Antiochis
Nie warto liczyć, ile to już lat minęło od kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. My, czyli Kalipso, Rod, Hauru, Benvolio, Ciris i ja. Nie zawsze byliśmy zgraną paczką, ale tak się złożyło, że już od jakiegoś czasu spędzaliśmy ze sobą większość czasu. Była to dla mnie norma i nie przyszło by mi do głowy, że mogłoby się to zmienić. A jednak. Już wkrótce Ciris miała wyjechać do Francji uczyć się rysunku i mieliśmy zostać w piątkę. Oczywiście nie na zawsze, ale to nie docierało do mojej świadomości. Było tylko niedowierzanie, bunt i pytanie, co dalej. Bezsensowne - w końcu jej wyjazd nie zmienia chyba aż tak dużo? Poza tym nie powinnam być taką egoistką. Skoro Ciris zależy i cieszy się z przyjęcia na kurs, naturalnym by było cieszenie się razem z nią. Albo i niezupełnie... Nieważne. Może inaczej spojrzę na tę sprawę, kiedy z nią porozmawiam. Ciekawe, czy dzisiaj przyjdzie, czy może już się pakuje... Przyspieszyłam kroku i po chwili wchodziłam już między świerki, gdzie czekał Benvolio z Romeem i Hauru.
- Cześć, Anti. - rzucili niemalże synchronicznie.
- Cześć.
Usiadłam na ziemi i na jakiś czas zapadła cisza przerwana powrotem chłopaków do rozmowy.
- Nie uwierzę, że jest tak źle jak mówisz, Hauru. - powiedział Benvolio.
-
A czy twój brat kiedykolwiek dolewał Ci zielone farby do włosów do
szamponu? Albo zamieniał numery w telefonie tak, że dzwoniąc do swojej
dziewczyny, dodzwaniałem się do jej ojca? Bo wiesz, takie rzeczy to dla
mojej siostry norma.
-
Eee tam, nie jest tak źle. Zielone włosy to całkiem fajny pomysł, a co
do ojca dziewczyny, to tak czy siak musisz się z nim jakoś dogadać, nie?
Poza tym ty masz w ogóle teraz dziewczynę?
- Nie mam... - zamyślił się na chwilę po czym dodał: - Ale to też przez Seserakh!
- Dleczego?
-
A jak myślisz?! Kiedy zaprosiłem moją ostatnią dziewczynę do domu,
Seserakh podrzuciła mi do pokoju koronkową bieliznę i liścik ze śladem
ust oraz napisem "było świetnie, kotku". Oczywiście się nie przyznała, a
dziewczyna mnie rzuciła.
- Hahaha! Okej, rozumiem. To mój braciszek jeszcze czegoś TAKIEGO mi nie zrobił.
- Nie miałem okazji. - wtrącił się Romeo. - Nie żeby nie było mnie na to stać...
- Oj, cicho bądź. - warknął Benvolio. - Już idzie reszta.
- Hejka! - zawołała Kalipso radośnie.
Nastąpił króciutki festiwal powitań po czym odezwał się Benvolio:
-
Zanim przejdziemy do raportu, chciałbym zadać wam jedno proste
pytanie... - zaczął rozglądać się po nas, próbując wyczytać coś w
naszych twarzach. - Kto zabrał książkę, którą wypożyczyłem przedwczoraj w
bibliotece?
Na
dłuższą chwilę zapadło milczenie. Wszyscy rozglądali się, próbując
rozpoznać winnego, ale najwidoczniej ten nie miał ochoty się przyznawać.
-
No nic. To będę was wypytywał indywidualnie. - Benvolio wzruszył
ramionami. - Tylko pamiętajcie, że termin oddania już za niecałe dwa
tygodnie.
Nikt tego nie skomentował.
-
Dobra ludzie... - powiedział Hauru - Miejmy to za sobą. Gdybym to był
ja, to bym się przyznał, ale że przeczytałem już tą książkę, to nie
miałem celu w jej kradzieży. Za to bardzo mnie interesuje, kto był tak
zdesperowany!
Odpowiedziała znowu cisza.
-
Wydawało mi się, że po tych wszystkich zadaniach i latach znajomości,
nie mamy przed sobą tajemnic... - Odezwała się Kalipso zaglądając
wszystkim w oczy.
Najwidoczniej jednak nic w nich nie wzbudziło jej podejrzeń, bo zaraz machnęła ręką i powiedziała zrezygnowana:
- Dobra. Zostawmy to na później... A tymczasem...
Wyjęła z torebki butelkę, położyła na ziemi i zakręciła.
- Chwila! - krzyknął Benvolio, zatrzymując ręką butelkę. - A raport z wczorajszego zadania?
- Nic się nie wydarzyło. - odpowiedziała ruda. - Wisielec jest na samej górze. Jak nie wierzysz to idź i zobacz!
- Wierzę. - uśmiechnął się. - Kręć.
Chwyciła butelkę ponownie. I
oczywiście pech chciał, że wypadło na mnie - a gorszy dzień na to
trudno by było znaleźć. No cóż... Zostało mi podporządkować się zasadom
gry.
- Słucham. - westchnęłam.
-
Mmm... Myślę, że już czas, zrobić coś dobrego dla kraju. - stwierdziła
Kalipso przybierając poważny ton. - Prawdziwy patriota wspomaga
instytucje państwowe. A taką jest niezawodnie Poczta Polska. Więc twoim
zadaniem jest wysłać list. Ale nie byle jaki list. List do swojej
pierwszej miłości.
Początek
zadania brzmiał niewinnie jak na Kalipso i zaczął mnie nawet nastrajać
optymistycznie. Ostatnie zdanie uruchomiło jednak w mojej pamięci lawinę
wspomnień. Z początku próbowałam ją powstrzymać, ale było to
bezskuteczne - siedziały we mnie zbyt długo upchane w grubym worku
rzuconym w najciemniejszy kąt pamięci, a teraz Kalipso sprawnym ruchem
noża rozcięła go na całej długości.
- Anti? - gdzieś niedaleko odezwał się głos Hauru.
Dalej już nic nie słyszałam. Przed oczami miałam przewijające się obrazy.
Mój
dawny dom pod innym miastem. Stojąca przy płocie grusza, której gałęzie
wysuwały się daleko na podwórko sąsiadów. Konrad zakradający się po jej
konarach do naszego ogrodu. Wspólne jedzenie malin prosto z krzaka.
Jego pomoc przy zbieraniu suszącego się na sznurku prania. Jego uśmiech,
gdy wybiegał na ulicę, by pokazać mi kwitnące po drugiej stronie
słoneczniki. Huk rozbijającego się samochodu. Ból skręconej w biegu
kostki. Kałuża krwi. Jego martwe oczy. Mój krzyk. I dalej już tylko
ciemność.
- Anti... Co się dzieje?
Nie byłam w stanie mu odpowiedzieć.
Po pewnym czasie wydusiłam z siebie:
- Przepraszam, ja zaraz wrócę...
Podniosłam
się z ziemi i wybiegłam z parku. Tam oparłam się o ogrodzenie i patrząc
tępo przed siebie zaczęłam układać sobie umysł od nowa.
- Przede wszystkim uspokój się. - mamrotałam do siebie. - To teraz najważniejsze...
Gdyby
tu tylko była Ciris! Przy niej zawsze czułam się pewniej i być może
szybciej bym wróciła do siebie. W końcu już raz tak było. Ona wiedziała.
Przed
resztą chyba nie byłabym w stanie tak się otworzyć... Nie, na pewno
nie. Zresztą nie wiadomo, jak by zareagowali. I w ogóle, jak by to się
przeniosło na nasze relacje. Bałam się. Jak zawsze. Ale w końcu coś
trzeba zrobić. Wrócić tam. I co dalej? Wytłumaczyć się? Jak? Jakoś
obejść to naokoło...
- Czy coś się stało? - spytał Hauru pojawiając się nagle w wyjściu z parku.
- Yyy... Nic takiego... Wróćmy do reszty... - szepnęłam i powoli ruszyłam w kierunku świerków.
- Anti. - zatrzymał mnie. - Czy mam poprosić Kalipso o zmianę zadania?
Zawahałam się.
- A mógłbyś?
- Nie ma sprawy. - uśmiechnął się do mnie i razem wróciliśmy do reszty.
-
Słodka Kalipso! - zawołał od progu Hauru. - To zadanie jest beznadziejne! Nie
będziemy płacić poczcie za to, że i tak nie dostarcza naszej
korespondencji! Wymyśl coś sensowniejszego.
- Czy to nie jest obchodzenie zasad? - spytał Romeo.
- Ależ jest! - powiedział Rod z naciskiem. - Chociaż widać, że to wyjątkowa sytuacja. Możemy przynajmniej dowiedzieć się, o co chodzi?
-
Skoro to jest łamanie reguł, to ja przyjmuję karę. - stwierdził Hauru. -
Wszystko będzie zgodnie z zasadami. Kalipso, proszę, zmień zadanie. A
ty, Rod, już możesz myśleć nad tym, jak mnie za to ukarać.
- Nie no, nie o to mi chodzi! Żaden ze mnie legalista! Po prostu wytłumacz, co się stało.
- Anti ma prawo do odrobiny prywatności. Mógłbyś to uszanować?
- A, ok. Już rozumiem. - Rod wycofał się.
-
W takim razie - stwierdziła Kalipso - Pojedź do budynku telewizji
lokalnej i powiedz, że chcesz zaprezentować dzisiejsze wiadomości.
- Okej. - mruknęłam. - Ale... Czy moglibyśmy to zrobić jakoś po południu? Chciałabym się trochę ogarnąć...
- Jasne. - odpowiedziała ruda. - Spotykamy się o 16:00 pod telewizją.
- Dzięki. - szepnęłam.
- Mogę odprowadzić cię do domu? - spytał Hauru.
- Dzięki, ale nie idę do domu. - odparłam mimowolnie.
- To do zobaczenia.
- Cześć.
Rozeszliśmy się w ciszy.
Wyszłam z parku na końcu i od razu skierowałam się w stronę domu Ciris.
Wpadłam
do jej mieszkania nawet nie pukając. Wiedziałam w końcu, że jej rodziców nie
ma, a ją samą znajdę gdzieś między jej pokojem, łazienką a przedpokojem.
- Koszulki są, spodnie długie, krótkie, legginsy... oh! Gdzie się podziała ta spódnica!
- Cześć!... - rzuciłam, hamując gdzieś w jej pokoju.
- Anti?! - krzyknęła przestraszona wpadając na szafę.
- Przepraszam! Musiałam przyjść, bo bym już nie wytrzymała... Przepraszam!
- Co jest grane? - zapytała spokojnie, siadając ze mną na rozłożonym łóżku.
-
Nie było cię dziś w parku... I wypadło na mnie. Kalipso kazała mi
napisać list do Konrada!... - Wyparowałam, stwierdziwszy, że nie ma co
uważać na słówka.
- O Boże... jak mogła?! Nie myślałam, że z niej taka nieczuła...
- Ale oni nic nie wiedzą!... W zadaniu też to jakoś inaczej ujęła...
- Aha... - Ciris uspokoiła się trochę - Powiedziałaś im potem? Czy uciekłaś i zaraz mi się włamią do mieszkania?
- Jakoś się wykręciłam. Wciąż im nic nie powiedziałam. Ale coś trzeba będzie!
- Chcesz, żeby wiedzieli?
- Nie wiem... To wydaje mi się jedyną opcją, ale może nie...
- Nie zastanawiaj się jak to rozwiązać. Pomyśl, czego chcesz.
To nie było dla mnie jasne.
- Nie dam rady im tego powiedzieć, ale nie chce się izolować. - odpowiedziałam po chwili namysłu.
- Jeśli tak będzie ci łatwiej, to mogę im to jeszcze wyjaśnić przed wyjazdem. Wiem, że to dla ciebie bolesne...
- A co kiedy już będą wiedzieli? Przecież to tyle zmienia...
- Nic się nie zmieni, Anti. Przestań żyć przeszłością. Liczy się to, co jest teraz.
- I właśnie teraz zmieni się ich sposób patrzenia na mnie. Kim niby jestem? Przecież tyle rzeczy w moim życiu zależy od TEGO.
- Anti... Oni zrozumieją.
Westchnęłam.
- Naprawdę mogłabyś im to wytłumaczyć?
- Jeśli dokończysz za mnie pakowanie! - powiedziała moja przyjaciółka i mrugnęła do mnie okiem.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytałam siląc się na uśmiech.
- Nie martw się. I tak na wyjeździe zamierzam połazić trochę po francuskich sklepach.
- No dobrze. To spróbuję zrobić tak, żebyś musiała chodzić jak najmniej.
Ciris uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mnie.
- Idę. - rzuciła, wychodząc z pokoju. - A ty weź się do pracy.
-
Jasne. - odpowiedziałam cicho, i zabrałam się za staranne składanie
rzuconych na podłogę ciuchów. Co ja bym bez niej zrobiła...? Czułam
bezgraniczną wdzięczność. Oby dobrze jej szło na tym kursie.
Było
już kwadrans po 16, kiedy nareszcie dotarłam na miejsce. Wszyscy już
tam czekali, ale przyjęli moje spóźnienie z taką wyrozumiałością, że aż
poczułam się głupio. Bez
zbędnego gadania wzięłam się do roboty, a reszta już automatycznie
ustawiła się "na stanowiskach" - tak aby nie wzbudzać podejrzeń, a
jednocześnie wszystko widzieć. Chciałam wzbudzić w sobie nastrój do wygłupów, ale opornie mi to szło, więc poszłam na żywioł. Co ma być, to będzie!
Nasza
lokalna telewizja nie miała wielkiej siedziby, dlatego nie musiałam się
nawet zastanawiać, dokąd pójść. Recepcja była jedna i rzucała się w
oczy. Za wielkim biurkiem obudowanym granatowym plastikiem siedziała
niska, otyła pani po pięćdziesiątce.
- Dzień dobry! Chciałabym zaprezentować dzisiejsze wiadomości! - wypaliłam.
- Słucham? - zapytała zdezorientowana kobieta.
- Chciałabym zaprezentować dzisiejsze wiadomości. - powtórzyłam, cała się czerwieniąc.
- Ja chyba wciąż nie rozumiem. Czy mogłaby pani jakoś inaczej to ująć?
- Dzisiejszy program, wieczorny, z wiadomościami. Chciałabym go poprowadzić.
- Ależ to absurd! Co też pani mówi!
Uparcie wpatrywałam się w nią, zastanawiając się, co zrobić, żeby wyglądać bardziej poważnie.
- I będzie tu pani tak stać i czekać? Przecież to jakiś żart!
Przez moment zdawała się mnie ignorować, ale widząc, że nie odpuszczam, wstała, mówiąc:
- Przepraszam panią, muszę się z kimś skonsultować.
Wyszła zza biurka i minąwszy mnie, zniknęła za najbliższymi drzwiami. Wykorzystałam ten moment, żeby dać sygnał pozostałym i jak gdyby nigdy nic ulotnić się z budynku. Zadanie wykonane.
Aby uniknąć "pościgu" odbiegliśmy kawałek od budynku, za róg najbliższego bloku.
Dopiero tam odezwała się Kalipso.
- Wzorowe wykonanie. Ale chyba tak łatwe zadanie jeszcze nie pojawiło się w naszej grze.
- Mam rozumieć, że następne będzie jakieś hardkorowe? - zapytał roześmiany jak zwykle Benvolio.
- Zobaczymy jutro. - mruknęłam. Mimo wszystko byłam zmęczona.
- To co? Zbieramy się. - zasugerował Rod.
- Chwila, a co z książką? - zaczął znowu Benvolio.
- Już pytałeś dziś... Daj spokój, co? - powiedziałam okazując swój brak entuzjazmu.
-
Właśnie braciszku. Co z tego, że będą wysyłać na nasz adres
powiadomienia, żeby ją oddać... i będą dzwonić... i każą odkupić... -
Zaczął wyliczać Romeo.
- Znajdę ją, ja ci to mówię!
- A mów sobie co chcesz. To samo mówiłeś jak powiedziałem, że nie znajdziesz dziewczyny. I kto miał rację?!
- Terminu nie ustaliłeś. Bo i po co? Kiedyś się rozliczymy, ale spokojnie...
Rod
i Kalipso uznali to widać za zakończenie spotkania, bo pożegnali się i
odeszli. Hauru zrobił to samo zaraz po nich i ja również poszłam w ich
ślady.
-
No ej! Znowu mnie olewacie! - krzyknął za nami Benvolio. Romeo
oczywiście nie omieszkał tego skomentować i nasz przyjaciel
najwidoczniej kolejny raz odpuścił. Tymczasem ja przechodziłam już przez ulicę, by za chwilę wejść na prostą drogę do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz