niedziela, 25 sierpnia 2013

13. Wisielec

 Kalipso

   Byłam pewna, że dziś nic się nie wydarzy. A jednak los zdołał mnie zaskoczyć. Butelka, zakręcona przez Benvolia, wskazała na mnie.
 - Hahahahaha!! - usłyszeliśmy po chwili obłąkańczy śmiech Benvolia. - Nie wierzę! Ale będzie zemsta! Niech no tylko coś wymyślę...
 - Mojego zadania i tak nie przebijesz! - droczyłam się.
 - Zobaczymy, daj mi tylko chwilę namysłu!
 - Wow... braciszku... to ty myślisz?! - spytał Romeo znad klawiatury swojego telefonu, z którym się nie rozstawał.
 - W takich warunkach tylko o twojej śmierci... Chwilę...
 - Dwie godziny później... - mruknął Rod.
 - Mmmmam! - zawołał Benvolio, czując presję ze strony reszty. - Tam, przy tej alejce, gdzie zawsze spacerują starsi ludzie, matki z dziećmi i w ogóle - stoi wielki buk, pomnik przyrody chyba. Zawiesisz na nim kukłę-wisielca. Taka ozdoba! - uśmiechnął się, pewnie wyobrażając sobie efekt.
 - Tylko na tyle cię stać? - spytałam.
 - Jak to tylko? - zapytał zdziwiony. - Ty wiesz, jakie to wysokie? Na pewno kiedyś je widziałaś! Trochę się namęczysz wchodząc na samą górę.
 - Nie kojarzę tego drzewa ale co tam. To nie może być trudne.
 - Kalipso... Ono jest na prawdę wysokie... Nie uważacie, że to trochę ryzykowne? - spytała Ciris.
   Siedząca obok niej Anti uśmiechnęła się ze współczuciem.
 - Może weź ze sobą jakiegoś silnego faceta... - zasugerowała. - Wiesz, jakby trzeba było cię łapać...
 - Ja pójdę. - powiedzieli jednocześnie Rod i Hauru.
 - No to względy BHP mamy za sobą. - powiedziała Ciris uśmiechając się półgębkiem.
 - No nie wiem, czy im ufać, ale chyba nie mam innej możliwości... - westchnął Benvolio. - Raport jutro rano?
 - Tak. - odpowiedziałam. - Anti, chcesz iść z nami, żeby robić zdjęcia do kroniki? - Spytałam pełna nadziei, że nie zostanę z chłopakami sama. Od zajścia w remizie czułam się trochę niepewnie w towarzystwie Hauru. W dodatku wiedziałam, że chłopaki mają ze sobą na pieńku.
 - Wybacz, mam dziś mnóstwo roboty w domu, a skoro Hauru też ma aparat, to chyba skorzystam z okazji... - powiedziała z przepraszającym uśmiechem.
 - Jasne... - jęknęłam. - No dobrze... chodźmy znaleźć to drzewo...
   Gdy tylko wyszliśmy w opisaną przez Benvolia alejkę, od razu zobaczyłam wielki buk. Po prostu nie dało się go nie zauważyć. Gdybym nie wiedziała, że Dąb Bartek rośnie w Świętokrzyskim, pomyślałabym, że właśnie przed nim stoję.
 - Aha... - powiedziałam zadzierając głowę do góry. - Fajnie...
 - Spokojnie, damy radę cię złapać, prawda Hauru? - usiłował mnie pocieszać Rod.
 - Jasne. - odpowiedział blondyn. - Z resztą jesteś zwinna. Poradzisz sobie, a my się tu wynudzimy.
 - Dzięki chłopaki... - westchnęłam. - No dobra... Zacznijmy od wisielca.
   Idąc w tą stronę mijaliśmy pole pszenicy, na którym stał stary strach na wróble. Sporo się namocowałam, żeby wyciągnąć go z ziemi, ale przynajmniej sprawę zrobienia kukły, miałam za sobą. Przewiązałam stracha sznurem i przerzuciłam linę przez najbliższy konar.
Jeszcze raz odetchnęłam, po czym zaczęłam wspinaczkę. Gdy znalazłam się na gałęzi z
powrozem, wciągnęłam stracha na górę. Okazało się, że wcale nie jest taki lekki, jakby się wydawało. Zachwiałam się. 
 - Wszystko w porządku? - usłyszałam z dołu niespokojny głos Roda.
 - Człowieku, opanuj się z tym zamartwianiem. - jęknął Hauru, zanim zdążyłam się odezwać. - Lepiej spójrz, jakie Kalipso ma piękne nogi!
 - Lepiej, żeby wyszły z tego żywe, jak cała Kalipso. - mruknął mój chłopak zirytowany.
 - Kalipso chodzi po drzewach chyba od urodzenia, a przez rok wspinała się na skałkach. Ja bym się o nią nie martwił.
 - Daj spokój, kiedy to było?
 - Nieważne... Tego się nie zapomina tak samo jak jazdy na rowerze.
   Postanowiłam nie wtrącać się do ich dyskusji i powoli wchodzić wyżej na drzewo.
 - Do czego to doszło... W piękny, wakacyjny dzień, siedzę tu z tobą, a co gorsza, muszę cię pocieszać! - zażartował Hauru.
 - Nie musisz mnie pocieszać, nie musisz nawet tutaj siedzieć.
 - Czy ty siebie słyszysz? Przed chwilą jeszcze martwiłeś się, że Kalipso spadnie. A jeśli tak, to zastanów się, kiedy będzie miała większe szanse, że ktoś ją złapie? Nie zamierzam się stąd ruszyć.
 - Czyli ty też się o nią boisz! Widzisz?
 - To nie tak... Po prostu... e... Naukowcy Amerykańscy udowodnili, że świadomość asekuracji wpływa pozytywnie na osobę wspinającą się! Najwięcej wypadków zdarza się, kiedy osoba taka dowiaduje się, że zabezpieczenie jest uszkodzone bądź go nie ma! O!
   Rod zaśmiał się i kręcąc głową, odparł:
 - Mam wszelkie podstawy do tego, żeby ci nie wierzyć, wiesz?
 - Wypraszam sobie! Czytałem to ze dwa tygodnie temu w..."The New York Times".
 - Kręcisz, Hauru, ale nieważne.
   W czasie ich rozmowy zdołałam już minąć połowę drogi (a przynajmniej tak mi się wydawało). Chłopaki na dole ucichli. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno jeszcze tam są.
 - Hej... słyszę, że skończyliście flirtować! Co tam robicie? Bo mam nadzieję, że nie to o czym myślę... - starałam się rozładować atmosferę.
 - Dokładnie to! - odkrzyknął Hauru. - Już wiem, czemu z nim jesteś!
   Chichoty zdawały się to potwierdzać...
 - Nie będziemy cię rozpraszać, kiedy męczysz się tam na górze. - zawołał z dołu Rod.
 - To jest zdrada! - udawałam oburzoną. - Jak mogłeś?!
   Już myślałam, że wszystko jest w porządku, kiedy Hauru spytał:
 - Mówisz do mnie, czy do niego?
   Przestałam się uśmiechać. Przypomniało mi się zdarzenie z remizy. Dobrze, że byłam na górze i Rod nie mógł zobaczyć mojej miny. Na prawdę nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Moje serce waliło mocniej, a myśli, które przychodziły do głowy, były po prostu niedorzeczne.
 - Jak ci idzie? - zapytał mój chłopak, kończąc żarty.
 - Jeszcze jakieś dwa metry... Albo z półtora.
 - No to już końcówka.
    Po pół metra stwierdziłam, że nie ma sensu wchodzić wyżej. I tak Benvolio nie ma prawa się do mnie przyczepić. W życiu nie byłam tak wysoko na żadnym drzewie. Ostatnim wysiłkiem wciągnęłam stracha na wróble na górę i obwiązałam mu sznur wokół szyi.
 - Ciekawe, czy pętlę wiąże się tak samo jak krawat... - spytałam samą siebie po czym przywiązałam drugi koniec liny do gałęzi i zawiesiłam "ozdobę" na starym buku.
 - Gotowe! - krzyknęłam do chłopaków. - Zaraz schodzę! Więc skończcie to, co tam robiliście!
 - Zamierzasz teraz spadać? - zapytał Rod niby żartem.
 - Zepsułeś niespodziankę!
 - Ech... Wybacz, nie mam wyczucia.
 - Niedobrze, że to mówisz... Brak wyczucia plus łapanie spadającej Kalipso... To nie zapowiada się zbyt optymistycznie. - zażartował Hauru.
 - Ee tam, złapać to potrafi każdy z odrobiną mięśni i funkcjonującym mózgiem, nawet ty.
 - To było chamskie. Nie wiem po co ja w ogóle staram się być dziś dla ciebie miły. Po pierwsze: gdybyśmy się pobili, to ta moja "odrobina mięśni" posłałaby cię do szpitala. A po drugie: nie powinieneś oceniać książki po okładce.
 - Znamy się nie od dziś, więc myślałem, że podejdziesz do tego żartu bardziej na luzie...
 - Nie znasz mnie, jeśli myślisz, że coś takiego mnie rozbawi.
 - Nie ciebie ma bawić, ale wszystkich innych.
 - Jakoś nie widzę tutaj "wszystkich innych" więc mógłbyś sobie odpuścić.
 - Okej, sorry, może to rzeczywiście nie było na poziomie. - rzucił Rod od niechcenia. Nie lubił przyznawać się do błędów, więc na pewno przyszło mu to z trudem.
   Znów zapadła cisza. Od ziemi dzieliły mnie już tylko cztery metry, kiedy przez nieuwagę (i napiętą sytuację tam na dole) poślizgnęłam się i zawisłam na gałęzi, trzymając się jej obiema rękami.
 - Cholera! - warknęłam nie mogąc trafić nogami na żadną gałąź niżej.
 - Kalipso! - usłyszałam z dołu krzyk. - Nic ci nie jest? Dasz radę wejść na ten konar?
 - Wszystko... pod kontrolą! - odkrzyknęłam. - Muszę tylko... się podciągnąć...
   Pożałowałam, że od pewnego czasu przestałam regularnie ćwiczyć. Prosta kiedyś czynność wydała mi się teraz niemożliwa. Zakręciło mi się w głowie od napływu adrenaliny.
Czułam, jak powoli słabną mi ręce. Psychicznie przygotowywałam się na upadek.
 - Rod, stój tu i łap ją, jeśli nie wytrzyma. - powiedział Hauru, a sam zaczął wspinać się na drzewo.
 - Jasne.
   Przeklinałam samą siebie za swoje rozkojarzenie. To nie tak miało się skończyć... Nie moją wizytą w szpitalu i przesłuchaniu na komisariacie Roda i Hauru. W dodatku pewnie potem się pobiją o to, czyja to była wina. Chłopcy już tak mają.
 - Jeszcze chwilka. - usłyszałam gdzieś niedaleko głos blondyna.
 - Nigdzie się nie wybieram... - jęknęłam.
 - Mało zabawne. - powiedział Hauru chwytając mnie za rękę. - Możesz już puścić.
   Akurat... Gdyby nie to, że wisiałam cztery metry nad ziemią, na pewno bym to zrobiła. Ale w tych okolicznościach....
 - Kalipso... Proszę tylko o odrobinę zaufania.
   Zaufać Hauru... Ja chyba zwariowałam. Zamknęłam oczy i oderwałam rękę od konaru. Opadłam trochę niżej, ale zaraz zatrzymałam się w powietrzu. Jedynym łącznikiem z rzeczywistością była dłoń chłopaka. Otworzyłam oczy i na niego spojrzałam. Uśmiechnął się z wysiłkiem. 
 - W takich sytuacjach zwykle się mówi "nie patrz w dół", ale muszę cię prosić, żebyś znalazła tam jakąś gałąź, bo oboje spadniemy. A nie wiadomo kogo teraz asekuruje Rod.
   Pięć minut później stałam na ziemi obejmowana przez spokojnego już Roda. Gładził mnie po włosach i dopytywał, czy na pewno wszystko w porządku. A ja tylko myślałam o tym, że nie doceniałam chłopaka, który był gotów zaryzykować własne zdrowie dla mojego bezpieczeństwa. Dlaczego go tak bardzo lekceważyłam?
 - To ja będę się zbierać. - powiedział Hauru.
 - Okej, to ja odprowadzę Kalipso do domu. Cześć! - zawołał szybko mój chłopak.
 - Jeszcze raz dziękuję za ratunek... - zwróciłam się do blondyna i pocałowałam go w policzek. A potem odezwałam się do Roda:
 - Proszę: żadnych komentarzy.
 - O to nie musisz się martwić. - odparł śmiejąc się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz