sobota, 16 listopada 2013

21. Nie tak... Nie tak...

 Kalipso
   Kiedy szłam na przystanek, miałam wątpliwości. Wypowiedziałam treść zadania pod wpływem impulsu...nie przemyślałam tego... Może wandalizm to zbyt wiele dla Anti? A co jeśli zrezygnuje z gry? Reszta też mogła się trochę wystraszyć... Jak by nie było, to już jest pogwałcenie prawa... 
   Kiedy doszłam na miejsce, niepewność zniknęła. Moi przyjaciele już tam byli i swobodnie rozmawiali.
 - Piękna Kalipso... - usłyszałam zbliżającego się Hauru - ślicznie ci w tej chustce, ale czy nie uważasz, że to trochę lekkomyślne, ubierać się w jaskrawe kolory, kiedy chcemy demolować to miejsce?
   Ciarki przeszły mi po plecach, ale nie zamierzałam pokazać po sobie, że coś jest nie tak. Czy blondyn wcześniej też się tak do mnie zwracał? Czy też tak prowokował? Nie pamiętałam... To dziwne... ale nie mogłam sobie przypomnieć. Co jeśli jego zachowanie stanie się tak nachalne, że w końcu skłoni Roda do nabrania podejrzeń? Eh... Mniej pytań o przyszłość, więcej uśmiechu w chwili obecnej!
 - To jest moja niesamowita strategia! Jeśli przyjechałaby policja, to ja będę wyglądała na zwykłą nastolatkę, a wy na bandę chuliganów i to was zamkną w areszcie!
 - Nie zmienia to faktu, że będzie ci zimno. - odezwał się zza moich pleców Rod i położył mi na ramionach swoją ciężką, skórzaną kurtkę.
 - Rod! 
 Odwróciłam się do mojego chłopaka i pocałowałam na przywitanie w policzek. W międzyczasie Hauru zdążył gdzieś zniknąć. Podeszliśmy do Benvolia i Antiochis. Kiedy brunetka mnie zobaczyła, od razu spytała:
 - Kalipso, mogłabyś jakoś dokładniej określić, co rozumiesz przez zdemolowanie? Wystarczy, że wybiję jakąś szybkę?
 - Jedna szyba to trochę mało... - zaczęłam kaprysić. - ale jeśli fantazja cię bardziej nie poniesie, to ostatecznie starczy...
 - Okej. - uśmiechnęła się nieznacznie, okazując tym samym, jak bardzo jest zestresowana. Pewnie nigdy wcześniej tak świadomie nie łamała prawa.
 - No to zaczynamy.
   Odsunęliśmy się trochę w cień i rozproszyliśmy, cały czas mając oko na Anti. Kiedy została na przystanku sama, rozejrzała się, wzięła głęboki wdech i podeszła do rozkładu jazdy. Widać było, że nie ma pojęcia jak się do tego zabrać. W końcu podeszła do krzaków obok, wyciągnęła z nich jakiś mocniejszy kij i z całej siły uderzyła w szybę wiaty przystankowej. W świetle latarni dało się zauważyć wyraźne, długie pęknięcie, rozwidlające się w kilku miejscach. 
   Emocjonalnie musiało ją to dużo kosztować, bo zanim jeszcze wybrzmiał spowodowany uderzeniem dźwięk, podskoczyła w miejscu i zaczęła intensywnie rozglądać się na boki. Z trzęsących się rąk wypadł jej kij. 
   I my zaczęliśmy nerwowo wypatrywać jakichś przypadkowych świadków, jednak ulica była pusta i cicha. Po chwili Anti podniosła znowu kij i kolejny raz uderzyła w szybę. Tym razem nie przejęła się tym tak strasznie, a pęknięcie powiększało się coraz bardziej, aż powstała dziura z kruchymi, poprzecinanymi siatką pęknięć brzegami, ciągle odłamującymi się i spadającymi niezbyt głośno na chodnik.
   Gdy nie zostało już za wiele szkła, podeszła do kolejnej szyby i zrobiła z nią dokładnie to samo, za to dużo pewniej i w większym skupieniu, nieczęsto u niej widocznym. Właśnie kończyła się z nią rozprawiać, kiedy na końcu ulicy zamajaczyły mi dwie czarne postaci. Na chwilę przestałam obserwować, co robi Antiochis i skupiłam się na nich. W miarę jak zbliżały się do nas coraz lepiej widziałam na ich ubraniu żółte, odblaskowe elementy.
   Serce mi zamarło. W słabym świetle latarni dostrzegłam, że wszyscy tak bacznie obserwują poczynania Anti, że nie widzą zagrożenia. Miałam ułamek sekundy, na podjęcie decyzji. Jeśli podejdę po cichu i ostrzegę wszystkich, może być za późno. Jeśli krzyknę, zwrócę na siebie uwagę policjantów.
 - Uciekajcie! - wrzasnęłam i rzuciłam się do biegu.
   Słyszałam tupot butów o bruk, za moimi plecami. Reszta zorientowała się, o co chodzi i pobiegła za mną. Nie dobrze! Nie możemy biec grupą! Musimy się rozdzielić!
   Zrobiłam coś, co w takiej sytuacji było kompletnym szaleństwem: zatrzymałam się i obejrzałam w tył. Sporo wyprzedziłam moich przyjaciół, ale już dobiegali. Za nimi zaś, w bardzo bliskiej odległości, połyskiwały żółte odblaski policyjnych mundurów.
 - Na boki! - krzyknęłam do zbliżającej się grupy wskazując dłońmi ciemne uliczki.
 - Kalipso, ty wariacie, biegnij! - odkrzyknął Hauru.
   Goniący go patrol praktycznie deptał mu po piętach wrzeszcząc ciągle "stać! zatrzymaj się!". Z niepokojem zauważyłam, że do pościgu dołączyło dwóch kolejnych policjantów.
Pozostali uciekinierzy już mnie minęli i wbiegli w boczne ulice. Ponowiłam bieg. Mijałam domy z zawrotną prędkością. Czułam mocne łomotanie serca - wina strachu czy wysiłku? Nogi zaczęły mi słabnąć. Gardło paliło. Starałam się uspokoić oddech. Co to mówiła wuefistka? "Jeśli zachowacie powolny rytm wdechów i wydechów, to bez problemu przebiegniecie wyznaczony dystans i powstawiam wam same szóstki".
   Nagle poczułam, że coś hamuje moją rękę i padam na bruk. Ręce zabolały. Zdarłam sobie skórę. Próbowałam wyrwać się z uścisku policjanta, ale nie miałam szans. Po nieudanej próbie odgryzienia mu ręki, po prostu zobojętniałam. Tępo wpatrywałam się w przestrzeń mając nadzieję, że to kolejny głupi koszmar, którego znaczenie zaraz sprawdzę w senniku.


   Od pół godziny siedziałam na podłodze ze spuszczoną głową. Hauru chodził tam i z powrotem przy metalowej kracie odgradzającej nas od korytarza, w którym znajdowały się indywidualne cele. Anti machinalnie bębniła palcami w podłogę odwrócona do nas plecami, a Benvolio leżał na ziemi w dziwnej pozycji układając coś z kłębków kurzu.
   Po przyjechaniu na komisariat, oddzielono nas od siebie. Złożyliśmy zeznania, tłumaczyliśmy się... Udzielono nam nagany. Nałożono grzywnę. Zadzwoniono po rodziców...
   Teraz pozostało nam tylko czekać na ich przyjazd.
 - Komisarz zamówił sobie pizzę. - odezwał się Hauru. 
   Gdy nikt mu nie odpowiedział, dodał:
 - Świetnie pachnie... pewnie pepperoni...
 - Nie musiałeś tego mówić. - westchnął Benvolio.
 - Daruj już sobie te głupie żarty. - dorzuciłam podciągając kolana pod samą szyję i chowając się w skórzanej kurtce Roda.
 - Spokojnie... chciałem tylko odwrócić waszą uwagę od depresyjnych myśli... - żachnął się.
 - No to to nie pomogło. - jęknął drugi z chłopaków.
 - Przynajmniej się starałem. - powiedział blondyn i wrócił do przerwanej wcześniej czynności.
   Po jakichś 5 minutach jęknęłam: 
 - Czy nie mógłbyś przestać tak łazić w tą i z powrotem?!
 - Wedle życzenia. - odpowiedział siadając obok mnie. - Lepiej? Nie wydaje mi się. Fajnie, że znalazłaś sobie kogoś, na kim możesz wyładowywać swoją złość, ale ja się w to wkręcić nie dam.
 - Co ty znowu wygadujesz?! - prychnęłam.
 - Zżerają cię wyrzuty sumienia, co? Nie żebym cię obwiniał, ale właściwie to przez ciebie tu teraz siedzimy.
 - Co proszę?! - wykrzyknęłam. To była jawna niesprawiedliwość! - Ostrzegłam was! Kazałam się rozdzielić! To nie moja wina, że biegacie za wolno!
 - Chyba Hauru chodziło o całość zadania, Kalipso... - cichutku wtrącił się Benvolio, po czym znowu skulił się na podłodze.
 - Wypraszam sobie! - powiedziałam podnosząc się gwałtownie i popatrzyłam na wszystkich z góry. - Zadanie było zwyczajne! Nic wielkiego! Po prostu mieliśmy pecha. To nie moja wina!
   Posłałam im gniewne spojrzenie. Hauru wyprostował się i podszedł do mnie. 
 - Nie obwiniamy cię, przecież mówiłem. Było, minęło. Wszystko okej? 
   Położył mi ręce na ramionach.
 - Nie! Nic nie jest okej. - odtrąciłam go. - Zostaw mnie i nic więcej nie mów!
 - Królowa znów zaczęła się rządzić...
   Tego było już za wiele na moje zszargane nerwy. Rzuciłam się na blondyna z pięściami. Lekcje samoobrony w końcu na coś się przydały. Powaliłam go na ziemię. Chwilę trwało zanim zrozumiał, co się dzieje. Nim zacisnął moje dłonie w stalowym uścisku, zdążyłam podbić mu oko i teraz ciężko dysząc patrzyłam z zadowoleniem, jak jego skóra przybiera fioletowawy odcień.
 - Czy tobie już kompletnie odbiło?!
   Nie odpowiedziałam, tylko wierciłam go wzrokiem. Nie miałam jak wyrwać pięści z jego rąk, a ciałem przygniatałam go do podłogi. Z jego twarzy czytałam wszystkie emocje przez zdziwienie po złość i... chyba nawet smutek...? A potem uśmiechnął się i powiedział:
 - Normalna dziewczyna dałaby z liścia i byłby z nią spokój.
   W tym momencie widać Benvolio dopiero zauważył, że coś się stało.
 - Hej! O co chodzi? - zdziwiony zapytał sennym głosem. - Wy się bijecie czy co?
 - Już skończyliśmy. - powiedziałam. 
   Chciałam wstać, ale blondyn mnie zatrzymał. Przyciągnął do siebie i szepnął tak, żeby pozostała dwójka nie usłyszała: 
 - Co ja mam robić? Jednego dnia całujesz, drugiego chcesz zabić...
 - Puść mnie, albo znów oberwiesz. - odpowiedziałam.
 - Ech... Przestańcie, to głupie. - Benvolio podszedł do nas i zaczął nas podnosić.
   Resztę pobytu na komisariacie, spędziliśmy w ciszy.
   Kiedy wracałam z tatą do domu jego służbowym samochodem, też nie odezwał się do mnie ani słowem. W przedpokoju spojrzawszy na kurtkę Roda spytał, skąd ją mam. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, pokiwał głową, jakby się domyślił i odszedł do swojego gabinetu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz