wtorek, 6 maja 2014

41. Bieg na orientację...

 Ciris


   Czułam się, jakbym właśnie się obudziła z jakiegoś przedziwnego snu. Ledwie wsiadałam do samolotu w Bourges, a już wysiadałam na lotnisku w Polsce, witałam się z rodzicami i trajkotałam jak szalona o wszystkim i o niczym. Powrót miał w sobie coś ekscytującego, ale jednocześnie obawiałam się, co zastanę w domu...
   Poprosiłam rodziców, żeby podwieźli mnie do Anti. Nie miałam zamiaru czekać ani chwili dłużej na spotkanie z przyjaciółką! Mimo ich narzekań, że powinnam się rozpakować, odpocząć i po prostu nacieszyć się powrotem, wypuścili mnie przed jej drzwiami.
   Zadzwoniłam do furtki. Spodziewałam się, że wyjdzie z mieszkania, ale ona pojawiła się z boku domu otrzepując ręce z ziemi.
 - Cześć! - zawołała, rzucając się do furtki z szerokim uśmiechem.
 - No hej! - odpowiedziałam ogarnięta nagłą falą radości. Strasznie za nią tęskniłam przez ten czas.
 - Tyle czasu się nie widziałyśmy! - powiedziała, ściskając mnie, gdy tylko wygrała niezgrabną potyczkę z zamkiem i wpuściła mnie na posesję.
 - Nie musisz mi przypominać! - zaśmiałam się.
 - Chodź do ogrodu. Zobaczysz, jak pięknie wyrosły kwiaty z tamtych cebulek od ciebie! - rzuciła i zaciągnęła mnie za dom.
 - Sporo się tu pozmieniało. - powiedziałam rozglądając się po działce. Goździk Chiński rozłożył swoje poszarpane, różowe płatki, groszek pachnący wspiął się po ogrodzeniu na kolejne kilkanaście centymetrów...
 - Możemy usiąść w altanie, winorośl nieźle ją już obrosła.
 - Znów będzie co obcinać na jesień. - ucieszyłam się.
   Z przyjaciółką co roku pod koniec lata urządzałyśmy "Wielkie Obcinanie Winogron". Aż niesamowite jak one potrafią się rozprzestrzeniać...
    Zajęłyśmy miejsca pod baldachimem z liści. Pojedyncze promienie rzucały plamki światła na stół i krzesła. W powietrzu unosił się zapach pełnego lata...
 - Jak tam lot? - zapytała standardowo, ale jednak z zainteresowaniem.
 - Świetnie. - odpowiedziałam. - W jedną stronę trochę się cykałam, ale już w drugą naprawdę mi się podobało... W kolejnym życiu chcę być ptakiem!
 - No tak, z twoim zamiłowaniem do podróży...
 - Będziesz gdzieś jeszcze wyjeżdżać? - zapytała po jakimś czasie.
 - Raczej nie. Nie chcę znów zostawiać was samych. - odparłam niby niewinnie.
    Uśmiechnęła się, choć było w tym coś smutnego.
 - To fajnie, że będziesz z nami.
 - Też się cieszę. - powiedziałam, a potem już nie wytrzymałam i wypaliłam:
 - Dzwonił do mnie Rod.
   Otworzyła szerzej oczy i ściągnęła brwi, czekając, aż opowiem coś więcej.
 - Słyszałam, że mieliście kilka spin... może chciałabyś mi o tym opowiedzieć? W listach nic nie wspominałaś... rozumiem, że to przez cenzurę treści wysyłanych za granicę?
   Nie byłam zła. Teraz, kiedy ją zobaczyłam, nie mogłam się na nią gniewać za te niedomówienia. Przez chwilę patrzyła na mnie badawczo, ale za chwilę to ona nie mogła powstrzymać nagłego potoku słów.
 - Przepraszam, to wszystko stało się tak znienacka! Chociaż mogliśmy się łatwo domyślić, ale jakoś nie mogłam przyjąć do wiadomości, że to już, teraz... Po prostu wybuchło, gdy Rod zobaczył tamte zdjęcia, straciłam kontrolę, czy raczej rozeznanie, bo kontrolę trudno by było mieć. Myślałam, że jak będziemy udawać, że wszystko jest w porządku, to naprawdę będziemy do tego dążyć, ale tak się nie stało, nie było lepiej, a raczej coraz gorzej. Naprawdę boję się, co będzie dalej, tego już się nie ułoży ot, tak...
    Ukryła twarz w dłoniach, ściskając ją z nerwów.
 - Spokojnie. - objęłam ją i odsunęłam jej ręce na dół. - Jakoś to będzie. Przecież świat się nie kończy...
   Zrobiło mi się żal przyjaciółki. Jak zwykle wszystko wzięła zbyt mocno do siebie.
 - Opowiesz mi, co się teraz dzieje? - poprosiłam.
 - Co u Roda, sama wiesz. Siedzi i do nikogo się już nie odzywa. Nie mam pojęcia, co z Kalipso i Hauru. Nie widziałam ich o tamtego spotkania w lesie. Z kolei Benvolio... - zacięła się, jakby coś ją nagle zabolało. - Mieliśmy małą sprzeczkę z Rafaelą i chyba jakoś na niego wpłynęła.
 - Może nie jest tak źle... - starałam się ja pocieszyć. - Tak naprawdę nie wiesz, co u innych... pewnie już się pozbierali. Z resztą sama to sprawdzę.
 - Nie pozbierali się, Ciris. To nie jest zwyczajna sprzeczka. - szepnęła.
 - Dramatyzujesz.
 - Nie! - podniosła głos. - To wszystko się rozpadło! Póki byliśmy razem, była jakaś szansa, że to się załagodzi, ale teraz każdy jest sam. Zupełnie sam.
   Przestraszył mnie jej wybuch. Antiochis nie należała do osób, które łatwo się denerwowały czy rezygnowały z prób rozwiązywania problemów.
 - Nie uwierzę, póki sama tego nie zobaczę. - powiedziałam.
 - Jak uważasz. Tylko nie mów, że już u mnie byłaś.
 - No dobrze... Napiszę do ciebie jeszcze wieczorem, ok? A tymczasem... chyba sprawdzę co u reszty.
   Uśmiechnęła się smutno i jeszcze raz mnie przytuliła.



   Postanowiłam najpierw zobaczyć, jak się ma Rod. Stanęłam na progu jego drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem. Miałam nadzieję, że jest w domu. Czekałam całkiem długo, ale gdy w końcu otworzyły się drzwi, zobaczyłam przed sobą rozczochranego bruneta z nieobecnym wzrokiem.
 - Cześć. - przywitałam się niepewnie.
   Na dźwięk mojego głosu zaczął jakby przytomnieć i dopiero wtedy mnie dostrzegł.
 - Ciris. - powiedział całkiem pogodnie. - Już jesteś. Wejdź.
   Zaprowadził mnie po schodach do swojego pokoju na piętrze. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale nie przywiązywałam większej uwagi do wystroju wnętrza. Skupiłam się bardziej na postaci Roda. Byłam ciekawa, co się u niego zmieniło od czasu naszej telefonicznej rozmowy.
 - Usiądź, proszę. - wskazał mi łóżko, a sam usiadł na krześle w pobliżu biurka.
 - Jak tam samopoczucie?
 - Wiele się nie poprawiło, jeśli mam być szczery. - westchnął. - Ale i tak bardzo mi pomogłaś, dziękuję.
 - Nie ma za co. - uśmiechnęłam się. - Spotkałeś się z kimś od... tamtego czasu?
 - Nie... - przyznał. - Jakoś nie mogłem się zebrać, żeby zrobić to... to, co mi zaproponowałaś.
 - Może jeszcze za wcześnie. Nie martw się tym.
 - Obawiam, że jednak jest czym się martwić.
 - Chcesz powiedzieć coś więcej? Trochę się nie orientuję co tu się działo....
 - To nie tak. - potrząsnął głową. - Nie chodzi o to, co się działo, kiedy ciebie nie było - o tym nie ma co dyskutować, było - minęło. Po prostu mam problem z.... ze znalezieniem się jakoś w nowych warunkach... Ale może za dużo myślę o sobie.
 - O sobie też trzeba co jakiś czas pomyśleć. Nie ma w tym nic złego... Ale wydaje mi się, że nie da się ułożyć sobie stosunków od nowa nie widząc się z nikim...
 - Racja. Głupota. - żachnął się.
 - Będzie ciężko... ale poradzisz sobie. Nie ma co się załamywać.
 - Tia...
 - Zawsze możesz na mnie liczyć. No i z tego co pisaliście w liście, masz chyba jeszcze wsparcie w kuzynce, prawda?
 - Chyba tak. - przyznał, ale nie wyglądał na to, żeby podniosło go to na duchu.



 - Ciris!? - wykrzyknęła Kalipso na mój widok.
 - Nie, Coco Chanel. Ale byłaś blisko. - zażartowałam.
 - Och, przepraszam. - zaśmiała się ruda. - Zapraszam do środka. Zaraz będą ciastka.
   Zamknęłam za sobą drzwi. Rzeczywiście w pomieszczeniu unosił się zapach wanilii i kakaa. Ucieszyło mnie, że Kalipso mimo wszystko zachowuje się normalnie. Może ona wyjaśni mi, co się właściwie stało. Zarówno Anti jak i Rod byli kompletnie zdołowani, więc nie byłam w stanie wydusić od nich zbyt wielu wyjaśnień.
 - Kiedy wróciłaś? - spytała, gdy obydwie znalazłyśmy się w kuchni, a ona podała mi szklankę mleka.
 - Dziś rano, tak szczerze mówiąc.
 - To musiałaś mocno tęsknić, skoro od razu do mnie wpadłaś. - zaśmiała się.
 - Chciałam koniecznie z kimś pogadać. Dowiedzieć, jak się u was sprawy mają.
   Na chwilę zapadła cisz, kiedy Kalipso schyliła się, żeby wyciągnąć ciasteczka z piekarnika. Podejrzewałam, że właśnie obmyśla plan, co powinna mi powiedzieć.
 - Już nie gramy w butelkę. - rzuciła niby od niechcenia.
 - Czemu?
 - Jakoś się między nami popsuło... chyba zmęczenie wspólnym towarzystwem. Trzeba od siebie odpocząć.
 - Co u Roda?
 - Wszystko ok... Ostatnio się z nim widziałam.
   Kłamała w żywe oczy, ale gdybym nie wiedziała tego od jej byłego chłopaka i Ani, w życiu bym się nie zorientowała.
 - No! To opowiadaj, jak tam wyjazd? Poznałaś kogoś? - rzuciła mi chytry uśmieszek kładąc blachę z ciastkami na stole.
 - Prawdę mówiąc, tak. - przyznałam, choć nie spodobało mi się, w jakim kierunku potoczyła się rozmowa więc dodałam:
 - Pytasz, żeby upewnić się, że nie obrażę się za Hauru?
   Uśmiech zniknął z jej twarzy.
 - Kto ci powiedział, co się tu stało? - warknęła.
 - To chyba nieistotne. Bardziej powinno nas interesować, jak się pogodzić...
 - Nie wiesz, co tu się działo, okej?! - podniosła głos, a ja czułam, że zaraz zrobi mi awanturę. - Myślisz, że nie próbowałam tego wszystkiego naprawić już wcześniej?!
 - Jestem pewna, że się starałaś. - powiedziałam zachowując spokój. - Ale wiem, jak sprawy potrafią się szybko potoczyć... zwłaszcza z Hauru...
 - Więc wiesz, że dla niego to jest tylko zabawa! - wybuchła.
   Zobaczyłam łzy w jej oczach. Cała się trzęsła. Nie spodziewałam się, że i ona tak mocno przeżyła ostatnie zdarzenia. W końcu... to była Kalipso. Ta silna, niezależna dziewczyna, której charyzmie ulegało całe otoczenie!
 - Może tym razem bierze to na poważnie... - powiedziałam pocieszająco.
 - Niby czym miałabym się różnić od całej reszty dziewczyn, z którymi chodził?! Jeśli z nim będę, to się mną zabawi, znudzi i rzuci dla kolejnej. Ale jeśli go odrzucę, to dalej będzie mnie prześladował... Nie zniosę ani jednego, ani drugiego!
 - Powiedziałaś mu, czego się boisz?
 - Jasne, że nie. Wtedy musiałabym przyznać, że mi się podoba.
 - Więc on tego nie wie?
 - Wie! - Ruda załamała ręce. - Ale miałam nadzieję, że jeśli będę z Rodem, to on straci mną zainteresowanie.
 - Powinnaś z nim porozmawiać...
 - Nic nie rozumiesz Ciris... jak by to wyglądało? Dopiero co rzucił mnie Rod, a jedyną osobą do której się zwracam ma być Hauru?!
 - To może spotkamy się wszyscy razem? - zaproponowałam.
 - Nie ma mowy. Nie będę w stanie spojrzeć im w oczy...
 - Kalipso! Co się z tobą stało?! - spojrzałam na nią surowo. - Zachowujesz się jakbyś kompletnie postradała zmysły. Takie wahanie się i zrezygnowanie... to nie jesteś ty! Proszę, przestań... Co by nie mówić, zawsze byłaś duchem tej grupy. Jeśli ty się poddałaś... to nie dziwię się, że reszta też nie ma na nic siły. Nie pamiętasz? To ty zawsze nas motywowałaś do działania, ty wymyślałaś nam niesamowite zajęcia, ty prowadziłaś nas w miejsca, do których w życiu sami byśmy nie zajrzeli! Bez ciebie... bez dawnej ciebie, to wszystko nie ma sensu.



 - Co się stało z twoimi włosami? - zdziwiłam się widząc w otwartych drzwiach czarną czuprynę Hauru.
 - Przefarbowali mnie przy butelce. - odpowiedział. - Super, że wróciłaś! Chodźmy na spacer!
   Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, chwycił mnie pod rękę i ruszyliśmy ku obrzeżom miasta.
 - Świetnie wyglądasz! Chyba się opaliłaś, co?
 - Tak, z Talią wchodziłyśmy na dach internatu i leżałyśmy na nim godzinami.
 - Nocami też? - mrugnął do mnie okiem.
 - A żebyś wiedział! - zaśmiałam się.
 - Malowałaś Drogę Mleczną czy...
 - Czemu ty wszędzie musisz się doszukiwać romansów?! - udałam oburzoną.
 - Taki już jestem. Przecież wiesz.
 - Właściwie nie do końca... - spoważniałam. - Chwilami zastanawiam się, czego ty chcesz? Do czego dążysz? I... dlaczego to zrobiliśmy?
   Spojrzałam na niego uważnie. Odkąd zerwaliśmy, staraliśmy się nie poruszać tego tematu. Godzinami zastanawiałam się, czemu Hauru wybrał właśnie mnie, skoro od początku wiedział, że i tak nic z tego nie będzie. Dał mi nadzieję... a potem się odsunął. Skoro podczas mojej nieobecności wszystkie tajemnice wyszły na jaw, to czemu nie miałabym znaleźć odpowiedzi również na swoje pytania?
 - No co ty, Ciris... - chłopak rzucił mi krótkie spojrzenie, ale gdy napotkał mój wzrok, z powrotem odwróci głowę w kierunku drogi.
 - Nie bierz tego jakoś do siebie, bo naprawdę bardzo cię lubię, ale... chciałabym wiedzieć.
 - Tak wyszło... nie powiesz, że było nam źle. - odparł jakby zamyślony.
 - Było wspaniale... tylko co z tego? Nawet nie mam pewności, że choć przez chwilę coś do mnie czułeś.
 - Tylko nie mów, że zadręczałaś się takimi myślami we Francji...
 - Nie. - uśmiechnęłam się. - Już mi przeszło.


 
   Po drodze do Benvolia naszła nie ochota na lody. Dzień był upalny, a ja od rana biegałam między domami przyjaciół. Przekraczając próg sklepu przypomniałam sobie, jak w tym samym miejscu niecały miesiąc temu "popełniłam zbrodnię" i zostałam postawiona przed sąd Kalipso. Wydawało się, jakby to było wieki temu... w innym czasie, kiedy wszyscy dokoła byli szczęśliwi, a to ja cierpiałam... 
   Zamówiłam dwie gałki lodów, zapłaciłam i wyszłam przed sklep. Dokładnie w tym momencie usłyszałam krzyk zaskoczenia:
 - Ciris?!
   Odwróciłam się akurat by zobaczyć, jak Benvoilio traci panowanie nad kierownicą roweru i z głośnym piskiem opon wpada w pobliskie krzaki.
   Podbiegłam do niego jednocześnie zaniepokojona ale i szczęśliwa, że znów go widzę.
 - Nic ci się nie stało? - spytałam pomagając mu wstać.
 - Nie, mam już wprawę. - odparł szczerząc zęby i nawet nie podnosząc roweru przytulił mnie po przyjacielsku.
 - Jak to jest, że zawsze przyłapujecie mnie na kupowaniu tu lodów? - zażartowałam.
 - Taki fart. - wzruszył ramionami, nie siląc się na wyszukaną odpowiedź. - Jak tam Francja?
 - Olśniewająca... Kiedyś musimy tam pojechać całą paczką.
 - Oby wyszło. - westchnął wyraźnie wybity z dobrego nastroju. Kolejny.
 - Hej, co to za mina? Ostatnio taką u ciebie widziałam.... w sumie nie pamiętam kiedy.
 - Kiedyś musiała taka być.
 - Być może. Co nie zmienia faktu, że mi się nie podoba.
   Zamiast mi odpowiedzieć zaczął gapić się na drzewa w dali, jeszcze bardziej marszcząc brwi.
 - Benvolio... nie poznaję cię... - powiedziałam po chwili ciszy.
 - Tyle się zmieniło...
 - Słyszałam już strzępki informacji, co się zdarzyło, ale nikt nie był w stanie opowiedzieć mi wszystkiego po kolei...
 - Chyba też nie będę w stanie. Kiedy to się zaczęło...?
 - Co cię zaczęło? Problemy? Przecież każdy je ma. Nie wiem, czemu robicie z tego taką tragedię... widzę, że jesteście załamani, ale nie rozumiem czemu
 - No, chyba nie spodziewasz się, że ja ogarniam ten cały burdel. Praktycznie wszyscy są źli na wszystkich albo mają o coś żal albo nie wiem, co jeszcze. Po prostu nie ma już tego zaufania.
 - Dlatego jesteś w takim podłym nastroju?
 - No raczej!
 - Prędzej czy później się pogodzą. Nie ma co się martwić. Zawsze było u nas nerwowo.
 - Widziałaś się już z resztą? - zapytał nagle.
 - Tak.
 - No, to do ciebie już dawno powinno dotrzeć, że to nie takie proste.
 - Wszyscy mi to wmawiacie, a ja nie wierzę! Nie wierzę, że tyle wspólnych chwil ma odejść w zapomnienie przez jedną kłótnie, przy której nawet mnie nie było!
 - Niektórzy najwidoczniej inaczej wyobrażają sobie przyjaźń. - mruknął z goryczą w głosie.
 - Pomyślałeś, co będzie, jak wrócimy do szkoły? Ostatni rok, a my mamy go spędzić obrażeni na siebie z byle jakiego powodu?
 - Obwiniasz mnie. - spojrzał na mnie, jakbym wyrządziła mu wielką niesprawiedliwość.
 - Nie zrozum mnie źle, ale wyjechałam na kurs rysunku całą drogę żałując, że was opuszczam. Codziennie wam zazdrościłam tego, że możecie spędzać ze sobą czas. I nagle dzwoni do mnie Rod mówiąc, że wszystko się popsuło. Przyjeżdżam do domu, a wy nie jesteście w stanie przedstawić żadnych sensownych argumentów, dla których w ogóle się do siebie nie odzywacie. Jak mam was nie obwiniać?
 - Może i jest tak, że tylko ja tak to widzę, ale to już jest tak poplątane, że wszyscy są tak samo winni i nie ma sensu rozstrzygać, kto bardziej, a kto mniej. Popatrz: Kalipso zdradziła Roda, ale potem odrzuciła Hauru. Rod traktował ją po tym jak powietrze, a o Hauru sam nie wiem, co myśli. Rafaela broni Roda jak lwica, nie patrząc na fakty. W końcu Anti próbowała jakoś działać (i chwała jej za to), ale najwidoczniej niezbyt umiejętnie. A ja... no nie wiem, wszystko źle...
 - Skoro wszyscy są winni, to może trzeba sobie po prostu wybaczyć i zacząć wszystko od nowa?
 - Weź ich przekonaj...
 - Żebyś wiedział, że spróbuję! Widzimy się jutro i nie ma żadnych wymówek. A skoro jest w to wplątana też ta Rafaela, to możesz jej powiedzieć, żeby przyszła. Chętnie ją poznam i załatwimy wszystko za jednym razem!
 - Trzymam kciuki. - spróbował zasymulować uśmiech.
 - Już się tak nie martw! Wszystko się ułoży... o właśnie! I przyniosę ci książkę. Dziś z pośpiechu zapomniałam.
 - Jaką książkę? - zapytał szczerze zdumiony.
 - No tą, którą wypożyczyłeś z biblioteki z Romeem. Przecież zostawiłam ci karteczkę, że oddam ci ją po powrocie z Francji.
 - Cholera! - złapał się za głowę. - A więc to ty?! Nie znalazłem tej karteczki, a tak w ogóle to już o tej książce zapomniałem i pewnie mam karę do zapłacenia i... A zresztą!
 - Przepraszam... - zrobiło mi się głupio, że Benvolio ma przeze mnie kolejne problemy na głowie. - Rzeczywiście mogłam ci powiedzieć zamiast...
   Machnął ręką, ale widać było, że humor trochę mu się poprawił.
 - Czyli jutro w parku? O zwykłej godzinie?
 - Tak. Już najwyższy czas, żeby ktoś doprowadził was do porządku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz