sobota, 5 października 2013

16. Dance Macabre

 Rod

   Było jeszcze całkiem wcześnie, jakoś wpół do ósmej, kiedy zadzwoniła do mnie Kalipso z wiadomością, że nie będzie jej dzisiaj w parku.
 - Hejka. Obudziłam cię? Przepraszam! Nie mogę przyjść. Tata trzyma mnie w domu. A przecież 39 stopni gorączki to prawie norma! To pewnie przez ten wczorajszy deszcz...
 - O kurde. 39 stopni to już poważna sprawa. - stwierdziłem. - Może przyjść do ciebie? Zrobić herbatę, posiedzieć...
 - Nie! Stanowczo zabraniam! Już i tak tata wchodzi do mojego pokoju co 10 minut pytając czy czegoś nie potrzebuję. Idź spotkać się z resztą. Opowiesz mi potem jak było.
 - No dobrze. Do usłyszenia. - pożegnałem się niechętnie, po czym dodałem: - Ale jakbyś czegoś chciała, to śmiało dzwoń.
   Odpowiedziała mi jedynie westchnieniem i rozłączyła się. Znaczy nie jest jeszcze aż tak źle, wciąż zachowuje się normalnie. Za kilka godzin z czystym sumieniem założyłem kurtkę i wyszedłem z domu.
   Na zewnątrz panował rześki chłód. Czuć było wilgoć, a błoto chlupotało pod butami. Miałem nadzieję, że nie pójdziemy znów na łatwiznę i nie wepchniemy się komuś do domu - tym razem podłogę pobrudziłbym ja, choćbym nie wiem jak chciał tego uniknąć. W ogóle powtórka z dnia wczorajszego byłaby już czymś... nie strasznym, ale niezbyt komfortowym. Nie żeby zaszokowały mnie odpowiedzi Seserakh, ale to czego na koniec dowiedzieliśmy się o Hauru (i o niej w sumie też), wprawiło mnie z zakłopotanie. Wolałbym tak dużo nie wiedzieć. Zupełnie inaczej patrzyłem na nich, kiedy miałem ich za "normalną" rodzinę. Teraz parę rzeczy mniej mnie dziwiło, na przykład to, że jest ich tak dużo, albo to, że tak bardzo się od siebie różnią. Myślę, że nawet wyrozumialej patrzyłem na wybryki Hauru. Ale dziwne było to, że mówił o tym prawie bez emocji.
   Nie to co Antiochis - ona nie była w stanie nawet opowiedzieć nam, dlaczego tak zareagowała na zadanie Kalipso. Co prawda zrobiła to w bardzo złym stylu, takim ckliwym a la harlequin, ale skoro tak bardzo to przeżyła, to nie ma co się czepiać. Jej towarzystwo wprowadzało jednak od tamtej pory jakąś dziwną atmosferę. Nikt nie żartował, nie rzucał złośliwości, a już na pewno nie pod jej adresem. Nie wiem, jak reszta, ale mi po tym wydarzeniu nie zdarzyło się jeszcze rozmawiać z nią sam na sam. W ogóle jakoś jej unikałem. Nieswojo mi przechodzić nad tym do porządku dziennego, ale nieswojo też znowu poruszać temat. Co bym jej powiedział? Co w ogóle powinniśmy jej powiedzieć? Może nie musimy? Może wolałaby, żebyśmy zapomnieli o całej sprawie? Ta wersja wydała mi się najbardziej prawdopodobna i kiedy wchodziłem już za świerki w parku, byłem tej myśli pewny.
 - O. Rod. A gdzie Kalipso? Ona się zwykle nie spóźnia... - powiedział Benvolio.
 - Kalipso dzisiaj nie będzie. - odezwałem się wyrwany z zamyślenia. - Rozchorowała się.
 - To co? Gramy bez niej czy idziemy do domu? - spytał Romeo
   Obaj spojrzeli na mnie pytająco, więc odpowiedziałem:
 - Może zaczekajmy jeszcze na Seserakh, Antiochis i Hauru. Wtedy zadecydujemy.
   Obaj przytaknęli, po czym spędziliśmy kolejne dziesięć minut stojąc albo chodząc bez sensu między drzewami.
 - Cześć ludziska! - wykrzyknął Hauru wbiegając do parku. Za nim doszły dziewczyny.
 - Kalipso zachorowała, wiecie? - wypalił na wstępie Benvolio. - Co teraz zrobimy?
 - Powiesimy się. - odpowiedziała Seserakh sarkastycznie.
 - To coś poważnego? - spytał niemal równocześnie Hauru.
 - Chyba nie, przeziębiła się po wczorajszym deszczu. - odpowiedziałem od niechcenia.
   Wszyscy mimowolnie spojrzeliśmy na blondyna - jeśli patrzeć na to przeziębienie pod tym kątem...
   Chłopak tylko spuścił oczy. Nie bronił się, nie usprawiedliwiał - przyznał się do winy. Przez niego Kalipso ma 39 stopni gorączki. Już nie byłem pewien, czy denerwowanie się na niego jest uzasadnione.
   Z nieciekawej sytuacji wyratowała go Antiochis.
 - Zagrajmy. - powiedziała ni stąd ni zowąd. - Kto dzisiaj kręci?
 - Ja. - odezwała Seserakh. - Będę mogła się odpłacić za ten wczorajszy wywiad.
 - No. Widzę, że już pojęłaś zasady gry. - uśmiechnąłem się.
 - Kto ma butelkę?
   Na moment zapadła cisza. Obecność butelki na naszych spotkaniach była zawsze naturalna, jednak póki nosiła ją ze sobą Kalipso, nikt się nią nie przejmował. Teraz byliśmy w kropce.
 - No to mamy problem. - stwierdził "odkrywczo" Benvolio.
 - Co ty nie powiesz... - mruknąłem. 
 - Papier, Kamień, Nożyce? - zaproponował Romeo.
 - Chyba nie mamy innego wyjścia. - poparła go nieśmiało Anti.
 - Wszyscy razem? - zapytałem.
   Reszta nieśmiało przytaknęła i wyciągnęła ręce do gry.
 - Trzy, czte-ry!
   Dziewczyny z Hauru pokazali kamień, Benvolio z bratem - nożyce, a ja papier.
 - To chyba nie wyjdzie. - zaśmiałem się.
   Zagraliśmy więc w parach i po kilku rundach trafiłem do niechlubnego finału. Wygranie z Romeem miało mnie uratować od wykonywania najbliższego zadania - ta jedna, jedyna wygrana. No i nie wyszło!
 - Taki niefart!
 - Jak dla kogo. - Zaśmiał się Romeo.
 - Dawno się nad tobą nie znęcaliśmy. Najwyższy czas, nie sądzisz? - Benvolio wstawił się za bratem.
   Ale teraz to nie miało znaczenia. Musiałem zdać się na łaskę Seserakh. Nie, nie łaskę Seserakh! Coś takiego nie istnieje. Byłem w czarnej dupie.
 - Nie wiem jakie zadania dawaliście sobie wcześniej - powiedziała tonem poddającym w wątpliwość prawdziwość jej słów - więc zainspiruję się pewnym filmem.
 - O masz!
 - W "Pamiętniku" była jedna scena w której para tańczyła na ulicy. Nie obchodzi mnie gdzie będziesz tańczyć i co i czy z kimś. Ale masz tańczyć na ulicy przez... pół godziny byłoby sadyzmem... przez 10 minut!
   Roześmiałem się.
 - Chyba żartujesz.
 - Nie.
   Jej wzrok w zupełności to potwierdzał, więc zaczęło do mnie docierać, jak beznadziejne jest moje położenie.
 - Dobrze, że wziąłem kamerę. - powiedział Hauru z szerokim uśmiechem na twarzy.
 - Chwila, przecież ja zupełnie nie umiem tańczyć. - zaprotestowałem. - Nie będę w stanie zrobić TEGO.
 - Trzeba było zapisać się na tańce w szkole. - odpowiedział blondyn.
 - Żebym ja wiedział, że to się przyda...
 - To zawsze się przydaje. Nie wiesz, że dziewczyny się podrywa na taniec i gitarę?
 - Jakoś poradziłem sobie bez tego.
 - Nadal nie wiem jak tego dokonałeś. - powiedział z przekąsem.
 - Zaczynasz mnie wkurzać.
 - Nie no serio? Nawzajem.
 - Tak? A ta złośliwość to tak "mimochodem"?
 - O przepraszam bardzo, ale jeśli chodzi o złośliwości, to akurat ty nie powinieneś się mnie czepiać!
 - Jakoś tylko mi się tak od ciebie dostaje.
 - I co? Teraz zagrasz na litość? Sam nie jesteś lepszy! Mam dość tego sarkazmu, którego używasz za każdym razem gdy się do mnie odezwiesz!
 - Co uważasz za sarkazm? A może po prostu byłem szczery?
 - Szczery?! To teraz ja będę szczery: Nienawidzę cię odkąd pamiętam! Masz wszystko ot tak! Bez kiwnięcia ręką! Ale w ogóle o to nie dbasz! Lekceważysz!
 - Chyba zwariowałeś! Ja nie dbam i lekceważę?! Na przykład co? Bo jakoś nie przypominam sobie nic, co traktowałbym w ten sposób.
 - Masz rodzinę! Ale co chwila uciekasz z domu. Jak możesz?! Jak śmiesz?!
 - Nie będę ci się tłumaczył z problemów rodzinnych. Jak chcesz, to ty sobie o tym opowiadaj, mnie nie zmusisz.
 - O! I znowu! Wszyscy tu traktują cię jak przyjaciela. A ty się przed nimi zamykasz! Wiesz że na palcach jednej ręki potrafię policzyć osoby, które traktują mnie poważnie?!
 - A zastanowiłeś się kiedyś czy to nie jest twoja wina? To by wiele ułatwiło.
 - Nie zmienię tego jaki jestem. I w przeciwieństwie co do niektórych, ja nie kryję się ze swoimi poglądami!
 - Żeby było jasne: nie kryję się z niczym.
 - Coś ciężko mi w to uwierzyć.
 - Co ci tak we mnie przeszkadza, do cholery?
 - Mógłbym spytać cię o to samo!
 - Z tym, że to nie ja zacząłem tę kłótnię.
 - Haha! Teraz to chyba sobie żartujesz. Że niby co? Ja zacząłem?
 - No a nie? Przecież wszyscy mogą to potwierdzić.
 - Ty sukinsynu. Doskonale wiesz, kto zaczął! Nie powołuj się na świadków, bo i tak nic nie powiedzą.
 - Twierdzę co innego i przestań mnie wyzywać, bo nie ręczę za siebie.
 - Już chyba kiedyś o tym rozmawialiśmy. Lepiej ze mną nie zaczynaj.
   W tym momencie do akcji wkroczyli Romeo i Benvolio. Widocznie wcześniej się umówili, bo sprawnym ruchem odepchnęli nas od siebie, zanim zdążyliśmy skoczyć sobie do gardeł.
 - Ło... nie wiedziałam, że tu aż tyle się dzieje... - powiedziała Seserakh.
 - Uspokójcie się obaj. Zachowujecie się jak dzieci. - powiedziała Ani wzdychając. 
   Nie miała racji. Pokłóciliśmy się o coś ważniejszego niż jak, kto, kogo nazwał.
 - No... Już starczy na dzisiaj. - poparła ją siostra blondyna. - Wróćmy do zadania.
 - Porozmawiałabyś potem z bratem? - zapytała ją ciszej Antiochis. - Ja zajmę się Rodem.
 - Ta... Ale już widzę jak słuchają...
 - No, musimy chociaż spróbować, bo się pozarzynają przy najbliższej okazji.
 - I tak to zrobią. Ale niech ci będzie.
   Na to Anti uśmiechnęła się i zwróciła do nas:
 - No to wracamy do gry! Chyba że chcemy ją przełożyć na popołudnie?
 - Zróbmy tak. - zgodziłem się. 
   Nie czekając na odpowiedź reszty, obróciłem się na pięcie i odszedłem.

   Nie wiedziałem, dokąd mam pójść. Szlajałem się po ulicach, nie myśląc nawet o tym, gdzie trafię. Byłem za bardzo wkurzony na Hauru, żeby przywiązywać do tego jakąkolwiek wagę.
   Co mu odwaliło? Przecież do tej pory nieźle się dogadywaliśmy, byliśmy całkiem dobrymi kumplami. Przecież jeśli miał do mnie jakiekolwiek wonty mógł mi o tym powiedzieć od razu! Nie mieliśmy przed sobą wielkich tajemnic, tak jak wszyscy w naszej paczce. Dlaczego wyskoczył z tym teraz? I dlaczego to takie absurdalne pretensje?!
   Nagle usłyszałem z lewej strony pisk opon. To wyrwało mnie z zamyślenia i zobaczyłem, że praktycznie wpakowałem się pod samochód.
  - Przepraszam. - wymamrotałem zaskoczony do kierowcy, który właśnie krzyczał coś przez szybę i energicznie pukał się palcem w czoło.
   Szybko zszedłem z jezdni i stanąłem na chodniku. Chyba już zupełnie ochłonąłem. Postawiłem kołnierz kurtki (bo wiatr był jednak zimny) i zacząłem się zastanawiać, co dalej. Do domu nie było sensu wracać. Mógłbym pójść do Kalipso, choćby dla w towarzystwa, ale w domu był jej ojciec. Do miasta z kolei w ogóle mnie nie ciągnęło. 
   Po takim przerobieniu jeszcze paru możliwości postanowiłem wrócić do parku. Nie wiedziałem, na którą godzinę pozostali umówili się na powrót do gry, a ja i tak nie miałem co robić. Po dotarciu na miejsce chwilę pokręciłem się, szukając sobie miejsca, po czym usiadłem pod tym samym świerkiem co zwykle i zacząłem bawić się opadłymi z niego igłami. Nie wiem, ile czasu minęło, ale pewnie sporo, bo z letargu wyrwał mnie dopiero głos Antiochis, która nie wiadomo kiedy usiadła naprzeciwko mnie.
 - Jak się czujesz? - zapytała cicho jak zwykle.
 - Już nieźle, dzięki. - skłamałem, patrząc w ziemię.
 - Jesteś obrażony na Hauru?
 - Trudno żebym nie był. - odparłem ze złością. Co to w ogóle za pytanie?!
 - Niepotrzebnie. On naprawdę nie chciał cię urazić.
 - Taa... A co w takim razie chciał osiągnąć?
 - Trochę go poniosło. Tak samo jak ciebie zresztą...
 - Nie czuję się ani trochę winny. - przerwałem jej.
 - Może jednak powinieneś się zastanowić...
 - Nie! Nie będę się zastanawiał, czy może jakimś gestem nie podpadnę Wielkiemu Hauru.
 - Okej, zostawmy ten temat. - westchnęła, a po chwili dodała: - Może nie jesteście jeszcze w stanie rozwiązać tych problemów, ale powinniście się chociaż przeprosić?
 - Chyba żartujesz! Ja miałbym go za coś przepraszać? Nie ma mowy!
 - Słuchaj, nie chodzi o to, żeby sprawić komuś przyjemność czy żeby ustalić, kto ma rację. Musimy jakoś funkcjonować w tej grupie. Chyba nie chciałbyś być winien rozpadu naszej paczki.
 - Jeśli ktokolwiek miałby być temu winien, to tylko on.
 - Ty też, bo to wy dwaj jesteście skłóceni, a nie robisz nic, żeby to zmienić.
   Zacisnąłem zęby. Zupełnie nie przemawiał do mnie ten tok myślenia. Anti tymczasem dodała: 
 - Wyobraź sobie jak będzie się czuła Kalipso, kiedy dowie się o wszystkim. Jak myślisz, czego będzie od ciebie oczekiwała?
   Trafiła w mój czuły punkt. Oczywiście, Kalipso będzie wykorzystywała wszyskie swoje dyplomatyczne i przywódcze zdolności, żeby znowu scalić grupę. No i nie będzie chciała wybierać między mną a Hauru.
 - Zastanowię się. - odpowiedziałem niechętnie.
   Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko wciąż uporczywie wpatrywała się we mnie, aż poczułem się nieswojo i opuściłem znowu wzrok. Siedzieliśmy tak przez jakiś czas dopóki między świerki nie weszła Seserakh.
 - Można powiedzieć, że masz szczęście, Rod. Mój brat zamknął się w pokoju i stwierdził, że już nie wyjdzie. Jeden świadek mniej twojej tanecznej porażki.
 - Hura. - mruknąłem, nie siląc się nawet na entuzjazm.
 - Już się tak nie ciesz. Przejdzie mu. A jak nie, to użyję innych środków perswazji...
   Na Benvolia i Romea nie musieliśmy długo czekać. Przyszli, jak się okazało, wyjątkowo punktualnie i byli dziwnie spokojni i czujni. Antiochis jednak miała rację, że ta sprzeczka bardzo wpłynęła na wszystkich.
 - Muszę do kogoś zadzwonić. - rzuciłem, po czym odszedłem parę kroków i wybrałem na telefonie numer do koleżanki z klasy. Wiem, że chodziła na ten kurs tańca, o którym mówił Hauru, zanim się pokłóciliśmy, i że dobrze sobie radziła.
   Starając się brzmieć entuzjastycznie, wytłumaczyłem jej, o co chodzi w moim zadaniu i zapytałem, czy by mi nie pomogła. W odpowiedzi roześmiała się i z ochotą przytaknęła. Szybko ustaliliśmy szczegóły i rozłączyliśmy się.
   Gdy wróciłem, pozostali patrzyli na mnie podejrzliwie.
 - Chodźcie. - powiedziałem głosem, w którym nawet Benvolio pewnie wyczuł obawę. - Miejmy to już za sobą.
   Prowadziłem grupę najprostszą możliwą drogą, więc dość szybko dotarliśmy do placu, na którym miała mieć miejsce moja kompromitacja. Beata już tam na mnie czekała.
Była to niewysoka, za to niezwykle wysportowana dziewczyna o krótkich włosach bliżej nieokreślonego koloru i usposobieniu Czerwonego Kapturka. Pewnie godząc się na pomaganie mi nie zwróciła nawet uwagi na fakt, że będzie robić z siebie idiotkę w samym centrum dzielnicy, ale myślę, że jej akurat to bardzo nie zaszkodzi. Jak by nie było, umie tańczyć jak profesjonalistka.
 - Cześć wszystkim! - przywitała się z szerokim uśmiechem na ustach, gdy tlko do niej podeszliśmy.
 - Cześć! - odpowiedziałem. - Moi drodzy, to Beata. Będzie mnie wspierać w wykonywaniu wymyślonego przez was zadania.
   Niektórzy rzucili nieśmiałe "cześć", inni nie odpowiedzieli nic, ale wszyscy przyglądali się jej ciekawie. Nie była to zbyt komfortowa sytuacja.
 - Może już zaczynajmy. - rzuciłem.
 - Jasne. - odpowiedziała. - Tak więc walc?
 - Chyba nic prostszego nie wymyślimy, prawda?
 - Jeszcze może być cza-cza.
 - Może lepiej zostańmy przy walcu...
 - Dobrze. - uśmiechnęła się szerzej. - Kojarzysz jakieś podstawowe kroki, nie?
 - No, coś tam...
 - To świetnie! Lecimy! - przerwała mi i zaciągnęła mnie na środek placu. Następnie ułożyła moją prawą rękę gdzieś nad swoim biodrem, a lewę jakoś dziwnie chwyciła i zaraz zaczęła stawiać pierwsze kroki.
   Z początku trudność sprawiało mi samo orientowanie się, którą nogę powinienem podnieść, ale po pewnym czasie zacząłem zauważać delikatne sygnały, jakie dawała mi Beata, mówiące co teraz zrobi. To chyba należałoby nazwać prowadzeniem... Ech...
   Gdy opanowałem powtarzający się schemat kroków, zerknąłem w stronę przyjaciół. Spodziewałem się, że będę zwijać się ze śmiechu, jednak oni jedynie lekko się uśmiechali. Co innego przechodnie! Ci nie dość, że odwracali głowy i przystawali, to jeszcze niektórzy chichotali i pokazywali przyjazne gesty. Wolałbym jednak żeby tego nie robili... Poczułem wielką potrzebę przerwania tej szopki i zaszycia się gdzieś w ciepłym kącie. Zresztą chyba tyle wystarczyło, żeby uznać zadanie za wykonane.
 - To może już kończmy? - odezwałem się do partnerki.
 - Już?
 - Nie żeby nieprzyjemnie się tańczyło... - wysiliłem się na uśmiech.
 - Nie no, spoko. - odparła, stając i opuszczając ręce. - Mam nadzieję, że pomogłam.
 - Jasne, że pomogłaś! Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - odpowiedziałem szczerze.
   Zaśmiała się na to cicho. - Zawsze do usług!
   Gdy reszta do nas doszła, pożegnała się krótko i odeszła, a ja zostałem sam z moimi sędziami.
 - No i co wy na to? - zapytałem.
 - Ma dziewczyna talent... - westchnęła Seserakh. - Czego nie można powiedzieć o tobie.
 - O tym wiedziałaś już wcześniej.
 - A wiesz, że jesteś na przynajmniej setce zdjęć tej wycieczki japońskich turystów, co tędy przed chwilą przechodziła? - wtrącił Romeo.
   Przewróciłem oczami. Tego mogłem się spodziewać.
 - Ja też mam parę ładnych ujęć - dodała Anti.
 - Nie zapomniałem o tym.
 - Piękne to nie było, ale zaliczamy, nie? - podsumował Benvolio.
 - Nooo moooże... - drażniła się Se.
   Spojrzałem na nią spode łba.
   Zaśmiała się.
 - Niech będzie.

piątek, 20 września 2013

15. Willa Hauru

 Hauru

   Po niebie przesuwały się ciemne, burzowe chmury gdy, jak zwykle rano, szedłem do parku, aby spotkać się z paczką. Naciągnąłem mocniej kurtkę. Wiało jak cholera. Miałem nadzieję, że zadanie, które wymyśli Antiochis, będzie konieczne do wykonania w jakimś ciepłym pomieszczeniu.
- Cześć! Jak tam dzionek?! - zawołałem wbiegając w krąg świerków.
- Cześć. - Odpowiedziało mi niemrawo kilka głosów.
- Są już wszyscy. - powiedziała Kalipso chuchając sobie w dłonie. - Hauru, dłużej nie mogłeś? Marzniemy tu już od 10 minut!
- Jestem w samą porę! To nie moja wina, że wszyscy przyszliście przed czasem.
- Jak to przed czasem? To ty się spóźniłeś! - oburzył się kopiący w pień Benvolio. - Teraz wymyśl coś na rozgrzewkę!
- Masażyk?! - zaproponowałem zacierając ręce.
   Zrobił przestraszoną minę i pokręcił przecząco głową.
- No to ja wymyślę. - zadecydował. - Wbijamy do ciebie.
- CO?! - wykrzyknąłem.
- To, co słyszysz. - odparł najspokojniej na świecie. - Chodźmy!
- O nie, nie nie... Nie! Nie zgadzam się! Absolutnie wykluczone!
   Ale nikt mnie już nie słuchał. Wszyscy powlekli się za Benvoliem w kierunku mojego domu.
   W duchu modliłem się, że moje siostry zdecydowały się wyjść z mieszkania albo przynajmniej mają jakieś niezwykle pochłaniające zajęcie. Niestety! Jeden rzut oka na wieszak z ubraniami pozbawił mnie złudzeń. Pozostało mi mieć nadzieję, że żadnej z nich nie przyjdzie do głowy zainteresować się tym, co robi 5 niezapowiedzianych gości w moim pokoju...
- Uff... nareszcie! - zakrzyknął pomysłodawca napadu po czym spojrzał w dół na swoje ubłocone buciory. - Eee... ciekawe czy powinienem wychodzić w butach poza ten chodniczek...
- Boże, jaki z ciebie idiota. - odpowiedział od razu Romeo patrząc z politowaniem na starszego brata.
- Aż takich tytułów nie potrzebuję. Wystarczy: "mistrzu" albo "panie". - powiedział przybierając teatralną pozę i jeszcze bardziej brudząc podłogę.
   W tym czasie Kalipso zdążyła już zakręcić się wokół szafki z moimi płytami i puścić muzykę.
- Błagam, zmień zespół. - powiedziałem.
- Czemu? Przecież to twoje płyty. Chyba je lubisz, nie?
- Ja tak. Ale...
   I wtedy do pokoju wdarła się Seserakh.
- Mówiłam ci, że nienawidzę Dire Straits!
- Hauru! Hauru! - z tyłu usłyszałem głosy moich dwóch młodszych sióstr, które wpadając do pokoju rzuciły się na mnie i "przykleiły" do nóg.
   I tak oto cała rodzina zwaliła mi się na głowę. Westchnąłem i podniosłem siostrzyczki na ręce.
- Wszyscy, to są Amadea, Gracja i Seserakh. Ami, Gri, Se, to są wszyscy! - powiedziałem słysząc z tyłu chichoty przyjaciół.
- No wcale ładna gromadka. - śmiał się Rod. - i ty ją ogarniasz?
- Ami, Gri - szepnąłem do małych - Ten chłopak ma ogromne łaskotki... Jest wasz.
   Nie musiałem im tego dwa razy powtarzać. Siedmioletnia Amadea i Pięcioletnia Gracja natychmiast napadły na Roda i zaczęły go gilgotać.
- Hahahaha! No nie! Jak mogłeś! Wykorzystywać młodsze rodzeństwo do tak niecnych celów!
- Nie sądzę, aby to było wykorzystywanie - odpowiedziałem uśmiechając się widząc radość na twarzyczkach Gri i Ami kiedy przypuszczały atak na bezbronnego Roda.
- Hauru, możesz mi wyjaśnić, co tu się dzieje? - spytała twardo Se ciągle stojąc w progu. - Mówiłeś, że wychodzisz na cały dzień.
- Plany uległy niewielkiej zmianie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. - odezwał się Benvolio, po czym wyciągnął rękę, przedstawiając się.
- Owszem, mam. - odpowiedziała Seserakh wiercąc wzrokiem chłopaka, który natychmiast cofną rękę. - Długo tu będziecie siedzieć?!
- Nie wiemy. - odparł chłodno.
- To się dowiedzcie! Najlepiej teraz. - warknęła.
- Se... chodź ze mną na słówko...- powiedziałem wyprowadzając ją z pokoju.
   Gdy znaleźliśmy się z dala od reszty, spytałem:
- O co dziś chodzi?
- Julian.
- Wciąż nad nim pracujesz? Myślałem, że już mu dałaś spokój...
- To, co mu do tej pory zrobiłam, to dopiero początek. Szukam na niego czegoś mocniejszego... będzie żałował, że ze mną zadarł....
   Czasami na prawdę bałem się swojej starszej siostry... Chłopak zdradził jej przyjaciółkę, a teraz Se postanowiła się na nim za to zemścić. Z resztą to była jej ulubiona rozrywka: zemsta. Jęknąłem.
- Słuchaj... Mogę... Mogę coś ci potem o nim powiedzieć, co pewnie ułatwi ci pracę...
- Gdzie jest haczyk? - spytała od razu marszcząc brwi.
- Chcę, żebyś dziś wyluzowała. Reszta pewnie zbyt szybko się nie wyniesie więc... może byś do nas dołączyła?
- Jasssne... Dobra. Umowa stoi.
   Uścisnęliśmy sobie ręce i poszliśmy z powrotem do mojego pokoju. Od progu Seserath stała się zupełnie inną osobą. Uśmiechnęła się, przeprosiła za swoje poprzednie zachowanie i przywitała się ze wszystkimi. Romeo przyjął tę zmianę całkiem entuzjastycznie, Benvolio pozostał jednak oschły.
- To co? - spytała Kalipso. - Zaczynamy! Seserakh, grasz?
- A w co?
- W butelkę.
- To gram.
- Ojj nie wiesz, na co się zdecydowałaś. - zaśmiała się Antiochis.
- To WY nie wiecie, na co się zdecydowaliście - odpowiedziała Seserath uśmiechając się słodko.
- W tym wypadku Se ma rację... - powiedziałem. - Ami, Gri, może puszczę wam bajkę, co?
   Małe chwilę jeszcze protestowały ale na wiadomość, że zrobię im kakao zgodziły się wyjść z pokoju. Gdy wróciłem, Anti właśnie zastanawiała się nad zadaniem.
- Na kogo padło? - spytałem.
- Szczęście rozpoczynającego... - westchnęła Se.
- Obawiam się tylko, że nie wymyślę nic ciekawego - jęknęła Anti zerkając na niebo za oknem. - chociaż... a niech będzie! Odpowiesz nam na parę pytan. - zatrzymała się tu by przyjrzeć się reakcji grupy, po czym dodała: - Zadawać będzie każdy. I nie ma zmiłuj! Odpowiadasz na wszystkie bez wyjątku.
- Hej! Co to za zasady? Jedno pytanie i kropka!
- Heh. Widzisz, siostrzyczko, my tu gramy w ekstremalną butelkę. Jedno zadanie - jeden dzień. - powiedziałem z szerokim uśmiechem.
- A ile pytań mogę zadać? - zapytał zamyślony już Benvolio.
   Antiochis mrugnęła do niego.
- Zobaczymy.
- No to w takim razie słucham. - powiedziała Seserath rzucając wyzywające spojrzenie każdemu z nas.
- Kto ma ochotę zacząć? - zapytała wesoło pomysłodawczyni.
- Ja! - wyrwała się Kalipso. - Powiedz mi, czy kiedykolwiek całowałaś się z dziewczyną?
- A żeby to było tylko raz. - zaśmiała się Se. - Jasne, że tak.
- A kto to był? - dopytywał się Romeo.
- Ciekawa historia... To była dziewczyna mojego kochanego braciszka.
- Ach! Coś już zaczynam rozumieć! - szepnęła Anti uśmiechając się tajemniczo.
- Puśćmy ten epizod w zapomnienie - westchnąłem zrezygnowany.
- To na prawdę tylko pojedynczy epizod?
- TAK! - powiedziałem z naciskiem. - A przynajmniej mam taką nadzieję! Se, podkradłaś mi jeszcze jakąś dziewczynę?
- Tylko trzy... - odpowiedziała tamta z miną niewiniątka
- Tak myślałam! - odezwała się Anti, a zaraz potem do jej chichotu dołączył śmiech reszty. - Oczywiście jesteś lesbijka, prawda?
   Oboje z Seserath wybuchnęliśmy nie pohamowanym śmiechem.
 - Nie jestem. - odpowiedziała, gdy trochę się uspokoiła. - Ale lubię eksperymenty. I zemstę. Zwłaszcza tą dokonywaną na Hauru.
   To zupełnie zbiło moja koleżanką z tropu.
- Nie wierzyłem ci, Hauru. - odezwał się równie zaskoczony acz nieco rozbawiony Benvolio. - Wybacz mi.
- Mówiłem, że ona tylko wydaje się taka kochana... Teraz pewnie nie zamienisz się na Romea?
- No co do tego akurat wciąż nie jestem przekonany.
- No, ale co z waszymi pytaniami? - spytała przekornie Se. - Czyżby skończyły się wam pomysły?
- W życiu! - odpowiedziałem. - Nareszcie mogę spytać i musisz mi odpowiedzieć! Jesteś dziewicą?
- Hauru, nienawidzę cię. - jej oczy zwęziły się, a mnie przeszedł lekki dreszcz.
   Mimo to, udawałem rozbawienie:
- No mów, mów!
- Nie.
- Musisz!
- Nic nie muszę!
- Musisz!
- Ostatnio stałem się naczelnym stróżem prawa... - westchnął Rod powstrzymując uśmiech. - Tak wiec interweniuję: musisz!
- I tak już wiadomo, że nie jesteś. Tak, to byś od razu odpowiedziała - stwierdziłem. - Ale chcę to usłyszeć z Twoich ust.
- Wiesz, że właśnie po raz kolejny wkroczyłeś ze mną na wojenną ścieżkę?
- Trudno.
- A więc: nie jestem.
- Ha! Byłem tego pewny!
- Przymknij się.
- Ale nie będziemy pytać o szczegóły, nie musisz się tego obawiać. To by było prostackie. - zapewniła ją Antiochis uspokajając nastoje.
- Oooo.... - jęknąłem z zawodem.
- To może teraz pognębisz trochę braciszka? Opowiedz coś, jakąś historię z dzieciństwa...
- Odezwał się Rod.
- O! To to bardzo chętnie! Nareszcie ktoś, kto mnie rozumie. Hauru, chodzisz z nim? Jego to bym ci poderwała...
- Cholera. Czy dzisiaj wszyscy koniecznie chcą mnie pogrążyć?! Chyba zaraz pójdę oglądać bajki z Ami i Gri...
- Już się tak nad sobą nie użalaj. - zwróciła się do mnie Se. - A więc historia z dzieciństwa.... Cóż... Pamiętam jak pewnego razu, Hauru miał jakieś 9 lat, byliśmy na ślubie Goraweny. Aha! Gorawena to nasza najstarsza siostra. Tak więc najpierw tata wygłosił jakieś przemówienie, potem świadek i jeszcze ktoś tam, a potem wstał Hauru i powiedział, że też chce.
   Zrobiła dramatyczną pauzę, a ja zakryłem sobie twarz dłońmi znając dalszą część historii.
- Kilka osób się zaśmiało ale oczywiście mu pozwolili. Hauru wstał, wszedł na stół tłukąc przy okazji z 10 kieliszków i włażąc butami w przystawki i powiedział wierszyk, którego się wtedy nauczył w szkole (coś o motylkach i ptaszkach) a następnie dodał: "życzę wam duzio słodyci i sieksiu" i usiadł cały z siebie zadowolony.
- Heheh! Czyli juz wtedy miał zajoba... - Benvolio widząc mój wzrok nie dokończył zdania.
- Jesteś zazdrosna o brata? - zapytała ni stad ni zowąd Antiochis.
   Spojrzałem zaciekawiony na siostrę. Chwilę się zastanawiała, po czym powiedziała:
- Moooże czasem... Ma lepszy kontakt z resztą rodziny... Ale w innych aspektach wyprzedzam go o lata świetlne!
- Śmiem wątpić. - powiedziałem.
- Czyli konkurujesz z nim? - drążyła Anti
- Jesteśmy poza konkurencją. On jak coś robi to zawsze tak, żeby go było widać. A jak ja coś robię, to nikt nie ma o tym bladego pojęcia, do puki jego życie się nie zawali a i wtedy może tylko się domyślać, że to moja sprawka. - przechwalała się Se.
- To pochwal się, co takiego ostatnio zmajstrowałaś? - rzucił luźno Rod.
   Wymieniliśmy z siostrą porozumiewawcze spojrzenia. Kiwnąłem głową.
- Powiem coś, co zrobiłam już jakiś czas temu... Uczy was Kozłowska, nie? Ta taka młoda od angielskiego... W ostatniej klasie nie chciała mi postawić 6 na koniec roku...
- Ale wymagania... - szepnął Benvolio, a Rod tylko uniósł brew.
- Mogę wam zdradzić, że jest w separacji z mężem i że jej piękne, długie włosy odeszły w zapomnienie dzięki moim własnym nożyczkom.
- Wow. A wiec to dlatego... tyle rzeczy się dzisiaj wyjaśnia! - wymamrotał Rod.
- Myślałem, że to Hauru jest niebezpieczny dla środowiska, ale teraz widzę, że byłem w błędzie. - powiedział Romeo. - Czy oryginalność jest u was rodzinna?!
- Wtedy przestaje być oryginalnością - zauważył Rod.
- Można tak w sumie powiedzieć... - zamyśliła się Seserath odpowiadając na pytanie - Gorawena wywoływała duchy i stosowała na ludziach hipnozę...
- To ile was tak właściwie jest?! - Dopytywał brat Benvolia. - zaczynam się gubić.
- Piątka. Najstarsza jest Gorawena. Potem jestem ja, Hauru, Amadea i Gracja. Mieliśmy jeszcze dwie siostry bliźniaczki: Aillę i Kelyn. Ale uciekły z domu.
   Romeo szerzej otworzył oczy. 
- Dlaczego?
- Pojechały do Hollywood. Chciały występować. Sama wciskałam im jeszcze swoje oszczędności. A Hauru zwędził trochę rodzicom. Tych dwóch nie dało się powstrzymać...
- Co?! Nie no teraz to nas wkręcasz!
- Masz rację. - pokazała mu język. - Tak na serio to nie wiem czemu to zrobiły. Słuch po nich zaginął...
- A co podejrzewasz, że było powodem? - spytała znowu Anti, jakby bawiła się w psychologa.
- Pewnie to, że się dowiedziały o adopcji.
- Znowu żeś nas zastrzeliła. O jakiej adopcji? - dopytywał się Rod. Był wyraźnie zdezorientowany, a on bardzo tego nie lubił.
- O... to Hauru się nie chwalił? - spytała Se rozbawiona minami moich przyjaciół. - Tylko Gracja jest biologicznym dzieckiem naszych rodziców.
   Nastąpiła chwila ciszy. Paczka chyba nie wiedziała, jak się ma zachować.
   W tym momencie drzwi pokoju otworzyły się z rozmachem i wpadła przez nie Kalipso.
- No hej! - zawołała radośnie i spojrzała po nas. - Coś przegapiłam?
- Seserath właśnie powiedziała reszcie o tym, że jestem adoptowany. - odpowiedziałem - A czy mogę wiedzieć, gdzieś ty się podziewała?
- Rozmawiałam z Gri i Ami. Są kochane. I na prawdę cię uwielbiają. Trochę im się nudziło więc pokazywałam im taką grę i się nawet umówiłyśmy, że jeszcze do nich wpadnę, żeby je nau... Czekaj. Co?! Że jesteś... CO?!
   Otworzyła szeroko oczy.
- To nie jest aż tak wstrząsająca wiadomość... - jęknąłem. - Nie umieram na raka. Możecie się odezwać.
   Dopiero wtedy Rod odchrząknął i powiedział: 
- Taaak, wybacz. Nikt z nas się nie spodziewał... dowiedzieć się dzisiaj aż tyle.
- Może to dobry znak, żeby skończyć to zadanie. - zaproponowałem.
- W zupełności się zgadzam. - przytaknęła Anti. - Kończymy na dziś.
   Jakby tylko na to czekały, przez drzwi wpadły Amadea i Gracja rzucając się na mnie z plastikowymi mieczami.
- Hauru! Jesteś Pojmany!
- Tak! Tak!
- Musisz iść z nami!
- Tak!
- I zrobić nam budyń!
- Tak! Waniliowy! Waniliowy!
- Ruszaj, niewolniku!
- A mogę pożegnać się z przyjaciółmi? - spytałem dwóch małych rycerzy.
- Mmm... No dobrze.
- Ale szybko!
- Sorry, ale jak widzicie, zostałem wzięty w niewolę. - zwróciłem się do reszty. - Zobaczymy się jutro. O ile w ogóle się zobaczymy, bo te dwie chyba mają wobec mnie niecne zamiary....
   Dziewczynki zachichotały.
- Widzimy. - odpowiedział Rod, uśmiechając się lekko. - To do jutra!

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

14. Demony przeszłości

 Antiochis

   Nie warto liczyć, ile to już lat minęło od kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. My, czyli Kalipso, Rod, Hauru, Benvolio, Ciris i ja. Nie zawsze byliśmy zgraną paczką, ale tak się złożyło, że już od jakiegoś czasu spędzaliśmy ze sobą większość czasu. Była to dla mnie norma i nie przyszło by mi do głowy, że mogłoby się to zmienić. A jednak. Już wkrótce Ciris miała wyjechać do Francji uczyć się rysunku i mieliśmy zostać w piątkę. Oczywiście nie na zawsze, ale to nie docierało do mojej świadomości. Było tylko niedowierzanie, bunt i pytanie, co dalej. Bezsensowne - w końcu jej wyjazd nie zmienia chyba aż tak dużo? Poza tym nie powinnam być taką egoistką. Skoro Ciris zależy i cieszy się z przyjęcia na kurs, naturalnym by było cieszenie się razem z nią. Albo i niezupełnie... Nieważne. Może inaczej spojrzę na tę sprawę, kiedy z nią porozmawiam. Ciekawe, czy dzisiaj przyjdzie, czy może już się pakuje... Przyspieszyłam kroku i po chwili wchodziłam już między świerki, gdzie czekał Benvolio z Romeem i Hauru.
 - Cześć, Anti. - rzucili niemalże synchronicznie.
 - Cześć.
   Usiadłam na ziemi i na jakiś czas zapadła cisza przerwana powrotem chłopaków do rozmowy.
 - Nie uwierzę, że jest tak źle jak mówisz, Hauru. - powiedział Benvolio.
 - A czy twój brat kiedykolwiek dolewał Ci zielone farby do włosów do szamponu? Albo zamieniał numery w telefonie tak, że dzwoniąc do swojej dziewczyny, dodzwaniałem się do jej ojca? Bo wiesz, takie rzeczy to dla mojej siostry norma.
 - Eee tam, nie jest tak źle. Zielone włosy to całkiem fajny pomysł, a co do ojca dziewczyny, to tak czy siak musisz się z nim jakoś dogadać, nie? Poza tym ty masz w ogóle teraz dziewczynę?
 - Nie mam... - zamyślił się na chwilę po czym dodał: - Ale to też przez Seserakh!
 - Dleczego?
 - A jak myślisz?! Kiedy zaprosiłem moją ostatnią dziewczynę do domu, Seserakh podrzuciła mi do pokoju koronkową bieliznę i liścik ze śladem ust oraz napisem "było świetnie, kotku". Oczywiście się nie przyznała, a dziewczyna mnie rzuciła.
 - Hahaha! Okej, rozumiem. To mój braciszek jeszcze czegoś TAKIEGO mi nie zrobił.
 - Nie miałem okazji. - wtrącił się Romeo. - Nie żeby nie było mnie na to stać...
 - Oj, cicho bądź. - warknął Benvolio. - Już idzie reszta.
 - Hejka! - zawołała Kalipso radośnie.
   Nastąpił króciutki festiwal powitań po czym odezwał się Benvolio:
 - Zanim przejdziemy do raportu, chciałbym zadać wam jedno proste pytanie... - zaczął rozglądać się po nas, próbując wyczytać coś w naszych twarzach. - Kto zabrał książkę, którą wypożyczyłem przedwczoraj w bibliotece?
   Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Wszyscy rozglądali się, próbując rozpoznać winnego, ale najwidoczniej ten nie miał ochoty się przyznawać.
 - No nic. To będę was wypytywał indywidualnie. - Benvolio wzruszył ramionami. - Tylko pamiętajcie, że termin oddania już za niecałe dwa tygodnie. 
   Nikt tego nie skomentował.
 - Dobra ludzie... - powiedział Hauru - Miejmy to za sobą. Gdybym to był ja, to bym się przyznał, ale że przeczytałem już tą książkę, to nie miałem celu w jej kradzieży. Za to bardzo mnie interesuje, kto był tak zdesperowany!
   Odpowiedziała znowu cisza.
 - Wydawało mi się, że po tych wszystkich zadaniach i latach znajomości, nie mamy przed sobą tajemnic... - Odezwała się Kalipso zaglądając wszystkim w oczy.
   Najwidoczniej jednak nic w nich nie wzbudziło jej podejrzeń, bo zaraz machnęła ręką i powiedziała zrezygnowana:
 - Dobra. Zostawmy to na później... A tymczasem...
   Wyjęła z torebki butelkę, położyła na ziemi i zakręciła.
 - Chwila! - krzyknął Benvolio, zatrzymując ręką butelkę. - A raport z wczorajszego zadania?
 - Nic się nie wydarzyło. - odpowiedziała ruda. - Wisielec jest na samej górze. Jak nie wierzysz to idź i zobacz!
 - Wierzę. - uśmiechnął się. - Kręć.
   Chwyciła butelkę ponownie. I oczywiście pech chciał, że wypadło na mnie - a gorszy dzień na to trudno by było znaleźć. No cóż... Zostało mi podporządkować się zasadom gry.
 - Słucham. - westchnęłam.
 - Mmm... Myślę, że już czas, zrobić coś dobrego dla kraju. - stwierdziła Kalipso przybierając poważny ton. - Prawdziwy patriota wspomaga instytucje państwowe. A taką jest niezawodnie Poczta Polska. Więc twoim zadaniem jest wysłać list. Ale nie byle jaki list. List do swojej pierwszej miłości.
   Początek zadania brzmiał niewinnie jak na Kalipso i zaczął mnie nawet nastrajać optymistycznie. Ostatnie zdanie uruchomiło jednak w mojej pamięci lawinę wspomnień. Z początku próbowałam ją powstrzymać, ale było to bezskuteczne - siedziały we mnie zbyt długo upchane w grubym worku rzuconym w najciemniejszy kąt pamięci, a teraz Kalipso sprawnym ruchem noża rozcięła go na całej długości.
 - Anti? - gdzieś niedaleko odezwał się głos Hauru.
   Dalej już nic nie słyszałam. Przed oczami miałam przewijające się obrazy.
   Mój dawny dom pod innym miastem. Stojąca przy płocie grusza, której gałęzie wysuwały się daleko na podwórko sąsiadów. Konrad zakradający się po jej konarach do naszego ogrodu. Wspólne jedzenie malin prosto z krzaka. Jego pomoc przy zbieraniu suszącego się na sznurku prania. Jego uśmiech, gdy wybiegał na ulicę, by pokazać mi kwitnące po drugiej stronie słoneczniki. Huk rozbijającego się samochodu. Ból skręconej w biegu kostki. Kałuża krwi. Jego martwe oczy. Mój krzyk. I dalej już tylko ciemność.
 - Anti... Co się dzieje?
   Nie byłam w stanie mu odpowiedzieć.
   Po pewnym czasie wydusiłam z siebie:
 - Przepraszam, ja zaraz wrócę...
   Podniosłam się z ziemi i wybiegłam z parku. Tam oparłam się o ogrodzenie i patrząc tępo przed siebie zaczęłam układać sobie umysł od nowa.
 - Przede wszystkim uspokój się. - mamrotałam do siebie. - To teraz najważniejsze...
   Gdyby tu tylko była Ciris! Przy niej zawsze czułam się pewniej i być może szybciej bym wróciła do siebie. W końcu już raz tak było. Ona wiedziała.
   Przed resztą chyba nie byłabym w stanie tak się otworzyć... Nie, na pewno nie. Zresztą nie wiadomo, jak by zareagowali. I w ogóle, jak by to się przeniosło na nasze relacje. Bałam się. Jak zawsze. Ale w końcu coś trzeba zrobić. Wrócić tam. I co dalej? Wytłumaczyć się? Jak? Jakoś obejść to naokoło...
 - Czy coś się stało? - spytał Hauru pojawiając się nagle w wyjściu z parku.
 - Yyy... Nic takiego... Wróćmy do reszty... - szepnęłam i powoli ruszyłam w kierunku świerków.
 - Anti. - zatrzymał mnie. - Czy mam poprosić Kalipso o zmianę zadania?
   Zawahałam się.
 - A mógłbyś?
 - Nie ma sprawy. - uśmiechnął się do mnie i razem wróciliśmy do reszty.
 - Słodka Kalipso! - zawołał od progu Hauru. - To zadanie jest beznadziejne! Nie będziemy płacić poczcie za to, że i tak nie dostarcza naszej korespondencji! Wymyśl coś sensowniejszego.
 - Czy to nie jest obchodzenie zasad? - spytał Romeo.
 - Ależ jest!  - powiedział Rod z naciskiem. - Chociaż widać, że to wyjątkowa sytuacja. Możemy przynajmniej dowiedzieć się, o co chodzi?
 - Skoro to jest łamanie reguł, to ja przyjmuję karę. - stwierdził Hauru. - Wszystko będzie zgodnie z zasadami. Kalipso, proszę, zmień zadanie. A ty, Rod, już możesz myśleć nad tym, jak mnie za to ukarać.
 - Nie no, nie o to mi chodzi! Żaden ze mnie legalista! Po prostu wytłumacz, co się stało.
 - Anti ma prawo do odrobiny prywatności. Mógłbyś to uszanować?
 - A, ok. Już rozumiem. - Rod wycofał się.
 - W takim razie - stwierdziła Kalipso - Pojedź do budynku telewizji lokalnej i powiedz, że chcesz zaprezentować dzisiejsze wiadomości.
 - Okej. - mruknęłam. - Ale... Czy moglibyśmy to zrobić jakoś po południu? Chciałabym się trochę ogarnąć...
 - Jasne. - odpowiedziała ruda. - Spotykamy się o 16:00 pod telewizją.
 - Dzięki. - szepnęłam.
 - Mogę odprowadzić cię do domu? - spytał Hauru.
 - Dzięki, ale nie idę do domu. - odparłam mimowolnie.
 - To do zobaczenia.
 - Cześć.
   Rozeszliśmy się w ciszy.
   Wyszłam z parku na końcu i od razu skierowałam się w stronę domu Ciris.
   Wpadłam do jej mieszkania nawet nie pukając. Wiedziałam w końcu, że jej rodziców nie ma, a ją samą znajdę gdzieś między jej pokojem, łazienką a przedpokojem.
 - Koszulki są, spodnie długie, krótkie, legginsy... oh! Gdzie się podziała ta spódnica!
 - Cześć!... - rzuciłam, hamując gdzieś w jej pokoju.
 - Anti?! - krzyknęła przestraszona wpadając na szafę.
 - Przepraszam! Musiałam przyjść, bo bym już nie wytrzymała... Przepraszam!
 - Co jest grane? - zapytała spokojnie, siadając ze mną na rozłożonym łóżku.
 - Nie było cię dziś w parku... I wypadło na mnie. Kalipso kazała mi napisać list do Konrada!... - Wyparowałam, stwierdziwszy, że nie ma co uważać na słówka.
 - O Boże... jak mogła?! Nie myślałam, że z niej taka nieczuła...
 - Ale oni nic nie wiedzą!... W zadaniu też to jakoś inaczej ujęła...
 - Aha... - Ciris uspokoiła się trochę - Powiedziałaś im potem? Czy uciekłaś i zaraz mi się włamią do mieszkania?
 - Jakoś się wykręciłam. Wciąż im nic nie powiedziałam. Ale coś trzeba będzie!
 - Chcesz, żeby wiedzieli?
 - Nie wiem... To wydaje mi się jedyną opcją, ale może nie...
 - Nie zastanawiaj się jak to rozwiązać. Pomyśl, czego chcesz.
   To nie było dla mnie jasne.
 - Nie dam rady im tego powiedzieć, ale nie chce się izolować. - odpowiedziałam po chwili namysłu.
 - Jeśli tak będzie ci łatwiej, to mogę im to jeszcze wyjaśnić przed wyjazdem. Wiem, że to dla ciebie bolesne...
 - A co kiedy już będą wiedzieli? Przecież to tyle zmienia...
 - Nic się nie zmieni, Anti. Przestań żyć przeszłością. Liczy się to, co jest teraz.
 - I właśnie teraz zmieni się ich sposób patrzenia na mnie. Kim niby jestem? Przecież tyle rzeczy w moim życiu zależy od TEGO.
 - Anti... Oni zrozumieją.
   Westchnęłam.
 - Naprawdę mogłabyś im to wytłumaczyć?
 - Jeśli dokończysz za mnie pakowanie! - powiedziała moja przyjaciółka i mrugnęła do mnie okiem.
 - Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytałam siląc się na uśmiech.
 - Nie martw się. I tak na wyjeździe zamierzam połazić trochę po francuskich sklepach.
 - No dobrze. To spróbuję zrobić tak, żebyś musiała chodzić jak najmniej.
   Ciris uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mnie.
 - Idę. - rzuciła, wychodząc z pokoju. - A ty weź się do pracy.
 - Jasne. - odpowiedziałam cicho, i zabrałam się za staranne składanie rzuconych na podłogę ciuchów. Co ja bym bez niej zrobiła...? Czułam bezgraniczną wdzięczność. Oby dobrze jej szło na tym kursie.

   Było już kwadrans po 16, kiedy nareszcie dotarłam na miejsce. Wszyscy już tam czekali, ale przyjęli moje spóźnienie z taką wyrozumiałością, że aż poczułam się głupio. Bez zbędnego gadania wzięłam się do roboty, a reszta już automatycznie ustawiła się "na stanowiskach" - tak aby nie wzbudzać podejrzeń, a jednocześnie wszystko widzieć. Chciałam wzbudzić w sobie nastrój do wygłupów, ale opornie mi to szło, więc poszłam na żywioł. Co ma być, to będzie!
   Nasza lokalna telewizja nie miała wielkiej siedziby, dlatego nie musiałam się nawet zastanawiać, dokąd pójść. Recepcja była jedna i rzucała się w oczy. Za wielkim biurkiem obudowanym granatowym plastikiem siedziała niska, otyła pani po pięćdziesiątce.
 - Dzień dobry! Chciałabym zaprezentować dzisiejsze wiadomości! - wypaliłam.
 - Słucham? - zapytała zdezorientowana kobieta.
 - Chciałabym zaprezentować dzisiejsze wiadomości. - powtórzyłam, cała się czerwieniąc.
 - Ja chyba wciąż nie rozumiem. Czy mogłaby pani jakoś inaczej to ująć?
 - Dzisiejszy program, wieczorny, z wiadomościami. Chciałabym go poprowadzić.
 - Ależ to absurd! Co też pani mówi!
   Uparcie wpatrywałam się w nią, zastanawiając się, co zrobić, żeby wyglądać bardziej poważnie.
 - I będzie tu pani tak stać i czekać? Przecież to jakiś żart!
   Przez moment zdawała się mnie ignorować, ale widząc, że nie odpuszczam, wstała, mówiąc:
 - Przepraszam panią, muszę się z kimś skonsultować.
   Wyszła zza biurka i minąwszy mnie, zniknęła za najbliższymi drzwiami. Wykorzystałam ten moment, żeby dać sygnał pozostałym i jak gdyby nigdy nic ulotnić się z budynku. Zadanie wykonane.
   Aby uniknąć "pościgu" odbiegliśmy kawałek od budynku, za róg najbliższego bloku.
Dopiero tam odezwała się Kalipso.
 - Wzorowe wykonanie. Ale chyba tak łatwe zadanie jeszcze nie pojawiło się w naszej grze.
 - Mam rozumieć, że następne będzie jakieś hardkorowe? - zapytał roześmiany jak zwykle Benvolio.
 - Zobaczymy jutro. - mruknęłam. Mimo wszystko byłam zmęczona.
 - To co? Zbieramy się. - zasugerował Rod.
 - Chwila, a co z książką? - zaczął znowu Benvolio.
 - Już pytałeś dziś... Daj spokój, co? - powiedziałam okazując swój brak entuzjazmu.
 - Właśnie braciszku. Co z tego, że będą wysyłać na nasz adres powiadomienia, żeby ją oddać... i będą dzwonić... i każą odkupić... - Zaczął wyliczać Romeo.
 - Znajdę ją, ja ci to mówię!
 - A mów sobie co chcesz. To samo mówiłeś jak powiedziałem, że nie znajdziesz dziewczyny. I kto miał rację?!
 - Terminu nie ustaliłeś. Bo i po co? Kiedyś się rozliczymy, ale spokojnie...
   Rod i Kalipso uznali to widać za zakończenie spotkania, bo pożegnali się i odeszli. Hauru zrobił to samo zaraz po nich i ja również poszłam w ich ślady.
 - No ej! Znowu mnie olewacie! - krzyknął za nami Benvolio. Romeo oczywiście nie omieszkał tego skomentować i nasz przyjaciel najwidoczniej kolejny raz odpuścił. Tymczasem ja przechodziłam już przez ulicę, by za chwilę wejść na prostą drogę do domu.