niedziela, 25 sierpnia 2013

13. Wisielec

 Kalipso

   Byłam pewna, że dziś nic się nie wydarzy. A jednak los zdołał mnie zaskoczyć. Butelka, zakręcona przez Benvolia, wskazała na mnie.
 - Hahahahaha!! - usłyszeliśmy po chwili obłąkańczy śmiech Benvolia. - Nie wierzę! Ale będzie zemsta! Niech no tylko coś wymyślę...
 - Mojego zadania i tak nie przebijesz! - droczyłam się.
 - Zobaczymy, daj mi tylko chwilę namysłu!
 - Wow... braciszku... to ty myślisz?! - spytał Romeo znad klawiatury swojego telefonu, z którym się nie rozstawał.
 - W takich warunkach tylko o twojej śmierci... Chwilę...
 - Dwie godziny później... - mruknął Rod.
 - Mmmmam! - zawołał Benvolio, czując presję ze strony reszty. - Tam, przy tej alejce, gdzie zawsze spacerują starsi ludzie, matki z dziećmi i w ogóle - stoi wielki buk, pomnik przyrody chyba. Zawiesisz na nim kukłę-wisielca. Taka ozdoba! - uśmiechnął się, pewnie wyobrażając sobie efekt.
 - Tylko na tyle cię stać? - spytałam.
 - Jak to tylko? - zapytał zdziwiony. - Ty wiesz, jakie to wysokie? Na pewno kiedyś je widziałaś! Trochę się namęczysz wchodząc na samą górę.
 - Nie kojarzę tego drzewa ale co tam. To nie może być trudne.
 - Kalipso... Ono jest na prawdę wysokie... Nie uważacie, że to trochę ryzykowne? - spytała Ciris.
   Siedząca obok niej Anti uśmiechnęła się ze współczuciem.
 - Może weź ze sobą jakiegoś silnego faceta... - zasugerowała. - Wiesz, jakby trzeba było cię łapać...
 - Ja pójdę. - powiedzieli jednocześnie Rod i Hauru.
 - No to względy BHP mamy za sobą. - powiedziała Ciris uśmiechając się półgębkiem.
 - No nie wiem, czy im ufać, ale chyba nie mam innej możliwości... - westchnął Benvolio. - Raport jutro rano?
 - Tak. - odpowiedziałam. - Anti, chcesz iść z nami, żeby robić zdjęcia do kroniki? - Spytałam pełna nadziei, że nie zostanę z chłopakami sama. Od zajścia w remizie czułam się trochę niepewnie w towarzystwie Hauru. W dodatku wiedziałam, że chłopaki mają ze sobą na pieńku.
 - Wybacz, mam dziś mnóstwo roboty w domu, a skoro Hauru też ma aparat, to chyba skorzystam z okazji... - powiedziała z przepraszającym uśmiechem.
 - Jasne... - jęknęłam. - No dobrze... chodźmy znaleźć to drzewo...
   Gdy tylko wyszliśmy w opisaną przez Benvolia alejkę, od razu zobaczyłam wielki buk. Po prostu nie dało się go nie zauważyć. Gdybym nie wiedziała, że Dąb Bartek rośnie w Świętokrzyskim, pomyślałabym, że właśnie przed nim stoję.
 - Aha... - powiedziałam zadzierając głowę do góry. - Fajnie...
 - Spokojnie, damy radę cię złapać, prawda Hauru? - usiłował mnie pocieszać Rod.
 - Jasne. - odpowiedział blondyn. - Z resztą jesteś zwinna. Poradzisz sobie, a my się tu wynudzimy.
 - Dzięki chłopaki... - westchnęłam. - No dobra... Zacznijmy od wisielca.
   Idąc w tą stronę mijaliśmy pole pszenicy, na którym stał stary strach na wróble. Sporo się namocowałam, żeby wyciągnąć go z ziemi, ale przynajmniej sprawę zrobienia kukły, miałam za sobą. Przewiązałam stracha sznurem i przerzuciłam linę przez najbliższy konar.
Jeszcze raz odetchnęłam, po czym zaczęłam wspinaczkę. Gdy znalazłam się na gałęzi z
powrozem, wciągnęłam stracha na górę. Okazało się, że wcale nie jest taki lekki, jakby się wydawało. Zachwiałam się. 
 - Wszystko w porządku? - usłyszałam z dołu niespokojny głos Roda.
 - Człowieku, opanuj się z tym zamartwianiem. - jęknął Hauru, zanim zdążyłam się odezwać. - Lepiej spójrz, jakie Kalipso ma piękne nogi!
 - Lepiej, żeby wyszły z tego żywe, jak cała Kalipso. - mruknął mój chłopak zirytowany.
 - Kalipso chodzi po drzewach chyba od urodzenia, a przez rok wspinała się na skałkach. Ja bym się o nią nie martwił.
 - Daj spokój, kiedy to było?
 - Nieważne... Tego się nie zapomina tak samo jak jazdy na rowerze.
   Postanowiłam nie wtrącać się do ich dyskusji i powoli wchodzić wyżej na drzewo.
 - Do czego to doszło... W piękny, wakacyjny dzień, siedzę tu z tobą, a co gorsza, muszę cię pocieszać! - zażartował Hauru.
 - Nie musisz mnie pocieszać, nie musisz nawet tutaj siedzieć.
 - Czy ty siebie słyszysz? Przed chwilą jeszcze martwiłeś się, że Kalipso spadnie. A jeśli tak, to zastanów się, kiedy będzie miała większe szanse, że ktoś ją złapie? Nie zamierzam się stąd ruszyć.
 - Czyli ty też się o nią boisz! Widzisz?
 - To nie tak... Po prostu... e... Naukowcy Amerykańscy udowodnili, że świadomość asekuracji wpływa pozytywnie na osobę wspinającą się! Najwięcej wypadków zdarza się, kiedy osoba taka dowiaduje się, że zabezpieczenie jest uszkodzone bądź go nie ma! O!
   Rod zaśmiał się i kręcąc głową, odparł:
 - Mam wszelkie podstawy do tego, żeby ci nie wierzyć, wiesz?
 - Wypraszam sobie! Czytałem to ze dwa tygodnie temu w..."The New York Times".
 - Kręcisz, Hauru, ale nieważne.
   W czasie ich rozmowy zdołałam już minąć połowę drogi (a przynajmniej tak mi się wydawało). Chłopaki na dole ucichli. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno jeszcze tam są.
 - Hej... słyszę, że skończyliście flirtować! Co tam robicie? Bo mam nadzieję, że nie to o czym myślę... - starałam się rozładować atmosferę.
 - Dokładnie to! - odkrzyknął Hauru. - Już wiem, czemu z nim jesteś!
   Chichoty zdawały się to potwierdzać...
 - Nie będziemy cię rozpraszać, kiedy męczysz się tam na górze. - zawołał z dołu Rod.
 - To jest zdrada! - udawałam oburzoną. - Jak mogłeś?!
   Już myślałam, że wszystko jest w porządku, kiedy Hauru spytał:
 - Mówisz do mnie, czy do niego?
   Przestałam się uśmiechać. Przypomniało mi się zdarzenie z remizy. Dobrze, że byłam na górze i Rod nie mógł zobaczyć mojej miny. Na prawdę nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Moje serce waliło mocniej, a myśli, które przychodziły do głowy, były po prostu niedorzeczne.
 - Jak ci idzie? - zapytał mój chłopak, kończąc żarty.
 - Jeszcze jakieś dwa metry... Albo z półtora.
 - No to już końcówka.
    Po pół metra stwierdziłam, że nie ma sensu wchodzić wyżej. I tak Benvolio nie ma prawa się do mnie przyczepić. W życiu nie byłam tak wysoko na żadnym drzewie. Ostatnim wysiłkiem wciągnęłam stracha na wróble na górę i obwiązałam mu sznur wokół szyi.
 - Ciekawe, czy pętlę wiąże się tak samo jak krawat... - spytałam samą siebie po czym przywiązałam drugi koniec liny do gałęzi i zawiesiłam "ozdobę" na starym buku.
 - Gotowe! - krzyknęłam do chłopaków. - Zaraz schodzę! Więc skończcie to, co tam robiliście!
 - Zamierzasz teraz spadać? - zapytał Rod niby żartem.
 - Zepsułeś niespodziankę!
 - Ech... Wybacz, nie mam wyczucia.
 - Niedobrze, że to mówisz... Brak wyczucia plus łapanie spadającej Kalipso... To nie zapowiada się zbyt optymistycznie. - zażartował Hauru.
 - Ee tam, złapać to potrafi każdy z odrobiną mięśni i funkcjonującym mózgiem, nawet ty.
 - To było chamskie. Nie wiem po co ja w ogóle staram się być dziś dla ciebie miły. Po pierwsze: gdybyśmy się pobili, to ta moja "odrobina mięśni" posłałaby cię do szpitala. A po drugie: nie powinieneś oceniać książki po okładce.
 - Znamy się nie od dziś, więc myślałem, że podejdziesz do tego żartu bardziej na luzie...
 - Nie znasz mnie, jeśli myślisz, że coś takiego mnie rozbawi.
 - Nie ciebie ma bawić, ale wszystkich innych.
 - Jakoś nie widzę tutaj "wszystkich innych" więc mógłbyś sobie odpuścić.
 - Okej, sorry, może to rzeczywiście nie było na poziomie. - rzucił Rod od niechcenia. Nie lubił przyznawać się do błędów, więc na pewno przyszło mu to z trudem.
   Znów zapadła cisza. Od ziemi dzieliły mnie już tylko cztery metry, kiedy przez nieuwagę (i napiętą sytuację tam na dole) poślizgnęłam się i zawisłam na gałęzi, trzymając się jej obiema rękami.
 - Cholera! - warknęłam nie mogąc trafić nogami na żadną gałąź niżej.
 - Kalipso! - usłyszałam z dołu krzyk. - Nic ci nie jest? Dasz radę wejść na ten konar?
 - Wszystko... pod kontrolą! - odkrzyknęłam. - Muszę tylko... się podciągnąć...
   Pożałowałam, że od pewnego czasu przestałam regularnie ćwiczyć. Prosta kiedyś czynność wydała mi się teraz niemożliwa. Zakręciło mi się w głowie od napływu adrenaliny.
Czułam, jak powoli słabną mi ręce. Psychicznie przygotowywałam się na upadek.
 - Rod, stój tu i łap ją, jeśli nie wytrzyma. - powiedział Hauru, a sam zaczął wspinać się na drzewo.
 - Jasne.
   Przeklinałam samą siebie za swoje rozkojarzenie. To nie tak miało się skończyć... Nie moją wizytą w szpitalu i przesłuchaniu na komisariacie Roda i Hauru. W dodatku pewnie potem się pobiją o to, czyja to była wina. Chłopcy już tak mają.
 - Jeszcze chwilka. - usłyszałam gdzieś niedaleko głos blondyna.
 - Nigdzie się nie wybieram... - jęknęłam.
 - Mało zabawne. - powiedział Hauru chwytając mnie za rękę. - Możesz już puścić.
   Akurat... Gdyby nie to, że wisiałam cztery metry nad ziemią, na pewno bym to zrobiła. Ale w tych okolicznościach....
 - Kalipso... Proszę tylko o odrobinę zaufania.
   Zaufać Hauru... Ja chyba zwariowałam. Zamknęłam oczy i oderwałam rękę od konaru. Opadłam trochę niżej, ale zaraz zatrzymałam się w powietrzu. Jedynym łącznikiem z rzeczywistością była dłoń chłopaka. Otworzyłam oczy i na niego spojrzałam. Uśmiechnął się z wysiłkiem. 
 - W takich sytuacjach zwykle się mówi "nie patrz w dół", ale muszę cię prosić, żebyś znalazła tam jakąś gałąź, bo oboje spadniemy. A nie wiadomo kogo teraz asekuruje Rod.
   Pięć minut później stałam na ziemi obejmowana przez spokojnego już Roda. Gładził mnie po włosach i dopytywał, czy na pewno wszystko w porządku. A ja tylko myślałam o tym, że nie doceniałam chłopaka, który był gotów zaryzykować własne zdrowie dla mojego bezpieczeństwa. Dlaczego go tak bardzo lekceważyłam?
 - To ja będę się zbierać. - powiedział Hauru.
 - Okej, to ja odprowadzę Kalipso do domu. Cześć! - zawołał szybko mój chłopak.
 - Jeszcze raz dziękuję za ratunek... - zwróciłam się do blondyna i pocałowałam go w policzek. A potem odezwałam się do Roda:
 - Proszę: żadnych komentarzy.
 - O to nie musisz się martwić. - odparł śmiejąc się.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

12. I jak tu kochać rodzeństwo?!

 Benvolio

   Pierwsze spięcia były już za nami, a że po burzy zawsze wychodzi słońce, szykował się kolejny zwykły dzień - chyba już nawet zalatujący rutyną. I oczywiście w tak zwyczajny, piękny swoją zwyczajnością dzień znowu musieli mi dostarczyć adrenaliny! Już drugi raz butelka wskazała mnie i tym razem również byłem pełen obaw, w jaki sposób będą się dzisiaj nade mną znęcać moi kochani przyjaciele - tym bardziej, że wymyślać miała ruda!
 - Benvolio... znowu ty... No i co ja mam teraz z tobą zrobić... - Kalipso ponownie zaczęła ze mną swoją sadystyczną grę. Tylko nie to... Zastanawiała się zamiast rzucić pierwszy lepszy pomysł. To nie mogło się skończyć dobrze.
 - Mmm.... A może... nie, to zbyt proste.... Wiem! Oh... to jest genialne! Benvolio! Pójdziesz do największej biblioteki w mieście i wypożyczysz "Kamasutrę". Oczywiście na swoje nazwisko! I weź ze sobą młodszego brata. - dodała po chwili namysłu.
   Zrezygnowany zwiesiłem głowę. Tym razem już nie mogłem robić z siebie idioty anonimowo. Nieważne! Najgorsze było to, że miałem w to wciągać brata!
 - Ej, nie zgadzam się! On nie gra w to! Nie traktuj go jak rekwizyt. - zaprotestowałem.
 - Pomyślałam, że może zacząłby grać. - Odpowiedziała Kalipso i ukradkiem spojrzała na Ciris.
 - Co się dzieje? - Spytał Hauru dostrzegając porozumiewawczy wzrok dziewczyn.
 - Ciris?
 - Od przyszłego tygodnia nie będę mogła przychodzić na spotkania. - Dziewczyna zwiesiła głowę - Przyjęto mnie na kurs rysunku w Bourges... Myślałam, że się nie zakwalifikuję, ale w ostatniej chwili przyszedł mail no i... wyjeżdżam do Francji.
   Po pierwszym szoku przyszedł drugi, tłumiący ten poprzedni. I teraz wstrząśnięci byliśmy wszyscy.
 - Przepraszam - przerwała ponownie ciszę - Nie chciałam wam psuć zabawy... Już się umówiłam z Anti, że zajmie się robieniem zdjęć do kroniki i w ogóle....
 - Nie musisz przepraszać. Cieszymy się, że udało ci się załapać. - Powiedziała Kalipso
 - Zostaje nam życzyć powodzenia. - podsumował Rod.
 - Dzięki. - Uśmiechnęła się. - Bałam się że na mnie nawrzeszczycie... No... to może wróćmy do gry
 - No po co wrzask? Bez przesady... - mruknąłem uspokojony. - Wrzeszczeć to ewentualnie będę na Kalipso, jeśli nie wynegocjuję subtelnej zmiany zadania.
 - Daj spokój, Benvolio. Z tego co wiem, twój brat jest tylko rok młodszy od nas. Co mu szkodzi? - Spytała ruda.
 - Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. W końcu on jest taki wrażliwy i naiwny... Zniszczycie go. - dodałem po chwili.
 - Wydaje mi się, że nie wiesz wszystkiego o swoim braciszku... - zaśmiał się Hauru.
 - Taaak? A niby czego?
 - Oj nie wiem czy ci mówić... potem jeszcze do życiorysu mi dopiszą, że rozbijałem rodziny... głupio mieć takie coś w aktach.
 - Gadaj. - westchnąłem. - Pewnie i tak to wiem.
 - W sumie korci mnie, żeby to powiedzieć... Okej. Jakoś tuż po feriach zimowych poszedłem do łazienki w czasie lekcji. Oczywiście do damskiej, bo byłem z kimś umówiony... mniejsza o to... w każdym razie weszliśmy do kabiny, było miło... i wtedy usłyszeliśmy hałas. Myślałem, że to jakiś nauczyciel. Ale słychać było jakieś śmiechy i trzask kabiny obok. Kurde, byłem tak podniecony, że zaraz kogoś przyłapię... pożegnałem się z dziewczyną i czekałem. Zrobiło się trochę głośno... jeśli wiecie o co mi chodzi... A potem.... Kurde... Nawet nie wiesz jak mnie zatkało, gdy zobaczyłem Romea i Elę wychodzących z tej kabiny. Cicha woda z tego twojego braciszka....
   Przez moment siedziałem cicho, patrząc w ziemię z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy.
 - No i? - zaniepokoiła się Antiochis.
   Roześmiałem się. Już nie mogłem się powstrzymać.
 - Tak tej Elki nie cierpiał! Naprawdę zadziwiające! Tak narzekał, że łazi za nim taka pryszczata! I co? Jak mógłby nie przepuścić choć jednej laski! Choćby pryszczatej! - zanosiłem się ze śmiechu.
 - Czyli nie będzie problemu, żeby zabrać go ze sobą do biblioteki. - Stwierdziła Kalipso z szerokim uśmiechem
 - Wątpię, żebyśmy byli zdolni bardziej go zniszczyć
 - Hej! Ale tłumaczenie mu zasad gry mogę zrzucić na ciebie, prawda?
 - Lepiej na Kalipso niż na Hauru - westchnęła Ciris.
 - Jasne. Załatwię to. - Powiedziała ruda
   W nieco lepszych humorach wstaliśmy z trawy i pod moją komendą ruszyliśmy pod dom.
Tak, jak się tego spodziewałem, Romea zastaliśmy w ogrodzie, leżącego na trawie i piszącego SMSy. Widok całej naszej ekipy z początku go trochę zirytował - pewnie myślał, że wejdziemy do środka i będziemy hałasować, buszując jak zwykle po pokojach. Gdy zorientował się, że to do niego mamy sprawę... jak gdyby nigdy nic wrócił do pisania wiadomości! Oczywiście, mój kochany braciszek uwielbiał robić z siebie gwiazdę i co najgorsze, robił to tak naturalnie, jakby właśnie gwiazdą się urodził. Powitania zupełnie zignorował. Nawet nie wstał, kiedy do niego podeszliśmy, a swoim spojrzeniem zaszczycił nas dopiero, gdy odezwała się Kalipso.
 - Serio? SMS-y? Nie wiem jak Benvolio mógł jeszcze cię do nas nie przyprowadzić...
   Braciszek uniósł jedną brew i patrząc to na Kalipso, to na mnie, czekał na dalsze wyjaśnienia, a my, zupełnie rozluźnieni, rozsiedliśmy się na trawie obok niego.
Ruda bez zbędnych ceregieli i anegdot objaśniła mu pokrótce zasady gry, irytując się co chwila na Hauru, który nieustannie przerywał jej wywód swoimi komentarzami. Zdarzało się, że Romeo nie od razu rozumiał, o co jej chodzi. Wtedy dołączałem się ja i kombinowałem dopóki, dopóty coś w tym jego niezbyt rozwiniętym mózgu nie przeskoczyło, aż wreszcie po kilkudziesięciu minutach tłumaczenia miał pełen obraz naszej zabawy.
 - Nooo tak to się spędza wakacje! Nieładnie, Benvolio, nieładnie! - skarcił mnie jakbym to ja był wyrośniętym gimnazjalistą. - Ale podoba mi się. Wchodzę w to.
   Chyba nie byłem zbyt szczęśliwy z tego powodu, ale reszta ferajny - jak najbardziej.
 - Wiedziałem, że chłopak się zgodzi. Moja krew. - Zaśmiał się Hauru. - Wiesz co, Benvolio? Zamienilibyśmy się. Oddam ci moją siostrę za takiego brata!
 - Zawsze możemy pójść poznać również twoją siostrę. - Powiedziała Kalipso. - Im więcej osób tym lepiej.
 - Oj nie... Kalipso, z całym szacunkiem, ale NIE. Nie chcecie jej poznać.
 - Nie przekonamy się, dopóki nie sprawdzimy! - zaśmiałem się.
 - NIE! Po moim trupie! To jest perfidna, podstępna żmija. Poderżnęłaby mi gardło gdyby nie to, że uwielbia mnie gnębić. Nie! Wykluczone! Wróćmy do zadania Benvolia.
 - Nie ucieknie. - machnąłem ręką. - Prawda?
 - Wiesz co... może przełóżmy poznawanie rodziny Hauru na jutro... - odpowiedziała mi Kalipso nagle tracąc dobry humor.
   Westchnąłem.
 - No to lecimy!
 - Gdzie? - Spytał Romeo podnosząc się z trawy i wciskając telefon do kieszeni.
 - No jak to gdzie? Wykonywać twoje pierwsze zadanie. Zresztą zobaczysz.
 - Ej... o co chodzi?! Nie mówiliście, że będę miał od razu jakieś zadanie! To oszustwo!
 - Nie oszustwo. Idziesz z Benvoliem. To jego zadanie, a ty masz mu tylko towarzyszyć. - Odpowiedziała Kalipso.
 - I tak kompromitujemy się obaj. - wyszczerzyłem się, po czym ruszyłem w kierunku ulicy, ciągnąc za sobą brata. Inni szli tuż za nami.
   Bez problemu dotarliśmy do biblioteki. W końcu monumentalny budynek w samym centrum miasta nie mógłby ujść nawet naszej uwadze. Ustaliliśmy ostatnie szczegóły i w mniejszych grupach weszliśmy do środka, ja i Romeo jako ostatni.
 - Serio? Do biblioteki cię wysłali? Ha! Mają cię za takiego półgłówka, że myślą, że w życiu książki nie przeczytałeś... a nie. Chwila. Ty rzeczywiście książki w życiu na oczy nie widziałeś.
 - Przymknij się! Poznał słowo "książka" i od razu musi się tym chwalić... - odparowałem, po czym zacząłem rozglądać się po wnętrzu. Było ogromne! Nie wiedziałem, jak znajdę tę pozycję, skoro nawet nie byłem pewien co do piętra. To oznaczało, że będę musiał kogoś prosić o pomoc...
   Najpierw należało się jednak zapisać - bez tego nie moglibyśmy nawet dotknąć księgozbioru. Nie byłoby to problemem, gdyby nie Romeo, który jak zwykle nie mógł usiedzieć na miejscu. Wkrótce uporałem się z tym jednak i weszliśmy między biblioteczne półki.
 - Czego szukasz? Pomogę ci, bo pewnie nawet nie nauczyłeś się czytać i teraz udajesz, że rozumiesz tytuły.
 - Znajdź mi indyjskie księgi, mądralo.
 - Indyjskie?! Mój brat zwariował... Pójdę załatwić lekarza od chorób psychicznych...
 - To się nazywa psychiatra. Nieważne, już znalazłem. - rzuciłem. Na szczęście od wejścia działy ułożono chronologicznie i szybko odszukałem starożytne wschodnie pisma. Teraz zostało nam już tylko przekopanie kilkudziesięciu regałów wypełnionych rozsypującymi się przedrukami bzdur sprzed naszej ery. Tylko.
   Wepchnąłem braciszka między półki i sam zacząłem rozglądać się za niezbyt starym wydaniem niegrubej książki. I pewnie jest tu sporo jej egzemplarzy...
 - Umrę z nudów.... po co tu łazimy? Nawet nie wiem czego szukasz. O! Jest ktoś z informacji!
   Zanim zdążyłem go powstrzymać już podszedł do stojącej w pobliżu nas drobnej brunetki w okularach i służbowym bibliotecznym mundurku.
 - Dzień dobry! - usłyszałem jego pełen entuzjazmu głos. - Szukamy książki. Czy mogłaby nam pani pomóc?
 - Oczywiście. - odpowiedziała łagodnie. - O jaką pozycję chodzi?
 - Brat wie, zaraz go zawołam. Benvolio?
   I jak tu go ścierpieć? Przykleiłem do twarzy sztuczny uśmiech i odwróciłem się do bibliotekarki.
 - Chodzi o Kamasutrę. - powiedziałem prawie szeptem.
 - Ach! A więc to tak! - zaśmiała się lekko. - Zapraszam za mną.
 - Co ty powiedziałeś? Nie dosłyszałem! - Dopytywał Romeo idąc za mną.
 - Dowiesz się za chwilę.
   Zanim skończyłem zdanie, prowadząca nas kobieta zatrzymała się przy jednej z półek. Przy tej samej, przy której wałęsali się już uśmiechający się tajemniczo Hauru i tłumiąca śmiech Antiochis. Niech to szlag! Mają dodatkowy ubaw!
- Na tej półce są klasyczne wydania, a na tamtej - różne wersje rozszerzone.
- Dziękujemy bardzo. - szepnąłem zestresowany.
- Miłej lektury! - uśmiechnęła się szeroko, odwróciła się na pięcie i odeszła w kierunku innych regałów.
 Romeo nie tracąc ani chwili sięgnął po książkę. Otworzył ją na byle jakiej stronie i zaraz wybuchnął śmiechem.
 - Kto na to wpadł?!
 - Ciszej! - syknąłem. - To biblioteka! A wymyśliła to Kalipso. Chodźmy wypożyczyć to i dam ci spokój.
 - Jest wolna?
 - Odczep się od Kalipso! - Warknął natychmiast Hauru. - Ona jest z Rodem.
    Zaśmiałem się cicho.
 - Zdekonspirowałeś się, wiesz?
 - Nie wiem o co ci chodzi - odpowiedział blondyn uciekając wzrokiem na półki z książkami.
 - Nieważne, kończymy tę szopkę.
   Chwyciłem Romea za ramię, a drugą ręką zgarnąłem jeden egzemplarz Kamasutry i ruszyłem w kierunku biurek.
   Dalej poszło jak z płatka - bo do dziwnych spojrzeń już się przyzwyczaiłem, a i tak uwagę ściągał na siebie mój brat. Albo Kalipso pomyliła się, albo jednak miała dla mnie litość. I chwała jej za to! Już po chwili wychodziliśmy z gmachu, triumfalnie wznosząc nad głowami zdobytą Kamasutrę, czym wzbudziliśmy zainteresowanie przechodniów. Ale co z tego! Teraz to i ja świetnie się bawiłem, zwłaszcza że nasza ekipa zebrała się teraz wokół nas i zaczęła wiwatować, przez co Romeo zaczął...
 - Jestem ciekawy jak ty to przemycisz teraz do domu - Zaśmiał się mój irytujący brat.
 - Kto przemyci, ten przemyci. Jest ktoś chętny? - zapytałem patrząc wymownie na Hauru.
 - O nie, stary. Nie tym razem. Ja to już znam na pamięć.
 - Naprawdę nikt? No trudno. - schowałem książkę do plecaka i zarzuciłem go na plecy. - Zapraszam do nas na obiad!
 - E... braciszku? Pamiętasz, że ty dziś gotujesz?
 - A wiesz, że przez noc gotował się rosół?
 - A wiesz, że pies potrącił garnek i nic nie ma?
 - Nie mamy psa. - westchnąłem.
 - Ale sąsiedzi mają i poprosili mnie, żebym się nim opiekował.
 - Oj, przestań kręcić, młody. Najwyżej coś ugotujemy. Idziemy!
 - Nie kręcę! Zobaczysz!
   I tak przekomarzając się szliśmy razem z pozostałą częścią ekipy w kierunku naszego domu.
   Marsz zakończyliśmy fantastyczną zabawą w naszej kuchni (jakie to szczęście, że rodzice jeszcze nie wrócili!), po czym przyjaciele po kolei rozeszli się do swoich domów.
Kto by pomyślał, że po wykonaniu tego zadania będę się czuł jak zwycięzca? I że przy wypakowywaniu plecaka na stół kuchenny nie znajdę wypożyczonej książki?
 - Romeo! - Krzyknąłem wbiegając do jego pokoju.
 - O co chodzi?
 - Ukradłeś książkę?
 - Odbiło ci? Po co miałbym to robić?!
   Po minie poznałem, że nie kłamie. Akurat tego nigdy nie umiał dobrze robić.
 - Jak zwykle wszystko na mnie zwalasz! A weź się wypchaj!
   Dałem mu spokój. Tylko w takim razie kto wziął książkę?

poniedziałek, 29 lipca 2013

Autoreklama... :P

Zapraszamy do polubienia naszej strony na facebooku:

https://www.facebook.com/wakacyjnabutelka

Wysyłamy tam powiadomienia o nowych notkach i takie tam... :D

                                                                        A i G
                                                                      Znów pisała A... -.-'

sobota, 27 lipca 2013

11. Unchained Melody

 Kalipso

   Śniły mi się lochy. Byłam przywiązana sznurem za ręce do ściany. Na podłodze leżało siano. Pot spływał mi po plecach. Nagle uświadomiłam sobie, że jest to ropa. W tym momencie iskra z pochodni spadła na podłoże. Zaczęło płonąć. Pożar się rozprzestrzeniał. Próbowałam się uwolnić, ale sznur był za gruby. Paliłam się. Krzyczałam.
   Obudziłam się zlana prawdziwym potem. Była 4 nad ranem. Wiedziałam, że już nie zasnę. Sięgnęłam po sennik.
Ogień - nadciągną ciężkie czasy
Lochy - Osaczenie, przytłoczenie, ograniczenie
Siano - poważne zajście
Sznur - Obawa, skrępowanie jakąś sytuacją
 - To będzie piękny dzień. - Mruknęłam do siebie pod nosem i wstałam z łóżka.

 - No nareszcie! - ucieszyła się Antiochis, gdy zakręcona przez nią butelka wskazała mnie. - Tylko ciebie jeszcze nie było.
 - Też nie mogłam się doczekać! - Odpowiedziałam ze szczerym zapałem. - Dawaj coś trudnego!
 - Pomyślmy... - powiedziała udając zamyślenie, chociaż widziałam, że ma już jakiś pomysł. - O! Nakręcisz filmik ze sceną taką jak w "Uwierz w ducha". Chodzi mi o tę z lepieniem garnka. Będziesz grała ty i ktoś jeszcze SPOZA NASZEJ GRUPY.
 - Co?! Nie zgadzam się! Wykluczone!! - oburzył się nagle Rod.
 - Przecież tam do niczego nie dochodzi! Oni tylko lepią garnek! - Zaśmiał się Hauru.
 - Mówisz, jakbyś w życiu tego filmu nie oglądał!
 - Aaaaa.... masz na myśli tą dalszą część? Ale to tylko jeden całus... albo dwa... albo w zasadzie to cała gra wstępna....
 - Spokojnie, mam na myśli tylko tę część, póki jeszcze lepią ten garnek, nie dalej. - zaśmiała się Anti.
 - Całkiem fajny pomysł. - Przyznałam. - Tylko skąd ja teraz wezmę aktora....
 - Oj, dasz radę, ty na pewno coś wymyślisz.
 - Dobra... - Westchnęłam. - Hauru, możesz mi pożyczyć swoją kamerę?
 - Jasne. - Wyszczerzył się. - Ale tylko jeśli sam będę nagrywał.
 - I tak to potem wszyscy zobaczymy. - Znowu odezwał się Rod.
 - Mam na myśli to, że to jest PROFESJONALNA kamera i boję się, że ktoś mógłby ją źle obsłużyć. Wcale nie zależy mi na tym, by oglądać Kalipso w tej dwuznacznej sytuacji...
   Mrugnął do mnie okiem
 - Kalipso, jesteś pewna, że... - zapytał łagodniejszym głosem.
 - To tylko głupi filmik. Nie ma czym się przejmować. - Pocałowałam go w policzek.
 - Oj, dajcie spokój, ona nie idzie na wojnę! - zaczął się irytować Benvolio. - Chodźmy już!
 - Hauru, zadzwonię do ciebie za jakieś dwie godziny. Mam nadzieję, że do tego czasu uda mi się kogoś znaleźć. - Powiedziałam i pobiegłam do domu.
   Pamiętałam, że ostatnio dostałam ulotkę z reklamą jakiś zajęć plastycznych. Zastanawiałam się nawet, czy się na nie nie zapisać. Były prowadzone przez (podobno) znaną malarkę w starej remizie przerobionej na warsztat artystyczny i galerię sztuki.
Znalazłam! Zajęcia odbywają się przez całe wakacje od 8:00 do 14:00. Nie zastanawiając się długo, pognałam do garażu, wsiadłam na rower i pojechałam do miasta. 
   Właścicielka remizy okazała się bardzo miłą, młodą kobietą. Pozwoliła mi nakręcić film w jej pracowni oraz poprosiła jednego z chłopaków, żeby w nim zagrał. Jedynym warunkiem było to, że nagramy ujęcie po zajęciach i wyślemy jej efekt końcowy.

   O godzinie 14:00 zostaliśmy sami w remizie - ja, Artur i Hauru.
 - To od czego zaczynamy? - spytał Artur.
   Był to trochę nieśmiały chłopak. Ale jego koledzy mówili, że na scenie całkiem się zmienia. Miałam nadzieję, że nie robili sobie z nas żartów.
 - Może od stroju. - Zasugerował Hauru wyjmując statyw. - I miejsca akcji.
   W rogu pomieszczenia stało koło garncarskie i kilka półek z naczyniami. Artur wyciągnął glinę i zaczął przygotowywać pole pracy, Hauru zajął się montowaniem kamery, a ja poszłam się przebrać w biały kitel.
   Kiedy wróciłam do chłopaków, Hauru teatralnym gestem przetarł oczy ze zdumienia.
 - Teraz to się nie dziwię, że Rod miał takie obiekcje...
 - Nie wiem o co ci chodzi. - Odpowiedziałam.
   Co z tego, że koszula sięgała mi zaledwie do połowy uda, a spodni nie miałam...
   Usiadłam na stołku przy kole garncarskim i zanurzyłam palce w masie.
 - Zdajecie sobie sprawę, że nigdy czegoś takiego nie robiłam? - spytałam.
 - Doskonale. - Zaśmiał się Hauru. - A teraz cisza na planie! - Puścił muzykę - iiiiiiii... Akcja!
   Zaczęłam bezmyślnie bawić się gliną. Wtedy od tyłu podszedł do mnie Artur.
 - Co tutaj robisz?
 - Nie mogłam spać.
   Usiadł za mną i dotknął kawałka gliny, który jakoś udało mi się uformować.
 - Chyba zniszczyłem twoje dzieło sztuki...
 - Zrobimy nowe. Zanurz ręce w glinie...
   Chłopak przysunął się bliżej. W tym momencie stołek zadygotał i oboje spadliśmy na ziemię.
 - Całkiem niezła inwencja twórcza, ale nie tak wyglądała ta scena w filmie - zaśmiał się Hauru. - Nic wam nie jest?
   Podniosłam się z podłogi poprawiając sobie kitel. Artur otrzepał się.
 - To moja wina - powiedział. - Przepraszam.
 - Daj spokój. Wiadomo, że nie nakręcimy tego za pierwszym podejściem.
   Usiadłam z powrotem na stołku.
 - Od początku!
   Scenka szła całkiem nieźle... ale w pewnym momencie rękaw koszulki Artura wkręcił się w jakieś mechanizmy i znów musieliśmy przerwać.
 - Może lepiej to zdejmij - zasugerował Hauru - w filmie Swayze był nagi.
 - Czy ja wiem... - zaczął niepewnie chłopak.
 - Coś nie tak? - Spytałam.
 - Wolałbym tego nie robić...
 - Jak ci to pomoże, to też mogę się rozebrać - jęknął Hauru - Ale błagam, nakręćmy to już.
   Nie czekając na odpowiedź ściągnął z siebie koszulkę. 
 - Widzisz? Nic trudnego.
   Zauważyłam, że Artur się waha, ale w końcu to zrobił. Zaczęliśmy od nowa.
   Tym razem scenka wyszła jeszcze gorzej. Chłopak wydawał się ciągle rozkojarzony i niepewny.
 - Stop, stop, stop. - Przerwał Hauru. - To zupełnie nie tak miało wyglądać. Powiedz mi, o co chodzi w tej scenie? Kim są dla siebie Swayze i Moore?!
 - Są małżeństwem i się kochają?
 - Zła odpowiedź. Są młodymi ludźmi, którzy nie potrafią bez siebie żyć. Którzy napawają się każdą spędzoną razem chwilą. Którzy się o siebie troszczą. Więc gdy Moore mówi, że nie mogła spać, to Swayze chce dodać jej otuchy. Nie zrobi tego, jeśli sam będzie wystraszony! W tym momencie jego miłość i pewność siebie, mają pocieszyć Moore. Jesteś w stanie to zagrać?!
 - Spróbuję...
 - Od początku!
   Zaczęliśmy ponownie, ale nie mogłam się skupić. Słowa Hauru mocno mnie poruszyły. Jak to możliwe, że chłopak, taki jak on, posiada taką głębię uczuciową? Dobrze się na co dzień ukrywa... Te wszystkie żarty, flirty, niemoralne propozycje...
 - Stop! - Krzyknął znowu. - Nigdy wam to nie wyjdzie. Jedna buja w obłokach, a drugi się za nią chowa. Ludzie! Pobudka! Musimy to skończyć dzisiaj.
 - Przepraszam. - Szepnęłam. - Zamyśliłam się. Spróbujmy jeszcze raz.
 - To nic nie da. - Jęknął zrezygnowany Artur. - Nie wiem jak to zagrać.
 - Dobra... mamy kryzys... - Powiedział Hauru. - Ale to nic. To nic... Wiem! Stań na moim miejscu. Pokażę ci jak to zagrać, a potem po mnie powtórzysz. O ile Kalipso się zgodzi.
   Popatrzył na mnie wyczekująco.
- Jeśli to pomoże, to nie ma sprawy.
   Hauru przycisnął parę guzików na kamerze i magnetofonie i zaczęliśmy kolejny raz.
   Stanowczym acz delikatnym ruchem przyciągnął mnie do siebie. Gdy dotknął moich dłoni, przeszedł mnie dreszcz. Czule gładził moje ręce. Wtulił się w plecy ofiarowując rozkoszne ciepło. Zamknęłam oczy. Jego oddech na mojej szyi... taki powolny... Ten jeden drobny pocałunek za uchem... Lekkie muśnięcie... Zapach gliny... Świat przestał istnieć...
   A potem muzyka się skończyła.
 - I tak masz to zrobić! - Powiedział Hauru zwyczajnie ode mnie odchodząc.
   Ciężko oddychałam. Co się właśnie wydarzyło?!
   Blondyn znów majsterkował coś przy kamerze, a Artur stał za mną.
   Zrobiliśmy jeszcze dwa ujęcia. W końcu Hauru stwierdził, że poskleja lepsze fragmenty i może jako całość, będzie to jakoś wyglądać. Potem bez pożegnania wybiegł z remizy.

   Spotkaliśmy się o 20:00 w parku.
 - Kalipso... - poderwał się z ziemi Rod, kiedy tylko znalazłam się między świerkami, i objął mnie ramieniem. - Jak wam wyszło?
 - Mieliśmy pełno dubli - Westchnęłam. - kręcenie filmu nie jest aż tak łatwe jak myślałam...
 - Chodźcie! Już to puszczamy! - krzyknął Benvolio, przerywając rozmowę.
   Wszyscy usiedliśmy przy laptopie Hauru. Zaczynałam się stresować. Mam nadzieję, że nie zrobił żadnej głupoty... I ulga. Nagranie zostało bardzo dobrze zmontowane. I co najważniejsze: przedstawiało tylko mnie i Artura.
 - Fantastyczne! - Huknął roześmiany Benvolio, gdy tylko suwak odtwarzacza w komputerze dojechał do końca. - Nagrywanie pewnie też było zabawne, nie? Pokażcie duble!
 - Nie! - Krzyknęłam.
 - Chyba nie było aż tak źle? - Spytała sarkastycznie Ciris.
 - Oj, nie ma się czego wstydzić. - dodała życzliwie Anti. - Przecież od początku było wiadomo, że to będzie trudne. Jak wszystkie nasze zadania.
 - Jesteśmy wśród samych swoich! - Wrzasnął radośnie Benvolio, po czym zaczął się dobierać do komputera. - Hauru, gdzie to trzymasz? Zaraz puścimy...
   Nie wypadało, żebym rzuciła się na Benvolia i siłą wyrwała mu komputer. Chyba mój sen był proroczy... jak to szło? "obawa, osaczenie, poważne zajście". Mogłam się tylko modlić, że Hauru był na tyle mądry, żeby usunąć to nagranie albo przynajmniej je gdzieś schować.
Zakryłam oczy. Benvolio puścił film.
   Usłyszałam prucie się rękawów. Uff... to Artur
   Ciris zachichotała.
 - Mogliście to wmontować. Całkiem fajna scena.
   Potem przyszedł czas na upadek ze stołka.
 - No, to było dwuznaczne - zaśmiała się Antiochis.
 - Chyba już starczy. Potem nic takiego się nie wydarzyło. - Powiedział obojętnie Hauru.
 - No nie było aż tak strasznie - uśmiechnął się Rod.
   Nie miałam sił odwzajemnić uśmiechu.
 - Wiecie, jestem troczę zmęczona... Może rzeczywiście już skończymy - Powiedziałam.
 - Chodź, odprowadzę cię do domu. - rzucił luzacko mój chłopak, pomagając mi wstać.
 - Wrócę sama. - Odpowiedziałam. - Ale dziękuję.

czwartek, 25 lipca 2013

10. Mecz

 Antiochis

   Tego dnia pogoda nie zapowiadała nic dobrego - nad miastem wisiał jednolicie szary stratus, który zdawał się nie mieć żadnych granic. Już wychodząc z domu przeczuwałam, że stanie się coś nieprzyjemnego. I oczywiście stało się. Butelka zakręcona z rezygnacją przez zmęczoną Ciris po kilku niemrawych obrotach w wysuszonej trawie pokazała na mnie.
 - Skoro już jesteśmy przy głupich, sportowych zadaniach - stwierdziła z przekąsem - to zadanie dla ciebie brzmi: Pójdź na mecz piłki nożnej i śledź akcję bez odrywania wzroku.
   "No nie..." - pomyślałam, zwieszając głowę. Taka złośliwość wobec przyjaciółki powinna pozostać bez komentarza.
 - Masz na myśli dzisiejsze derby? - upewnił się Rod, a usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, zagwizdał cicho.
 - W jaki sposób zamierzamy sprawdzić, czy wykonała zadanie? - zapytał Benvolio.
 - Ktoś pójdzie z nią - Odpowiedziała Kalipso.
   Wszyscy popatrzyliśmy po sobie.
 - Pójdzie Rod. Już okazał swoje zainteresowanie. - rzuciłam bez przekonania.
 - Czyli jednak coś się wydarzyło w krzakach. - Powiedział teatralnym szeptem Hauru.
   Rod spojrzał na niego, jak na niesforne dziecko.
 - Jak tak dalej pójdzie, to pod koniec wakacji będziesz podrywać pielęgniarki w szpitalu na Lipowej.
 - Z jedną już kręciłem. Ta taka młoda szatynka... Miałem pobieranie krwi. Już nie patrzcie się tak na mnie!
 - Dobra. - westchnął Rod. - Ciris leci na siłownię, a my, Anti, spotykamy się koło 18 pod parkiem. A farciarze mają wolne.
   Pogoda trochę się poprawiła - lekki wiatr trochę rozpędził złowieszcze chmury - za to atmosfera... Dopiero gdy dotarłam pod park, poczułam, jak bardzo jestem spięta.
 - Idziemy? - zapytał z udawanym entuzjazmem Rod.
   Pokiwałam głową i od razu poszliśmy w stronę stadionu. Był niedaleko - dziesięć minut marszu, ale to oznaczało, że praktycznie od razu zaczęły się wokół nas pojawiać nieciekawe typy poubierane na specyficzne kolory, w dodatku niby-radośnie wrzeszczące jakieś hasła. Od tego momentu mój niepokój przerodził się ciągłą czujność. Nawet nie wiem w jaki sposób dotarliśmy do celu, bo "spacer" potwornie mi się dłużył. Rod kupił bilety i mijając rozwrzeszczany tłum, przedarliśmy się na nasze miejsca.
Początkowo trybuny były w dużej mierze puste, ale dość szybko zaczęły się zapełniać. I to kim! Ci wszyscy napakowani, nadpobudliwi goście siadali teraz wszędzie naokoło nas.
Czułam, że mecz będzie akurat najmniej zajmującą rzeczą tego wieczora.
 - Co ty taka spięta? - zapytał luzacko Rod. - Czym się tak denerwujesz? Nie ma czym! - zaczął się rozgadywać. 
   Oczywiście przestałam go słuchać po kilku pierwszych zdaniach bo przecież zaraz na miejscu bezpośrednio przy mnie usiadł łysy facet o sylwetce typu ABS i barkach tak szerokich, że wolałam skulić się i przesunąć trochę w drugą stronę.
   Gdy wreszcie rozpoczął się mecz, o dziwo, udało mi się trochę rozluźnić. Wszyscy byli skupieni biegających po boisku piłkarzach, więc spróbowałam pójść w ich ślady. Zresztą w ogóle poczułam się trochę bezpieczniej, więc nawet gdy stwierdziłam, że iluśtam facetów biegających za piłką mnie nie kręci (przynajmniej z tej odległości), to i tak zdołałam trochę się zrelaksować.
 - Ech... beznadziejnie grali. I jedni, i drudzy. - odezwał się mój towarzysz, przeciągając się. W przeciwieństwie do mnie śledził mecz z zapartym tchem. - Coś zamierzamy zrobić w przerwie?
 - Pójdę do toalety. - odparłam. - To tam na lewo od wejścia, tak?
 - Tak.
 - No to do zobaczenia na drugiej połowie.
   Ostrożnie wstałam, wyszłam spomiędzy rzędów siedzeń i skierowałam się w stronę wejścia, licząc na to, że i teraz zauważę niepozorny napis "WC". Na szczęście znalazłam go, ale moja radość okazała się przedwczesna - później nie pamiętałam, jak mam wrócić. Cała ja! nawet nie miałam biletów, żeby sprawdzić, które to były siedzenia. Miałam co prawda komórkę, ale dzwonienie do Roda uznałam za ostateczność. Póki co, starałam się odtworzyć trasę, którą tu przyszłam. I pewnie udałoby mi się to gdyby nie fakt, że prowadziła ona przez sam środek zagradzającej całe przejście grupy pokrzykujących kibiców jednej z drużyn. Na pierwszy rzut oka nie wyglądali tak strasznie, jak ci, którzy siedzieli obok nas w czasie meczu, ale szybko zauważyłam, że są mniej więcej w moim wieku. To mogło utrudnić przemknięcie między nimi niezauważenie. W końcu podobny wzrost i może jeszcze ktoś znajomy by się trafił... Tak czy owak, nie miałam wyboru. Musiałam zaryzykować. A ryzyko zawsze wiąże się z zagrożeniem. Poczułam to na własnej skórze, gdy przez nieuwagę wpakowałam się w sam środek bójki.
   Zaczęło się od tego, że próbowałam się przepychać pomiędzy ludźmi. To było samo w sobie trudne - stali w ciasnych grupach i na dodatek mocno gestykulowali. W pewnym momencie poczułam, że ktoś mnie chwyta za rękę.
 - Hej! Nie tak szybko! - usłyszałam męski głos.
   Od tamtego momentu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Gdy nieudolnie wyrywałam się, odezwała się jakaś dziewczyna: 
 - Piotrek, zostaw ją. 
 - A niby dlaczego? Może chcę poznać kogoś, a nie tylko zapierdalać wszędzie za tobą i tym twoim chłoptasiem?
 - Mam ci przyłożyć? - odezwał się ni stąd ni zowąd facet tuż przede mną i popychając mnie podszedł do tamtego.
   Posypały się wyzwiska, groźby i już po chwili wywiązała się pełnowymiarowa bójka z wianuszkiem przepychających się rozemocjonowanych kibiców dookoła. Kółko było zwarte, nie było szans się przedrzeć, a co gorsza - z każdą sekundą troszeczkę zmniejszało wymiary, coraz bardziej spychając mnie w stronę walczących. Sytuacja pogarszała się w takim tempie, że nie byłam w stanie myśleć racjonalnie. Wpadłam w panikę. I przez to zrealizowałam pierwszą myśl, jaka tylko przyszła mi do głowy. Chwyciłam leżący obok kamyk i, ręką galaretowatą ze strachu, rzuciłam nim w faceta stojącego akurat w miejscu, gdzie chciałam przejść. Bezmyślnie patrzyłam, jak zmienia się jego wyraz twarzy - od wyrażającego zdziwienie poprzez ból aż do ewidentnejwściekłości.
 - Który to?! - wrzasnął potężnym basem.
   Nie wiem, czy uzyskał jakąś odpowiedź, w każdym razie rzucił się na gościa, który stał za mną, a jego kolega - na tego obok. W mgnieniu oka powstała wielka bijatyka otaczająca mnie ze wszystkich stron. Ruszyłam zdrętwiałe z przerażenia nogi i unikając latających wszędzie pięści, wyplątałam się poza ich zasięg. Gdy dobiegłam do swojego miejsca na trybunach, Rod spokojnie siedział z nogami na krzesełku przed nim i popijał colę z puszki.
 - Co tak długo? - zapytał znudzonym głosem, podczas gdy próbując złapać oddech, padłam na swoje siedzenie. Po całym ciele przeszły mi dreszcze, mięśnie powoli się rozluźniały.
 - Długo? Przecież to tylko chwilka była.
 - Coś się wydarzyło? - zainteresował się moim zdyszeniem.
 - Aaa tam, nic takiego. Zresztą chyba nawet stąd ich widać. - rzuciłam.
   Spojrzał w kierunku wyjścia z trybun, najpierw mrużąc oczy, a potem szeroko je otwierając.
 - A to ccco? - mruknął z niedowierzaniem. - I ty stamtąd przyszłaś?!
 - Nnno i chyba nawet trochę przyłożyłam się do tego. Ale nie roztrząsajmy tego - zaczyna się mecz, a tamtymi zajmie się ochrona... albo policja...
   Druga połowa meczu nie przedstawiała się ani odrobinę ciekawiej. Albo po prostu nie mogłam się na niej skupić. W każdym razie po ogłoszeniu wyniku 0:0 powoli wyszliśmy z Rodem ze stadionu, pożegnaliśmy się i poszliśmy do domu. Bez dalszych przygód (przynajmniej jeśli chodzi o mnie), choć może w trochę szybszym tempie niż zwykle. Spokojnie - nareszcie!