wtorek, 24 czerwca 2014

44. Zaplątane jak Spaghetti...

Benvolio


   Zgodnie z zasadą, że nie można mieć cały czas tylko szczęścia, nieśmiało spodziewałem się, że kolejny dzień nie będzie należał do najlepszych - moglibyśmy się posprzeczać o jakąś głupotę, zadanie mogłoby nie wyjść albo przynajmniej mógłby zacząć padać deszcz. Ku mojemu zdziwieniu okazało się jednak, że nastroje wcale się nie popsuły i najprawdopodobniej, jakie by nie było następne zadanie, i tak będziemy bawić się w najlepsze.
   Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że przyszedłem jako ostatni i że reszta czekała już tylko na mnie. Jedyne co w tym wszystkim zwróciło moją uwagę to to, że nikt się tym nie przejmował - nawet Rod przywitał się ze mną z pogodną miną i jak gdyby nigdy nic wrócił do rozmowy z Rafaelą.
 - Umówcie się, kto kręci, bo razem pewnie będziecie mieć problem. - zaleciła na początek Anti, gdy tylko Kalipso sprawnym ruchem wyjęła butelkę.
 - Paniom się ustępuje. - zażartował Hauru podając mi przezroczysty przedmiot. 
 - Jak ma być szarmancko, to może jeszcze pani płaszcz pod nogi położyć? Chyba mam tylko bluzę, ale od biedy się nada, nie?
 - Niezupełnie o to mi chodziło, ale jeśli dojdziecie do kompromisu, to może być. - uśmiechnęła się pobłażliwie Anti.
 - To może jednak spróbujemy zakręcić razem? - zaproponowałem.
 - Już daj spokój i kręć. - zaśmiał się Hauru.
   Posłusznie zastosowałem się do polecenia i już chwilę później usłyszeliśmy jęk Rafaeli.
 - Ty to robisz specjalnie, co? Znowu trafiłeś na mnie!
 - Nawet jeśli, to co? - rzuciłem bez namysłu.
 - To przynajmniej mógłbyś wymyślić przyjemne zadanie.
 - Nie zapominajcie o mnie, gołąbeczki! - wciął się Hauru. - Ja też mam tu coś do powiedzenia w tej kwestii!
 - Nie ma obaw, co dwie głowy to nie jedna. - zapewniłem.
 - Chodź, naradzimy się... - zwrócił się do mnie konspiracyjnym szeptem chłopak i zaciągnął w krzaki.
 - Masz jakiś pomysł?
 - Ja miałbym nie mieć?! - zaśmiał się po czym spoważniał i powiedział: - E... nie.
 - Ha!
   Nawet Hauru nie daje rady cały czas trzymać fasonu - wydało mi się to niezwykle pocieszające. Mimo to musieliśmy coś wymyślić. Rozejrzałem się dookoła.
 - Nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę pobiegać po mieście. Może każmy jej zaczepiać przechodniów czy coś w tym stylu?
 - Albo chodzić po ulicy i żebrać o cukierki. - przedrzeźniał mnie Hauru, po czym na chwilę zamarł.
 - Mam pomysł! - klasnął w dłonie. - Każmy jej chodzić w przebraniu na Halloween i zbierać słodycze w ciągu dnia!
 - Myślisz, że się zgodzi? - zapytałem, bezskutecznie próbując wyobrazić sobie Rafaelę w takich okolicznościach.
 - A może się nie zgodzić? - odpowiedział pytaniem Hauru.
 - Może postawić weto. Albo próbować negocjować, ale efekt tego zależy już od nas.
 - Veto zniesiono w 1791. Będzie fajnie!
 - Dobra, lećmy z tym. - machnąłem ręką.
   Wyszliśmy do reszty pewnym krokiem niczym Morfeusz i Neo na początku II części Matrixa i zanim Rod zdążył wygłosić jakąś złośliwą uwagę (a ewidentnie miał zamiar), przedstawiliśmy im plan. Jak można było się spodziewać, główna zainteresowana nie była zachwycona.
 - Dobra, czyi to był pomysł?! Już wolałabym sprzedawać ciasteczka czy robić za świadka Jehowy!
 - Serio? To może jednak to ze świadkami Jehowy? - zwróciłem się do Hauru z "przebiegłym" uśmiechem.
 - Mmm... Nie! Lekka zmiana: świadek Latającego Potwora Spaghetti!
 - Świetnie! Podoba się? - zapytałem Rafaeli.
 - Super... - mruknęła. - Nieźle mnie urządziliście...
 - Oooj, przecież tak ci chcieliśmy dogodzić...
 - Chyba mamy odmienną definicję słowa "dogodzić".
 - Język zawsze był źródłem nieporozumień...
 - Znów czuję się jak między tymi szalonymi humanami z mojej klasy. Skończcie! - przerwał nam Hauru.
 - Dokładnie... - poparła go Kalipso. - Wystarczy, że cały kolejny rok spędzimy na kuciu do ustnej matury z polskiego. Chodźmy już stąd.
 - Popieram. - odezwała się Anti. - I niech chłopaki idą pierwsi wskazać miejsce.
 - Nie trzeba, w tej kwestii Rafaela ma pełną dowolność... - zapewniłem.
   Antiochis wzruszyła tylko ramionami i wyszliśmy z parku.
   Na zewnątrz zatrzymaliśmy się na chwilę, czekając aż Rafaela wybierze, w którym kierunku pójdziemy.
 - Rozumiem, że jesteście moją świtą pastafarian? - spytała.
 - Eee...
 - Chyba rozsądnie będzie chodzić po tych mieszkaniach we dwie czy trzy osoby... - wytłumaczyła.
 - Racja. To proponuję pomysłodawców na początek. - odezwał się Rod.
 - Juhuhu! - zawołał Hauru. - Zawsze o tym marzyłem!
   Ani się obejrzeliśmy, jak Rod, Anti i Ciris zniknęli nam z pola widzenia, a Rafaela ciągnęła nas w stronę najbliższych szeregowców.



   W dźwięku dzwonka do drzwi było coś nieodwołalnego. Już nie mogliśmy się cofnąć. Staliśmy we trójkę, cali spięci, czekając aż pierwsza ofiara naszego własnego zadania otworzy nam drzwi (albo aż stwierdzimy, że nikogo nie ma w domu - jak cudnie by było!). Zacząłem żałować, że nie wymyśliliśmy czegoś w stylu sprzedawania lemoniady na osiedlu albo nawet drażnienia się ze zwierzętami w zoo.
   Ku naszemu rozczarowaniu zamek jednak zgrzytnął i otworzyła nam krótko obcięta pani po czterdziestce. Było to tak nieoczekiwane (wszystko przez ten stres!), że z początku nikt z nas nie mógł z siebie wydusić nawet słowa. Patrzyliśmy tylko na panią za progiem, a ona patrzyła na nas, unosząc coraz wyżej brwi. W końcu Hauru przełamał się:
 - Czy chciałaby pani porozmawiać o bogu?
 - Bo może pani jeszcze nie słyszała o nas, jesteśmy ze Stowarzyszenia Transcendencja. - wykrztusiłem, uświadamiając sobie, że żadne z nas w ogóle się nie przywitało. - Niedawno otworzyliśmy nową siedzibę w okolicy i chcielibyśmy poznać sąsiadów i zaprosić do wspólnej rozmowy. Może miałaby pani chwilkę...
   Już w połowie swojej mowy widziałem, że nie polepszyłem sytuacji. Brwi naszej rozmówczyni tym razem ściągnęły się i za moment zniknęły za dębowymi drzwiami. Nawet nie próbowaliśmy ich blokować stopą - dużo większą mieliśmy ochotę westchnąć z ulgą.
 - Sorry... - odezwała się Rafaela. - Trochę spanikowałam i się nawet nie odezwałam... Nie mówcie reszcie!
 - Spoko, pierwsze koty za płoty. - uśmiechnąłem się do niej.
   Była cała czerwona na twarzy i zdecydowanie nie wyglądała, jakby chciała próbować tego wyczynu jeszcze raz.
 - Kolejne drzwi? - spytał Hauru i natychmiast zadzwonił, zanim zdążyliśmy zaprotestować.
 - A co ze zmianą warty? - szepnąłem, ale nie miałem okazji usłyszeć odpowiedzi: sąsiad krótkowłosej pani był od niej dużo szybszy.
 - D-dzieńdobry. - zająkała się Rafaela. - Czy ma pan chwilkę?
   Mężczyzna podejrzliwie zerkający na nas zza lekko otwartych drzwi zdawał się nie być pewnym odpowiedzi.
 - A do czego wam to potrzebne? - zapytał głośno.
 - To jest panu potrzebne! - powiedział z przekonaniem Hauru. - Chcielibyśmy poruszyć temat wiary!
 - Wiary?! - wykrzyknął, otwierając drzwi nieco szerzej, jednak bynajmniej nie z zamiarem wpuszczenia nas do środka. - Znowu ci jehowi?! Czy wy już naprawdę nie macie co w życiu robić? Tylko spokojnym ludziom w głowach mieszać?
 - Jesteśmy wyznawcami Latającego Potwora Spaghetti. - odezwała się Rafaela.
 - Co?! Powariowali?! - wrzasnął facet, po czym z impetem zatrzasnął nam drzwi przed nosami.
 - Tym razem było prawie śmiesznie. - zwróciłem uwagę, mimo wszystko wciąż zestresowany.
 - Ta... - westchnęła dziewczyna.
 - No. Miło było... - powiedział Hauru. - Ale chyba pozwolę komuś innemu nacieszyć się tym wspaniałym przeżyciem.
   Odczytałem to jako zarządzenie odwrotu i bez zbędnych ceregieli odeszliśmy spod szeregowca, rozglądając się za resztą.
 - Tutaj! - pomachała do nas Kalipso spod pobliskiego trzepaka
   Podbiegliśmy do niej, a w kierunku, z którego przyszliśmy, ruszyli Ciris i Rod, najwyraźniej wybrani wcześniej.
 - I jak jej idzie? - spytała Kalipso.
 - Całkiem nieźle jak na pierwszy raz. - odpowiedział natychmiast Hauru.
 - A reakcje ludzi?
 - Hmm... raczej do przewidzenia. Trzaskanie drzwiami i wyzywanie od Jehowów. Zupełnie inaczej by pewnie gadali, gdyby zakonnica przyszła.
 - Mhmm.. - dziewczyna nagle straciła cały entuzjazm. - Pewnie tak...
 - Cholera. - Hauru zaklną i też zmarkotniał. - Przepraszam, Kalipso. Wiesz, że nie chciałem...
   Antiochis zauważyła tę nagłą zmianę i jak to ona, chciała taktownie usunąć się, mimo że to nie ona ją wywołała. Hauru na pewno by tak nie zrobił - w jego stylu było raczej dążenie by wszystko odkręcić. Zdecydowanie wolałem tę pierwszą strategię, dlatego cicho odszedłem trochę na bok, za róg bloku, tak by nie przeszkadzać Hauru i Kalipso w rozmowie. Tym sposobem wyszło na to, że kolejny kwadrans miałem spędzić stojąc naprzeciwko Anti i gapić się w przestrzeń.
   To nie było nic niekomfortowego, ale jakoś nigdy w takich sytuacjach nie umieliśmy zabawiać siebie nawzajem rozmową - przecież zawsze kiedy było coś do obgadania po prostu się spotykaliśmy... Standardowo więc znalazłem sobie w miarę wygodne miejsce na ziemi, usiadłem i zacząłem się bawić ździebełkami trawy.
   Nie trwało jednak długo, zanim zorientowałem się, że Antiochis ma mi coś do powiedzenia. Tylko nie wiedziała, jak zacząć.
 - Coś się stało? - zapytałem, starając się utrzymać bezbarwny ton głosu.
 - Nie, skąd! - odparła troszkę zaskoczona, ale mimo tej negatywnej odpowiedzi, kucnęła naprzeciwko mnie.
   Zapadła cisza - nie ta niezręczna, gdy gadka-szmatka z kimś nowo poznanym nie wychodzi, tylko taka zapowiadająca ciąg dalszy. I nie trzeba było czekać na niego długo.
 - Mam nadzieję, że nie byłeś wczoraj zawiedziony tym, że w końcu nie zbudowaliście żadnego domku na drzewie.
 - A gdzie tam! - próbowałem się roześmiać. - Nie potrafiliśmy nawet zebrać narzędzi, a co dopiero zbudować takie cudo.
 - Czyli nie podobało ci się to zadanie?
 - No wiesz, taka gra, że mają się nie podobać tym, co je wykonują. Ale to, że nie było zadania zastępczego - to już powód do zadowolenia.
 - A stres? - zapytała tonem telewizyjnego eksperta.
 - Chyba lepszy niż wasza nuda. Chociaż nie sprawialiście wrażenia specjalnie znudzonych z tego co widziałem... prawda?
 - Czy ja wiem... Ja to nie za dużo miałam do roboty. Ale reszta...
   Odrobinę zaskoczyło mnie to stwierdzenie.
 - Wydawało mi się, że świetnie się bawiliście.
 - Może co najwyżej Rafaela i Rod.
 - Czemu akurat oni?
 - No, chyba widziałeś, jak się zachowywali.
 - Tak, to wiem. - przerwałem jej. - Ale... nie o to mi chodziło. Raczej...
 - Czemu właśnie tak się zachowywali? Nie wiem. Chciałam spytać, co ty o tym sądzisz.
 - No to już chyba widzisz, że nie mam pojęcia. - odparłem po chwili ciszy. 
   To rzeczywiście była ciekawa sprawa. I dziwnie irytująca.
 - Hej, Anti! - usłyszeliśmy głos Hauru. - Chodź, bo przegapisz okazję życia aby głosić słowo spaghetti!
 - Udało wam się kogoś zagadać? - dziewczyna zupełnie zmieniła ton.
 - No powiedzmy... - odparła Ciris. - Taka rada na przyszłość: jak na drzwiach jest wypisane "K + M + B" to nie dzwońcie.
 - Przepędzili was?
 - Powiedzieli, że będą się modlić za nasze zagubione dusze...
 - Może nie rozpoznałaś ironii. - skomentowałem pozostając wciąż w niezbyt radosnym nastroju.
   Chyba jednak nie przemyślałem dobrze tego, co powiedziałem (a raczej na pewno nie przemyślałem, nigdy tego nie robię), bo zapadła na moment pełna konsternacji cisza. Antiochis wykorzystała ją, żeby jeszcze raz zerknąć na mnie niepewnie, wstać i odejść w kierunku domów, a Ciris bez wahania zajęła jej miejsce.
   Nie zauważyłem, kiedy Hauru się ulotnił, ale najwidoczniej tak się stało, bo bez większych ceregieli zaczęła:
 - Albo tak dawno się z tobą nie widziałam, że zapomniałam jak się normalnie zachowujesz, albo coś się w tobie zmieniło.... tylko cały czas nie mogę dociec, co.
 - Serio? - odparłem wyrwany z zamyślenia.
 - Mhm... - przekręciła głowę na bok i uważnie mi się przyjrzała, jakby zastanawiała się z którego profilu powinna namalować mój portret. - O czym rozmawialiście z Anti?
 - O... - zawahałem się. - Właściwie tylko plotkowaliśmy.
 - O kim? Coś ciekawego? - dziewczynie zaświeciły się oczy.
 - Aaa tam... Takie bieżące sprawy. Przecież byłaś z nami wczoraj, prawda?
 - Byłam, ale może czegoś nie zauważyłam!
 - No, zachowania Rafaeli i Roda ciężko nie zauważyć.
 - A co w nim dziwnego? Przepraszam, ale zupełnie nie znam Rafaeli... trochę dłużej z nią przebywasz, opowiedziałbyś, coś o niej!
 - Oj... To wymyśliłaś... - westchnąłem i zacząłem poważnie myśleć nad tym pytaniem. - Daj mi chwilę...
 - Nigdzie mi się nie spieszy. - odparła Ciris i oparła się wygodnie o murek.
   Zacząłem więc niespieszną myślową podróż w czasie.
   Kiedy Rod przedstawił nam ją przy którymś spotkaniu nad butelką, wydała mi się bardzo nieśmiała i ugodowa i jakoś... zwyczajna. Może wynikało to jednak z mojego własnego przejęcia zadaniem (notabene formalnie przez nią wybranym), bo gdy przyszło do rewanżu, zauważyłem... że ma swój urok. Że wcale nie jest taka sztywna i do bólu grzeczna. I że ma w sobie nutkę fantazji, ale chyba trochę innej, subtelniejszej niż Kalipso.
   Potem, gdy przyszło mi się wygłupiać w kinie, okazało się, że jest jedną z niewielu osób, z którymi można sensownie porozmawiać o filmach - nie dość, że sporo ich oglądała (i to nie byle jakich), to jeszcze jest niesamowicie spostrzegawcza i zauważa szczegóły, które często nawet mi umykają (a to nie zdarza się często). Spędziliśmy razem cudowne popołudnie, dyskutując i śmiejąc się z głupot.
   A wczoraj, gdy spadała z drzewa i próbowałem jakoś ją złapać czy chociaż zamortyzować upadek... Nie, to nie było coś, o czym chciałbym mówić. Nawet z Ciris. Nawet z Anti. Czułem się jakby było to coś nieprzyzwoitego. Miałem wielką ochotę machnąć ręką i powiedzieć "nieważne".
 - No więc? - spytała najwyraźniej już zniecierpliwiona dziewczyna.
 - Aaa... No, wiesz przecież, że jest kuzynką Roda, że znają się od wczesnego dzieciństwa... Mieli jakiś okres przerwy, długo się nie widzieli, ale teraz dobrze się dogadują. Bardzo dobrze. - zaakcentowałem niechętnie.
 - Nie uważasz, że to dobrze, że Rod ma z kim porozmawiać po tym, co się stało? - zdziwiła się moim tonem.
 - Mam wątpliwości, czy ich pokrewieństwo nie stanowi jakiegoś problemu... - zaoponowałem, nie mogąc powstrzymać ironicznego tonu.
   Ciris zaśmiała się.
 - Za dużo romansideł się od mamy naczytałeś.
 - Nawet jeśli coś mi się wdrukowało w mózg, gdy czytali mi "Romea i Julię" na dobranoc, to faktom nie zaprzeczysz.
 - Ale o jakich faktach ty mówisz... - dalej bagatelizowała sprawę. - Takie rzeczy nie zdarzają się w realnym życiu. Anti też wierzy w takie bajki?!
 - Więc jak ty to widzisz? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
 - Spędzili razem dzieciństwo, więc nie mają jakichś specjalnych barier w kontaktach. Przyjaźnią się i tyle... Tak się emocjonujesz tą sprawą, jakbyś był zazdrosny! Wyluzuj.
 - Nie no, to nie tak! Po prostu widzieliśmy coś dziwnego i nie wiemy, co o tym sądzić. A to ty tu jakieś teorie tworzysz.... - uśmiechnąłem się.
 - Nie ja tworzę, tylko to właśnie zasugerowałeś!
 - Ech... Już zdążyłem zapomnieć, jaka jesteś uparta...
   Odpowiedziała mi szerokim uśmiechem wyrażającym zwycięstwo. Nie było co dyskutować. To przegrana sprawa. Na szczęście kontynuowanie jej uniemożliwiło nam dotarcie Rafaeli z ostatnią grupą asystentów, triumfalnie ogłaszającą wykonanie zadania - wszystkie domy w okolicy były odfajkowane.
 - Nigdy więcej... - westchnęła kuzynka naszego przyjaciela.
 - Nie ma co się martwić, zadania nigdy się nie powtarzają. - pocieszyła ją Ciris.
 - Zazwyczaj są coraz gorsze. - potwierdziła Anti.

 

poniedziałek, 12 maja 2014

43. Two

 Antiochis


   Wczorajsze spotkanie zmieniło wszystko. Może zmuszenie nas jak dzieci do przeproszenia się za wszystkie zaległe urazy nie było najsubtelniejszym sposobem rozwiązania (czy załagodzenia) konfliktów, niemniej jednak stało się jakimś katalizatorem zmian. W końcu coś ruszyło i byłam z tego powodu szalenie szczęśliwa. Jakoś nie przejmowałam się tym, że takie sztucznie sprowokowane podanie sobie rąk może kiedyś okazać się tylko zamieceniem problemów pod dywan - w końcu zawsze w naszym przypadku to działało. Teraz należało jakoś wykorzystać tę sytuację, traktując ją jako pretekst do "zaczęcia od nowa". Gry również.
   Wyglądało na to, że reszta ma podobne nastawienie jak ja, bo w rozpoczęciu jej od nowa nie przeszkodził nawet brak starej butelki (może Kalipso ją wyrzuciła?). Ktoś wyciągnął butelkę po wodzie i zaraz mogliśmy zaczynać.
 - Kto kręci? - spytała Rafaela.
 - Naturalnie, że Ciris! Za długą przerwę miałaś, dziewczyno! - zaśmiał się Hauru zwracając się do mojej przyjaciółki.
 - Poprawcie mnie, jakbym wymyśliła coś, co już było. - odpowiedziała podnosząc butelkę.
   Już po chwili w napięciu obserwowaliśmy obracający się przedmiot, aż zatrzymał się wskazując wylotem... przestrzeń między Hauru a Benvoliem!
 - No i co teraz? - zapytał luzacko Benvolio.
 - Mam zakręcić jeszcze raz? - zaproponowała Ciris.
 - Ja bym dała zadanie łączone... - podsunęła Kalipso.
 - A to tak można? - zdziwiła się tamta zwracając się odruchowo ku Rodowi.
 - No, to jest jakaś okazja do popisania się kreatywnością. Zezwalam. - chłopak prawie się zaśmiał.
 - Hmm... dajcie mi chwilę. - Ciris zamyśliła się rozglądając po otaczających nas drzewach aż nagle klasnęła i z uśmiechem zwróciła się do chłopaków: - Wybudujecie tu domek na drzewie! Zawsze o takim marzyłam...
 - Jesteś pewna, że to bezpieczne? - spytał Hauru spoglądając z niewinnym uśmieszkiem na Benvolia
 - Jasne. - odparła.
 - To jest świetny pomysł! - ucieszyła się Kalipso.
 - To dopiero będzie wyzwanie... - zamyślił się Benvolio, patrząc na najbliższe drzewo, które na pewno nie nadawało się do tego, co mieli zrobić.
 - No co ty, my nie damy rady?! - Hauru poklepał go po plecach. - Lecę po narzędzia. E... jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi: ma ktoś jakieś niepotrzebne deski w domu?
 - Rozejrzyjcie się po parku. - powiedziałam. - Jestem pewna, że coś się tu znajdzie.
   Zanim skończyłam zdanie, Hauru już nie było. Wyglądający na skołowanego Benvolio zaczął się więc chaotycznie rozglądać za deskami, jak małe dziecko zbierające patyki na ognisko.
   Nie spodziewając się żadnych gwałtownych zwrotów akcji, razem z resztą wygodnie rozsiadłam się pod swoim świerkiem i czekam, zastanawiając się, kto wróci pierwszy.
 - To jakaś nowa bluzka, prawda? - zapytałam, gapiąc się bezmyślnie na Ciris.
 - Tak. - uśmiechnęła się - Robiłyśmy szalone zakupy z Talią.
 - Ach, no tak. Wyjazdowy szał zakupów.
 - Szkoda, że tego nie widziałaś... Przeraziłabyś się, ile kasy wydałyśmy.
 - No to chyba dobrze, że nie widziała. - uśmiechnęła się Rafaela.
 - Właśnie nie! Wtedy by zobaczyła, jak się chodzi po sklepach... Właśnie! - odwróciła się do mnie. - Przywiozłam coś dla ciebie tylko ciągle zapominam zabrać... musisz do mnie wpaść.
 - Przypomnij mi o tym, jak skończymy. - poprosiłam.
 - Jasne.
 - Gdzie jest Benvolio? - spytał Hauru wypadając spomiędzy drzew ze skrzynką narzędzi w ręku.
 - Szuka desek. - odparłam.
 - I puściliście go tak samego?! - oburzył się chłopak. Rzucił skrzynkę na ziemię i znów zniknął między świerkami.
   Chwilę później wracali już razem, za to niestety bez materiałów na domek.
 - Co tam, Benvolio? - zagadnęła Kalipso. - Trzeba wam pomóc nosić?
 - Właściwie to nic nie trzeba nosić. - odpowiedział zamiast niego Hauru. - Tam niedaleko jest fajne drzewo, więc przyszliśmy tylko po narzędzia... no i po was.
 - Chyba, że macie coś ciekawszego do roboty. - dopowiedział Benvolio.
 - Jak moglibyśmy mieć, skoro to wasze zadanie! - wykrzyknęła rozentuzjazmowana Ciris, zrywając się w miejsca
 - W takim razie w tą stronę. - Hauru ruszył w kierunku drzew spodziewając się, że pójdziemy za nim.
 - To może być ciekawe. - mruknął Rod wstając.
   Co było robić? Poszliśmy w ślady Hauru, chociaż momentami dziwiłam się, jak w takim miejscu znalazł takie chaszcze. I jak wybrał drzewo, skoro mniej nieprzyjemnej trasy nie mógł wybrać. Miałam tylko wielką nadzieję, że Kalipso i Rafaela w swoich krótkich spódniczkach radzą sobie z pokrzywami i krzaczorami lepiej niż ja.
   W pewnym momencie jednak Hauru zatrzymał się, a naszym oczom ukazał się dość rozłożysty klon otoczony dla odmiany, a jakże, pokrzywami.
 - Chodźcie, chodźcie! - poganiał nas podekscytowany przewodnik. - Tu zaraz obok jest sterta desek, to będziecie mogli usiąść.
 - Do czasu. - dodał Benvolio
 - Do czasu. - zaśmiał się tamten.
 - Nie ma co, świetna lokalizacja. - mruknęła pod nosem Rafaela.
 - Do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko jakiegoś mrowiska... - dopowiedział Rod.
 - Mogę znaleźć! - zaoferował się Benvolio. - Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej.
 - Fakt. Nie z tobą. - potwierdził Rod, uśmiechając się półgębkiem, a Benvolio dumnie wypiął pierś.
 - Koniec pogaduszek! - zarządził Hauru. - Benvolio chodź tu. Robimy domek!
 - Tak jest, panie komendancie. - jego podwładny stuknął piętami, po czym przydreptał do niego, bezmyślnie czekając na rozkazy.
 - Weź tą deskę... - chłopak podał mu jakiś wielki, podłużny kawałek drewna - i zanieś pod drzewo. Zaraz do ciebie dołączę.
 - Okej. - odparł tamten i wykonał polecenie, patrząc z ciekawością w oczach, co kombinuje Hauru.
   Tymczasem nasz przefarbowany blondyn chwycił całą stertę drewnianych odłamków i przeciągnął je przez pole pokrzyw gwiżdżąc pod nosem melodię przypominającą "Wieżę Babel" z musicalu "Metro", ale może mi się tylko zdawało.
 - Masz gwoździe? - spytał Benvolia chwytając w ręce młotek.
 - A skąd!
 - No to załatw.
 - No, skąd ja ci teraz wezmę jakieś gwoździe w środku parku? - zirytował się Benvolio.
 - Liczę na twoją kreatywność. Chyba, że mam użyć szarej taśmy klejącej, kawałka sznurka i kleju! Na pewno będzie to bardzo bezpieczne.
 - Mogę skoczyć po trytytki, mam paczkę w domu.
 - Ej! - zwrócił się do nas Hauru - Ma ktoś niepotrzebne gwoździe? Bo Benvolio chce żebyśmy zginęli w katastrofie budowlanej!
 - Zawsze w kieszeni. - odparłam ironicznie, jednak maiłam przeczucie, że może jednak gdzieś je znajdą.
 - Jakby się uprzeć, to tu są jakieś zardzewiałe... - zauważyła Rafaela.
 - Taaaaaaak, są! - ucieszył się Benvolio i rzucił się we wskazanym kierunku.
   Rzeczywiście, na ziemi leżały porozrzucane powyginane gwoździe.
 - Dobra, to może się przydać na jakieś ogrodzenie czy coś mniej istotnego, ale nie chcę, żebyśmy zrobili sobie krzywdę... to się po chwili wszystko rozpadnie... - powiedział Hauru obracając w dłoni przeżartą rdzą śrubkę.
 - Więc co proponujesz?
 - Chyba nie ma wyjścia i trzeba kupić. - westchnął.
 - Świetnie. - odezwał się Rod. - To my tu jeszcze posiedzimy, a wy lećcie do sklepu.
 - Ale dziś się nabiegam... - jęknął Hauru.
   Mimo całego swojego zniechęcenia chłopaki jeszcze raz zniknęli nam z pola widzenia, tym razem jednak wyraźnie się spiesząc.
   I znowu zostaliśmy bez zajęcia, w zawieszeniu. Byłam już do reszty znudzona i sądząc po minach pozostali co najmniej tak samo jak ja. Zaskoczyło mnie, jak nowe było dla mnie to uczucie - w końcu od początku wakacji tyle się działo... Dlatego poczułam się zupełnie zdezorientowana, gdy od niechcenia Rafaela zaczęła przyglądać się korze drzew, Rod - gapić się w komórkę, a Kalipso i Ciris - zaplatać jakieś sznurki. Już myślałam, że pewnie też będę musiała poszukać równie bezużytecznego zajęcia, gdy nagle zobaczyłam ten charakterystyczny błysk w oku Kalipso - i porozumiewawcze spojrzenie jej i Ciris. Pojawił się nowy pomysł.



 - Ej, to na pewno to drzewo? - usłyszeliśmy pełen zdziwienia głos Benvolia.
 - Jasne, że to! Specjalnie wybierałem miejsce z największą ilością pokrzyw!
 - Więc gdzie się podziali tamci?
 - Urządzają jakąś orgie i nas nie zaprosili...
 - W tych krzaczorach? Ała...
 - Niektórzy lubią ekstremalnie. - Hauru wzruszył ramionami.
   I w tym momencie Rafaela wybuchła perlistym śmiechem.
   Wszyscy spojrzeliśmy na nią zawiedzeni - to nie był jeszcze ten moment, kiedy mieliśmy się ujawnić. Szybko jednak zaczął się śmiać także odsuwający się od niej nieznacznie Rod, a potem cała reszta. Dopiero po pewnym czasie opanowaliśmy się na tyle, by spojrzeć na dół na dwóch totalnie zdezorientowanych chłopaków, których oczom ukazał się właśnie zawieszony na wysokości kilku metrów wielki hamak zapleciony ze znalezionego sznurka.
 - No i po co mamy budować domek, jak wyście już go zrobili?! - zawołał z dołu Hauru.
 - Bo wy się nie zmieścicie. - odparł z właściwym sobie cieniem złośliwości Rod.
 - Mówiłem, że orgia!
 - A co tam! Olać domek, idę do was! - wykrzyknął Benvolio, zabierając się do wdrapywania na drzewo od najmniej wygodnej strony. 
   Czy ten człowiek zawsze musi utrudniać sobie życie?!
   Po dwóch nieudanych próbach na szczęście zdał sobie z tego sprawę i już bez większych problemów wlazł na hamak wciskając się dokładnie między mnie a Ciris.
 - Zaraz będę musiał kogoś łapać... - mruknął Hauru.
 - Sądzisz, że się zarwie? - zapytałam poważnie.
 - Jestem tego pewien.
 - Dzięki Hauru, że tak w nas wierzysz. - zwróciła się do niego Ciris.
 - To nie tak. Po prostu stąd widać, jak gałęzie już się uginają...
   Przez moment jeszcze zostaliśmy na hamaku, jednak niezależnie od tego, czy Hauru miał rację, czy nie, dalsze siedzenie tam nie miało sensu. Powoli więc zebrałam się i zeszłam z drzewa, a za mną poszli Ciris i Benvolio - nie dane mu było nacieszyć się hamakiem. Widząc to, za moment Rod i Rafaela podążyli za nami, jednak chyba jeszcze mniej mieli na to ochotę. Nie mam pojęcia, o czym tak szepatli, ale widać było, że bardzo ich to pochłania.
   Tak bardzo, że schodząca pierwsza Rafaela praktycznie tuż nad ziemią zagapiła się i o mały włos nie spadła... A właściwie spadła, tylko przytrzymał ją Benvolio, który akurat w tamtym miejscu stał - nie wiadomo dlaczego...
   W ciągu ostatnich kilku minut stało się parę rzeczy, które wydały mi się... nieprzypadkowe. Nie wiedziałam, co o nich sądzić, ale z jakiegoś powodu byłam pewna, że o czymś świadczą. Dlatego też nie zwróciło mojej uwagi "umorzenie" zadania Benvolia i Hauru nieuzasadnione niczym poza naszym własnym lenistwem, ale raczej powrót do domów w określonym porządku... Musiałam koniecznie pogadać z Ciris... albo Benvoliem.

wtorek, 6 maja 2014

42. Don't wanna let you down But I am hell bound Though this is all for you Don't wanna hide the truth

Kalipso


   Szłam do parku wciąż powtarzając sobie w myślach, że tym razem nie stracę panowania nad sobą. Miałam już dość tej sytuacji. Dość tego, że wszystko wymykało mi się spod kontroli. Ciris miała rację: powinniśmy wziąć sprawy w swoje ręce, a nie siedzieć w domach z nadzieją, że coś się zmieni. Ostatnimi czasy nie byłam sobą, ale z tym koniec!
   Weszłam miedzy drzewa. Na polanie był już Benvolio w towarzystwie Ciris i Rafaeli
Chyba siedzieli tu od jakiegoś czasu, bo dziewczyny zaczynały się dogadywać. Na mój widok przerwały jednak rozmowę.
 - Hejka. - rzuciłam w miarę pogodnie. - Długo czekacie?
 - Nie, skąd! - odparł wesoło Benvolio.
 - Całe szczęście. - uśmiechnęłam się i usiadłam z nimi na trawie.
   Nie minęło wiele czasu, a dołączył do nas Rod a potem Hauru, który przyszedł z Anti.
   Bardzo bałam się momentu, kiedy znów ich ujrzę... ale nie było tak źle, jak myślałam. Na widok byłego chłopaka ścisnęło mi się gardło, ale trwało to tylko chwilę. Wszyscy staraliśmy się zachowywać tak, jakby nic się nie stało. Anti uśmiechnęła się szeroko i zaraz zajęła miejsce obok mnie. Rod z kolei wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zarzucił ten pomysł.
 - Przyniosłam zdjęcia z Francji. - powiedziała Ciris, kiedy już wszyscy znaleźli się na miejscu. - To dopiero pierwsza część, którą wywołałam jeszcze będąc w Bourges.
   Dziewczyna podała nam fotografie. Od razu poznałam jej charakterystyczny styl dorabiania efektów specjalnych i kadrowania. Każdy obraz miał w sobie cząstkę tajemnicy. Intrygował. Jej fascynacja światłem była widoczna zarówno na zdjęciach przyrody, architektury jak i ludzi. Lekcje fotografii nie poszły na marne... Jednak tak bardzo zajęłam się techniczno-artystycznymi walorami fotografii, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że w ogóle nie przyglądam się temu, jakim osobom Ciris robiła zdjęcia!
 - Ta blondynka z bandaną to Talia, prawda? - spytał Hauru.
 - Skąd wiesz? - zdało mi się, że Ciris się zarumieniła, ale może to tylko opalenizna.
 - Gdybym chciał przyszpanować swoimi zdolnościami dedukcyjnymi, powiedziałbym, że jest na prawie każdym zdjęciu, a mówiłaś, że to z nią najbardziej się zaprzyjaźniłaś. Ale tak na serio, to znalazłem bardzo poetycką dedykację na odwrocie jednego zdjęcia, której niestety nie zrozumiałem, bo całą zapisała po francusku!
   Zaśmialiśmy się.
 - Śliczne są. - powiedziałam.
 - Dziękuję. - odpowiedziała Ciris. - Obiecaliście, że też jakieś zrobicie. A więc?
 - Robiłam trochę w czasie gry, ale ostatecznie nie wyszło tego dużo... - westchnęła Anti.
 - Zostawić wam coś... 
 - Już tak na nas nie narzekaj. - odezwał się Hauru. - Mogę ci pokazać film, który nagrałem w międzyczasie na szkolny festiwal.
 - Myślałam, że temat podadzą dopiero w październiku...
 - Bo tak jest. Ale to co zrobiłem nie ma kompletnie sensu ani fabuły, wiec przypasuje do wszystkiego!
 - Chyba nie chcę tego oglądać...
 - Ranisz moje uczucia... - Hauru udał zasmuconego.
 - A oto przykład, jak łatwo się na siebie potrafimy obrazić za kompletną błahostkę. - powiedziała Ciris poważniejąc.
 - Przecież żartuję! - obruszył się Hauru.
 - Wiem, ale to idealny przykład. - odparła. - A teraz koniec tych cyrków. Głupio mi, że muszę was traktować w tym momencie jak małe dzieci i pouczać, ale nie zostawiacie mi wyboru. Macie sobie wybaczyć, podać rękę i się pogodzić. Cokolwiek kto ma komu do zarzucenia.
   Zapadła cisza. Nikt nie kwapił się do rozmowy, jak zresztą można było się spodziewać. Kiedyś w takich chwilach to ja zabierałam głos ale teraz... Zaraz! jakie "teraz"?! Miałam doprowadzić się do porządku, a to była moja szansa.
 - Rod, przepraszam za to, co ci zrobiłam. - powiedziałam po raz pierwszy tego dnia spoglądając mu prosto w oczy. - Na prawdę nie chciałam, żeby to tak wyszło.
   Zmarszczył brwi, ale jakoś smutno i odparł wyjątkowo bezbarwnym głosem:
 - Nie posądzam cię o sadyzm, ale niewątpliwie... zrobiłaś źle. Mam wrażenie, że nie rozumiesz, albo nie rozumiałaś, powagi, jaką ta sytuacja ma dla mnie.
   Poczułam jak łzy napływają mi do oczu, ale tym razem nie pozwoliłam im popłynąć.
 - Więc masz mylne wrażenie. Wiem, jak to wyglądało z zewnątrz, ale ty nie wiesz, co ja przeżywałam.
 - Mogę powiedzieć to samo, chociaż pewnie co innego mamy na myśli... - zamyślił się, a za chwilę potrząsnął głową. - Ale nie chcę teraz o tym mówić, wybacz, Ciris.
 - Rozumiem. - powiedziała spoglądając na niego współczująco.
 - Hauru... - odezwałam się ponownie. - Ciebie też powinnam przeprosić. Nie wiem, co się stało z moją samokontrolą kiedy....
 - Nie waż się mnie przepraszać. - chłopak powiedział to lodowatym tonem, jednak kolejne słowa wypowiadał już zwyczajnie, choć z powagą. - Zachowywałem się wobec ciebie w taki sposób... obiecywałem ci, że będę twoim przyjacielem, a potem odstawiłem taki numer... ta... jak zwykle wszystko zniszczyłem.
   Chciałam zaprotestować. Znów brał winę na siebie. Ale nie pozwolił mi dojść do słowa, bo zaraz zwrócił się do Roda.
 - Nie żeby coś, ale może nie doszłoby do tego, gdybyśmy od początku się normalnie dogadywali. Tymczasem między nami były głównie docinki. Przykro mi, ale ja nie potrafię zignorować zachęty do rywalizacji...
 - Normalnie ludzie sobie z tym radzą, dogadują się i tak. - żachnął się tamten. - Po prostu przeholowaliśmy. Przepraszam. - wydusił ostatecznie.
   Na chwilę zapadła cisza pełna konsternacji przerwana dopiero przez głośne westchnięcie Benvolia. Jak na zawołanie wszyscy obróciliśmy się w jego stronę, a on skurczył się w sobie.
 - Przepraszam. Przez cały czas wstrzymywałem oddech... - wyszeptał odgarniając grzywkę na bok.
 - Dobra. Jeszcze kilka westchnień, a nie będzie czym oddychać, więc załatwmy to bez ceregieli. - odezwał się Rod ze śmiertelnie poważną miną i spuszczonymi oczami. - Kto dalej?
 - Ja też mam to i owo za uszami, ale może o tym za chwilę... - ni stąd ni zowąd Antiochis zabrała głos. - Chciałabym tylko usłyszeć coś od Rafaeli...
 - Niby co? - spytała dziwnie milcząca dzisiaj kuzynka Roda.
 - No, te wszystkie twoje ingerencje... w konflikt... Nie żebym chciała cię jakoś wykluczyć, ale wydaje mi się, że tak zaciekle broniąc Roda, nie wiedziałaś za bardzo w co się mieszasz...
 - Tak się wszyscy na niego zawzięliście, że nie miałam wyjścia. Gdyby nie ja, pewnie do tej pory byście ze sobą nie rozmawiali! Nie zamierzam przepraszać za to, co zrobiłam dobrze.
 - Rafaela, nie o to chodzi w tej rozmowie... - zwróciła jej uwagę Ciris.
 - To co? Ja nie mogę nic powiedzieć, bo znamy się od niedawna, a wasza przyjaciółka, której nawet nie było przy całym wydarzeniu, miesza się we wszystko?! - zdenerwowała się.
 - Chyba wiem, o co chodzi... - szepnął Rod, czym natychmiast zwrócił uwagę kuzynki. - Anti pewnie niekoniecznie chodzi o mediację w czasie, kiedy... nie wychodziłem z domu, ale o udział w bezpośredniej kłótni. Prawda? - zwrócił się do Antiochis, a ujrzawszy jej potakiwanie kontynuował: - Jestem jedną ze stron, nie widzę tego obiektywnie, ale może tego oczekiwała od ciebie. - spojrzał w oczy Rafaeli.
 - Skoro tak mówisz... W takim razie przepraszam. Chyba za bardzo mart... - urwała w połowie zdania speszona, a potem powtórzyła: - Przepraszam.
   Następująca po tych słowach cisza nietrwała długo, gdyż przerwał ją jak zwykle niecierpliwy Benvolio:
 - Anti, o czym mówiłaś wtedy na początku? - wyszeptał.
   Nigdy nie widziałam jej tak spiętej jak w tym momencie - chociaż przed chwilą sama zaczynała mówić na tak - widocznie - drażliwy temat. Jej twarz najpierw zbladła, a potem znowu napłynęła krwią, prawie że puchnąc. Jednocześnie do oczy zaczerwieniły jej się od napływających łez.
 - Na pewno zauważyliście to już wcześniej, nie mam was za idiotów. - mamrotała wbijając wzrok w ziemię, jakby uporczywie. - Moje przyznanie się jest już tylko formalnością, a przeprosiny są już w ogóle nieporównywalnie łatwiejsze...
   Zatrzymała się, jakby miała skakać na bungee - a przecież to tylko jakieś słowa!
 - Okłamałam was z tym powrotem Ciris. To nie ona zwlekała z nim, tylko ja wam kłamałam, żebyście się opamiętali, ale to była totalna bzdura. Przepraszam! - prawie krzyknęła, roniąc kilka łez.
   Naturalnie zwróciła się jeszcze do przyjaciółki:
 - Tobie jeszcze w listach kłamałam... Znaczy kłamaliśmy wszyscy, ale to był mój pomysł. Mój pomysł, żeby cię oszukać... Tak strasznie żałuję, przepraszam...
 - Nie ma za co, Anti. Chciałaś dobrze. - odparła natychmiast tamta.
   Gdy Antiochis już na dobre się rozpłakała, taktownie odwróciłam wzrok. I zupełnie przypadkiem padł na Benvolia.
 - A więc mamy tylko jedno niewiniątko... - spróbował zażartować Hauru, żeby rozluźnić atmosferę i odwrócić uwagę od zapłakanej dziewczyny.
 - Czy ja wiem, czy niewiniątko? - Benvolio nie wyglądał na przekonanego.
 - Czesz powiedzieć, że to ty zrobiłeś mi ten bałagan w kosmetykach dwa tygodnie temu? Nie ma sprawy, wybaczam.
 - Nie... - machnął ręką. - Mówię o czym innym. Po prostu czasem też nie zachowywałem się najlepiej, ale może rzeczywiście lepiej już tego nie rozpamiętywać?
 - Myślę, że na dziś wystarczy. - powiedziała Ciris. - Ważne, że porozmawialiśmy. To dobry początek.
 - Oby. - mruknął Rod.
 - Pożyjemy, zobaczymy! - Ciris wciąż nie traciła optymizmu. - Widzimy się jutro na butelce?
   Popatrzyliśmy po sobie.
 - Tak. - odpowiedziałam. - Bo w końcu co mamy robić? Łazić po sklepach jak reszta idiotów z naszego liceum?
 - Pewnie oni śmieją się z nas... - zwrócił uwagę Rod. - O ile wiedzą.
 - Kurde, my sami nie wiemy, co robimy! - roześmiał się Benvolio.
 - I to jest w tym wszystkim najlepsze! - zawtórował mu Hauru.
   Anti tylko mruknęła:
 - Teraz to mówisz....?

41. Bieg na orientację...

 Ciris


   Czułam się, jakbym właśnie się obudziła z jakiegoś przedziwnego snu. Ledwie wsiadałam do samolotu w Bourges, a już wysiadałam na lotnisku w Polsce, witałam się z rodzicami i trajkotałam jak szalona o wszystkim i o niczym. Powrót miał w sobie coś ekscytującego, ale jednocześnie obawiałam się, co zastanę w domu...
   Poprosiłam rodziców, żeby podwieźli mnie do Anti. Nie miałam zamiaru czekać ani chwili dłużej na spotkanie z przyjaciółką! Mimo ich narzekań, że powinnam się rozpakować, odpocząć i po prostu nacieszyć się powrotem, wypuścili mnie przed jej drzwiami.
   Zadzwoniłam do furtki. Spodziewałam się, że wyjdzie z mieszkania, ale ona pojawiła się z boku domu otrzepując ręce z ziemi.
 - Cześć! - zawołała, rzucając się do furtki z szerokim uśmiechem.
 - No hej! - odpowiedziałam ogarnięta nagłą falą radości. Strasznie za nią tęskniłam przez ten czas.
 - Tyle czasu się nie widziałyśmy! - powiedziała, ściskając mnie, gdy tylko wygrała niezgrabną potyczkę z zamkiem i wpuściła mnie na posesję.
 - Nie musisz mi przypominać! - zaśmiałam się.
 - Chodź do ogrodu. Zobaczysz, jak pięknie wyrosły kwiaty z tamtych cebulek od ciebie! - rzuciła i zaciągnęła mnie za dom.
 - Sporo się tu pozmieniało. - powiedziałam rozglądając się po działce. Goździk Chiński rozłożył swoje poszarpane, różowe płatki, groszek pachnący wspiął się po ogrodzeniu na kolejne kilkanaście centymetrów...
 - Możemy usiąść w altanie, winorośl nieźle ją już obrosła.
 - Znów będzie co obcinać na jesień. - ucieszyłam się.
   Z przyjaciółką co roku pod koniec lata urządzałyśmy "Wielkie Obcinanie Winogron". Aż niesamowite jak one potrafią się rozprzestrzeniać...
    Zajęłyśmy miejsca pod baldachimem z liści. Pojedyncze promienie rzucały plamki światła na stół i krzesła. W powietrzu unosił się zapach pełnego lata...
 - Jak tam lot? - zapytała standardowo, ale jednak z zainteresowaniem.
 - Świetnie. - odpowiedziałam. - W jedną stronę trochę się cykałam, ale już w drugą naprawdę mi się podobało... W kolejnym życiu chcę być ptakiem!
 - No tak, z twoim zamiłowaniem do podróży...
 - Będziesz gdzieś jeszcze wyjeżdżać? - zapytała po jakimś czasie.
 - Raczej nie. Nie chcę znów zostawiać was samych. - odparłam niby niewinnie.
    Uśmiechnęła się, choć było w tym coś smutnego.
 - To fajnie, że będziesz z nami.
 - Też się cieszę. - powiedziałam, a potem już nie wytrzymałam i wypaliłam:
 - Dzwonił do mnie Rod.
   Otworzyła szerzej oczy i ściągnęła brwi, czekając, aż opowiem coś więcej.
 - Słyszałam, że mieliście kilka spin... może chciałabyś mi o tym opowiedzieć? W listach nic nie wspominałaś... rozumiem, że to przez cenzurę treści wysyłanych za granicę?
   Nie byłam zła. Teraz, kiedy ją zobaczyłam, nie mogłam się na nią gniewać za te niedomówienia. Przez chwilę patrzyła na mnie badawczo, ale za chwilę to ona nie mogła powstrzymać nagłego potoku słów.
 - Przepraszam, to wszystko stało się tak znienacka! Chociaż mogliśmy się łatwo domyślić, ale jakoś nie mogłam przyjąć do wiadomości, że to już, teraz... Po prostu wybuchło, gdy Rod zobaczył tamte zdjęcia, straciłam kontrolę, czy raczej rozeznanie, bo kontrolę trudno by było mieć. Myślałam, że jak będziemy udawać, że wszystko jest w porządku, to naprawdę będziemy do tego dążyć, ale tak się nie stało, nie było lepiej, a raczej coraz gorzej. Naprawdę boję się, co będzie dalej, tego już się nie ułoży ot, tak...
    Ukryła twarz w dłoniach, ściskając ją z nerwów.
 - Spokojnie. - objęłam ją i odsunęłam jej ręce na dół. - Jakoś to będzie. Przecież świat się nie kończy...
   Zrobiło mi się żal przyjaciółki. Jak zwykle wszystko wzięła zbyt mocno do siebie.
 - Opowiesz mi, co się teraz dzieje? - poprosiłam.
 - Co u Roda, sama wiesz. Siedzi i do nikogo się już nie odzywa. Nie mam pojęcia, co z Kalipso i Hauru. Nie widziałam ich o tamtego spotkania w lesie. Z kolei Benvolio... - zacięła się, jakby coś ją nagle zabolało. - Mieliśmy małą sprzeczkę z Rafaelą i chyba jakoś na niego wpłynęła.
 - Może nie jest tak źle... - starałam się ja pocieszyć. - Tak naprawdę nie wiesz, co u innych... pewnie już się pozbierali. Z resztą sama to sprawdzę.
 - Nie pozbierali się, Ciris. To nie jest zwyczajna sprzeczka. - szepnęła.
 - Dramatyzujesz.
 - Nie! - podniosła głos. - To wszystko się rozpadło! Póki byliśmy razem, była jakaś szansa, że to się załagodzi, ale teraz każdy jest sam. Zupełnie sam.
   Przestraszył mnie jej wybuch. Antiochis nie należała do osób, które łatwo się denerwowały czy rezygnowały z prób rozwiązywania problemów.
 - Nie uwierzę, póki sama tego nie zobaczę. - powiedziałam.
 - Jak uważasz. Tylko nie mów, że już u mnie byłaś.
 - No dobrze... Napiszę do ciebie jeszcze wieczorem, ok? A tymczasem... chyba sprawdzę co u reszty.
   Uśmiechnęła się smutno i jeszcze raz mnie przytuliła.



   Postanowiłam najpierw zobaczyć, jak się ma Rod. Stanęłam na progu jego drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem. Miałam nadzieję, że jest w domu. Czekałam całkiem długo, ale gdy w końcu otworzyły się drzwi, zobaczyłam przed sobą rozczochranego bruneta z nieobecnym wzrokiem.
 - Cześć. - przywitałam się niepewnie.
   Na dźwięk mojego głosu zaczął jakby przytomnieć i dopiero wtedy mnie dostrzegł.
 - Ciris. - powiedział całkiem pogodnie. - Już jesteś. Wejdź.
   Zaprowadził mnie po schodach do swojego pokoju na piętrze. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale nie przywiązywałam większej uwagi do wystroju wnętrza. Skupiłam się bardziej na postaci Roda. Byłam ciekawa, co się u niego zmieniło od czasu naszej telefonicznej rozmowy.
 - Usiądź, proszę. - wskazał mi łóżko, a sam usiadł na krześle w pobliżu biurka.
 - Jak tam samopoczucie?
 - Wiele się nie poprawiło, jeśli mam być szczery. - westchnął. - Ale i tak bardzo mi pomogłaś, dziękuję.
 - Nie ma za co. - uśmiechnęłam się. - Spotkałeś się z kimś od... tamtego czasu?
 - Nie... - przyznał. - Jakoś nie mogłem się zebrać, żeby zrobić to... to, co mi zaproponowałaś.
 - Może jeszcze za wcześnie. Nie martw się tym.
 - Obawiam, że jednak jest czym się martwić.
 - Chcesz powiedzieć coś więcej? Trochę się nie orientuję co tu się działo....
 - To nie tak. - potrząsnął głową. - Nie chodzi o to, co się działo, kiedy ciebie nie było - o tym nie ma co dyskutować, było - minęło. Po prostu mam problem z.... ze znalezieniem się jakoś w nowych warunkach... Ale może za dużo myślę o sobie.
 - O sobie też trzeba co jakiś czas pomyśleć. Nie ma w tym nic złego... Ale wydaje mi się, że nie da się ułożyć sobie stosunków od nowa nie widząc się z nikim...
 - Racja. Głupota. - żachnął się.
 - Będzie ciężko... ale poradzisz sobie. Nie ma co się załamywać.
 - Tia...
 - Zawsze możesz na mnie liczyć. No i z tego co pisaliście w liście, masz chyba jeszcze wsparcie w kuzynce, prawda?
 - Chyba tak. - przyznał, ale nie wyglądał na to, żeby podniosło go to na duchu.



 - Ciris!? - wykrzyknęła Kalipso na mój widok.
 - Nie, Coco Chanel. Ale byłaś blisko. - zażartowałam.
 - Och, przepraszam. - zaśmiała się ruda. - Zapraszam do środka. Zaraz będą ciastka.
   Zamknęłam za sobą drzwi. Rzeczywiście w pomieszczeniu unosił się zapach wanilii i kakaa. Ucieszyło mnie, że Kalipso mimo wszystko zachowuje się normalnie. Może ona wyjaśni mi, co się właściwie stało. Zarówno Anti jak i Rod byli kompletnie zdołowani, więc nie byłam w stanie wydusić od nich zbyt wielu wyjaśnień.
 - Kiedy wróciłaś? - spytała, gdy obydwie znalazłyśmy się w kuchni, a ona podała mi szklankę mleka.
 - Dziś rano, tak szczerze mówiąc.
 - To musiałaś mocno tęsknić, skoro od razu do mnie wpadłaś. - zaśmiała się.
 - Chciałam koniecznie z kimś pogadać. Dowiedzieć, jak się u was sprawy mają.
   Na chwilę zapadła cisz, kiedy Kalipso schyliła się, żeby wyciągnąć ciasteczka z piekarnika. Podejrzewałam, że właśnie obmyśla plan, co powinna mi powiedzieć.
 - Już nie gramy w butelkę. - rzuciła niby od niechcenia.
 - Czemu?
 - Jakoś się między nami popsuło... chyba zmęczenie wspólnym towarzystwem. Trzeba od siebie odpocząć.
 - Co u Roda?
 - Wszystko ok... Ostatnio się z nim widziałam.
   Kłamała w żywe oczy, ale gdybym nie wiedziała tego od jej byłego chłopaka i Ani, w życiu bym się nie zorientowała.
 - No! To opowiadaj, jak tam wyjazd? Poznałaś kogoś? - rzuciła mi chytry uśmieszek kładąc blachę z ciastkami na stole.
 - Prawdę mówiąc, tak. - przyznałam, choć nie spodobało mi się, w jakim kierunku potoczyła się rozmowa więc dodałam:
 - Pytasz, żeby upewnić się, że nie obrażę się za Hauru?
   Uśmiech zniknął z jej twarzy.
 - Kto ci powiedział, co się tu stało? - warknęła.
 - To chyba nieistotne. Bardziej powinno nas interesować, jak się pogodzić...
 - Nie wiesz, co tu się działo, okej?! - podniosła głos, a ja czułam, że zaraz zrobi mi awanturę. - Myślisz, że nie próbowałam tego wszystkiego naprawić już wcześniej?!
 - Jestem pewna, że się starałaś. - powiedziałam zachowując spokój. - Ale wiem, jak sprawy potrafią się szybko potoczyć... zwłaszcza z Hauru...
 - Więc wiesz, że dla niego to jest tylko zabawa! - wybuchła.
   Zobaczyłam łzy w jej oczach. Cała się trzęsła. Nie spodziewałam się, że i ona tak mocno przeżyła ostatnie zdarzenia. W końcu... to była Kalipso. Ta silna, niezależna dziewczyna, której charyzmie ulegało całe otoczenie!
 - Może tym razem bierze to na poważnie... - powiedziałam pocieszająco.
 - Niby czym miałabym się różnić od całej reszty dziewczyn, z którymi chodził?! Jeśli z nim będę, to się mną zabawi, znudzi i rzuci dla kolejnej. Ale jeśli go odrzucę, to dalej będzie mnie prześladował... Nie zniosę ani jednego, ani drugiego!
 - Powiedziałaś mu, czego się boisz?
 - Jasne, że nie. Wtedy musiałabym przyznać, że mi się podoba.
 - Więc on tego nie wie?
 - Wie! - Ruda załamała ręce. - Ale miałam nadzieję, że jeśli będę z Rodem, to on straci mną zainteresowanie.
 - Powinnaś z nim porozmawiać...
 - Nic nie rozumiesz Ciris... jak by to wyglądało? Dopiero co rzucił mnie Rod, a jedyną osobą do której się zwracam ma być Hauru?!
 - To może spotkamy się wszyscy razem? - zaproponowałam.
 - Nie ma mowy. Nie będę w stanie spojrzeć im w oczy...
 - Kalipso! Co się z tobą stało?! - spojrzałam na nią surowo. - Zachowujesz się jakbyś kompletnie postradała zmysły. Takie wahanie się i zrezygnowanie... to nie jesteś ty! Proszę, przestań... Co by nie mówić, zawsze byłaś duchem tej grupy. Jeśli ty się poddałaś... to nie dziwię się, że reszta też nie ma na nic siły. Nie pamiętasz? To ty zawsze nas motywowałaś do działania, ty wymyślałaś nam niesamowite zajęcia, ty prowadziłaś nas w miejsca, do których w życiu sami byśmy nie zajrzeli! Bez ciebie... bez dawnej ciebie, to wszystko nie ma sensu.



 - Co się stało z twoimi włosami? - zdziwiłam się widząc w otwartych drzwiach czarną czuprynę Hauru.
 - Przefarbowali mnie przy butelce. - odpowiedział. - Super, że wróciłaś! Chodźmy na spacer!
   Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, chwycił mnie pod rękę i ruszyliśmy ku obrzeżom miasta.
 - Świetnie wyglądasz! Chyba się opaliłaś, co?
 - Tak, z Talią wchodziłyśmy na dach internatu i leżałyśmy na nim godzinami.
 - Nocami też? - mrugnął do mnie okiem.
 - A żebyś wiedział! - zaśmiałam się.
 - Malowałaś Drogę Mleczną czy...
 - Czemu ty wszędzie musisz się doszukiwać romansów?! - udałam oburzoną.
 - Taki już jestem. Przecież wiesz.
 - Właściwie nie do końca... - spoważniałam. - Chwilami zastanawiam się, czego ty chcesz? Do czego dążysz? I... dlaczego to zrobiliśmy?
   Spojrzałam na niego uważnie. Odkąd zerwaliśmy, staraliśmy się nie poruszać tego tematu. Godzinami zastanawiałam się, czemu Hauru wybrał właśnie mnie, skoro od początku wiedział, że i tak nic z tego nie będzie. Dał mi nadzieję... a potem się odsunął. Skoro podczas mojej nieobecności wszystkie tajemnice wyszły na jaw, to czemu nie miałabym znaleźć odpowiedzi również na swoje pytania?
 - No co ty, Ciris... - chłopak rzucił mi krótkie spojrzenie, ale gdy napotkał mój wzrok, z powrotem odwróci głowę w kierunku drogi.
 - Nie bierz tego jakoś do siebie, bo naprawdę bardzo cię lubię, ale... chciałabym wiedzieć.
 - Tak wyszło... nie powiesz, że było nam źle. - odparł jakby zamyślony.
 - Było wspaniale... tylko co z tego? Nawet nie mam pewności, że choć przez chwilę coś do mnie czułeś.
 - Tylko nie mów, że zadręczałaś się takimi myślami we Francji...
 - Nie. - uśmiechnęłam się. - Już mi przeszło.


 
   Po drodze do Benvolia naszła nie ochota na lody. Dzień był upalny, a ja od rana biegałam między domami przyjaciół. Przekraczając próg sklepu przypomniałam sobie, jak w tym samym miejscu niecały miesiąc temu "popełniłam zbrodnię" i zostałam postawiona przed sąd Kalipso. Wydawało się, jakby to było wieki temu... w innym czasie, kiedy wszyscy dokoła byli szczęśliwi, a to ja cierpiałam... 
   Zamówiłam dwie gałki lodów, zapłaciłam i wyszłam przed sklep. Dokładnie w tym momencie usłyszałam krzyk zaskoczenia:
 - Ciris?!
   Odwróciłam się akurat by zobaczyć, jak Benvoilio traci panowanie nad kierownicą roweru i z głośnym piskiem opon wpada w pobliskie krzaki.
   Podbiegłam do niego jednocześnie zaniepokojona ale i szczęśliwa, że znów go widzę.
 - Nic ci się nie stało? - spytałam pomagając mu wstać.
 - Nie, mam już wprawę. - odparł szczerząc zęby i nawet nie podnosząc roweru przytulił mnie po przyjacielsku.
 - Jak to jest, że zawsze przyłapujecie mnie na kupowaniu tu lodów? - zażartowałam.
 - Taki fart. - wzruszył ramionami, nie siląc się na wyszukaną odpowiedź. - Jak tam Francja?
 - Olśniewająca... Kiedyś musimy tam pojechać całą paczką.
 - Oby wyszło. - westchnął wyraźnie wybity z dobrego nastroju. Kolejny.
 - Hej, co to za mina? Ostatnio taką u ciebie widziałam.... w sumie nie pamiętam kiedy.
 - Kiedyś musiała taka być.
 - Być może. Co nie zmienia faktu, że mi się nie podoba.
   Zamiast mi odpowiedzieć zaczął gapić się na drzewa w dali, jeszcze bardziej marszcząc brwi.
 - Benvolio... nie poznaję cię... - powiedziałam po chwili ciszy.
 - Tyle się zmieniło...
 - Słyszałam już strzępki informacji, co się zdarzyło, ale nikt nie był w stanie opowiedzieć mi wszystkiego po kolei...
 - Chyba też nie będę w stanie. Kiedy to się zaczęło...?
 - Co cię zaczęło? Problemy? Przecież każdy je ma. Nie wiem, czemu robicie z tego taką tragedię... widzę, że jesteście załamani, ale nie rozumiem czemu
 - No, chyba nie spodziewasz się, że ja ogarniam ten cały burdel. Praktycznie wszyscy są źli na wszystkich albo mają o coś żal albo nie wiem, co jeszcze. Po prostu nie ma już tego zaufania.
 - Dlatego jesteś w takim podłym nastroju?
 - No raczej!
 - Prędzej czy później się pogodzą. Nie ma co się martwić. Zawsze było u nas nerwowo.
 - Widziałaś się już z resztą? - zapytał nagle.
 - Tak.
 - No, to do ciebie już dawno powinno dotrzeć, że to nie takie proste.
 - Wszyscy mi to wmawiacie, a ja nie wierzę! Nie wierzę, że tyle wspólnych chwil ma odejść w zapomnienie przez jedną kłótnie, przy której nawet mnie nie było!
 - Niektórzy najwidoczniej inaczej wyobrażają sobie przyjaźń. - mruknął z goryczą w głosie.
 - Pomyślałeś, co będzie, jak wrócimy do szkoły? Ostatni rok, a my mamy go spędzić obrażeni na siebie z byle jakiego powodu?
 - Obwiniasz mnie. - spojrzał na mnie, jakbym wyrządziła mu wielką niesprawiedliwość.
 - Nie zrozum mnie źle, ale wyjechałam na kurs rysunku całą drogę żałując, że was opuszczam. Codziennie wam zazdrościłam tego, że możecie spędzać ze sobą czas. I nagle dzwoni do mnie Rod mówiąc, że wszystko się popsuło. Przyjeżdżam do domu, a wy nie jesteście w stanie przedstawić żadnych sensownych argumentów, dla których w ogóle się do siebie nie odzywacie. Jak mam was nie obwiniać?
 - Może i jest tak, że tylko ja tak to widzę, ale to już jest tak poplątane, że wszyscy są tak samo winni i nie ma sensu rozstrzygać, kto bardziej, a kto mniej. Popatrz: Kalipso zdradziła Roda, ale potem odrzuciła Hauru. Rod traktował ją po tym jak powietrze, a o Hauru sam nie wiem, co myśli. Rafaela broni Roda jak lwica, nie patrząc na fakty. W końcu Anti próbowała jakoś działać (i chwała jej za to), ale najwidoczniej niezbyt umiejętnie. A ja... no nie wiem, wszystko źle...
 - Skoro wszyscy są winni, to może trzeba sobie po prostu wybaczyć i zacząć wszystko od nowa?
 - Weź ich przekonaj...
 - Żebyś wiedział, że spróbuję! Widzimy się jutro i nie ma żadnych wymówek. A skoro jest w to wplątana też ta Rafaela, to możesz jej powiedzieć, żeby przyszła. Chętnie ją poznam i załatwimy wszystko za jednym razem!
 - Trzymam kciuki. - spróbował zasymulować uśmiech.
 - Już się tak nie martw! Wszystko się ułoży... o właśnie! I przyniosę ci książkę. Dziś z pośpiechu zapomniałam.
 - Jaką książkę? - zapytał szczerze zdumiony.
 - No tą, którą wypożyczyłeś z biblioteki z Romeem. Przecież zostawiłam ci karteczkę, że oddam ci ją po powrocie z Francji.
 - Cholera! - złapał się za głowę. - A więc to ty?! Nie znalazłem tej karteczki, a tak w ogóle to już o tej książce zapomniałem i pewnie mam karę do zapłacenia i... A zresztą!
 - Przepraszam... - zrobiło mi się głupio, że Benvolio ma przeze mnie kolejne problemy na głowie. - Rzeczywiście mogłam ci powiedzieć zamiast...
   Machnął ręką, ale widać było, że humor trochę mu się poprawił.
 - Czyli jutro w parku? O zwykłej godzinie?
 - Tak. Już najwyższy czas, żeby ktoś doprowadził was do porządku...

piątek, 4 kwietnia 2014

40. The call

 Rod


   Nie było sensu myśleć, czy tak miało być, czy też musiałem ulec namowom Rafaeli i przyjść na to spotkanie. To była moja decyzja i nie powinna być inna, stan takiego zawieszenia nie mógł trwać w nieskończoność. Na nic nie miałem wpływu. A może jednak?
   Przez te kilka dni w prawie całkowitej samotności jednak coś się stało. Moje nastawienie zmieniało się z godziny na godzinę, ale to jednak do czegoś doprowadziło. Coś się zmieniło, coś, czego nie byłem w stanie zdefiniować, a miało realny wpływ na moje życie, tak od wewnątrz. Po długim biciu się z myślami, a potem wyrzuceniu z siebie wszystkiego na tamtej polanie chodziłem teraz po ulicy i zastanawiałem się, co z sobą zrobić, wiedząc, że coś powinienem. A nawet wiedząc, co.
   To miał być szalony krok. Ale konieczny. Nie wiem, dlaczego, ale coś nakłaniało mnie, żebym to zrobił, mówiąc, że inaczej nie pójdę dalej. I w końcu przyszedł ten decydujący impuls. "Na co, do cholery, jeszcze czekam?" - pomyślałem. Pobiegłem w kierunku domu, wpadłem do swojego pokoju i chwyciłem za telefon.
   Usłyszałem pierwsze sygnały i wziąłem głęboki wdech. Nagle z komórki doszedł mnie znajomy głos:
 - Halo?
   Na moment straciłem pewność, że chcę to zrobić. Ale odpowiedzieć musiałem tak czy siak, teraz nie było już drogi odwrotnej.
 - Cześć, Ciris. Masz chwilkę? - odpowiedziałem w końcu niepewnym głosem.
 - Rod? Czy ty wiesz, ile będzie cię kosztować połączenie do Francji?!
 - Francji? - zapytałem, zbity z tropu. Chwila straciła dla mnie poprzednio zbudowaną powagę. - A nie miałaś jakoś ostatnio wracać?
 - Nie... przecież kurs kończy się dopiero za niecałe dwa tygodnie. Antiochis wam nie powiedziała?
 - Mówiła nam, że jakoś... zaraz.
 - Pewnie jej się coś pomyliło... albo straciła rachubę czasu. Nic dziwnego, skoro macie butelkę!
   Już zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Ale chyba nie po to dzwoniłem, żeby ją jeszcze wkręcać, że u nas wszystko w porządku.
 - Nie całkiem. Trochę się sprawy pokomplikowały.
 - Co masz na myśli...? - spytała podejrzliwie natychmiast tracąc optymistyczny ton.
 - W pewnym sensie właśnie dlatego dzwonię.
 - Poczekaj chwilkę.
   Doszedł mnie szum po drugiej stronie słuchawki. Jakieś niewyraźne głosy i chyba dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
 - Opowiadaj, co się dzieje. - odezwała się ponownie Ciris.
 - Od jakiegoś czasu nie gramy już w butelkę. Po prostu... Wyszło na wierzch kilka faktów... przez które już ciężko to kontynuować. - próbowałem kluczyć. - Kilka razy się pokłóciliśmy. Tak poważnie. Przed chwilą to już był szczyt. No i nie wiem, co teraz.
   Przez chwilę na linii zapanowała cisza. Potem dziewczyna zapytała:
 - O co poszło?
 - Wydaje mi się, że o ogół. Niewiele zmieniło się od kiedy wyjechałaś, ale po prostu wszystko się... ujawniło.
 - Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem, ale czy masz na myśli... przepraszam, jeśli to nie prawda, ale skoro to ty dzwonisz... to może... znaczy... chodzi o... Kalipso i Hauru?
 - Tak. - wypaliłem, starając się nie okazać, jak to boli. - Chociażby o nich.
 - Tak mi przykro... bałam się, że to może się stać... Jak się czujesz? Mam nadzieję, że się trzymasz. Naprawdę...
 - Trudno, żeby było wszystko w porządku.
 - Wiem... Oj wiem... Nie załamuj się. To uczucie kiedyś mija... Choć pewnie nigdy nie będzie jak wcześniej... Bardzo ci współczuję.
 - To nie tak, że byłem zszokowany, gdy tak się okazało. Od dawna widziałem, że... Zresztą... Tylko co teraz?
 - Może... Mówisz, że już nie gracie w butelkę? To może na jakiś czas zrób sobie od nich przerwę i spotykaj się z innymi znajomymi...
 - Ciris, zrobiłem sobie przerwę. Za długą. Odcinanie się nie rozwiązuje problemu, to już wiem.
 - Więc musisz spróbować jakoś odnaleźć się od nowa między nimi... Nawiązać lepszy kontakt z Anti i Benvoliem... To będzie mniej bolało.
 - Nie mam pojęcia, jak to zrobić...
 - Oni też są wplątani w te kłótnie?
 - Wszyscy są. - westchnąłem.
 - Zostawić was na chwilę...
 - No widzisz... - próbowałem spojrzeć na to bardziej na luzie.
 - Nie wiem, o co się tak posprzeczaliście... co tam się w ogóle dzieje... Jak ja mam ci pomóc? Chciałabym, ale nie umiem.
 - Powiedz mi tylko, czy to jeszcze ma sens. Czy zwrócić się jeszcze do kogoś, czy przestać w ogóle myśleć, że jeszcze tu należę. Nie pasuję tu, to pewne, ale czy przeszkadzam reszcie tak bardzo, że lepiej się usunąć?
 - Jak w ogóle możesz zadawać takie pytania! Oczywiście, że należysz do tej grupy!
   Poczułem, że to jest odpowiedź na właściwe pytanie. Sytuacja nagle stała się wystarczająco klarowna, żebym wiedział, czym dalej się kierować. Tego potrzebowałem, choć nie chodziło mi koniecznie o tę z dwóch opcji.
 - Dziękuję.
 - Posłuchaj... Wracam 5 sierpnia. Jeśli coś będzie nie tak, to możesz na mnie liczyć. Nie przyjmuj do siebie tego, co ludzie mówią w złości... Może po prostu zbyt wiele czasu spędziliście ze sobą... Wtedy nastroje zawsze robią się nerwowe, ok?
 - Może... - starałem się pokazać nutkę entuzjazmu, choć akurat to do mnie nie przemawiało. - W każdym razie już bardzo mi pomogłaś.
 - Cieszę się... Co teraz zamierzasz?
 - Chyba... Pójdę jutro do Anti. Albo lepiej umówię się z nią na mieście.
 - W takim razie życzę wam miłego dnia. Pozdrów ją ode mnie... i powiedz, że ją zabiję za to, że o niczym mi nawet nie wspomniała.
 - Myślę, że będzie ci miała dużo więcej do opowiedzenia. - ostrzegłem ją.
 - Coś poważnego?
 - Nie wiem. Najlepiej, żeby sama wytłumaczyła, bo pewnie nie będę umiał. Ale to tak na przyszłość. Jeszcze raz dziękuję.
 - Nie ma za co. Trzymaj się i nie przeraź rachunkiem za telefon....
 - Jasne. Cześć!
 - Do zobaczenia!
   Rozłączyłem się, mimowolnie udając uśmiech. A może nie udając? Sam nie wiem, czy to, czego się dowiedziałem, mogło być powodem do radości. Na pewno mi ulżyło, ale przecież nie mogło być od teraz łatwo.
   Pocieszające było to, że wbrew pozorom nie byłem sam. Że moje rozstanie z Kalipso, skądinąd bolesne, nie oznaczało końca wszystkich moich znajomości - a do tej pory wydawało mi się, że w całym tym towarzystwie trzyma mnie tylko ona. Z drugiej strony jednak nie przyjaźniłem się z nikim bliżej. Ciris znałem słabo, ale jakaś nić porozumienia była, to pewne. Do Benvolia miałem uraz, z Anti przez to też nie za dobrze się dogadywałem. O pozostałej dwójce szkoda wspominać. A więc... trzeba było jakby zacząć od nowa. Bez obaw, że nie chcę mojego towarzystwa, inaczej nie da rady. 
   Poczułem się, jakbym miał wchodzić w nową grupę i poznawać wszystkich od początku. To zawsze było trudne, a teraz miało być nawet trochę niezręcznie... Nie ma wyjścia. Nie ma wyjścia.

piątek, 21 lutego 2014

39. Przyjaźń

 Rafaela


   Miałam dość przysłuchiwania się kłótni. Cała trójka była tak wkręcona, że nawet nie przeszkadzało im wyrzucanie z siebie wszystkiego, w naszej obecności. Zastanawiałam się, czy w ogóle o niej pamiętają.
   Spojrzałam na Antiochis i Benvolia. Też nie wyglądali na zbyt zadowolonych swoim położeniem. Podeszłam do nich i szepnęłam:
 - Chodźmy stąd.
   Byli tak zdezorientowani tym, co działo się tuż obok, że posłuchali mnie od razu. Ruszyliśmy w kierunku pól ogniskowych. Ja szłam na końcu. Odwróciłam się jeszcze na chwilę, by spojrzeć na Roda. Długo go prosiłam i groziłam, żeby tu przyszedł. Jeśli coś się nie powiedzie i jego stan jeszcze bardziej się pogorszy, będzie to moja wina. Zgodził się na to spotkanie tylko dlatego, że nie dałabym mu spokoju gdyby tego nie zrobił. Zaznaczył jednak, że tylko ten jeden, jedyny raz może spróbować. Sprawy nie układały się dobrze, ale może taka szczera rozmowa przyniesie mu ulgę.
   Odwróciłam wzrok od trójki i dołączyłam do Benvolia i Anti.
 - Może jednak wrócimy? - zaproponowała Antiochis. - Nie wygląda to dobrze.
 - W żadnym wypadku. - powiedziałam twardo. - To ich osobista sprawa.
 - Ale jakimś cudem jednak ma wpływ i na nas. - odpowiedziała. - Choćby na to, że teraz odchodzimy.
 - Tak, niesegregowanie śmieci przez resztę świata też ma na nas wpływ, bo zanieczyszcza naszą planetę, ale jakoś tym się chyba nie przejmujesz, nie? Więc zostaw ich samych.
   Wydaje mi się, że mimo wszystko Anti nie chciała się kłócić, bo spojrzała na mnie poważnie i nic nie odpowiedziała, przyspieszając kroku. Zrównałam się z nią, a Benvolio, który do tej pory stał w amoku próbował nas dogonić łamiąc chyba wszystkie gałązki po drodze, taki robił hałas.
 - Za bardzo się przejmujesz wszystkimi dokoła. - zwróciłam się do dziewczyny. - Empatia w nadmiarze może być równie szkodliwa, co egoizm.
   Zupełnie mnie zignorowała, nie wiem, czy dlatego, że nie chciała pokazać, że mam rację, czy po to, żeby mnie rozdrażnić.
 - Aha. - mruknęłam złośliwie. - To innych namawiamy do rozmowy, a same pogadać już nie możemy? No jasne. Najłatwiej mieszać się w cudze problemy.
   Gdy nie usłyszałam odpowiedzi, postanowiłam kontynuować:
 - Tak zależy ci na grupie? Zrobiłabyś dla niej wszystko? A nie pomyślałaś, że to pojęcie abstrakcyjne? Każde z was jest pojedynczą jednostką z własną historią i potrzebami. Dlaczego macie się wyrzekać własnych celów tylko po to, żeby być razem?
 - Wiesz, przyjaźń jednak do czegoś zobowiązuje. - odparł poważnie Benvolio. - nie jesteśmy tylko jednostkami.
 - Gdy przyjaźń staje się destrukcyjna, nie ma co jej kontynuować. Trzeba dać ludziom swobodę, własne życie, możliwość podjęcia osobistych decyzji. - zwróciłam się do ich dwójki. - Ludzie przychodzą i odchodzą. Taka jest smutna prawda. Na końcu zostajesz tylko ty sam. Wtedy się przekonujesz ile masz siły i czego chcesz od życia.
   Przez moment popatrzyli na mnie w ciszy, zwalniając odrobinę, aż w końcu chłopak odezwał się:
 - Wtedy to nie jest przyjaźń.
 - Przyjaźń, jak i miłość, mają wiele oblicz. Nie daj się zwieść temu najprostszemu ich znaczeniu.
 - Prawdziwa przyjaźń nie kończy się ot tak. Z definicji.
 - Prawdziwa przyjaźń oznacza swobodę. Oznacza, że możesz powiedzieć drugiej osobie wszystko, ale nie zostaniesz przez nią zmanipulowany. Przyjaźń to często wyrzeczenia, ale nie jednostronne.
 - Decyduj za siebie.
 - Tak robię. - wyprostowałam się i powiedziałam mu prosto w oczy:
 - Gdy spoglądam za siebie, widzę wiele osób, które musiałam zostawić. Wielu przyjaciół. I choć jestem sama, niczego nie żałuję, bo wiem, czego chcę. Nikomu nie pozwoliłam cierpieć za moje błędy i decyzje. I nigdy nie pozwolę.
 - Żal mi cię, ale pewnie tego nie potrzebujesz. Nie tego.
   Nigdy Benvolio nie wydał mi się tak poważny i tak doświadczony życiowo jak wtedy.
   Nie odpowiedziałam na jego słowa. Resztę drogi powrotnej spędziliśmy w milczeniu.
   Myślałam o moich dawnych przyjaciołach: Kasia, która wyjechała na zawsze do Anglii... Byłyśmy tak blisko, nie wyobrażałyśmy sobie rozstania, płakałam 3 miesiące, kiedy odleciała... a potem ona zapomniała o mnie a i ja o niej. Wtedy przekonałam się, że żadne uczucie nie jest tak silne, żeby nie umieć się go pozbyć.
   Przyjaciele z podstawówki - wszędzie chodziliśmy zgraną paczką - po skończeniu szkoły nie odzywaliśmy się do siebie, póki jakaś dziewczyna z klasy nie zwołała spotkania klasowego na którym dowiedziałam się, gdzie się uczą. Poza tym, nikt nie kwapił się do odnawiania kontaktu.
   I w końcu Rod, który bym mi bardziej przyjacielem, niż kuzynem - odeszłam od niego, bo czułam, że męczył się w moim towarzystwie. Nie raczył nawet spytać, czemu to zrobiłam. Zapewne odetchnął z ulgą, że w końcu będzie miał więcej czasu, dla swojej dziewczyny.
   Przyjaźń? Tak, w każdym wypadku to była przyjaźń. Znałam te osoby na wylot i to z wzajemnością. Spędzaliśmy razem czas, ufaliśmy sobie, pomagaliśmy. Ale nic nie trwa wiecznie. Przywiązywanie się do czegokolwiek to najgorsze, co może się zdarzyć człowiekowi. Bo im więcej kochasz, tym jesteś słabszy, a im jesteś słabszy, łatwiej cię zranić.

38. Porozmawiajmy...

 Benvolio


   Upał trwał w najlepsze. W momencie, kiedy siedzieliśmy pod świerkami, próbując bezskutecznie wyzyskać coś z cienia, nie zostało już nic z porannego chłodu. Powietrze było ciężkie i wilgotne, a niebo coraz gęściej pokrywało się chmurami. Odbierało to nam wszystkim jakąkolwiek energię, więc nawet nie rozmawialiśmy, zapadając w coraz głębszy letarg. Ale teoretycznie czekaliśmy na Hauru, więc nawet nie staraliśmy się jakoś specjalnie, żeby coś się działo. I chyba każdy z nas po cichu liczył na to, że jeszcze trochę go nie będzie - nikt nie miał ochoty na jakiekolwiek działanie.
   Podczas gdy my testowaliśmy skuteczność życzeniowego myślenia, Hauru, oczywiście niespodziewanie, pokazał jej beznadziejnie niski poziom sprawdzalności, wchodząc jak gdyby nigdy nic między świerki.
 - A gdzie okrzyki szczęścia i powitanie na kolanach? - zażartował widząc nasze miny.
 - Nie mów, że tobie by się chciało. - odparłem.
 - Mi nie, ale może wy macie więcej energii.
 - Chyba żartujesz!
 - Cały czas! - zaśmiał się.
   Jak można się było spodziewać, rozmowa natychmiast się urwała. Dopiero gdy Hauru rozsiadł się pod jednym z drzew odezwała się leniwie Anti:
 - To co dziś?
 - Może wyjście na lody? - zaproponował chłopak.
 - Miałam na myśli raczej grę... Chyba, że aż tak bardzo nam się nie chce...
 - Szczerze mówiąc, to nawet nie miałam wczoraj sił zastanowić się nad zadaniem. Dziś pewnie też nic nie przyjdzie mi do głowy. - odezwała się Kalipso.
 - To może jednak te lody... - poparłem Hauru, a wszyscy dokoła pokiwali głowami, w najbardziej energooszczędny sposób demonstrując aprobatę dla pomysłu.
 - Chodźmy! - Hauru ostatecznie zachęcił nas do wstania i po karykaturalnie powolnym i niezgrabnym wstaniu, leniwym krokiem udaliśmy się w stronę wyjścia z parku.
   Na zewnątrz było jeszcze gorzej. Asfalt ulicy błyszczał od mirażu. Znad spieczonych kostek chodnika unosiło się gorące powietrze, momentalnie wywołując u każdego chęć wrócenia między drzewa. W perspektywie były jednak lody - a to przekonujący argument, dlatego szliśmy cierpliwie dalej, aż wykończeni doszliśmy do znajdującego się kilkaset metrów od parku sklepu, przy którym parę tygodni wcześniej Rod i Kalispo spotkali Ciris i Michała.
   Rzuciliśmy się do cienia, a następnie do wnętrza sklepu, gdzie już spokojnie kupiliśmy lody. Usiedliśmy z nimi na zewnątrz, na zacienionych schodkach i delektowaliśmy się ich smakiem i temperaturą.
 - Teraz jest prawie idealnie... - westchnęła Rafaela.
 - Dlaczego "prawie"? - spytałem.
 - Bo jakby spadł deszcz, byłoby jeszcze przyjemniej.
 - Pewnie niedługo twoje marzenie się spełni. - odezwała się Antiochis, patrząc w niebo.
   Chmury wyglądały naprawdę obiecująco.
 - Przynajmniej jedno. - powiedziała cierpko.
 - Tak wątpisz w spełnienie pozostałych? - zapytałem, chcąc brzmieć jak najbardziej entuzjastycznie.
 - Reszta jest niemożliwa. - odpowiedziała i nagle zmieniła temat:
 - Zamierzacie w ogóle odezwać się do mojego kuzyna, czy będziecie czekać, aż sam do was przyjdzie?
   Wywołała tym samym niezłą konsternację. W sumie nie wiedzieliśmy, co robić, i czekaliśmy na nie-wiadomo-co. Ale nic dziwnego, że ją to zirytowało.
 - Tak myślałam. - stwierdziła, kiedy nikt nie odpowiedział na jej pytanie. - Nawet nie chciało się wam o nim pomyśleć.
 - Nie mów tak. - szepnęła Kalipso kryjąc twarz w gęstych lokach, jak to miała w zwyczaju od pewnego czasu.
 - A co proponujesz? - powiedziała aż nazbyt rzeczowo Anti.
 - Rozmowę. Jeśli zostawia się sprawę bez wyjaśnienia, to nie dość, że obie strony cierpią, to odcina się sobie drogę do zawarcia zgody.
 - Ciężko by było się nie zgodzić. Ale nie znaczy to, że łatwo zrealizować takie postulaty.
 - Poza tym, nie zmusimy go, żeby z nami rozmawiał. Gdyby chciał, już by przyszedł. - wtrącił Hauru.
 - Mogę go przekonać, żeby się z wami spotkał. - zaproponowała Rafaela. - Ale musi usłyszeć, że to wy tego chcecie. Nie ma sensu wyciągać go z domu, jeśli wy nie wiecie nawet co mu powiedzieć.
 - Nie wiemy. - stwierdziłem prosto.
 - Ja wiem. - powiedział Hauru.
   Popatrzyliśmy na niego ciekawie, oczekując, że jakoś rozwinie tę myśl jednak on uparcie milczał.
 - Poszedłbyś do niego? - zapytała cicho Anti.
 - Tak. - powiedziała Rafaela. - Skoro i tak dzisiaj nie gramy, to ja lecę. Lepiej załatwić to szybciej niż później.
   Wybiegła, wyrzucając po drodze do kosza patyczek od loda, zostawiając nas lekko zdezorientowanych. Kto by się spodziewał, że nagle wykrzesała z siebie tyle energii?
 - "Rodzina, Obowiązek, Honor" - zacytował Hauru. - Ma dziewczyna priorytety...
 - Przynajmniej trochę powiało. - rzuciłem.



Hauru


   Czekaliśmy na polanie, gdzie dwa dni temu robiliśmy ognisko. Upał nadal był niemiłosierny, ale już nie zwracałem na niego zbytniej uwagi. Spojrzałem na Kalipso. Też się denerwowała. Ręce jej drżały, ale nie mogłem do niej podejść, ani jej pocieszyć. Z daleka zobaczyłem już dwie powoli zbliżające się do nas postacie.
   Zastanawiałem się, jak tą sytuację przeżywał Rod. Czy będzie wkurzony? Czy zrezygnowany? Czy bardziej nienawidzi mnie, czy Kalipso... Jednak z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Sprawiał wrażenie spokojnego i rozluźnionego, jakby się niczym nie martwił.
 - Cześć! Tak dawno się nie widzieliśmy! - wypalił bez zastanowienia Benvolio.
 - Co nie? - odparł tamten bez przekonania.
   Nastąpiła kłopotliwa cisza, którą przerwała dopiero Rafaela:
 - Może chodźmy do lasu. Tam będzie trochę chłodniej.
   Przystaliśmy na jej propozycję. Linia drzew znajdowała się niecałe pół kilometra od nas, więc szybko schowaliśmy się w cieniu. Wszystko to zdawało się takie nierealne. Być tu razem i nie móc wydobyć z siebie słowa...
 - Rafaela mówiła mi, że wczorajsza gra była całkiem udana. - Rod przerwał ciszę.
 - No! Szkoda, że tego nie widziałeś! - potwierdził Benvolio, wciąż nie rozumiejąc, jak dziwne jest jego nastawienie w takiej sytuacji. - Biegaliśmy po Ikei, chowając się po szafach i lodówkach.
 - A jak komuś brakuje ołówków w domu, to Kalipso wyniosła ich wczoraj ze sklepu dożywotni zapas. - odezwałem się.
 - No, to nieźle. - skomentował Rod, próbując się uśmiechnąć, po czym rozmowa znowu się urwała.
 - A ty co porabiałeś przez ten czas? - zapytała niewinnie Anti.
 - W sumie nic ciekawego. Przeczytałem ze dwie książki, trochę uporządkowałem biurko... Wyspałem się...
 - W końcu są wakacje, tego można było się domyślić. - zaśmiał się Benvolio.
 - Nie brałbym tego za tak oczywiste. - zwróciłem się do niego. - Ja w lato zawsze sypiam mniej niż przez całą resztę roku.
 - Ty? - zdziwił się Rod. - Dlaczego?
 - Muszę opiekować się siostrami, bo już nie mam wymówki, że muszę się uczyć. Do tego dochodzą próby spektaklu i kręcenie filmów, bo przecież to najlepsza pora roku na ładne widoki natury.
 - Aha... - bąknął, jak gdyby sobie o czymś przypomniał.
 - No, i jeszcze to ognisko ostatnio. - dodała Anti.
 - Ognisko, mówisz. - udał zainteresowanie.
 - Zadanie od Benvolia - zorganizować ognisko. Szkoda, że cię z nami nie było.
 - Właśnie! Dostałem indiańskie imię Sokole Oko! - powiedział podekscytowany brunet.
 - Nie ściemniaj, Dmuchająca z Góry Fretko. - zadrwiłem. - Bo następnym razem wymyślę ci coś jeszcze gorszego.
 - A więc szaleństwom nie było końca, tak? - westchnął Rod.
 - Starałam się ich pilnować pod twoją nieobecność, ale nie mam aż takiego doświadczenia. Udało im się nawet zmusić mnie do tańca.
 - Tańca deszczu. - poprawiłem ją. - Patrz, może jeszcze się sprawdzi.
 - Oby. - podsumował minimalistycznie Rod i kolejny raz zapadła nie wróżąca nic dobrego cisza.
 - Dobra. - postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. - Nie ma sensu udawać, że wszystko jest ok. Porozmawiajmy otwarcie.
   Oczywiście to nie spowodowało fali entuzjazmu i żywiołowych reakcji, ale atmosfera zgęstniała. Rod utkwił we mnie uważne spojrzenie jednocześnie spinając mięśnie, jakby oczekiwał na atak.
 - Nie chcę się z tobą bić - zacząłem widząc tę reakcję. - ani współzawodniczyć o Kalipso.
Możesz wyluzować.
 - Ja też tego nie chcę, ale nie udawaj, że "wyluzowanie" jest możliwe i sensowne.
 - Dobra, dobra. Nic już nie udaję. - zapewniłem, choć nie było to do końca prawdą.
   Musiałem dalej unikać spoglądania na rudą. Wracałem do dawnych postanowień: niech wszyscy myślą, że jestem tylko chłopakiem, który bawi się uczuciami innych i liczą się dla niego jedynie żarty. Tak będzie bezpieczniej.
 - Co konkretnie chciałbyś ode mnie usłyszeć? - zapytał oschle. - Czy nie jest już wszystko jasne?
 - Chcę, żebyś wściekał się na mnie. - warknąłem. - Reszta nie musi cierpieć za moje błędy. Nie odcinaj się od nich.
 - Nie będę zrzucał na nich żadnego ciężaru. Zrobię porządek ze sobą i wrócę. - odparł ze stanowczością.
 - Na pewno na zupełnie nikogo? - spytałem twardo szybko rzuciwszy okiem na Kalipso.
 - Robię, co mogę. - odpowiedział słabiej, wychwyciwszy to spojrzenie.
 - To nie była jej ani twoja wina.
 - Co ma piernik do wiatraka? - gwałtownie mi przerwał. - Kto tu mówi o winie?
 - Jakbyś nie wiedział, Kalipso nie sypia po nocach, bo zadręcza się o wszystko, a tobie nie byłoby tak ciężko do nas przyjść, gdybyś winę zwalił na mnie. Nie wiem, co ty chcesz ze sobą ogarniać, jeśli nie to.
 - Kalipso nie jest niczemu winna, ani ty. - powiedział, wyraźnie starając się brzmieć pewnie, ale jednak widać było w tym mniej przekonania.
   Już chciałem mu odpowiedzieć, kiedy odezwała się ruda.
 - Mam już tego dość! Nie róbcie z siebie bohaterów biorąc na siebie wszystkie konsekwencje. Nie pomyśleliście, że może ze mną też przydało by się o tym porozmawiać?!
Ciągle kłócicie się między sobą i mówicie o mnie w trzeciej osobie. Halo! Ja tu wciąż jestem!
   Spojrzeliśmy na nią i zamilkliśmy. To znów była ona. Już nie ta załamana dziewczyna bez nadziei, pogrążona w swoich myślach. W jej oczach znów zagościł buntowniczy ogień. Wyprostowała się odgarniając włosy do tyłu. To była ta dziewczyna, w której się zakochałem. Mało brakowało, a bym się uśmiechnął. Na szczęście w ostatniej chwili się opanowałem. Miałem jeszcze rolę do odegrania.
 - Wybacz. - odezwał się Rod, jakby urywając dłuższą wypowiedź. - Masz rację. Powinniśmy brać cię pod uwagę.
 - Tyle masz mi do powiedzenia?! Nie odzywasz się do mnie przez tydzień, a potem rzucasz "wybacz" i myślisz, że to wszystko załatwi?! - warknęła na niego.
 - Nie! Nie myślę tak. - Rod ewidentnie nagle zaczął tracić cierpliwość. - Ale co innego mam powiedzieć?
 - Nie wiem! Wymyśl coś! - krzyknęła.
 - To był cios poniżej pasa. - stwierdziłem.
 - Nie odzywaj się już, Hauru. Po prostu nic nie mów!
 - Jeszcze przed chwilą wkurzałaś się, że nie dopuściliśmy cię do głosu, a teraz mi karzesz siedzieć cicho? Zawsze byłaś hipokrytką. - powiedziałem.
 - Ani mi się waż ją obrażać! - warknął Rod, pochylając się w moją stronę. - Oskarżanie się o coś, co mówimy w takim stanie, nie ma sensu.
 - Obrazisz się za to na mnie, Kalipso? - zwróciłem się do niej tylko po to, by móc zapamiętać każdy rys jej twarzy. Czułem, że mogę nie wyjść cało z gry, którą podjąłem.
 - Mówiłeś już o mnie gorsze rzeczy. I z wzajemnością. - powiedziała. - Dlatego nie potrzebuję twojego poświęcenia. Przestań mnie chronić. Ty też, Rod!
 - Przeszkadza ci, że jesteś w centrum zainteresowania? - spytałem sarkastycznie klnąc siebie w duchu za to, co robię. - A to nowość!
 - Przepraszam bardzo, ale kto tu robi z siebie teraz gwiazdę przedstawienia?! Bo odnoszę wrażenie, że to nie ja przez ostatni tydzień wygłupiałam się, żeby wszyscy zwracali na mnie uwagę, a teraz staram się zostać bohaterem tragicznym, który odejdzie, żeby inni musieli żyć z wyrzutami sumienia z jego powodu!
 - Ma rację. - znowu zwrócił się do mnie Rod. - Nie wiem, co tu się działo przez ostatnie dni, ale chyba źle postrzegasz swoją rolę w... tym.
   Zignorowałem go.
  - Tak to widzisz? Powiedz mi Kalipso, czego ty tak w ogóle ode mnie chcesz? Nie pasowała ci przyjaźń, nie pasuje ci związek, a odejść mi nie pozwalasz. Ogarnij się kobieto!
   Teraz ruda z kolei zignorowała mnie i odpowiedziała Rodowi:
 - Wiedziałbyś, co tu się działo, gdybyś raczył się nami w ogóle zainteresować. Ale ty za wszelką cenę unikałeś naszych wyjaśnień! Myślałeś, że uda ci się zrozumieć sytuację słuchając jedynie doniesień kuzynki?!
 - Nie chodziło mi o zrozumienie sytuacji, tylko o ogarnięcie się! - obruszył się Rod. - Nie będę próbował rozwiązywać wspólnego problemu bez rozwiązania swojego.
 - O czym ty w ogóle mówisz?! - krzyknęliśmy jednocześnie z Kalipso.
   W odpowiedzi westchnął i zastanowił się chwilę, zanim zaczął powoli nam tłumaczyć, ostrożnie dobierając słowa:
 - Cała ta sprawa pokazuje nie tylko słabe punkty relacji między... nami, ale też nas samych. Wszystko jakby wypływa na wierzch. Ale nie chcę tego mieszać z tym, co dotyczy nas wszystkich. Kiedy będę w stanie podejść do problemu naprawdę na spokojnie, porozmawiam z wami, ale w tej chwili to wciąż niemożliwe.
 - Nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy idealni. - odpowiedziałem. - Swój charakter okazujesz przy relacjach z innymi ludźmi. Pustelnikowi łatwo być dobrym w głuszy. Trudniej, gdy wokół są ludzie, których może pokochać, znienawidzić, którzy mogą cierpieć, albo którym może zazdrościć. Odcinanie się od świata do niczego nie prowadzi.
 - Nie chodziło mi o zupełne odcięcie się. Raczej o coś w stylu przerwy. Ale nie wciskaj mi kitu, że to źródło wszystkich problemów!
 - Może się stać powodem jeszcze większych kłopotów. - powiedziała Kalipso. - Jeśli zrobisz sobie przerwę, możesz nie wrócić. Tak prawie stało się z tobą i Rafaelą, prawda? Oddaliliście się od siebie i już nie potrafiliście tego naprawić. Przypadek sprawił, że znów ze sobą rozmawiacie!
 - Przestań! Na ten temat powiedziałem już wszystko. Co jeszcze chcesz wiedzieć?
   Zawahała się, ale spytała:
 - Zerwałeś ze mną?
   Zmieszał się, po czym głupio zapytał:
 - A ty?
 - Nie.
 - Oj, źle. - mruknął pod nosem, opuszczając głowę, i zaczął odwracać się od nas.
 - Rod! Odpowiedz mi! - domagała się ruda.
   Zamiast tego jednak Rod powoli, krok po kroku, odchodził w stronę polany, a stamtąd pewnie miał zamiar wrócić do domu.
   Spojrzałem na Kalipso spodziewając się, że zaraz za nim pobiegnie, ale nie zrobiła tego. Z jej oczu spłynęła pojedyncza łza.
 - Czyli zerwał. - szepnęła sama do siebie.
   Dopiero teraz zauważyłem, że z polany zniknęli również nasi przyjaciele. Musieli się wymknąć w czasie kłótni. Nie odnotowałem w którym dokładnie momencie. W każdym razie zostaliśmy sami.
 - Jesteś z siebie zadowolony? - rzuciła gniewnie.
 - Czemu miałbym być?
 - Od początku właśnie o to ci chodziło, prawda? Chciałeś, żebyśmy się rozstali.
 - Nie prawda.
 - Twoje słowa zawsze przeczą czynom.
 - Nawzajem, Kalipso. Pamiętasz, jak powiedziałaś, że nie zdradzisz Roda, a potem mnie pocałowałaś? I kto tu jest teraz kłamcą?
 - To był impuls. Poza tym, to ty mnie pocałowałeś.
 - A dzięki kolejnemu impulsowi oberwałem w twarz. Możesz mi odpowiedzieć na moje pytanie? Czego ty chcesz?
 - Nie wiem.
 - Nie wiesz, czy nie chcesz powiedzieć?
 - Odczep się, Hauru. Odpowiem ci, kiedy ty w końcu podejmiesz decyzję, jaką rolę chcesz grać. Zmieniasz zdanie równie często jak ja. Nadal będziesz zarzucać mi hipokryzję? - powiedziała po czym odwróciła się na pięcie i uciekła wgłąb lasu.