Kalipso
Kiedy
szłam na przystanek, miałam wątpliwości. Wypowiedziałam treść zadania
pod wpływem impulsu...nie przemyślałam tego... Może wandalizm to zbyt wiele dla Anti? A co jeśli
zrezygnuje z gry? Reszta też mogła się trochę wystraszyć... Jak by nie
było, to już jest pogwałcenie prawa...
Kiedy doszłam na miejsce, niepewność zniknęła. Moi przyjaciele już
tam byli i swobodnie rozmawiali.
-
Piękna Kalipso... - usłyszałam zbliżającego się Hauru -
ślicznie ci w tej chustce, ale czy nie uważasz, że to trochę
lekkomyślne, ubierać się w jaskrawe kolory, kiedy chcemy demolować to
miejsce?
Ciarki
przeszły mi po plecach, ale nie zamierzałam pokazać po sobie, że coś
jest nie tak. Czy blondyn wcześniej też się tak do mnie zwracał? Czy też
tak prowokował? Nie pamiętałam... To dziwne... ale nie mogłam sobie
przypomnieć. Co jeśli jego zachowanie stanie się tak nachalne, że w końcu skłoni Roda do nabrania podejrzeń? Eh... Mniej pytań o przyszłość, więcej uśmiechu w chwili obecnej!
- To jest moja niesamowita strategia! Jeśli przyjechałaby policja, to ja będę wyglądała na zwykłą nastolatkę, a wy na bandę chuliganów i to was zamkną w areszcie!
-
Nie zmienia to faktu, że będzie ci zimno. - odezwał się zza moich
pleców Rod i położył mi na ramionach swoją ciężką, skórzaną kurtkę.
- Rod!
Odwróciłam się do mojego chłopaka i pocałowałam na przywitanie w policzek. W międzyczasie Hauru zdążył gdzieś zniknąć. Podeszliśmy do Benvolia i Antiochis. Kiedy brunetka mnie zobaczyła, od razu spytała:
- Kalipso, mogłabyś jakoś dokładniej określić, co rozumiesz przez zdemolowanie? Wystarczy, że wybiję jakąś szybkę?
- Jedna szyba to trochę mało... - zaczęłam kaprysić. - ale jeśli fantazja cię bardziej nie poniesie, to ostatecznie starczy...
-
Okej. - uśmiechnęła się nieznacznie, okazując tym samym, jak bardzo
jest zestresowana. Pewnie nigdy wcześniej tak świadomie nie łamała
prawa.
- No to zaczynamy.
Odsunęliśmy
się trochę w cień i rozproszyliśmy, cały czas mając oko na Anti. Kiedy
została na przystanku sama, rozejrzała się, wzięła głęboki wdech i
podeszła do rozkładu jazdy. Widać było, że nie ma pojęcia jak się do
tego zabrać. W końcu podeszła do krzaków obok, wyciągnęła z nich jakiś
mocniejszy kij i z całej siły uderzyła w szybę wiaty przystankowej. W
świetle latarni dało się zauważyć wyraźne, długie pęknięcie,
rozwidlające się w kilku miejscach.
Emocjonalnie
musiało ją to dużo kosztować, bo zanim jeszcze wybrzmiał spowodowany
uderzeniem dźwięk, podskoczyła w miejscu i zaczęła intensywnie rozglądać
się na boki. Z trzęsących się rąk wypadł jej kij.
I my zaczęliśmy nerwowo wypatrywać jakichś przypadkowych świadków, jednak ulica była pusta i cicha. Po
chwili Anti podniosła znowu kij i kolejny raz uderzyła w szybę. Tym
razem nie przejęła się tym tak strasznie, a pęknięcie powiększało się
coraz bardziej, aż powstała dziura z kruchymi, poprzecinanymi siatką
pęknięć brzegami, ciągle odłamującymi się i spadającymi niezbyt głośno
na chodnik.
Gdy
nie zostało już za wiele szkła, podeszła do kolejnej szyby i zrobiła z
nią dokładnie to samo, za to dużo pewniej i w większym skupieniu,
nieczęsto u niej widocznym. Właśnie kończyła się z nią rozprawiać, kiedy
na końcu ulicy zamajaczyły mi dwie czarne postaci. Na chwilę przestałam
obserwować, co robi Antiochis i skupiłam się na nich. W miarę jak
zbliżały się do nas coraz lepiej widziałam na ich ubraniu żółte,
odblaskowe elementy.
Serce
mi zamarło. W słabym świetle latarni dostrzegłam, że wszyscy tak bacznie obserwują poczynania Anti, że nie widzą zagrożenia. Miałam ułamek sekundy, na podjęcie
decyzji. Jeśli podejdę po cichu i ostrzegę wszystkich, może być za późno.
Jeśli krzyknę, zwrócę na siebie uwagę policjantów.
- Uciekajcie! - wrzasnęłam i rzuciłam się do biegu.
Słyszałam
tupot butów o bruk, za moimi plecami. Reszta zorientowała się, o co
chodzi i pobiegła za mną. Nie dobrze! Nie możemy biec grupą! Musimy się
rozdzielić!
Zrobiłam
coś, co w takiej sytuacji było kompletnym szaleństwem: zatrzymałam się i
obejrzałam w tył. Sporo wyprzedziłam moich przyjaciół, ale już
dobiegali. Za nimi zaś, w bardzo bliskiej odległości, połyskiwały żółte
odblaski policyjnych mundurów.
- Na boki! - krzyknęłam do zbliżającej się grupy wskazując dłońmi ciemne uliczki.
- Kalipso, ty wariacie, biegnij! - odkrzyknął Hauru.
Goniący go patrol praktycznie deptał mu po piętach wrzeszcząc ciągle "stać! zatrzymaj się!". Z niepokojem zauważyłam, że do pościgu dołączyło dwóch kolejnych policjantów.
Pozostali uciekinierzy
już mnie minęli i wbiegli w boczne ulice. Ponowiłam bieg. Mijałam
domy z zawrotną prędkością. Czułam mocne łomotanie serca - wina strachu
czy wysiłku? Nogi zaczęły mi słabnąć. Gardło paliło. Starałam się uspokoić oddech. Co
to mówiła wuefistka? "Jeśli zachowacie powolny rytm wdechów i wydechów, to bez problemu
przebiegniecie wyznaczony dystans i powstawiam wam same szóstki".
Nagle
poczułam, że coś hamuje moją rękę i padam na bruk. Ręce zabolały.
Zdarłam sobie skórę. Próbowałam wyrwać się z uścisku policjanta, ale nie
miałam szans. Po
nieudanej próbie odgryzienia mu ręki, po prostu zobojętniałam. Tępo
wpatrywałam się w przestrzeń mając nadzieję, że to kolejny głupi koszmar,
którego znaczenie zaraz sprawdzę w senniku.
Od
pół godziny siedziałam na podłodze ze spuszczoną głową. Hauru chodził
tam i z powrotem przy metalowej kracie odgradzającej nas od korytarza, w
którym znajdowały się indywidualne cele. Anti machinalnie bębniła
palcami w podłogę odwrócona do nas plecami, a Benvolio leżał na ziemi w dziwnej pozycji układając coś z kłębków kurzu.
Po
przyjechaniu na komisariat, oddzielono nas od siebie. Złożyliśmy
zeznania, tłumaczyliśmy się... Udzielono nam nagany. Nałożono grzywnę. Zadzwoniono po rodziców...
Teraz pozostało nam tylko czekać na ich przyjazd.
- Komisarz zamówił sobie pizzę. - odezwał się Hauru.
Gdy nikt mu nie odpowiedział, dodał:
- Świetnie pachnie... pewnie pepperoni...
- Nie musiałeś tego mówić. - westchnął Benvolio.
- Daruj już sobie te głupie żarty. - dorzuciłam podciągając kolana pod samą szyję i chowając się w skórzanej kurtce Roda.
- Spokojnie... chciałem tylko odwrócić waszą uwagę od depresyjnych myśli... - żachnął się.
- No to to nie pomogło. - jęknął drugi z chłopaków.
- Przynajmniej się starałem. - powiedział blondyn i wrócił do przerwanej wcześniej czynności.
Po jakichś 5 minutach jęknęłam:
- Czy nie mógłbyś przestać tak łazić w tą i z powrotem?!
-
Wedle życzenia. - odpowiedział siadając obok mnie. - Lepiej? Nie wydaje
mi się. Fajnie, że znalazłaś sobie kogoś, na kim możesz wyładowywać
swoją złość, ale ja się w to wkręcić nie dam.
- Co ty znowu wygadujesz?! - prychnęłam.
- Zżerają cię wyrzuty sumienia, co? Nie żebym cię obwiniał, ale właściwie to przez ciebie tu teraz siedzimy.
-
Co proszę?! - wykrzyknęłam. To była jawna niesprawiedliwość! -
Ostrzegłam was! Kazałam się rozdzielić! To nie moja wina, że biegacie za
wolno!
- Chyba Hauru chodziło o całość zadania, Kalipso... - cichutku wtrącił się Benvolio, po czym znowu skulił się na podłodze.
-
Wypraszam sobie! - powiedziałam podnosząc się gwałtownie i popatrzyłam na wszystkich z
góry. - Zadanie było zwyczajne! Nic wielkiego! Po prostu mieliśmy
pecha. To nie moja wina!
Posłałam im gniewne spojrzenie. Hauru wyprostował się i podszedł do mnie.
- Nie obwiniamy cię, przecież mówiłem. Było, minęło. Wszystko okej?
Położył mi ręce na ramionach.
- Nie! Nic nie jest okej. - odtrąciłam go. - Zostaw mnie i nic więcej nie mów!
- Królowa znów zaczęła się rządzić...
Tego było już za wiele na moje zszargane nerwy. Rzuciłam się na blondyna z pięściami.
Lekcje samoobrony w końcu na coś się przydały. Powaliłam go na ziemię.
Chwilę trwało zanim zrozumiał, co się dzieje. Nim zacisnął moje
dłonie w stalowym uścisku, zdążyłam podbić mu oko i teraz ciężko dysząc
patrzyłam z zadowoleniem, jak jego skóra przybiera fioletowawy odcień.
- Czy tobie już kompletnie odbiło?!
Nie odpowiedziałam, tylko wierciłam go wzrokiem. Nie miałam jak wyrwać pięści z jego rąk, a ciałem przygniatałam go do podłogi. Z jego twarzy czytałam wszystkie emocje przez zdziwienie po złość i... chyba nawet smutek...? A potem uśmiechnął się i powiedział:
- Normalna dziewczyna dałaby z liścia i byłby z nią spokój.
W tym momencie widać Benvolio dopiero zauważył, że coś się stało.
- Hej! O co chodzi? - zdziwiony zapytał sennym głosem. - Wy się bijecie czy co?
- Już skończyliśmy. - powiedziałam.
Chciałam wstać, ale blondyn mnie zatrzymał. Przyciągnął do siebie i szepnął tak, żeby pozostała dwójka nie usłyszała:
- Co ja mam robić? Jednego dnia całujesz, drugiego chcesz zabić...
- Puść mnie, albo znów oberwiesz. - odpowiedziałam.
- Ech... Przestańcie, to głupie. - Benvolio podszedł do nas i zaczął nas podnosić.
Resztę pobytu na komisariacie, spędziliśmy w ciszy.
Kiedy
wracałam z tatą do domu jego służbowym samochodem, też nie odezwał się
do mnie ani słowem. W przedpokoju spojrzawszy na kurtkę Roda spytał,
skąd ją mam. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, pokiwał głową, jakby się
domyślił i odszedł do swojego gabinetu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz