Romeo
Przed
ogrodzeniem parku zostałem tylko ja i Rod. Mój brat próbował jakoś
ogarnąć ludzi, ale powiedzmy sobie szczerze, jemu nigdy nic się nie
udaje. Skończona z niego oferma... W sumie, co ja tu jeszcze robiłem?
Wszyscy się rozeszli, to może nie zauważą, że nie wykonałem zadania...
Nie chciało mi się robić z siebie idioty. No i co jeśli w pobliżu by
przechodziła straż miejska? Albo gdyby przechodnie zaczęli się gapić? O
nie... Bardzo chętnie mogłem pooglądać jak inni się wygłupiają, ale ja
nie zamierzałem.
Rod stał odwrócony do mnie tyłem. Idealna okazja. Wolnym krokiem ruszyłem chodnikiem w stronę najbliższego osiedla.
- Hej, a ty gdzie?! - usłyszałem za sobą głos zirytowanego Roda i przyspieszyłem kroku.
Bez problemu dogonił mnie i chwytając mnie mocno za ramię, prawie zatrzymał.
- Czego chcesz? - fuknąłem na niego.
- Jakie zadanie?! Nie widzisz? Wszyscy się zmyli. Po zabawie.
- Za chwilę wrócą, a ty wykorzystujesz tylko okazję, żeby się wywinąć.
- A nawet jeśli, to co? Daj spokój...
- Słuchaj, przez takie podejście do niczego nie dojdziemy. Chodź, wracamy do dziewczyn. - próbował zaciągnąć mnie z powrotem.
- Puszczaj! - wyrywałem się. - Nie ma do kogo wracać! Hauru i Kalipso już sobie poszli, jakbyś nie zauważył!
- Ale są jeszcze Se, Anti i twój brat. Chodź!
-
Chodzi mi o to, żebyśmy się nie olewali. - powiedział z naciskiem - Ale ty, jak widzę, nie
umiesz inaczej...
Dalsza dyskusja wydała mi się bezsensowna. Obrażony znów ruszyłem przed siebie oddalając się od Roda i parku.
- Ej, przecież coś do ciebie mówię! - ruszył za mną.
Co za irytujący typ. Odwróciłem się i z kpiącym uśmiechem powiedziałem:
-
O. Nagle przestałeś się izolować? Czyżby zaczęło ci zależeć? To
dziwne... Bo jak dotąd to ty wszystkich lekceważyłeś.
- Co? I ty też ześwirowałeś?
- Mówienie prawdy nazywasz świrowaniem?
- Od kiedy ja niby lekceważę przyjaciół?!
-
Od zawsze. Odezwałeś się kiedyś do mnie na korytarzu? Czemu gdy
spotykamy się poza szkoła wszystko jest ok, a w niej już nie? Czasu
nigdy dla nikogo nie masz... Nie to co Hauru!
Stał przez chwilę, nie mogąc wykrztusić słowa, po czym odezwał się:
- A więc to tak. Popierasz Hauru. Dlaczego? - zapytał powoli.
- Boże! Od razu "popierasz Hauru". Nie traktuj mnie jak dziecko! Mam swoje własne zdanie.
- Ale przecież zgadzasz się z nim, zajmujesz dokładnie takie samo stanowisko!
- Nic. Po prostu stajesz po jego stronie. To źle. Źle, że w ogóle stajesz po którejkolwiek.
-
Nie staję po żadnej stronie! A nawet gdybym stawał, to i tak wolę Hauru
od ciebie, więc jeśli próbowałeś jeszcze mnie obrazić, to ci nie wyszło!
- Gubisz logikę. Zacznij mówić szczerze, bo tak się nie dogadamy.
- Phi. Znalazł się ten szery...
- Co znowu?! Staram się porozumieć, być cierpliwy, a ty wyjeżdżasz mi z czymś takim! Ludzie, litości... - przewrócił oczami.
- Tracisz czas. Lepiej byś poszukał swojej dziewczyny...
- Drażliwy temat, co? - uniosłem kącik ust w mimowolnym uśmieszku.
Rod wyglądał jakby miał się zaraz na mnie rzucić.
- Powiedziałem: pilnuj własnego nosa!
Trochę się wystraszyłem, że zabrnąłem za daleko. Powinienem się bardziej hamować. Nie chcąc zarobić siniaka odpowiedziałem:
- Dobra... człowieku, wyluzuj... Już sobie idę...
- Coś ci się chyba kierunki pomyliły!
- Wcale nie! - krzyknąłem i rzuciłem się do ucieczki. Nie zaciągnie mnie z powrotem do tego parku!
Biegłem
do puki starczyło mi tchu. Zdyszany spojrzałem za siebie. Dopiero wtedy
zorientowałem się, że Rod mnie nie goni. Nie wiedziałem, czy
zrezygnował po jakimś czasie, czy nawet nie chciało mu się ruszyć z
miejsca. Ale i tak nie miało to większego znaczenia. Najważniejsze, że
udało mi się uniknąć zadania i kłopotów.
Antiochis
Po
tym, co stało się wczoraj, nie byłam pewna niczego. Od słów przeszliśmy
do czynów, urzeczywistniając moje wcześniejsze obawy. Mimo to, z samego
przyzwyczajenia wstałam rano i poszłam w stronę naszego parku. Dopiero
przy wejściu uświadomiłam sobie, że być może nikt dziś nie zdecyduje się
przyjść na butelkę. Zatrzymałam się na chwilę, jednak ostatecznie
weszłam do środka. "Nie przekonam się, czy ktoś jest, dopóki nie
sprawdzę. Co z tego, że to nieprawdopodobne!" - pomyślałam, wzdychając. Przeszło
mi przez myśl, że może to dobry moment, żeby zakończyć grę, która i tak
zupełnie mimochodem zaczęła się rozlatywać, ale coś bliżej
nieokreślonego nie pozwalało mi się z tym w pełni zgodzić. Wielokrotnie
próbowałam to ubrać w słowa, jednak nie udało mi się trafić w sedno.
Może kiedy indziej przyjdzie lepszy pomysł...
Dużo
pilniejsze było przygotowanie się na spotkanie z resztą. Trudno o
bardziej napiętą atmosferę niż ostatnio, a ja byłam chyba jedyną osobą
jeszcze nie wplątaną w żaden konflikt. Chociaż nie, był jeszcze
Benvolio.
Kiedy weszłam pomiędzy świerki, okazało się, że to właśnie on jako pierwszy był już na miejscu.
- Cześć. - przywitał się bez entuzjazmu.
- Cześć.
- Myślisz, że ktoś jeszcze przyjdzie? - zapytał cicho, patrząc na kołyszące się przed nami gałęzie.
- Nie wiem. - odparłam szczerze.
Potem na długi czas zapadła cisza, czasem tylko przerywana szumem drzew przy większych podmuchach wiatru. Pogrążeni we własnych myślach nawet nie zauważyliśmy, kiedy na polanę wpadł Hauru.
- Heeeeej! Wstawać, wstawać! Co takie ponure miny? - Przywitał się ochoczo.
Zdawał się zupełnie nie zauważać naszych zaskoczonych min.
- Och.... to będzie piękny dzień! Już idzie Rod i Kalipso! Hej wam!
- Idą? - wybąkał Benvolio z niedowierzaniem. - To świetnie!
- O! Prawie pełny skład... - zauważyła Kalipso wchodząc między drzewa. - Czekamy jeszcze na kogoś? Co z Se i Romeem?
- Romea nie widziałem od wczoraj. - powiedział poważnie Benvolio.
- Mam nadzieję, że nic się nie stało... - zasmuciła się ruda.
Nikt tego nie skomentował, za to odezwał się Hauru:
-
Dziwna sprawa z tym rodzeństwem... Ja też zgubiłem Se... Ale możliwe,
że po prostu wciąż śpi. Denerwowało ją, że musi tak wcześnie wstawać,
żeby się z nami spotkać.
Zachichotałam. Oczywiście wzbudzając powszechną konsternację.
- Och... czyli wam to się nie skojarzyło... wiecie... noc... i oni... no dobra. Przepraszam.
Dopiero
teraz na niektórych twarzach zaczął pojawiać się półuśmiech albo grymas
zażenowania, aż w końcu wszyscy wybuchnęli nerwowym śmiechem.
- Tak, to nie było śmieszne, ale to bez znaczenia. - odezwał się Rod.
-
Hmm... No to mamy zagwozdkę... Skoro nie ma Romea, to nie mamy osoby do
kręcenia butelką... Swoją drogą przydało by się go ukarać za
niewykonanie zadania... - powiedziała nagle Kalipso zmieniając
temat.
Nikt jej nie odpowiedział. Jedynie Rod po chwili ciszy dodał:
- I co teraz?
- Niech Kalipso kręci. - odpowiedział mu Hauru. - Przed Romeem to ona miała wyzwanie, więc chyba tak będzie sprawiedliwie.
Cała reszta przytaknęła i wyjąwszy butelkę z torebki, Kalipso położyła ją na ziemi i zakręciła.
- Anti! - zwróciła się do mnie, kiedy to na mnie wypadł "zaszczyt" wykonywania zadania. - Mam.... taki pomysł...
- To żeś dowaliła. - wypaliłam po chwili.
- Skąd ta nienawiść do przystanku, Kalipso? - spytał blondyn z uśmiechem.
- Zaraz nienawiść... Dzięki temu, stanie się niepowtarzalny! - odpowiedziała dziewczyna. - Do dzieła, Anti!
- Tylko... Ja nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. I chyba pora też nie jest najbardziej odpowiednia...
- Oj taaaam... - zaśmiała się ruda, ale jej chłopak przyznał mi rację:
-
Co do techniki, twoja w tym głowa, ale środek dnia może rzeczywiście
nie jest najpodpowiedniejszym momentem na taki wyczyn. Jeszcze jakaś
staruszka zadzwoni po policję i wszyscy będziemy mieli... problemy.
- Czyli widzimy się dziś o 20:00 na przystanku! - zarządziła Kalipso.
- Ej, a co z meczem? - zaniepokoił się nagle Rod. - Wieczorem gramy z Hiszpanią!
- Obejrzysz sobie powtórkę. - odpowiedziała ruda.
Z nią nie było po co dyskutować, więc westchnął tylko ciężko i podporządkował się jej decyzji.
- To... do zobaczenia! - powiedział Hauru i wyszedł z parku. Po chwili jednak zawrócił i zagadnął do Kalipso:
-
Wpadnij do mnie, jak będziesz miała chwilkę. Ami i Gri wciąż mnie
pytają, kiedy przyjdziesz. Podobno obiecałaś im, że zrobisz im jakiś
makijaż czy coś tam... Już szykują wyprawę krzyżową na twój dom, jeśli się nie zjawisz.
- Prawie bym zapomniała! Powiedz im, że na pewno przyjdę
- Jasne. - odpowiedział blondyn, a chwilę później już go nie było.
- To ja też lecę. - Benvolio pomachał nam i odszedł, wpadając najpierw na poruszaną wiatrem wielką gałąź.
- Chodźmy, odprowadzę cię. - zwrócił się Rod do Kalipso.
- A wejdziesz na chwilę? Upiekłam ciasto!
- Chętnie! - odparł i zniknęli międzydzrewami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz