił mu nawet uwagi. Przekonywałem go, że musi albo przywołać Emila do porządku, albo zgłosić to do nauczyciela, bo inaczej sam będzie miał problemy. On jednak nie chciał mnie słuchać. Na domiar złego poparła go w tym Anti twierdząc, że tamten chłopak i tak ma już mnóstwo uwag w dzienniczku i nauczyciele zawsze go o wszystko podejrzewają. Mówiła, że jeżeli zauważą rysunki, będą wiedzieli, że to on, i nikt więcej nie poniesie konsekwencji, a tak była szansa, że i jemu się upiecze. Cała klasa podchwyciła tę myśl i gdyby nie Kalipso, skończyłbym jako wyrzutek z opinią donosiciela. Nie pamiętam dokładnie, jak to się dalej potoczyło, ale jakie były efekty, dało się łatwo zauważyć. Choć byliśmy zupełnie różni, jakoś się dogadywaliśmy.
   Tylko te ostatnie spięcia... Zaproszenie Rafaeli na jedno z naszych spotkań mogło jeszcze bardziej zaburzyć tę już i tak naruszoną równowagę. Ale równie dobrze mogło ją przywrócić - w pewien nowy sposób. Wystarczy spojrzeć na to, co na początku zrobił dla nas Hauru. Może jednak zaryzykować?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz