Rod
Było jeszcze całkiem wcześnie, jakoś wpół do ósmej, kiedy zadzwoniła do mnie Kalipso z wiadomością, że nie będzie jej dzisiaj w parku.
-
Hejka. Obudziłam cię? Przepraszam! Nie mogę przyjść. Tata trzyma mnie w
domu. A przecież 39 stopni gorączki to prawie norma! To pewnie przez
ten wczorajszy deszcz...
- O kurde. 39 stopni to już poważna sprawa. - stwierdziłem. - Może przyjść do ciebie? Zrobić herbatę, posiedzieć...
-
Nie! Stanowczo zabraniam! Już i tak tata wchodzi do mojego pokoju co 10
minut pytając czy czegoś nie potrzebuję. Idź spotkać się z resztą.
Opowiesz mi potem jak było.
- No dobrze. Do usłyszenia. - pożegnałem się niechętnie, po czym dodałem: - Ale jakbyś czegoś chciała, to śmiało dzwoń.
Odpowiedziała
mi jedynie westchnieniem i rozłączyła się. Znaczy nie jest jeszcze aż
tak źle, wciąż zachowuje się normalnie. Za kilka godzin z czystym
sumieniem założyłem kurtkę i wyszedłem z domu.
Na
zewnątrz panował rześki chłód. Czuć było wilgoć, a błoto chlupotało pod
butami. Miałem nadzieję, że nie pójdziemy znów na łatwiznę i nie
wepchniemy się komuś do domu - tym razem podłogę pobrudziłbym ja, choćbym
nie wiem jak chciał tego uniknąć.
W ogóle powtórka z dnia wczorajszego byłaby już czymś... nie strasznym,
ale niezbyt komfortowym. Nie żeby zaszokowały mnie odpowiedzi Seserakh,
ale to czego na koniec dowiedzieliśmy się o Hauru (i o niej w sumie
też), wprawiło mnie z zakłopotanie. Wolałbym tak dużo nie wiedzieć.
Zupełnie inaczej patrzyłem na nich, kiedy miałem ich za "normalną"
rodzinę. Teraz parę rzeczy mniej mnie dziwiło, na przykład to, że jest
ich tak dużo, albo to, że tak bardzo się od siebie różnią. Myślę, że
nawet wyrozumialej patrzyłem na wybryki Hauru. Ale dziwne było to, że
mówił o tym prawie bez emocji.
Nie
to co Antiochis - ona nie była w stanie nawet opowiedzieć nam, dlaczego
tak zareagowała na zadanie Kalipso. Co prawda zrobiła to w bardzo złym
stylu, takim ckliwym a la harlequin, ale skoro tak bardzo to przeżyła,
to nie ma co się czepiać. Jej towarzystwo wprowadzało jednak od tamtej
pory jakąś dziwną atmosferę. Nikt nie żartował, nie rzucał złośliwości, a
już na pewno nie pod jej adresem. Nie wiem, jak reszta, ale mi po tym
wydarzeniu nie zdarzyło się jeszcze rozmawiać z nią sam na sam. W ogóle
jakoś jej unikałem. Nieswojo mi przechodzić nad tym do porządku
dziennego, ale nieswojo też znowu poruszać temat. Co bym jej powiedział?
Co w ogóle powinniśmy jej powiedzieć? Może nie musimy? Może wolałaby,
żebyśmy zapomnieli o całej sprawie? Ta wersja wydała mi się najbardziej
prawdopodobna i kiedy wchodziłem już za świerki w parku, byłem tej myśli
pewny.
- O. Rod. A gdzie Kalipso? Ona się zwykle nie spóźnia... - powiedział Benvolio.
- Kalipso dzisiaj nie będzie. - odezwałem się wyrwany z zamyślenia. - Rozchorowała się.
- To co? Gramy bez niej czy idziemy do domu? - spytał Romeo
Obaj spojrzeli na mnie pytająco, więc odpowiedziałem:
- Może zaczekajmy jeszcze na Seserakh, Antiochis i Hauru. Wtedy zadecydujemy.
Obaj przytaknęli, po czym spędziliśmy kolejne dziesięć minut stojąc albo chodząc bez sensu między drzewami.
- Cześć ludziska! - wykrzyknął Hauru wbiegając do parku. Za nim doszły dziewczyny.
- Kalipso zachorowała, wiecie? - wypalił na wstępie Benvolio. - Co teraz zrobimy?
- Powiesimy się. - odpowiedziała Seserakh sarkastycznie.
- To coś poważnego? - spytał niemal równocześnie Hauru.
- Chyba nie, przeziębiła się po wczorajszym deszczu. - odpowiedziałem od niechcenia.
Wszyscy mimowolnie spojrzeliśmy na blondyna - jeśli patrzeć na to przeziębienie pod tym kątem...
Chłopak tylko spuścił oczy. Nie
bronił się, nie usprawiedliwiał - przyznał się do winy. Przez niego
Kalipso ma 39 stopni gorączki. Już nie byłem pewien, czy denerwowanie
się na niego jest uzasadnione.
Z nieciekawej sytuacji wyratowała go Antiochis.
- Zagrajmy. - powiedziała ni stąd ni zowąd. - Kto dzisiaj kręci?
- Ja. - odezwała Seserakh. - Będę mogła się odpłacić za ten wczorajszy wywiad.
- No. Widzę, że już pojęłaś zasady gry. - uśmiechnąłem się.
- Kto ma butelkę?
Na
moment zapadła cisza. Obecność butelki na naszych spotkaniach była
zawsze naturalna, jednak póki nosiła ją ze sobą Kalipso, nikt się nią nie
przejmował. Teraz byliśmy w kropce.
- No to mamy problem. - stwierdził "odkrywczo" Benvolio.
- Co ty nie powiesz... - mruknąłem.
- Papier, Kamień, Nożyce? - zaproponował Romeo.
- Chyba nie mamy innego wyjścia. - poparła go nieśmiało Anti.
- Wszyscy razem? - zapytałem.
Reszta nieśmiało przytaknęła i wyciągnęła ręce do gry.
- Trzy, czte-ry!
Dziewczyny z Hauru pokazali kamień, Benvolio z bratem - nożyce, a ja papier.
- To chyba nie wyjdzie. - zaśmiałem się.
Zagraliśmy
więc w parach i po kilku rundach trafiłem do niechlubnego finału.
Wygranie z Romeem miało mnie uratować od wykonywania najbliższego
zadania - ta jedna, jedyna wygrana. No i nie wyszło!
- Taki niefart!
- Jak dla kogo. - Zaśmiał się Romeo.
- Dawno się nad tobą nie znęcaliśmy. Najwyższy czas, nie sądzisz? - Benvolio wstawił się za bratem.
Ale
teraz to nie miało znaczenia. Musiałem zdać się na łaskę Seserakh. Nie,
nie łaskę Seserakh! Coś takiego nie istnieje. Byłem w czarnej dupie.
-
Nie wiem jakie zadania dawaliście sobie wcześniej - powiedziała tonem
poddającym w wątpliwość prawdziwość jej słów - więc zainspiruję się pewnym filmem.
- O masz!
-
W "Pamiętniku" była jedna scena w której para tańczyła na ulicy. Nie
obchodzi mnie gdzie będziesz tańczyć i co i czy z kimś. Ale masz tańczyć
na ulicy przez... pół godziny byłoby sadyzmem... przez 10 minut!
Roześmiałem się.
- Chyba żartujesz.
- Nie.
Jej wzrok w zupełności to potwierdzał, więc zaczęło do mnie docierać, jak beznadziejne jest moje położenie.
- Dobrze, że wziąłem kamerę. - powiedział Hauru z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Chwila, przecież ja zupełnie nie umiem tańczyć. - zaprotestowałem. - Nie będę w stanie zrobić TEGO.
- Trzeba było zapisać się na tańce w szkole. - odpowiedział blondyn.
- Żebym ja wiedział, że to się przyda...
- To zawsze się przydaje. Nie wiesz, że dziewczyny się podrywa na taniec i gitarę?
- Jakoś poradziłem sobie bez tego.
- Nadal nie wiem jak tego dokonałeś. - powiedział z przekąsem.
- Zaczynasz mnie wkurzać.
- Nie no serio? Nawzajem.
- Tak? A ta złośliwość to tak "mimochodem"?
- O przepraszam bardzo, ale jeśli chodzi o złośliwości, to akurat ty nie powinieneś się mnie czepiać!
- Jakoś tylko mi się tak od ciebie dostaje.
-
I co? Teraz zagrasz na litość? Sam nie jesteś lepszy! Mam dość tego
sarkazmu, którego używasz za każdym razem gdy się do mnie odezwiesz!
- Co uważasz za sarkazm? A może po prostu byłem szczery?
-
Szczery?! To teraz ja będę szczery: Nienawidzę cię odkąd pamiętam! Masz
wszystko ot tak! Bez kiwnięcia ręką! Ale w ogóle o to nie dbasz!
Lekceważysz!
- Chyba zwariowałeś! Ja nie dbam i lekceważę?! Na przykład co? Bo jakoś nie przypominam sobie nic, co traktowałbym w ten sposób.
- Masz rodzinę! Ale co chwila uciekasz z domu. Jak możesz?! Jak śmiesz?!
- Nie będę ci się tłumaczył z problemów rodzinnych. Jak chcesz, to ty sobie o tym opowiadaj, mnie nie zmusisz.
-
O! I znowu! Wszyscy tu traktują cię jak przyjaciela. A ty się przed
nimi zamykasz! Wiesz że na palcach jednej ręki potrafię policzyć osoby,
które traktują mnie poważnie?!
- A zastanowiłeś się kiedyś czy to nie jest twoja wina? To by wiele ułatwiło.
- Nie zmienię tego jaki jestem. I w przeciwieństwie co do niektórych, ja nie kryję się ze swoimi poglądami!
- Żeby było jasne: nie kryję się z niczym.
- Coś ciężko mi w to uwierzyć.
- Co ci tak we mnie przeszkadza, do cholery?
- Mógłbym spytać cię o to samo!
- Z tym, że to nie ja zacząłem tę kłótnię.
- Haha! Teraz to chyba sobie żartujesz. Że niby co? Ja zacząłem?
- No a nie? Przecież wszyscy mogą to potwierdzić.
- Ty sukinsynu. Doskonale wiesz, kto zaczął! Nie powołuj się na świadków, bo i tak nic nie powiedzą.
- Twierdzę co innego i przestań mnie wyzywać, bo nie ręczę za siebie.
- Już chyba kiedyś o tym rozmawialiśmy. Lepiej ze mną nie zaczynaj.
W
tym momencie do akcji wkroczyli Romeo i Benvolio. Widocznie wcześniej
się umówili, bo sprawnym ruchem odepchnęli nas od siebie, zanim
zdążyliśmy skoczyć sobie do gardeł.
- Ło... nie wiedziałam, że tu aż tyle się dzieje... - powiedziała Seserakh.
-
Uspokójcie się obaj. Zachowujecie się jak dzieci. - powiedziała Ani
wzdychając.
Nie miała racji. Pokłóciliśmy się o coś ważniejszego niż
jak, kto, kogo nazwał.
- No... Już starczy na dzisiaj. - poparła ją siostra blondyna. - Wróćmy do zadania.
- Porozmawiałabyś potem z bratem? - zapytała ją ciszej Antiochis. - Ja zajmę się Rodem.
- Ta... Ale już widzę jak słuchają...
- No, musimy chociaż spróbować, bo się pozarzynają przy najbliższej okazji.
- I tak to zrobią. Ale niech ci będzie.
Na to Anti uśmiechnęła się i zwróciła do nas:
- No to wracamy do gry! Chyba że chcemy ją przełożyć na popołudnie?
- Zróbmy tak. - zgodziłem się.
Nie czekając na odpowiedź reszty, obróciłem się na pięcie i odszedłem.
Nie
wiedziałem, dokąd mam pójść. Szlajałem się po ulicach, nie myśląc nawet
o tym, gdzie trafię. Byłem za bardzo wkurzony na Hauru, żeby
przywiązywać do tego jakąkolwiek wagę.
Co
mu odwaliło? Przecież do tej pory nieźle się dogadywaliśmy, byliśmy
całkiem dobrymi kumplami. Przecież jeśli miał do mnie jakiekolwiek wonty
mógł mi o tym powiedzieć od razu! Nie mieliśmy przed sobą wielkich
tajemnic, tak jak wszyscy w naszej paczce. Dlaczego wyskoczył z tym
teraz? I dlaczego to takie absurdalne pretensje?!
Nagle
usłyszałem z lewej strony pisk opon. To wyrwało mnie z zamyślenia i
zobaczyłem, że praktycznie wpakowałem się pod samochód.
- Przepraszam. - wymamrotałem zaskoczony do kierowcy, który właśnie
krzyczał coś przez szybę i energicznie pukał się palcem w czoło.
Szybko
zszedłem z jezdni i stanąłem na chodniku. Chyba już zupełnie
ochłonąłem. Postawiłem kołnierz kurtki (bo wiatr był jednak zimny) i
zacząłem się zastanawiać, co dalej. Do
domu nie było sensu wracać. Mógłbym pójść do Kalipso, choćby dla w
towarzystwa, ale w domu był jej ojciec. Do miasta z kolei w ogóle mnie
nie ciągnęło.
Po
takim przerobieniu jeszcze paru możliwości postanowiłem wrócić do
parku. Nie wiedziałem, na którą godzinę pozostali umówili się na powrót
do gry, a ja i tak nie miałem co robić. Po
dotarciu na miejsce chwilę pokręciłem się, szukając sobie miejsca, po
czym usiadłem pod tym samym świerkiem co zwykle i zacząłem bawić się
opadłymi z niego igłami. Nie
wiem, ile czasu minęło, ale pewnie sporo, bo z letargu wyrwał mnie
dopiero głos Antiochis, która nie wiadomo kiedy usiadła naprzeciwko
mnie.
- Jak się czujesz? - zapytała cicho jak zwykle.
- Już nieźle, dzięki. - skłamałem, patrząc w ziemię.
- Jesteś obrażony na Hauru?
- Trudno żebym nie był. - odparłem ze złością. Co to w ogóle za pytanie?!
- Niepotrzebnie. On naprawdę nie chciał cię urazić.
- Taa... A co w takim razie chciał osiągnąć?
- Trochę go poniosło. Tak samo jak ciebie zresztą...
- Nie czuję się ani trochę winny. - przerwałem jej.
- Może jednak powinieneś się zastanowić...
- Nie! Nie będę się zastanawiał, czy może jakimś gestem nie podpadnę Wielkiemu Hauru.
-
Okej, zostawmy ten temat. - westchnęła, a po chwili dodała: - Może nie
jesteście jeszcze w stanie rozwiązać tych problemów, ale powinniście się
chociaż przeprosić?
- Chyba żartujesz! Ja miałbym go za coś przepraszać? Nie ma mowy!
-
Słuchaj, nie chodzi o to, żeby sprawić komuś przyjemność czy żeby
ustalić, kto ma rację. Musimy jakoś funkcjonować w tej grupie. Chyba nie
chciałbyś być winien rozpadu naszej paczki.
- Jeśli ktokolwiek miałby być temu winien, to tylko on.
- Ty też, bo to wy dwaj jesteście skłóceni, a nie robisz nic, żeby to zmienić.
Zacisnąłem zęby. Zupełnie nie przemawiał do mnie ten tok myślenia. Anti
tymczasem dodała:
- Wyobraź sobie jak będzie się czuła Kalipso, kiedy
dowie się o wszystkim. Jak myślisz, czego będzie od ciebie oczekiwała?
Trafiła
w mój czuły punkt. Oczywiście, Kalipso będzie wykorzystywała wszyskie
swoje dyplomatyczne i przywódcze zdolności, żeby znowu scalić grupę. No i
nie będzie chciała wybierać między mną a Hauru.
- Zastanowię się. - odpowiedziałem niechętnie.
Dziewczyna
nie odpowiedziała, tylko wciąż uporczywie wpatrywała się we mnie, aż
poczułem się nieswojo i opuściłem znowu wzrok. Siedzieliśmy tak przez
jakiś czas dopóki między świerki nie weszła Seserakh.
-
Można powiedzieć, że masz szczęście, Rod. Mój brat zamknął się w pokoju
i stwierdził, że już nie wyjdzie. Jeden świadek mniej twojej tanecznej
porażki.
- Hura. - mruknąłem, nie siląc się nawet na entuzjazm.
- Już się tak nie ciesz. Przejdzie mu. A jak nie, to użyję innych środków perswazji...
Na
Benvolia i Romea nie musieliśmy długo czekać. Przyszli, jak się
okazało, wyjątkowo punktualnie i byli dziwnie spokojni i czujni.
Antiochis jednak miała rację, że ta sprzeczka bardzo wpłynęła na
wszystkich.
-
Muszę do kogoś zadzwonić. - rzuciłem, po czym odszedłem parę kroków i
wybrałem na telefonie numer do koleżanki z klasy. Wiem, że chodziła na
ten kurs tańca, o którym mówił Hauru, zanim się pokłóciliśmy, i że
dobrze sobie radziła.
Starając
się brzmieć entuzjastycznie, wytłumaczyłem jej, o co chodzi w moim
zadaniu i zapytałem, czy by mi nie pomogła. W odpowiedzi roześmiała się i
z ochotą przytaknęła. Szybko ustaliliśmy szczegóły i rozłączyliśmy się.
Gdy wróciłem, pozostali patrzyli na mnie podejrzliwie.
- Chodźcie. - powiedziałem głosem, w którym nawet Benvolio pewnie wyczuł obawę. - Miejmy to już za sobą.
Prowadziłem
grupę najprostszą możliwą drogą, więc dość szybko dotarliśmy do placu,
na którym miała mieć miejsce moja kompromitacja. Beata już tam na mnie
czekała.
Była
to niewysoka, za to niezwykle wysportowana dziewczyna o krótkich
włosach bliżej nieokreślonego koloru i usposobieniu Czerwonego Kapturka.
Pewnie godząc się na pomaganie mi nie zwróciła nawet uwagi na fakt, że
będzie robić z siebie idiotkę w samym centrum dzielnicy, ale myślę, że
jej akurat to bardzo nie zaszkodzi. Jak by nie było, umie tańczyć jak
profesjonalistka.
- Cześć wszystkim! - przywitała się z szerokim uśmiechem na ustach, gdy tlko do niej podeszliśmy.
- Cześć! - odpowiedziałem. - Moi drodzy, to Beata. Będzie mnie wspierać w wykonywaniu wymyślonego przez was zadania.
Niektórzy
rzucili nieśmiałe "cześć", inni nie odpowiedzieli nic, ale wszyscy
przyglądali się jej ciekawie. Nie była to zbyt komfortowa sytuacja.
- Może już zaczynajmy. - rzuciłem.
- Jasne. - odpowiedziała. - Tak więc walc?
- Chyba nic prostszego nie wymyślimy, prawda?
- Jeszcze może być cza-cza.
- Może lepiej zostańmy przy walcu...
- Dobrze. - uśmiechnęła się szerzej. - Kojarzysz jakieś podstawowe kroki, nie?
- No, coś tam...
-
To świetnie! Lecimy! - przerwała mi i zaciągnęła mnie na środek placu.
Następnie ułożyła moją prawą rękę gdzieś nad swoim biodrem, a lewę jakoś
dziwnie chwyciła i zaraz zaczęła stawiać pierwsze kroki.
Z
początku trudność sprawiało mi samo orientowanie się, którą nogę
powinienem podnieść, ale po pewnym czasie zacząłem zauważać delikatne
sygnały, jakie dawała mi Beata, mówiące co teraz zrobi. To chyba
należałoby nazwać prowadzeniem... Ech...
Gdy
opanowałem powtarzający się schemat kroków, zerknąłem w stronę
przyjaciół. Spodziewałem się, że będę zwijać się ze śmiechu, jednak oni
jedynie lekko się uśmiechali. Co
innego przechodnie! Ci nie dość, że odwracali głowy i przystawali, to
jeszcze niektórzy chichotali i pokazywali przyjazne gesty. Wolałbym
jednak żeby tego nie robili... Poczułem
wielką potrzebę przerwania tej szopki i zaszycia się gdzieś w ciepłym
kącie. Zresztą chyba tyle wystarczyło, żeby uznać zadanie za wykonane.
- To może już kończmy? - odezwałem się do partnerki.
- Już?
- Nie żeby nieprzyjemnie się tańczyło... - wysiliłem się na uśmiech.
- Nie no, spoko. - odparła, stając i opuszczając ręce. - Mam nadzieję, że pomogłam.
- Jasne, że pomogłaś! Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - odpowiedziałem szczerze.
Zaśmiała się na to cicho. - Zawsze do usług!
Gdy reszta do nas doszła, pożegnała się krótko i odeszła, a ja zostałem sam z moimi sędziami.
- No i co wy na to? - zapytałem.
- Ma dziewczyna talent... - westchnęła Seserakh. - Czego nie można powiedzieć o tobie.
- O tym wiedziałaś już wcześniej.
-
A wiesz, że jesteś na przynajmniej setce zdjęć tej wycieczki japońskich
turystów, co tędy przed chwilą przechodziła? - wtrącił Romeo.
Przewróciłem oczami. Tego mogłem się spodziewać.
- Ja też mam parę ładnych ujęć - dodała Anti.
- Nie zapomniałem o tym.
- Piękne to nie było, ale zaliczamy, nie? - podsumował Benvolio.
- Nooo moooże... - drażniła się Se.
Spojrzałem na nią spode łba.
Zaśmiała się.
- Niech będzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz