czwartek, 25 lipca 2013

10. Mecz

 Antiochis

   Tego dnia pogoda nie zapowiadała nic dobrego - nad miastem wisiał jednolicie szary stratus, który zdawał się nie mieć żadnych granic. Już wychodząc z domu przeczuwałam, że stanie się coś nieprzyjemnego. I oczywiście stało się. Butelka zakręcona z rezygnacją przez zmęczoną Ciris po kilku niemrawych obrotach w wysuszonej trawie pokazała na mnie.
 - Skoro już jesteśmy przy głupich, sportowych zadaniach - stwierdziła z przekąsem - to zadanie dla ciebie brzmi: Pójdź na mecz piłki nożnej i śledź akcję bez odrywania wzroku.
   "No nie..." - pomyślałam, zwieszając głowę. Taka złośliwość wobec przyjaciółki powinna pozostać bez komentarza.
 - Masz na myśli dzisiejsze derby? - upewnił się Rod, a usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, zagwizdał cicho.
 - W jaki sposób zamierzamy sprawdzić, czy wykonała zadanie? - zapytał Benvolio.
 - Ktoś pójdzie z nią - Odpowiedziała Kalipso.
   Wszyscy popatrzyliśmy po sobie.
 - Pójdzie Rod. Już okazał swoje zainteresowanie. - rzuciłam bez przekonania.
 - Czyli jednak coś się wydarzyło w krzakach. - Powiedział teatralnym szeptem Hauru.
   Rod spojrzał na niego, jak na niesforne dziecko.
 - Jak tak dalej pójdzie, to pod koniec wakacji będziesz podrywać pielęgniarki w szpitalu na Lipowej.
 - Z jedną już kręciłem. Ta taka młoda szatynka... Miałem pobieranie krwi. Już nie patrzcie się tak na mnie!
 - Dobra. - westchnął Rod. - Ciris leci na siłownię, a my, Anti, spotykamy się koło 18 pod parkiem. A farciarze mają wolne.
   Pogoda trochę się poprawiła - lekki wiatr trochę rozpędził złowieszcze chmury - za to atmosfera... Dopiero gdy dotarłam pod park, poczułam, jak bardzo jestem spięta.
 - Idziemy? - zapytał z udawanym entuzjazmem Rod.
   Pokiwałam głową i od razu poszliśmy w stronę stadionu. Był niedaleko - dziesięć minut marszu, ale to oznaczało, że praktycznie od razu zaczęły się wokół nas pojawiać nieciekawe typy poubierane na specyficzne kolory, w dodatku niby-radośnie wrzeszczące jakieś hasła. Od tego momentu mój niepokój przerodził się ciągłą czujność. Nawet nie wiem w jaki sposób dotarliśmy do celu, bo "spacer" potwornie mi się dłużył. Rod kupił bilety i mijając rozwrzeszczany tłum, przedarliśmy się na nasze miejsca.
Początkowo trybuny były w dużej mierze puste, ale dość szybko zaczęły się zapełniać. I to kim! Ci wszyscy napakowani, nadpobudliwi goście siadali teraz wszędzie naokoło nas.
Czułam, że mecz będzie akurat najmniej zajmującą rzeczą tego wieczora.
 - Co ty taka spięta? - zapytał luzacko Rod. - Czym się tak denerwujesz? Nie ma czym! - zaczął się rozgadywać. 
   Oczywiście przestałam go słuchać po kilku pierwszych zdaniach bo przecież zaraz na miejscu bezpośrednio przy mnie usiadł łysy facet o sylwetce typu ABS i barkach tak szerokich, że wolałam skulić się i przesunąć trochę w drugą stronę.
   Gdy wreszcie rozpoczął się mecz, o dziwo, udało mi się trochę rozluźnić. Wszyscy byli skupieni biegających po boisku piłkarzach, więc spróbowałam pójść w ich ślady. Zresztą w ogóle poczułam się trochę bezpieczniej, więc nawet gdy stwierdziłam, że iluśtam facetów biegających za piłką mnie nie kręci (przynajmniej z tej odległości), to i tak zdołałam trochę się zrelaksować.
 - Ech... beznadziejnie grali. I jedni, i drudzy. - odezwał się mój towarzysz, przeciągając się. W przeciwieństwie do mnie śledził mecz z zapartym tchem. - Coś zamierzamy zrobić w przerwie?
 - Pójdę do toalety. - odparłam. - To tam na lewo od wejścia, tak?
 - Tak.
 - No to do zobaczenia na drugiej połowie.
   Ostrożnie wstałam, wyszłam spomiędzy rzędów siedzeń i skierowałam się w stronę wejścia, licząc na to, że i teraz zauważę niepozorny napis "WC". Na szczęście znalazłam go, ale moja radość okazała się przedwczesna - później nie pamiętałam, jak mam wrócić. Cała ja! nawet nie miałam biletów, żeby sprawdzić, które to były siedzenia. Miałam co prawda komórkę, ale dzwonienie do Roda uznałam za ostateczność. Póki co, starałam się odtworzyć trasę, którą tu przyszłam. I pewnie udałoby mi się to gdyby nie fakt, że prowadziła ona przez sam środek zagradzającej całe przejście grupy pokrzykujących kibiców jednej z drużyn. Na pierwszy rzut oka nie wyglądali tak strasznie, jak ci, którzy siedzieli obok nas w czasie meczu, ale szybko zauważyłam, że są mniej więcej w moim wieku. To mogło utrudnić przemknięcie między nimi niezauważenie. W końcu podobny wzrost i może jeszcze ktoś znajomy by się trafił... Tak czy owak, nie miałam wyboru. Musiałam zaryzykować. A ryzyko zawsze wiąże się z zagrożeniem. Poczułam to na własnej skórze, gdy przez nieuwagę wpakowałam się w sam środek bójki.
   Zaczęło się od tego, że próbowałam się przepychać pomiędzy ludźmi. To było samo w sobie trudne - stali w ciasnych grupach i na dodatek mocno gestykulowali. W pewnym momencie poczułam, że ktoś mnie chwyta za rękę.
 - Hej! Nie tak szybko! - usłyszałam męski głos.
   Od tamtego momentu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Gdy nieudolnie wyrywałam się, odezwała się jakaś dziewczyna: 
 - Piotrek, zostaw ją. 
 - A niby dlaczego? Może chcę poznać kogoś, a nie tylko zapierdalać wszędzie za tobą i tym twoim chłoptasiem?
 - Mam ci przyłożyć? - odezwał się ni stąd ni zowąd facet tuż przede mną i popychając mnie podszedł do tamtego.
   Posypały się wyzwiska, groźby i już po chwili wywiązała się pełnowymiarowa bójka z wianuszkiem przepychających się rozemocjonowanych kibiców dookoła. Kółko było zwarte, nie było szans się przedrzeć, a co gorsza - z każdą sekundą troszeczkę zmniejszało wymiary, coraz bardziej spychając mnie w stronę walczących. Sytuacja pogarszała się w takim tempie, że nie byłam w stanie myśleć racjonalnie. Wpadłam w panikę. I przez to zrealizowałam pierwszą myśl, jaka tylko przyszła mi do głowy. Chwyciłam leżący obok kamyk i, ręką galaretowatą ze strachu, rzuciłam nim w faceta stojącego akurat w miejscu, gdzie chciałam przejść. Bezmyślnie patrzyłam, jak zmienia się jego wyraz twarzy - od wyrażającego zdziwienie poprzez ból aż do ewidentnejwściekłości.
 - Który to?! - wrzasnął potężnym basem.
   Nie wiem, czy uzyskał jakąś odpowiedź, w każdym razie rzucił się na gościa, który stał za mną, a jego kolega - na tego obok. W mgnieniu oka powstała wielka bijatyka otaczająca mnie ze wszystkich stron. Ruszyłam zdrętwiałe z przerażenia nogi i unikając latających wszędzie pięści, wyplątałam się poza ich zasięg. Gdy dobiegłam do swojego miejsca na trybunach, Rod spokojnie siedział z nogami na krzesełku przed nim i popijał colę z puszki.
 - Co tak długo? - zapytał znudzonym głosem, podczas gdy próbując złapać oddech, padłam na swoje siedzenie. Po całym ciele przeszły mi dreszcze, mięśnie powoli się rozluźniały.
 - Długo? Przecież to tylko chwilka była.
 - Coś się wydarzyło? - zainteresował się moim zdyszeniem.
 - Aaa tam, nic takiego. Zresztą chyba nawet stąd ich widać. - rzuciłam.
   Spojrzał w kierunku wyjścia z trybun, najpierw mrużąc oczy, a potem szeroko je otwierając.
 - A to ccco? - mruknął z niedowierzaniem. - I ty stamtąd przyszłaś?!
 - Nnno i chyba nawet trochę przyłożyłam się do tego. Ale nie roztrząsajmy tego - zaczyna się mecz, a tamtymi zajmie się ochrona... albo policja...
   Druga połowa meczu nie przedstawiała się ani odrobinę ciekawiej. Albo po prostu nie mogłam się na niej skupić. W każdym razie po ogłoszeniu wyniku 0:0 powoli wyszliśmy z Rodem ze stadionu, pożegnaliśmy się i poszliśmy do domu. Bez dalszych przygód (przynajmniej jeśli chodzi o mnie), choć może w trochę szybszym tempie niż zwykle. Spokojnie - nareszcie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz