wtorek, 24 czerwca 2014

44. Zaplątane jak Spaghetti...

Benvolio


   Zgodnie z zasadą, że nie można mieć cały czas tylko szczęścia, nieśmiało spodziewałem się, że kolejny dzień nie będzie należał do najlepszych - moglibyśmy się posprzeczać o jakąś głupotę, zadanie mogłoby nie wyjść albo przynajmniej mógłby zacząć padać deszcz. Ku mojemu zdziwieniu okazało się jednak, że nastroje wcale się nie popsuły i najprawdopodobniej, jakie by nie było następne zadanie, i tak będziemy bawić się w najlepsze.
   Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że przyszedłem jako ostatni i że reszta czekała już tylko na mnie. Jedyne co w tym wszystkim zwróciło moją uwagę to to, że nikt się tym nie przejmował - nawet Rod przywitał się ze mną z pogodną miną i jak gdyby nigdy nic wrócił do rozmowy z Rafaelą.
 - Umówcie się, kto kręci, bo razem pewnie będziecie mieć problem. - zaleciła na początek Anti, gdy tylko Kalipso sprawnym ruchem wyjęła butelkę.
 - Paniom się ustępuje. - zażartował Hauru podając mi przezroczysty przedmiot. 
 - Jak ma być szarmancko, to może jeszcze pani płaszcz pod nogi położyć? Chyba mam tylko bluzę, ale od biedy się nada, nie?
 - Niezupełnie o to mi chodziło, ale jeśli dojdziecie do kompromisu, to może być. - uśmiechnęła się pobłażliwie Anti.
 - To może jednak spróbujemy zakręcić razem? - zaproponowałem.
 - Już daj spokój i kręć. - zaśmiał się Hauru.
   Posłusznie zastosowałem się do polecenia i już chwilę później usłyszeliśmy jęk Rafaeli.
 - Ty to robisz specjalnie, co? Znowu trafiłeś na mnie!
 - Nawet jeśli, to co? - rzuciłem bez namysłu.
 - To przynajmniej mógłbyś wymyślić przyjemne zadanie.
 - Nie zapominajcie o mnie, gołąbeczki! - wciął się Hauru. - Ja też mam tu coś do powiedzenia w tej kwestii!
 - Nie ma obaw, co dwie głowy to nie jedna. - zapewniłem.
 - Chodź, naradzimy się... - zwrócił się do mnie konspiracyjnym szeptem chłopak i zaciągnął w krzaki.
 - Masz jakiś pomysł?
 - Ja miałbym nie mieć?! - zaśmiał się po czym spoważniał i powiedział: - E... nie.
 - Ha!
   Nawet Hauru nie daje rady cały czas trzymać fasonu - wydało mi się to niezwykle pocieszające. Mimo to musieliśmy coś wymyślić. Rozejrzałem się dookoła.
 - Nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę pobiegać po mieście. Może każmy jej zaczepiać przechodniów czy coś w tym stylu?
 - Albo chodzić po ulicy i żebrać o cukierki. - przedrzeźniał mnie Hauru, po czym na chwilę zamarł.
 - Mam pomysł! - klasnął w dłonie. - Każmy jej chodzić w przebraniu na Halloween i zbierać słodycze w ciągu dnia!
 - Myślisz, że się zgodzi? - zapytałem, bezskutecznie próbując wyobrazić sobie Rafaelę w takich okolicznościach.
 - A może się nie zgodzić? - odpowiedział pytaniem Hauru.
 - Może postawić weto. Albo próbować negocjować, ale efekt tego zależy już od nas.
 - Veto zniesiono w 1791. Będzie fajnie!
 - Dobra, lećmy z tym. - machnąłem ręką.
   Wyszliśmy do reszty pewnym krokiem niczym Morfeusz i Neo na początku II części Matrixa i zanim Rod zdążył wygłosić jakąś złośliwą uwagę (a ewidentnie miał zamiar), przedstawiliśmy im plan. Jak można było się spodziewać, główna zainteresowana nie była zachwycona.
 - Dobra, czyi to był pomysł?! Już wolałabym sprzedawać ciasteczka czy robić za świadka Jehowy!
 - Serio? To może jednak to ze świadkami Jehowy? - zwróciłem się do Hauru z "przebiegłym" uśmiechem.
 - Mmm... Nie! Lekka zmiana: świadek Latającego Potwora Spaghetti!
 - Świetnie! Podoba się? - zapytałem Rafaeli.
 - Super... - mruknęła. - Nieźle mnie urządziliście...
 - Oooj, przecież tak ci chcieliśmy dogodzić...
 - Chyba mamy odmienną definicję słowa "dogodzić".
 - Język zawsze był źródłem nieporozumień...
 - Znów czuję się jak między tymi szalonymi humanami z mojej klasy. Skończcie! - przerwał nam Hauru.
 - Dokładnie... - poparła go Kalipso. - Wystarczy, że cały kolejny rok spędzimy na kuciu do ustnej matury z polskiego. Chodźmy już stąd.
 - Popieram. - odezwała się Anti. - I niech chłopaki idą pierwsi wskazać miejsce.
 - Nie trzeba, w tej kwestii Rafaela ma pełną dowolność... - zapewniłem.
   Antiochis wzruszyła tylko ramionami i wyszliśmy z parku.
   Na zewnątrz zatrzymaliśmy się na chwilę, czekając aż Rafaela wybierze, w którym kierunku pójdziemy.
 - Rozumiem, że jesteście moją świtą pastafarian? - spytała.
 - Eee...
 - Chyba rozsądnie będzie chodzić po tych mieszkaniach we dwie czy trzy osoby... - wytłumaczyła.
 - Racja. To proponuję pomysłodawców na początek. - odezwał się Rod.
 - Juhuhu! - zawołał Hauru. - Zawsze o tym marzyłem!
   Ani się obejrzeliśmy, jak Rod, Anti i Ciris zniknęli nam z pola widzenia, a Rafaela ciągnęła nas w stronę najbliższych szeregowców.



   W dźwięku dzwonka do drzwi było coś nieodwołalnego. Już nie mogliśmy się cofnąć. Staliśmy we trójkę, cali spięci, czekając aż pierwsza ofiara naszego własnego zadania otworzy nam drzwi (albo aż stwierdzimy, że nikogo nie ma w domu - jak cudnie by było!). Zacząłem żałować, że nie wymyśliliśmy czegoś w stylu sprzedawania lemoniady na osiedlu albo nawet drażnienia się ze zwierzętami w zoo.
   Ku naszemu rozczarowaniu zamek jednak zgrzytnął i otworzyła nam krótko obcięta pani po czterdziestce. Było to tak nieoczekiwane (wszystko przez ten stres!), że z początku nikt z nas nie mógł z siebie wydusić nawet słowa. Patrzyliśmy tylko na panią za progiem, a ona patrzyła na nas, unosząc coraz wyżej brwi. W końcu Hauru przełamał się:
 - Czy chciałaby pani porozmawiać o bogu?
 - Bo może pani jeszcze nie słyszała o nas, jesteśmy ze Stowarzyszenia Transcendencja. - wykrztusiłem, uświadamiając sobie, że żadne z nas w ogóle się nie przywitało. - Niedawno otworzyliśmy nową siedzibę w okolicy i chcielibyśmy poznać sąsiadów i zaprosić do wspólnej rozmowy. Może miałaby pani chwilkę...
   Już w połowie swojej mowy widziałem, że nie polepszyłem sytuacji. Brwi naszej rozmówczyni tym razem ściągnęły się i za moment zniknęły za dębowymi drzwiami. Nawet nie próbowaliśmy ich blokować stopą - dużo większą mieliśmy ochotę westchnąć z ulgą.
 - Sorry... - odezwała się Rafaela. - Trochę spanikowałam i się nawet nie odezwałam... Nie mówcie reszcie!
 - Spoko, pierwsze koty za płoty. - uśmiechnąłem się do niej.
   Była cała czerwona na twarzy i zdecydowanie nie wyglądała, jakby chciała próbować tego wyczynu jeszcze raz.
 - Kolejne drzwi? - spytał Hauru i natychmiast zadzwonił, zanim zdążyliśmy zaprotestować.
 - A co ze zmianą warty? - szepnąłem, ale nie miałem okazji usłyszeć odpowiedzi: sąsiad krótkowłosej pani był od niej dużo szybszy.
 - D-dzieńdobry. - zająkała się Rafaela. - Czy ma pan chwilkę?
   Mężczyzna podejrzliwie zerkający na nas zza lekko otwartych drzwi zdawał się nie być pewnym odpowiedzi.
 - A do czego wam to potrzebne? - zapytał głośno.
 - To jest panu potrzebne! - powiedział z przekonaniem Hauru. - Chcielibyśmy poruszyć temat wiary!
 - Wiary?! - wykrzyknął, otwierając drzwi nieco szerzej, jednak bynajmniej nie z zamiarem wpuszczenia nas do środka. - Znowu ci jehowi?! Czy wy już naprawdę nie macie co w życiu robić? Tylko spokojnym ludziom w głowach mieszać?
 - Jesteśmy wyznawcami Latającego Potwora Spaghetti. - odezwała się Rafaela.
 - Co?! Powariowali?! - wrzasnął facet, po czym z impetem zatrzasnął nam drzwi przed nosami.
 - Tym razem było prawie śmiesznie. - zwróciłem uwagę, mimo wszystko wciąż zestresowany.
 - Ta... - westchnęła dziewczyna.
 - No. Miło było... - powiedział Hauru. - Ale chyba pozwolę komuś innemu nacieszyć się tym wspaniałym przeżyciem.
   Odczytałem to jako zarządzenie odwrotu i bez zbędnych ceregieli odeszliśmy spod szeregowca, rozglądając się za resztą.
 - Tutaj! - pomachała do nas Kalipso spod pobliskiego trzepaka
   Podbiegliśmy do niej, a w kierunku, z którego przyszliśmy, ruszyli Ciris i Rod, najwyraźniej wybrani wcześniej.
 - I jak jej idzie? - spytała Kalipso.
 - Całkiem nieźle jak na pierwszy raz. - odpowiedział natychmiast Hauru.
 - A reakcje ludzi?
 - Hmm... raczej do przewidzenia. Trzaskanie drzwiami i wyzywanie od Jehowów. Zupełnie inaczej by pewnie gadali, gdyby zakonnica przyszła.
 - Mhmm.. - dziewczyna nagle straciła cały entuzjazm. - Pewnie tak...
 - Cholera. - Hauru zaklną i też zmarkotniał. - Przepraszam, Kalipso. Wiesz, że nie chciałem...
   Antiochis zauważyła tę nagłą zmianę i jak to ona, chciała taktownie usunąć się, mimo że to nie ona ją wywołała. Hauru na pewno by tak nie zrobił - w jego stylu było raczej dążenie by wszystko odkręcić. Zdecydowanie wolałem tę pierwszą strategię, dlatego cicho odszedłem trochę na bok, za róg bloku, tak by nie przeszkadzać Hauru i Kalipso w rozmowie. Tym sposobem wyszło na to, że kolejny kwadrans miałem spędzić stojąc naprzeciwko Anti i gapić się w przestrzeń.
   To nie było nic niekomfortowego, ale jakoś nigdy w takich sytuacjach nie umieliśmy zabawiać siebie nawzajem rozmową - przecież zawsze kiedy było coś do obgadania po prostu się spotykaliśmy... Standardowo więc znalazłem sobie w miarę wygodne miejsce na ziemi, usiadłem i zacząłem się bawić ździebełkami trawy.
   Nie trwało jednak długo, zanim zorientowałem się, że Antiochis ma mi coś do powiedzenia. Tylko nie wiedziała, jak zacząć.
 - Coś się stało? - zapytałem, starając się utrzymać bezbarwny ton głosu.
 - Nie, skąd! - odparła troszkę zaskoczona, ale mimo tej negatywnej odpowiedzi, kucnęła naprzeciwko mnie.
   Zapadła cisza - nie ta niezręczna, gdy gadka-szmatka z kimś nowo poznanym nie wychodzi, tylko taka zapowiadająca ciąg dalszy. I nie trzeba było czekać na niego długo.
 - Mam nadzieję, że nie byłeś wczoraj zawiedziony tym, że w końcu nie zbudowaliście żadnego domku na drzewie.
 - A gdzie tam! - próbowałem się roześmiać. - Nie potrafiliśmy nawet zebrać narzędzi, a co dopiero zbudować takie cudo.
 - Czyli nie podobało ci się to zadanie?
 - No wiesz, taka gra, że mają się nie podobać tym, co je wykonują. Ale to, że nie było zadania zastępczego - to już powód do zadowolenia.
 - A stres? - zapytała tonem telewizyjnego eksperta.
 - Chyba lepszy niż wasza nuda. Chociaż nie sprawialiście wrażenia specjalnie znudzonych z tego co widziałem... prawda?
 - Czy ja wiem... Ja to nie za dużo miałam do roboty. Ale reszta...
   Odrobinę zaskoczyło mnie to stwierdzenie.
 - Wydawało mi się, że świetnie się bawiliście.
 - Może co najwyżej Rafaela i Rod.
 - Czemu akurat oni?
 - No, chyba widziałeś, jak się zachowywali.
 - Tak, to wiem. - przerwałem jej. - Ale... nie o to mi chodziło. Raczej...
 - Czemu właśnie tak się zachowywali? Nie wiem. Chciałam spytać, co ty o tym sądzisz.
 - No to już chyba widzisz, że nie mam pojęcia. - odparłem po chwili ciszy. 
   To rzeczywiście była ciekawa sprawa. I dziwnie irytująca.
 - Hej, Anti! - usłyszeliśmy głos Hauru. - Chodź, bo przegapisz okazję życia aby głosić słowo spaghetti!
 - Udało wam się kogoś zagadać? - dziewczyna zupełnie zmieniła ton.
 - No powiedzmy... - odparła Ciris. - Taka rada na przyszłość: jak na drzwiach jest wypisane "K + M + B" to nie dzwońcie.
 - Przepędzili was?
 - Powiedzieli, że będą się modlić za nasze zagubione dusze...
 - Może nie rozpoznałaś ironii. - skomentowałem pozostając wciąż w niezbyt radosnym nastroju.
   Chyba jednak nie przemyślałem dobrze tego, co powiedziałem (a raczej na pewno nie przemyślałem, nigdy tego nie robię), bo zapadła na moment pełna konsternacji cisza. Antiochis wykorzystała ją, żeby jeszcze raz zerknąć na mnie niepewnie, wstać i odejść w kierunku domów, a Ciris bez wahania zajęła jej miejsce.
   Nie zauważyłem, kiedy Hauru się ulotnił, ale najwidoczniej tak się stało, bo bez większych ceregieli zaczęła:
 - Albo tak dawno się z tobą nie widziałam, że zapomniałam jak się normalnie zachowujesz, albo coś się w tobie zmieniło.... tylko cały czas nie mogę dociec, co.
 - Serio? - odparłem wyrwany z zamyślenia.
 - Mhm... - przekręciła głowę na bok i uważnie mi się przyjrzała, jakby zastanawiała się z którego profilu powinna namalować mój portret. - O czym rozmawialiście z Anti?
 - O... - zawahałem się. - Właściwie tylko plotkowaliśmy.
 - O kim? Coś ciekawego? - dziewczynie zaświeciły się oczy.
 - Aaa tam... Takie bieżące sprawy. Przecież byłaś z nami wczoraj, prawda?
 - Byłam, ale może czegoś nie zauważyłam!
 - No, zachowania Rafaeli i Roda ciężko nie zauważyć.
 - A co w nim dziwnego? Przepraszam, ale zupełnie nie znam Rafaeli... trochę dłużej z nią przebywasz, opowiedziałbyś, coś o niej!
 - Oj... To wymyśliłaś... - westchnąłem i zacząłem poważnie myśleć nad tym pytaniem. - Daj mi chwilę...
 - Nigdzie mi się nie spieszy. - odparła Ciris i oparła się wygodnie o murek.
   Zacząłem więc niespieszną myślową podróż w czasie.
   Kiedy Rod przedstawił nam ją przy którymś spotkaniu nad butelką, wydała mi się bardzo nieśmiała i ugodowa i jakoś... zwyczajna. Może wynikało to jednak z mojego własnego przejęcia zadaniem (notabene formalnie przez nią wybranym), bo gdy przyszło do rewanżu, zauważyłem... że ma swój urok. Że wcale nie jest taka sztywna i do bólu grzeczna. I że ma w sobie nutkę fantazji, ale chyba trochę innej, subtelniejszej niż Kalipso.
   Potem, gdy przyszło mi się wygłupiać w kinie, okazało się, że jest jedną z niewielu osób, z którymi można sensownie porozmawiać o filmach - nie dość, że sporo ich oglądała (i to nie byle jakich), to jeszcze jest niesamowicie spostrzegawcza i zauważa szczegóły, które często nawet mi umykają (a to nie zdarza się często). Spędziliśmy razem cudowne popołudnie, dyskutując i śmiejąc się z głupot.
   A wczoraj, gdy spadała z drzewa i próbowałem jakoś ją złapać czy chociaż zamortyzować upadek... Nie, to nie było coś, o czym chciałbym mówić. Nawet z Ciris. Nawet z Anti. Czułem się jakby było to coś nieprzyzwoitego. Miałem wielką ochotę machnąć ręką i powiedzieć "nieważne".
 - No więc? - spytała najwyraźniej już zniecierpliwiona dziewczyna.
 - Aaa... No, wiesz przecież, że jest kuzynką Roda, że znają się od wczesnego dzieciństwa... Mieli jakiś okres przerwy, długo się nie widzieli, ale teraz dobrze się dogadują. Bardzo dobrze. - zaakcentowałem niechętnie.
 - Nie uważasz, że to dobrze, że Rod ma z kim porozmawiać po tym, co się stało? - zdziwiła się moim tonem.
 - Mam wątpliwości, czy ich pokrewieństwo nie stanowi jakiegoś problemu... - zaoponowałem, nie mogąc powstrzymać ironicznego tonu.
   Ciris zaśmiała się.
 - Za dużo romansideł się od mamy naczytałeś.
 - Nawet jeśli coś mi się wdrukowało w mózg, gdy czytali mi "Romea i Julię" na dobranoc, to faktom nie zaprzeczysz.
 - Ale o jakich faktach ty mówisz... - dalej bagatelizowała sprawę. - Takie rzeczy nie zdarzają się w realnym życiu. Anti też wierzy w takie bajki?!
 - Więc jak ty to widzisz? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
 - Spędzili razem dzieciństwo, więc nie mają jakichś specjalnych barier w kontaktach. Przyjaźnią się i tyle... Tak się emocjonujesz tą sprawą, jakbyś był zazdrosny! Wyluzuj.
 - Nie no, to nie tak! Po prostu widzieliśmy coś dziwnego i nie wiemy, co o tym sądzić. A to ty tu jakieś teorie tworzysz.... - uśmiechnąłem się.
 - Nie ja tworzę, tylko to właśnie zasugerowałeś!
 - Ech... Już zdążyłem zapomnieć, jaka jesteś uparta...
   Odpowiedziała mi szerokim uśmiechem wyrażającym zwycięstwo. Nie było co dyskutować. To przegrana sprawa. Na szczęście kontynuowanie jej uniemożliwiło nam dotarcie Rafaeli z ostatnią grupą asystentów, triumfalnie ogłaszającą wykonanie zadania - wszystkie domy w okolicy były odfajkowane.
 - Nigdy więcej... - westchnęła kuzynka naszego przyjaciela.
 - Nie ma co się martwić, zadania nigdy się nie powtarzają. - pocieszyła ją Ciris.
 - Zazwyczaj są coraz gorsze. - potwierdziła Anti.

 

1 komentarz: