piątek, 18 października 2013

18. Powinienem.

Benvolio

 - Kto ci pozwolił założyć moje buty?! - usłyszałem nad sobą wrzask. Byliśmy już praktycznie spóźnieni, zbierałem się właśnie do wyjścia, ale wyglądało na to, że jeszcze chwilę nigdzie nie pójdę.
 - Okej, okej. Zagapiłem się. - niechętnie zacząłem ściągać z nóg adidasy. Niestety, niebieski pasek wzdłuż podeszwy jednoznacznie wskazywał, kto ma rację.
 - Czy ty zawsze musisz się tak obijać?!
 - I kto to mówi?! Stroiłeś się jak jakaś dziewczyna, a teraz mnie jeszcze popędzasz.
 - Ohoho. Już wolę wyglądać jak dziewczyna niż się jak dziewczyna zachowywać!
   Popatrzyłem na niego z wyższością i popukałem się w czoło.
 - A weź się udław tym butem. - chwycił adidasa i rzucił we mnie.
 - Spierdalaj z tym! - wrzasnąłem i wyszedłem z domu.
 - No ej! Poczekaj! - krzyknął za mną zakładając w pośpiechu buty.
   Oczywiście. Jak przychodzi co do czego, to jednak mu zależy na moim towarzystwie. Nawet teraz. Podły dwulicowiec. Pozer. Hipokryta.
 - No już jestem. Chodźmy. - powiedział podbiegając.
   Ręce w kieszeniach zacisnąłem w pięści. Czasami naprawdę miałem dość mojego brata. Co jednak mogłem poradzić? Jakoś trzeba z nim żyć. W domu zazwyczaj było nawet nieźle, ale kiedy wychodziliśmy gdzieś, zaczynał robić z siebie gwiazdę i wtedy był nie do wytrzymania. A teraz rozgrzewkę zrobił jeszcze przed wyjściem. Wolałem spędzić z nim sam na sam jak najmniej czasu, dlatego na miejsce dotarliśmy bardzo szybko.
 - Cześć, chłopaki! - przywitała się z nami Kalipso.
   Niemal jednocześnie jej odpowiedzieliśmy: Romeo radosnym, a ja raczej cichym "cześć".
 - Oj... skąd ten kiepski nastrój, Benvolio? Przecież jeszcze nie zakręciłam! - mrugnęła do mnie i wyjęła butelkę.
 - Czy mam to uznać za groźbę? O ja naiwny, wierzyłem, że nikt nie ustawia wyników losowania!
 - Ja i groźby? No proszę cię... - zaśmiała się ruda.
   Na wpół wyschniętym błocie butelka obracała się bardzo wolno, wzbudzając jeszcze więcej emocji. W pewnym momencie zwolniła tak bardzo, że kolejne osoby zaczęły na moment wstrzymywać oddech. Seserakh, Antiochis, ja... Uff! Na szczęście zatrzymała się kawałeczek dalej, wskazując na mojego brata.
 - Romeo... - uśmiechnęła się chytrze Kalipso.
 - To nie fair! Wskazało na Benvolia! - zaprotestował.
 - Wyraźnie widać, że twoja kolej. - powiedziała Seserakh. - Czyżby kogoś strach obleciał?
 - Poproszę bez docinków chociaż dzisiaj. - jęknęła Kalipso. - Romeo! Mam dla ciebie banalnie proste zadanie. Zaśpiewasz serenadę pod najwyższym blokiem w mieście tak, żebyśmy cię usłyszeli wychylając się z okna na najwyższym piętrze!
 - To nie jest zabawne. - mruknął mój brat. - Boże.... czemu wszyscy czytają Shakespeare'a....
 - Masz coś przeciwko kulturze wysokiej? - zapytałem retorycznie.
 - Przymknij się. Ty przynajmniej masz prawie normalne imię, które kojarzą tylko nieliczni.
 - Czyli jednak Shakespeare'a nie czytają...
   Popatrzył na mnie spode łba, na co odpowiedziałem mu szczerym wyszczerzem.
 - Doooobra.... to może już chodźmy? - zaproponowała Antiochis.
 - Racja. Nie ma co dnia marnować. - zgodził się Hauru. Wstał i wyszedł z parku, nie czekając na resztę.
   Zresztą, na kogo miałby czekać? Myślę, że w ogóle ostatnio się tylko z nami męczył. Ta kłótnia z Rodem to było apogeum, ale zamiast rozluźnić atmosferę, tylko zwiększyło napięcie i je uwidoczniło. Bardzo mi się to nie podobało - przestaliśmy funkcjonować jako całość. Już dawno czegoś takiego nie doświadczyliśmy.
 - Ktoś powinien z nim porozmawiać... - westchnęła Anti i spojrzała z wyrzutem na siostrę blondyna.
 - Próbowałam. Nic do niego nie dociera.
 - A z Rodem ktoś już gadał?
 - A czego konkretnie chciałabyś się ode mnie dowiedzieć? - odezwał się ni stąd ni zowąd Rod.
   Anti, jak zwykle w takich sytuacjach, zupełnie się nie speszyła, tylko wprost zapytała:
 - Czy pogodziliście się już z Hauru?
   Rod zirytował się.
 - To chyba widać.
 - Lepiej pośpiesz się z tym godzeniem., bo potem możesz mieć problem... - poradziła Seserakh z półuśmieszkiem.
 - Co masz na myśli? - Antiochis szybko odwróciła się do niej.
 - Nic konkretnego...
 - W takim razie chodź, musimy porozmawiać! - wzięła ją pod rękę i energicznie pociągnęła w stronę wyjścia, najpewniej żeby potem zasypać ją gradem pytań. W tyle zostaliśmy sami - ja, Romeo i Rod.
   Po takim dialogu cisza była nieco niezręczna. Bardzo chciałem odezwać się, powiedzieć jakąkolwiek głupotę, ale w głowie miałem zupełną pustkę. Na szczęście po niespełna minucie wpadła między nas Kalipso.
 - No i co tak siedzicie?! Biegniemy szukać Hauru!
   Zaczęliśmy się zbierać, synchronicznie jęcząc i dając się popędzać i podnosić przez rozentuzjazmowaną Kalipso, po czym w wielkim nieładzie przedarliśmy się przez park i wyszliśmy na ulicę.
 - Przecież jeśli poszedł już w miasto, nigdy go nie znajdziemy. - zaczął narzekać Romeo.
 - Nic mnie to nie obchodzi. Musimy go znaleźć! - sprzeciwiła się Kalipso. - Nie wiem, co się z nim ostatnio dzieje, ale znajduje się w takim stanie, że gotów jest wpakować się pod samochód bez czyjejś opieki.
 - Jakie to miłe, że się o mnie martwicie... - odezwał się głos gdzieś z boku - to Hauru stał oparty o ogrodzenie, z rękami w kieszeniach i na wpół spuszczoną głową.
 - Hauru... 
 - Dajcie mi ze trzy dni, to się ogarnę i wszystko będzie po staremu...
 - Jak mamy ci pomóc?! Hauru! O co chodzi?! - zdenerwowała się ruda.
 - Idę do domu. - szepnął blondyn, nie patrząc jej w oczy. Odwrócił się i odszedł.
 - Rod, idź za nim i natychmiast się pogódźcie! - rozkazała Kalipso. Jej ton nie znosił sprzeciwu.
 - Co mogę zrobić? Przecież go nie zmuszę.
 - Postaraj się! Nie wytrzymam dłużej tych kłótni...
 - Kalipso, to dorosły człowiek, wie, co jest dla niego dobre.
   Ruda spojrzała po naszych twarzach. Pierwszy raz w jej oczach zobaczyłem prawdziwy strach. Potem skierowała wzrok ku odchodzącemu chłopakowi. 
 - Benvolio, przypilnuj, żeby Romeo wykonał zadanie. - powiedziała, po czym pobiegła za blondynem.
   Rod wyglądał jakby ktoś go kopnął w brzuch. Ale nie było w tym żadnej złości - raczej poczucie winy. Znowu atmosfera zaczęła się robić nieprzyjemna.
 - Pójdę znaleźć dziewczyny. - rzuciłem i wbiegłem z powrotem do parku.
   Znalazłem je w tym samym kręgu świerków, w którym zawsze się spotykaliśmy. Anti siedziała po turecku, pochylając się i ze skupieniem na twarzy słuchając Seserakh, która opierała się plecami o drzewo i zapatrzona w bliżej nieokreślony punkt w dali mówiła coś półgłosem. Gdy tylko mnie zauważyły, natychmiast przerwały rozmowę i spojrzały na mnie wymownie. Co jednak mogłem zrobić? Na pewno znajdą jeszcze okazję do wyjaśnienia tych paru spraw.
 - Chodźcie, musimy już iść.
 - Niezłe wyczucie czasu... - mruknęła Seserakh i podniosła się z ziemi.
   Anti wstała zaraz po niej i dodała:
 - Myślę, że trzeba też będzie znowu pogadać z twoim bratem.
 - Oj, chodźcie już, bo zaraz gdzieś uciekną albo się pokłócą... - popędziłem je.
  Niestety, moje słowa okazały się prorocze. Przy wyjściu z parku nie było nikogo. Chodziłem w tę i we w tę, rozglądając się, zupełnie zdezorientowany i niepewny, co mam robić. I co powiedzieć dziewczynom.
 - Taa... - odezwała się siostra Hauru. - Świetne zgranie... Umówiliście się gdzieś, czy każdy sam sobie polazł gdzie chciał?
 - Eeee....
 - Tak myślałam. Dobra. To ja w takim razie też się zwijam.
 - Hej! Wszystko się teraz psuje, nie pomożesz nam?
 - A co mnie to tak w sumie obchodzi? Mam też innych znajomych.
 - Ja nie mogę... Co to ma być? Czy naprawdę tylko mnie na tym zależy?!
   Bez pożegnania odeszła, a ja poczułem bezsilność, taką bezsilność, jakiej dawno nie czułem. Sypało się coś więcej niż gra.
   Nagle coś dotknęło mojego ramienia. A właściwie ktoś - to była Antiochis. Odwróciłem się w jej stronę i zobaczyłem, jak wpatruje się we mnie milcząco, jak zwykle kiedy chciała mnie uspokoić. Westchnąłem. Chyba znowu musiałem się zdać na przyjaciółkę.

   Kostka chodnikowa była potwornie połamana. To jest coś, co zawsze pamiętałem i co zawsze kojarzyło mi się z rozmowami z Antiochis w ciężkich sytuacjach. W ciszy szliśmy do kawiarni wypić gorącą czekoladę i wygadać się. Jak zwykle, kiedy zaistniała jakaś trudna sytuacja. Zawsze tak samo od wielu lat.
   Usiedliśmy przy stoliku w kącie i złożyliśmy zamówienie. Po spędzonej w milczeniu minucie doniesiono nam czekolady - orzechową dla Anti i mleczną dla mnie. Poprosiłem jeszcze o dodatkową bitą śmietanę i zaczęliśmy zwykłą "sesję terapeutyczną".
 - Beznadziejnie wyszło. - westchnąłem, nie czekając na pytanie. I tak nie byłoby zbyt inspirujące.
 - To prawda.
 - Wkurza mnie to. Wszyscy gdzieś się rozleźli, jakby nie wiedzieli, co się dzieje i o co mi chodzi.
   Przytaknęła, bawiąc się długą, kawiarnianą łyżeczką, a ja wziąłem duży łyk swojego napoju.
 - Benvolio?
 - Tak?
   Pokazała, że mam coś na nosie. No jasne - bita śmietana. Szybko wytarłem twarz i kontynuowałem myśl.
 - Czy im naprawdę nie zależy? Przecież to Kalipso wymyśliła tę grę. Reszta przyjęła to z entuzjazmem. To ja poszedłem na pierwszy ogień, to ja powinienem tej gry nienawidzić.
 - Wciąż nie zauważasz jednej rzeczy.
 - Jakiej? O co chodzi? - zmarszczyłem brwi.
 - Przecież tu nie chodzi o grę. Jest gorzej. Mamy kryzys.
   Fakt. To jest coś większego, ale dotychczas nie sformułowałem tego tak... na głos.
   Jęknąłem.
 - Masz rację. To wygląda zbyt poważnie jak na drobny konflikt. Tylko dlaczego wszyscy się odwracają, rozchodzą zamiast zrobić z tym porządek? Mnie to wkurza.
 - Widzę. Ale myślę, że im też jest trudno.
 - No ale... Hauru ciągle obraża się nie wiadomo, o co, i do tego nikomu nic nie tłumaczy. Rod nie jest lepszy, żeby cokolwiek zrobił, Kalipso musi mu pewnie grozić. A ona z kolei zupełnie bez pomysłu lata od jednego do drugiego. No i Seserakh - tej to nie wiem, co dziś strzeliło do głowy...
 - Są tak samo zdezorientowani jak ty. Przecież też nie wiesz co z tym wszystkim zrobić.
   Spuściłem głowę. Jak zwykle po krótkim namyśle musiałem przyznać jej rację.
 - Taaak... Tylko to niczego nie rozwiązuje.
 - To inna sprawa.
 - Masz jakiś pomysł? - zapytałem, kierując rozmowę na jej opinię.
 - Póki co, nie. - powiedziała, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem.
 - Ale damy radę. - dodała i uśmiechnęła się pocieszająco.
   Na chwilę zapadła cisza. Machinalnie przelewałem czekoladę z łyżeczki do kubka, rozchlapując ją dokoła na blacie stołu. 
 - Przecież już bywało między nami kiepsko... Pamiętasz jak dołączył do nas Hauru? - odezwała się Anti.
   Jasne, że pamiętałem.
   Trudno byłoby zapomnieć całe to zamieszanie, jakie nastąpiło, gdy się poznawaliśmy. A zaczęło się od niewinnego podrywu Ciris... No dobra, może nie tak niewinnego, Hauru nigdy nie zachowywał się jak książę na białym rumaku, a Ciris dawała się beznadziejnie wykorzystywać. Naprawdę nie wiem, dlaczego tego nie widziała, ale oczywiście zauważyła to Antiochis. Za wszelką cenę chciała odciągnąć ją od tego casanowy, ale przyczepił się jak rzep do psiego ogona i zamiast dać spokój Ciris, wszedł do naszej paczki. Znaczy oczywiście potem odpuścił, co Ciris bardzo przeżywała i co doprowadzało Anti do rozpaczy, ale grupy już nie opuścił. 
   Może to i dobrze - kłótni wcale nie było przez to mniej (bo wtedy nie byliśmy jeszcze tak zgrani), ale zaczęły nareszcie doprowadzać do jakiegoś konkretnego wniosku. Świeże spojrzenie Hauru, jego cierpkie komentarze i dystans, z którego musieliśmy wydawać się śmieszni, sprawiły, że przestaliśmy ciągle unosić się dumą i zaczęliśmy naprawdę rozmawiać. To wyszło nam na zdrowie.
   Teraz Hauru był już integralną częścią grupy. I był wplątany w spór, od którego się wszystko zaczęło. Już nie mógł zachować się tak, jak kiedyś.
 - Zgraliśmy się dzięki niemu, a teraz... to chyba on najbardziej świruje. - powiedziałem z żalem.
 - Rozmawiałam o tym z Seserakh... Ale właściwie niewiele z tego wyszło. Wydaje mi się, że nie lubi rozmawiać o swoim... bracie... W sumie nie są rodzeństwem, to nie ma co mieć pretensji...
 - Nawet gdyby byli, to pewnie niewiele by to pomogło. Rodzeństwo bywa potwornie upierdliwe... Właśnie! Muszę się zabrać za szukanie Romea! Mam nadzieję, że poszedł do domu, a nie zaszył się gdzieś w jakiejś... Do jutra!
 - Do jutra!
   Wygramoliłem się z kąta, szurając potwornie krzesłem. Oczywiście zwróciłem tym na siebie uwagę połowy kawiarni... Przy tych wszystkich problemach to naprawdę mnie nie obchodziło.

 Hauru

   Powinienem wziąć się w garść. Co się ze mną porobiło?! Zawsze trzymałem negatywne emocje na wodzy. Przecież nie warto marnować na nie czasu! W końcu życie to 10% tego, co nam się zdarza i 90% tego, jak na to reagujemy (przeczytałem to kiedyś na Wiedzy Bezużytecznej) więc po co zmieniać sobie życie w melodramat? 
 - Zatrzymaj się! - usłyszałem z tyłu wołanie Kalipso.
   Podniosłem ręce do góry, obróciłem się i odpowiedziałem żartem:
 - Masz mnie. Już nie uciekam. Mam położyć broń na ziemię?
 - Fajnie, że wrócił ci humor. 
 - Kiedyś odchodził? Nie zauważyłem... 
 - Ale my zauważyliśmy. 
 - Może coś wam się przyśniło...
 - Hauru.
   Przyznaję - taktyka udawania przed Kalipso, że problem nie istnieje, była idiotyczna. Ta dziewczyna miała niesamowity dar wykrywania kłamstw i prawdziwych emocji ludzi. Nie dało się przed nią nic ukryć... prawie. 
   Wpatrywała się we mnie uważnie, nie spuszczając wzroku. Pfff. Może na innych to działało, ale mnie nie ruszy. Nie dam jej przejrzeć moich myśli. Nie narzuci mi swojego zdania. Niech sobie rozkazuje Rodowi i reszcie. Ja nie pozwolę sobą pomiatać. 
 - Czy ty jesteś na mnie zły? - spytała. 
 - Skądże znowu...
 - Nie rozumiem, czemu jest w tobie tyle nienawiści. Najpierw pokłóciłeś się z Rodem, teraz chcesz ze mną?
 - Nie nazwałbym tego kłótnią... raczej... różnicą poglądów. 
 - Nie zauważyłeś, że przez wasze zachowanie grupa się rozpada? 
 - Dramatyzujesz. Uśmiechnij się i przestań się martwić. Hakuna matata!
 - Rozmawiałam z Rodem. Jest gotowy się z tobą pogodzić. 
 - Bo go do tego zmusiłaś? Bo mu zagroziłaś?!
 - Przestań. Nie jestem jakimś tyranem.
 - Owszem jesteś, Kalipso. Chwilami jesteś. Za wszelką cenę chcesz mieć nad wszystkimi kontrolę, zmuszasz ludzi do robienia rzeczy, których wcale nie chcą, narzucasz własne zdanie i nie znosisz sprzeciwu, zagłuszasz uwagi innych, wyłamujesz się przed szereg. A to dopiero początek! Wcale nie jesteś tak idealna, jak ci się wydaje.
   Na chwilę wstrzymałem oddech. Znów powiedziałem zbyt dużo. Zamiast pomyśleć, zdałem się na emocje i zaraz za to zapłacę... Nie chciałem, żeby ją zabolało... A może chciałem? Może podświadomie pragnąłem odpłacić się jej za cierpienia, które mi sprawiła? Widziałem jak marszczy brwi i przygryza dolną wargę. Zapragnąłem podejść do niej i ją przytulić, przeprosić za te okropne słowa, powiedzieć, że wcale tak nie myślę. Ale wtedy się odezwała:
 - Dlaczego to powiedziałeś?
 - Nie wiem... Nie zastanowiłem się nad tym, co mówię...
 - Czyli byłeś szczery.
   Poczułem ukłucie wstydu. Jak mogłem tak ją zranić? Powinienem się wytłumaczyć, zanim będzie za późno i naprawdę mnie znienawidzi.
 - Kalipso... Nie miałem nic złego na myśli... znaczy... No dobra. Może trochę miałem. Ale nikt nie jest doskonały. Ja... mimo wszystko podziwiam twoją charyzmę... Podziwiam ciebie... Ale chwilami nie jestem w stanie tego znieść...
   Zamilkłem. Idiota. Znów zacząłem paplać i teraz na pewno wszystko zrozumie. A przecież miałem to przed nią ukryć. Miałem jej nie martwić. Chronić. 
 - Czego nie jesteś w stanie znieść?
   Milcz, Hauru. Nie waż się stawiać jej w takiej sytuacji. Wystarczy, że ty cierpisz. Po co ona ma jeszcze zawracać sobie tym głowę? Teraz jest szczęśliwa. Powinieneś o nią dbać, jeśli naprawdę ci zależy. Powinieneś się ogarnąć, pogodzić z jej chłopakiem i dać im żyć. I tak nie jesteś jej wart. Ona nigdy nie poczuje tego samego, co ty.
   Zamknąłem oczy i odpowiedziałem:
 - Tego, że cię tak bardzo kocham.

czwartek, 10 października 2013

17. Co myśleć?

 Kalipso

   Tata był naprawdę kochany. Zawsze, kiedy byłam chora poświęcał mi cały swój czas. Mogłabym tak spędzić cały  kolejny tydzień... Tak rzadko poświęcał mi tyle uwagi... Ale nie mogłam wystawić przyjaciół. Już i tak czułam się trochę winna, że nie było mnie na poprzednim spotkaniu. 
   Oszukałam tatę z ciężkim sercem. Kiedy podał mi termometr, zacisnęłam palce na końcówce i puściłam dokładnie wtedy, gdy wskazał 36.6. Sztuczka stara jak świat. Mogłam wyjść z domu. Gdy stałam już w drzwiach, tata zawiązał mi wokół szyi nową chustkę i pocałował w policzek.
 - Uważaj na siebie. - powiedział. 
   Po chwili dodał: 
 - Wiem, że nie będziesz...
   Zamknął drzwi, a mi zrobiło się go żal. Może i nie był idealnym ojcem ale i ja nie byłam idealną córką... Wszystko nam się popsuło. Nie wiedziałam jak to naprawić.
   W nie najlepszym humorze doszłam do parku.
 - Hej! - przywitała się siedząca tam pewnie już od jakiegoś czasu Antiochis.
 - Hejka. - odpowiedziałam odganiając smutne myśli na bok. - Jak tam było wczoraj? Dużo przegapiłam?
 - Zadanie nie było aż tak szalone... Zresztą, wypadło na Roda. Pewnie sam wolałby ci to opowiedzieć. - skłamała.
 - O! Nie chwalił się... Zaraz go o wszystko wypytam.
   Jak na zawołanie spomiędzy drzew wyszedł mój chłopak, Benvolio i Romeo.
 - Jesteś już! - zawołał zaskoczony Benvolio.
 - Jak się czujesz? - zapytał mnie troskliwie Rod.
 - Już dobrze. Nigdy długo nie choruję. -skłamałam gładko, choć od gorączki kręciło mi się w głowie. - Słyszałam, że wczoraj miałeś ciekawy dzień!
  - To prawda. - odpowiedział nieco chłodniej. - Myślę, że musimy porozmawiać po południu.
   Trochę zdziwiła mnie jego reakcja. Aż tak go upokorzyli? Miałam nadzieję, że nie zamierza wycofać się z gry.
 - No chodź, Hauru! Jesteśmy ostatni! - usłyszałam głos Seserakh zanim jeszcze ją zobaczyłam.
 - Cześć wam! - zawołałam ucieszona na widok rodzeństwa.
 - Kalipso... cześć... - jęknął blondyn.
   Spojrzałam na niego podejrzliwie. Zachowywał się jakoś dziwnie. Zbyt cicho.
 - No dobra! Zaczynajmy! - powiedziałam wyjmując butelkę i podając ją Rodowi.
   Zakręcił nią od niechcenia. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście, gdy wskazała na mnie. Rod uśmiechnął się do mnie. Spojrzałam po przyjaciołach. Ich miny wyrażały głęboką konsternację.
 - Czy to nie jest wbrew zasadom? - spytał Romeo. - Przecież zadanie, które teraz dostanie Kalipso, nie może być trudne...
 - Kto wie, kto wie... - szepnął mój chłopak z przebiegłym uśmiechem.
 - Z drugiej strony im więcej się o kimś wie, tym bardziej można mu zaszkodzić. - dodała Seserakh. Coś w jej głosie mówiło mi, że ma w tych sprawach duże doświadczenie...
 - No to słucham. - zwróciłam się do Roda.
 - Daj mi chwilkę....
   Przyłożył rękę do ust w geście przypominającym rzeźbę "Myśliciela" Rodlina.
 - Myślę, że nie uda mi się cię zamęczyć. No chyba, że psychicznie. Na przykład poprzed unieruchomienie cię na długi czas w bardzo nudnym, odludnym miejscu. Tak, to jest to! Spędzisz cały dzień w tamtej leśniczówce przy trasie, którą zawsze jeździmy rowerami na południe. Nie będziesz mogła mieć ze sobą żadnych książek, empetrójek, telefonu, dosłownie nic. Co ty na to?
 - No nieeee! Nie mogłeś wymyślić czegoś ciekawszego?! Wszyscy dostają jakieś ekstremalne zadania! Też chcę!
 - Nie spodziewałem się, że tak szybko osiągnę efekt...
 - Rooood! Zmień to!
 - Właśnie nie zmienię.
 - Zmień!
 - Ani myślę.
 - Cóż, Kalipso. Chyba padłaś ofiarą własnych reguł. Nie można zmieniać wyzwań i mają trwać cały dzień. - zaśmiał się Romeo znad klawiatury telefonu.
 - Tylko kto teraz podejmie się pilnowania jej przez cały dzień? - zapytała Anti.
 - A jest tam zasięg? - spytał brat Benvolia.
 - Z tego co wiem, nie ma. - powiedział powoli jego brat.
 - A to na mnie nie liczcie. - i wrócił do sms-owania.
 - I taki to pożytek z rodzeństwa. - westchnął Benvolio.
 - Co do rodzeństwa, to rodzice dziś wychodzą po południu i ktoś musi się zająć Amadeą i Gracją. - wykręciła się Seserakh.
 - Nooo myślę, że ja prędzej się tym zamknięciem zmęczę niż Kalipso. Nie nadaję się na ochroniarza. - stwierdził drugi z braci.
 - A ja nie chcę się kłócić, więc po prostu pójdę do domu i zamknę się w sobie. - dodał Hauru starając się, aby zabrzmiało to jak dowcip. - Proszę bardzo, Rod. Wygrałeś los na loterii.
   Rod popatrzył na niego, jakby chciał go udusić.
   Sytuacja nagle zrobiła się napięta, choć nie miałam pojęcia dlaczego. Czy coś między nimi zaszło? Nie podobało mi się, że Romeo i Benvolio wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, a Anti głośno wciągnęła powietrze zamierając. Chłopcy mierzyli się wzrokiem, a ja zaczynałam pojmować, że w naszej grupie dochodzi do rozłamu. Nie mogłam tylko pojąć, co jest jego przyczyną i czułam, że nikt mi tego nie powie.
 - Dobra, braciszku. Starczy tej depresji. - odezwała się Seserakh. - Przecież już ci mówiłam, że ten aparat był do niczego. Nawet dobrze się stało, że Rod go zniszczył.
   Ledwie zauważalnie Anti odetchnęła z ulgą.
 - To my się zbieramy. - dokończyła siostra blondyna. - Do jutra!
   Chwyciła Hauru za rękę i bezceremonialnie wyciągnęła go z parku. Wyglądało to bardzo podejrzanie.
 - Nie ufam wam, ale niech i będzie. - odezwał się Benvolio. - Bawcie się dobrze!
 - Ze szczególnym uwzględnieniem słowa "bawcie" - dodał złośliwie Romeo.
   Wstał, a za nim jego brat i zniknęli za drzewami. Rozejrzałam się dookoła i zdałam sobie sprawę, że zostaliśmy z Rodem sami.
 - Kiedy Anti poszła? - spytałam zdezorientowana.
 - Poszła? Nie zauważyłem tego... - zmarszczył brwi.
 - Hm... no to... idziemy?
 - Chodźmy!
   Przeszliśmy przez ogrodzenie i ruszyliśmy drogą w kierunku przeciwnym niż do miasta. Asfalt ciągnął się tutaj jeszcze tylko kawałek. Potem jego miejsce zajmował żwir. W pewnym momencie skręciliśmy w dobrze nam znaną polną drogę wysypaną piaskiem, która prowadziła prosto do lasu. Mimo chłodu dzisiejszego dnia i mojej gorączki, spacer był bardzo przyjemny. Pozwoliłam swoim myślom pobiec własną drogą wśród kwiatów, liści i traw. Krótką chwilę czułam się jak we śnie, jednak przez ten idealny obraz powoli przebijała się rzeczywistość. 
   Spojrzałam na Roda. Nadal wyglądał na lekko poirytowanego. Zapewne przez tę dziwną uwagę Hauru... Ale właściwie dlaczego utworzyło się między nimi takie napięcie? Okej. może i nie zawsze się świetnie dogadywali... właściwie to różnili się od siebie wszystkim... ale zwykle udawało im się dojść do porozumienia. No przecież kumplowali się już tyle lat! Nie... chyba to wszystko wyolbrzymiłam. Mój chłopak pewnie znów ma jeden z tych dni, kiedy wszystko go denerwuje. Tylko jak wyjaśnić zachowanie Hauru? Może ma jakieś kłopoty i dlatego tak dzisiaj przycichł? Tak... Pewnie o to chodzi... Niewłaściwy czas i niewłaściwe miejsce.
 - O czym myślisz? - usłyszałam nagle ciche pytanie Roda.
 - Szczerze? - odpowiedziałam pytaniem. Wszystko w jego rękach. Nie wiedziałam, czy chcę drążyć temat, ale skoro mam okazję...
 - Chyba nigdy inaczej nie odpowiadasz, prawda? - uśmiechnął się.
 - Masz rację. - westchnęłam - Myślałam o tobie i Hauru... Może to głupie pytanie ale... Czy coś się stało, kiedy mnie nie było?
   Od razu jego uśmiech zniknął, a brwi zmarszczyły się.
 - Nic wielkiego. Mała sprzeczka.
 - Mogę wiedzieć o co?
 - O wczorajsze zadanie dla mnie - to błahostka, już nieaktualna.
 - A właśnie! Nie opowiedziałeś mi jeszcze co to było!
 - Kazali mi tańczyć na środku dzielnicy. - odparł, siląc się na uśmiech.
 - I ja to przegapiłam... - zaśmiałam się i do niego przytuliłam. - Kiedy ostatnio ze mną tańczyłeś?
 - Oj... To musiało być bardzo dawno. Szkoda.
 - Jeszcze to nadrobimy.
 - Chciałabyś teraz?
 - Tak.
   Chwycił mnie za rękę, drugą położył na talii. Znów się roześmiałam. Uwielbiałam te jego spontanicznie-romantyczne zrywy, gdy byliśmy sami. Tańczyliśmy na leśnej drodze za muzykę mając jedynie szum drzew. Deptaliśmy sobie nogi i śmialiśmy się z chwilowych braków równowagi. Powoli się zatrzymaliśmy. Zbliżyłam się do niego i zaczęłam całować. Poczułam, jak mocniej mnie obejmuje. 
   Nagle coś mi wpadło do głowy. 
 - Jeśli pokłóciliście się o głupotę, to czemu wciąż się wściekasz?!
 - Kalipso... Psujesz taki moment... - zrobił obrażoną minę.
 - No przepraszam... Ale powiedz, czemu?!
 - Wiesz, jak to jest... Zaczyna się od drobnostki, a wychodzi wielka afera... To tylko sprawia wrażenie, że jest takie ważne.
 - Mmm... No niby tak, ale... trochę się martwię. Nigdy nie widziałam Hauru w takim stanie...
 - Niepotrzebnie, minie mu.
 - Mam nadzieję... A czy u ciebie już wszystko gra?
 - Tak... Dlaczego miałoby nie grać?
 - W parku nie wyglądałeś tak, jakby wszystko było w porządku. A kiedy tu szliśmy, wciąż zaciskałeś pięści... Nie jestem ślepa.
   Przewrócił oczami i patrząc gdzieś za mnie, odparł:
 - Mi też minie. Przecież kłótnie się zdarzają...
 - Nie rozumiem tylko, jak kłótnia o taniec mogła aż tak na was wpłynąć.
   Na ten zarzut nic nie odpowiedział.
 - A więc poszło o coś więcej, tak? Rod, proszę, powiedz mi, co się dzieje.
   Jego milczenie zaczęło mnie irytować, ale on nie miał najwidoczniej zamiaru się teraz odezwać.
 - Rod! - krzyknęłam. - Jeśli mi nie powiesz w tym momencie, wejdę na któreś drzewo i specjalnie z niego spadnę!
 - Kalipso... - oprzytomniał trochę. - Przepraszam. Zaraz wszystko wytłumaczę. Tylko ja tego sam jeszcze nie przemyślałem. Pozwól, że najpierw to jakoś ogarnę.
 - No dobrze... To może chodźmy usiąść w tej leśniczówce i tam mi wszystko opowiesz.
 - Okej...
   Chwyciliśmy się za ręce i weszliśmy w las. Przez korony drzew przeświecały promyki słońca. Gdzieś w górze śpiewały ptaki. Dróżka była kręta i z czasem zaczęła się zwężać. Kiedy była już tak cienka, że musieliśmy się puścić, wiedziałam, że jesteśmy prawie na miejscu. Chwilę potem naszym oczom ukazał się niewielki, drewniany domek o spadzistym dachu porośniętym mchem. W jednym oknie brakowało szyby, a drzwi były lekko uchylone. Chyba od dawna nikt nie odwiedzał tego miejsca.
   Weszłam do środka. Wnętrze nie wyglądało aż tak źle... Na podłodze zaległ kurz i wpadło parę liści, ale znajdowało się tu jakieś biurko, krzesło i parę koców rzuconych pod ścianę, a całe pomieszczenie było oświetlone przez słońce wpadające przez okno.
 - Chodź! - zawołałam do Roda, stojącego na zewnątrz, siadając na blacie biurka. - Całkiem tu przytulnie!
 - Cieszę się, że ci się podoba. Jak by nie było, spędzimy tu trochę czasu. - odparł bez entuzjazmu.
 - Hej, skąd ten ton? Wyprostujemy parę spraw i jeszcze będzie fajnie! Ta chatka przypomina trochę domek z tego francuskiego opowiadania o duszku zakochanym w dziewczynie...
 - Nie kojarzę go zupełnie.
 - A mówiłeś, że przeczytałeś tę książkę, którą ci pożyczyłam na ferie zimowe!
 - A to tamta! Prawda, jakoś wyleciało mi z głowy.
 - Aha, akurat!
 - Naprawdę! Nie wierzysz mi, a ja po prostu... dużo spraw mam na głowie i tak wychodzi...
 - Więc opowiedz mi o tych sprawach.
 - Właściwie to chodzi przede wszystkim o tę kłótnię... Ale najpierw chcę to przemyśleć sam.
 - Czy nie miałeś dosyć czasu, gdy tutaj szliśmy? Powiedz to, co myślisz w tej chwili.
   Westchnął ciężko. Nie lubił mówić o swoich emocjach. Trochę go już pomęczyłam i myślałam, że jakoś się rozrusza, ale chyba to nie działało w ten sposób.
 - Tak jak już mówiłem, od jakiejś głupoty przeszliśmy do kłótni o całokształt, wypominania sobie różnych... Zresztą, może powinniśmy byli dać sobie po mordzie i wszystko wróciłoby do normy.
 - Wypominania?
 - Ogólnych kwestii.
 - Takich jak...?
 - Oj... Od czego by tu zacząć...
 - Aż tyle tego było?!
 - Nie no, po prostu to wymagałoby jakiegoś rozwinięcia... Ale chyba już przez Hauru.
 - Więc mam się z nim spotkać i to przedyskutować?
 - Nie musisz...
 - Więc opowiedz mi dokładniej. Wiesz, że nie znoszę niedomówień.
   Jeszcze raz westchnął, po czym wypalił:
 - Twierdzi, że nic i nikogo nie szanuję, że jestem złośliwy i nieszczery, że izoluję się od reszty, a tak w ogóle to... a, nieważne...
 - On coś takiego powiedział?! - Oburzyłam się. 
   Jak mógł! W ogóle się tego po nim nie spodziewałam! Choć w sumie... dlaczego? 
   W ostatnich dniach odkryłam, że tak na prawdę nic nie wiem o Hauru. Kiedyś miałam go za chłopaka, który musi się popisywać i zwracać na siebie uwagę, bo jest pusty w środku. Przecież znałam sporo takich osób. Dlaczego on miałby być inny? Potem zdałam sobie sprawę, że uległam stereotypom... Zaczęłam uważniej się mu przyglądać, dostrzegać kolejne jego zalety i cechy, o których nie miałam pojęcia. To jak cytował Shakespeare'a czy Austen, jak się zajmował swoją rodziną, jaką miłością darzył dwie małe siostrzyczki, jak zaryzykował, żeby uratować mnie przed upadkiem... Poznawałam go na nowo. Wydawało mi się, że dostrzegłam prawdziwego Hauru... Ale chyba ponownie popełniłam błąd...
   Rod nie dał mi zupełnie pogrążyć się w takich myślach.
 - Zostawmy ten temat. - odezwał się w miarę normalnym tonem. - Zajmijmy się czymś przyjemniejszym.
 - Masz rację... dosyć tego gadania!
   Uśmiechnęłam się do niego zalotnie.
 - To... Co od czego chciałabyś zacząć wypełnianie tego wspaniałego zadania?
 - Mmm... Może od tego? 
   Przyciągnęłam go do siebie i delikatnie zaczęłam obsypywać pocałunkami. Rod nie pozostawał mi dłużny i po chwili już całowaliśmy się zapominając o wszystkich problemach. Położyłam się na trzeszczącym biurku zmuszając chłopaka, żeby również na nie wszedł.
 - Jeśli się złamie... - jęknął Rod.
 - Niech się złamie! 

sobota, 5 października 2013

16. Dance Macabre

 Rod

   Było jeszcze całkiem wcześnie, jakoś wpół do ósmej, kiedy zadzwoniła do mnie Kalipso z wiadomością, że nie będzie jej dzisiaj w parku.
 - Hejka. Obudziłam cię? Przepraszam! Nie mogę przyjść. Tata trzyma mnie w domu. A przecież 39 stopni gorączki to prawie norma! To pewnie przez ten wczorajszy deszcz...
 - O kurde. 39 stopni to już poważna sprawa. - stwierdziłem. - Może przyjść do ciebie? Zrobić herbatę, posiedzieć...
 - Nie! Stanowczo zabraniam! Już i tak tata wchodzi do mojego pokoju co 10 minut pytając czy czegoś nie potrzebuję. Idź spotkać się z resztą. Opowiesz mi potem jak było.
 - No dobrze. Do usłyszenia. - pożegnałem się niechętnie, po czym dodałem: - Ale jakbyś czegoś chciała, to śmiało dzwoń.
   Odpowiedziała mi jedynie westchnieniem i rozłączyła się. Znaczy nie jest jeszcze aż tak źle, wciąż zachowuje się normalnie. Za kilka godzin z czystym sumieniem założyłem kurtkę i wyszedłem z domu.
   Na zewnątrz panował rześki chłód. Czuć było wilgoć, a błoto chlupotało pod butami. Miałem nadzieję, że nie pójdziemy znów na łatwiznę i nie wepchniemy się komuś do domu - tym razem podłogę pobrudziłbym ja, choćbym nie wiem jak chciał tego uniknąć. W ogóle powtórka z dnia wczorajszego byłaby już czymś... nie strasznym, ale niezbyt komfortowym. Nie żeby zaszokowały mnie odpowiedzi Seserakh, ale to czego na koniec dowiedzieliśmy się o Hauru (i o niej w sumie też), wprawiło mnie z zakłopotanie. Wolałbym tak dużo nie wiedzieć. Zupełnie inaczej patrzyłem na nich, kiedy miałem ich za "normalną" rodzinę. Teraz parę rzeczy mniej mnie dziwiło, na przykład to, że jest ich tak dużo, albo to, że tak bardzo się od siebie różnią. Myślę, że nawet wyrozumialej patrzyłem na wybryki Hauru. Ale dziwne było to, że mówił o tym prawie bez emocji.
   Nie to co Antiochis - ona nie była w stanie nawet opowiedzieć nam, dlaczego tak zareagowała na zadanie Kalipso. Co prawda zrobiła to w bardzo złym stylu, takim ckliwym a la harlequin, ale skoro tak bardzo to przeżyła, to nie ma co się czepiać. Jej towarzystwo wprowadzało jednak od tamtej pory jakąś dziwną atmosferę. Nikt nie żartował, nie rzucał złośliwości, a już na pewno nie pod jej adresem. Nie wiem, jak reszta, ale mi po tym wydarzeniu nie zdarzyło się jeszcze rozmawiać z nią sam na sam. W ogóle jakoś jej unikałem. Nieswojo mi przechodzić nad tym do porządku dziennego, ale nieswojo też znowu poruszać temat. Co bym jej powiedział? Co w ogóle powinniśmy jej powiedzieć? Może nie musimy? Może wolałaby, żebyśmy zapomnieli o całej sprawie? Ta wersja wydała mi się najbardziej prawdopodobna i kiedy wchodziłem już za świerki w parku, byłem tej myśli pewny.
 - O. Rod. A gdzie Kalipso? Ona się zwykle nie spóźnia... - powiedział Benvolio.
 - Kalipso dzisiaj nie będzie. - odezwałem się wyrwany z zamyślenia. - Rozchorowała się.
 - To co? Gramy bez niej czy idziemy do domu? - spytał Romeo
   Obaj spojrzeli na mnie pytająco, więc odpowiedziałem:
 - Może zaczekajmy jeszcze na Seserakh, Antiochis i Hauru. Wtedy zadecydujemy.
   Obaj przytaknęli, po czym spędziliśmy kolejne dziesięć minut stojąc albo chodząc bez sensu między drzewami.
 - Cześć ludziska! - wykrzyknął Hauru wbiegając do parku. Za nim doszły dziewczyny.
 - Kalipso zachorowała, wiecie? - wypalił na wstępie Benvolio. - Co teraz zrobimy?
 - Powiesimy się. - odpowiedziała Seserakh sarkastycznie.
 - To coś poważnego? - spytał niemal równocześnie Hauru.
 - Chyba nie, przeziębiła się po wczorajszym deszczu. - odpowiedziałem od niechcenia.
   Wszyscy mimowolnie spojrzeliśmy na blondyna - jeśli patrzeć na to przeziębienie pod tym kątem...
   Chłopak tylko spuścił oczy. Nie bronił się, nie usprawiedliwiał - przyznał się do winy. Przez niego Kalipso ma 39 stopni gorączki. Już nie byłem pewien, czy denerwowanie się na niego jest uzasadnione.
   Z nieciekawej sytuacji wyratowała go Antiochis.
 - Zagrajmy. - powiedziała ni stąd ni zowąd. - Kto dzisiaj kręci?
 - Ja. - odezwała Seserakh. - Będę mogła się odpłacić za ten wczorajszy wywiad.
 - No. Widzę, że już pojęłaś zasady gry. - uśmiechnąłem się.
 - Kto ma butelkę?
   Na moment zapadła cisza. Obecność butelki na naszych spotkaniach była zawsze naturalna, jednak póki nosiła ją ze sobą Kalipso, nikt się nią nie przejmował. Teraz byliśmy w kropce.
 - No to mamy problem. - stwierdził "odkrywczo" Benvolio.
 - Co ty nie powiesz... - mruknąłem. 
 - Papier, Kamień, Nożyce? - zaproponował Romeo.
 - Chyba nie mamy innego wyjścia. - poparła go nieśmiało Anti.
 - Wszyscy razem? - zapytałem.
   Reszta nieśmiało przytaknęła i wyciągnęła ręce do gry.
 - Trzy, czte-ry!
   Dziewczyny z Hauru pokazali kamień, Benvolio z bratem - nożyce, a ja papier.
 - To chyba nie wyjdzie. - zaśmiałem się.
   Zagraliśmy więc w parach i po kilku rundach trafiłem do niechlubnego finału. Wygranie z Romeem miało mnie uratować od wykonywania najbliższego zadania - ta jedna, jedyna wygrana. No i nie wyszło!
 - Taki niefart!
 - Jak dla kogo. - Zaśmiał się Romeo.
 - Dawno się nad tobą nie znęcaliśmy. Najwyższy czas, nie sądzisz? - Benvolio wstawił się za bratem.
   Ale teraz to nie miało znaczenia. Musiałem zdać się na łaskę Seserakh. Nie, nie łaskę Seserakh! Coś takiego nie istnieje. Byłem w czarnej dupie.
 - Nie wiem jakie zadania dawaliście sobie wcześniej - powiedziała tonem poddającym w wątpliwość prawdziwość jej słów - więc zainspiruję się pewnym filmem.
 - O masz!
 - W "Pamiętniku" była jedna scena w której para tańczyła na ulicy. Nie obchodzi mnie gdzie będziesz tańczyć i co i czy z kimś. Ale masz tańczyć na ulicy przez... pół godziny byłoby sadyzmem... przez 10 minut!
   Roześmiałem się.
 - Chyba żartujesz.
 - Nie.
   Jej wzrok w zupełności to potwierdzał, więc zaczęło do mnie docierać, jak beznadziejne jest moje położenie.
 - Dobrze, że wziąłem kamerę. - powiedział Hauru z szerokim uśmiechem na twarzy.
 - Chwila, przecież ja zupełnie nie umiem tańczyć. - zaprotestowałem. - Nie będę w stanie zrobić TEGO.
 - Trzeba było zapisać się na tańce w szkole. - odpowiedział blondyn.
 - Żebym ja wiedział, że to się przyda...
 - To zawsze się przydaje. Nie wiesz, że dziewczyny się podrywa na taniec i gitarę?
 - Jakoś poradziłem sobie bez tego.
 - Nadal nie wiem jak tego dokonałeś. - powiedział z przekąsem.
 - Zaczynasz mnie wkurzać.
 - Nie no serio? Nawzajem.
 - Tak? A ta złośliwość to tak "mimochodem"?
 - O przepraszam bardzo, ale jeśli chodzi o złośliwości, to akurat ty nie powinieneś się mnie czepiać!
 - Jakoś tylko mi się tak od ciebie dostaje.
 - I co? Teraz zagrasz na litość? Sam nie jesteś lepszy! Mam dość tego sarkazmu, którego używasz za każdym razem gdy się do mnie odezwiesz!
 - Co uważasz za sarkazm? A może po prostu byłem szczery?
 - Szczery?! To teraz ja będę szczery: Nienawidzę cię odkąd pamiętam! Masz wszystko ot tak! Bez kiwnięcia ręką! Ale w ogóle o to nie dbasz! Lekceważysz!
 - Chyba zwariowałeś! Ja nie dbam i lekceważę?! Na przykład co? Bo jakoś nie przypominam sobie nic, co traktowałbym w ten sposób.
 - Masz rodzinę! Ale co chwila uciekasz z domu. Jak możesz?! Jak śmiesz?!
 - Nie będę ci się tłumaczył z problemów rodzinnych. Jak chcesz, to ty sobie o tym opowiadaj, mnie nie zmusisz.
 - O! I znowu! Wszyscy tu traktują cię jak przyjaciela. A ty się przed nimi zamykasz! Wiesz że na palcach jednej ręki potrafię policzyć osoby, które traktują mnie poważnie?!
 - A zastanowiłeś się kiedyś czy to nie jest twoja wina? To by wiele ułatwiło.
 - Nie zmienię tego jaki jestem. I w przeciwieństwie co do niektórych, ja nie kryję się ze swoimi poglądami!
 - Żeby było jasne: nie kryję się z niczym.
 - Coś ciężko mi w to uwierzyć.
 - Co ci tak we mnie przeszkadza, do cholery?
 - Mógłbym spytać cię o to samo!
 - Z tym, że to nie ja zacząłem tę kłótnię.
 - Haha! Teraz to chyba sobie żartujesz. Że niby co? Ja zacząłem?
 - No a nie? Przecież wszyscy mogą to potwierdzić.
 - Ty sukinsynu. Doskonale wiesz, kto zaczął! Nie powołuj się na świadków, bo i tak nic nie powiedzą.
 - Twierdzę co innego i przestań mnie wyzywać, bo nie ręczę za siebie.
 - Już chyba kiedyś o tym rozmawialiśmy. Lepiej ze mną nie zaczynaj.
   W tym momencie do akcji wkroczyli Romeo i Benvolio. Widocznie wcześniej się umówili, bo sprawnym ruchem odepchnęli nas od siebie, zanim zdążyliśmy skoczyć sobie do gardeł.
 - Ło... nie wiedziałam, że tu aż tyle się dzieje... - powiedziała Seserakh.
 - Uspokójcie się obaj. Zachowujecie się jak dzieci. - powiedziała Ani wzdychając. 
   Nie miała racji. Pokłóciliśmy się o coś ważniejszego niż jak, kto, kogo nazwał.
 - No... Już starczy na dzisiaj. - poparła ją siostra blondyna. - Wróćmy do zadania.
 - Porozmawiałabyś potem z bratem? - zapytała ją ciszej Antiochis. - Ja zajmę się Rodem.
 - Ta... Ale już widzę jak słuchają...
 - No, musimy chociaż spróbować, bo się pozarzynają przy najbliższej okazji.
 - I tak to zrobią. Ale niech ci będzie.
   Na to Anti uśmiechnęła się i zwróciła do nas:
 - No to wracamy do gry! Chyba że chcemy ją przełożyć na popołudnie?
 - Zróbmy tak. - zgodziłem się. 
   Nie czekając na odpowiedź reszty, obróciłem się na pięcie i odszedłem.

   Nie wiedziałem, dokąd mam pójść. Szlajałem się po ulicach, nie myśląc nawet o tym, gdzie trafię. Byłem za bardzo wkurzony na Hauru, żeby przywiązywać do tego jakąkolwiek wagę.
   Co mu odwaliło? Przecież do tej pory nieźle się dogadywaliśmy, byliśmy całkiem dobrymi kumplami. Przecież jeśli miał do mnie jakiekolwiek wonty mógł mi o tym powiedzieć od razu! Nie mieliśmy przed sobą wielkich tajemnic, tak jak wszyscy w naszej paczce. Dlaczego wyskoczył z tym teraz? I dlaczego to takie absurdalne pretensje?!
   Nagle usłyszałem z lewej strony pisk opon. To wyrwało mnie z zamyślenia i zobaczyłem, że praktycznie wpakowałem się pod samochód.
  - Przepraszam. - wymamrotałem zaskoczony do kierowcy, który właśnie krzyczał coś przez szybę i energicznie pukał się palcem w czoło.
   Szybko zszedłem z jezdni i stanąłem na chodniku. Chyba już zupełnie ochłonąłem. Postawiłem kołnierz kurtki (bo wiatr był jednak zimny) i zacząłem się zastanawiać, co dalej. Do domu nie było sensu wracać. Mógłbym pójść do Kalipso, choćby dla w towarzystwa, ale w domu był jej ojciec. Do miasta z kolei w ogóle mnie nie ciągnęło. 
   Po takim przerobieniu jeszcze paru możliwości postanowiłem wrócić do parku. Nie wiedziałem, na którą godzinę pozostali umówili się na powrót do gry, a ja i tak nie miałem co robić. Po dotarciu na miejsce chwilę pokręciłem się, szukając sobie miejsca, po czym usiadłem pod tym samym świerkiem co zwykle i zacząłem bawić się opadłymi z niego igłami. Nie wiem, ile czasu minęło, ale pewnie sporo, bo z letargu wyrwał mnie dopiero głos Antiochis, która nie wiadomo kiedy usiadła naprzeciwko mnie.
 - Jak się czujesz? - zapytała cicho jak zwykle.
 - Już nieźle, dzięki. - skłamałem, patrząc w ziemię.
 - Jesteś obrażony na Hauru?
 - Trudno żebym nie był. - odparłem ze złością. Co to w ogóle za pytanie?!
 - Niepotrzebnie. On naprawdę nie chciał cię urazić.
 - Taa... A co w takim razie chciał osiągnąć?
 - Trochę go poniosło. Tak samo jak ciebie zresztą...
 - Nie czuję się ani trochę winny. - przerwałem jej.
 - Może jednak powinieneś się zastanowić...
 - Nie! Nie będę się zastanawiał, czy może jakimś gestem nie podpadnę Wielkiemu Hauru.
 - Okej, zostawmy ten temat. - westchnęła, a po chwili dodała: - Może nie jesteście jeszcze w stanie rozwiązać tych problemów, ale powinniście się chociaż przeprosić?
 - Chyba żartujesz! Ja miałbym go za coś przepraszać? Nie ma mowy!
 - Słuchaj, nie chodzi o to, żeby sprawić komuś przyjemność czy żeby ustalić, kto ma rację. Musimy jakoś funkcjonować w tej grupie. Chyba nie chciałbyś być winien rozpadu naszej paczki.
 - Jeśli ktokolwiek miałby być temu winien, to tylko on.
 - Ty też, bo to wy dwaj jesteście skłóceni, a nie robisz nic, żeby to zmienić.
   Zacisnąłem zęby. Zupełnie nie przemawiał do mnie ten tok myślenia. Anti tymczasem dodała: 
 - Wyobraź sobie jak będzie się czuła Kalipso, kiedy dowie się o wszystkim. Jak myślisz, czego będzie od ciebie oczekiwała?
   Trafiła w mój czuły punkt. Oczywiście, Kalipso będzie wykorzystywała wszyskie swoje dyplomatyczne i przywódcze zdolności, żeby znowu scalić grupę. No i nie będzie chciała wybierać między mną a Hauru.
 - Zastanowię się. - odpowiedziałem niechętnie.
   Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko wciąż uporczywie wpatrywała się we mnie, aż poczułem się nieswojo i opuściłem znowu wzrok. Siedzieliśmy tak przez jakiś czas dopóki między świerki nie weszła Seserakh.
 - Można powiedzieć, że masz szczęście, Rod. Mój brat zamknął się w pokoju i stwierdził, że już nie wyjdzie. Jeden świadek mniej twojej tanecznej porażki.
 - Hura. - mruknąłem, nie siląc się nawet na entuzjazm.
 - Już się tak nie ciesz. Przejdzie mu. A jak nie, to użyję innych środków perswazji...
   Na Benvolia i Romea nie musieliśmy długo czekać. Przyszli, jak się okazało, wyjątkowo punktualnie i byli dziwnie spokojni i czujni. Antiochis jednak miała rację, że ta sprzeczka bardzo wpłynęła na wszystkich.
 - Muszę do kogoś zadzwonić. - rzuciłem, po czym odszedłem parę kroków i wybrałem na telefonie numer do koleżanki z klasy. Wiem, że chodziła na ten kurs tańca, o którym mówił Hauru, zanim się pokłóciliśmy, i że dobrze sobie radziła.
   Starając się brzmieć entuzjastycznie, wytłumaczyłem jej, o co chodzi w moim zadaniu i zapytałem, czy by mi nie pomogła. W odpowiedzi roześmiała się i z ochotą przytaknęła. Szybko ustaliliśmy szczegóły i rozłączyliśmy się.
   Gdy wróciłem, pozostali patrzyli na mnie podejrzliwie.
 - Chodźcie. - powiedziałem głosem, w którym nawet Benvolio pewnie wyczuł obawę. - Miejmy to już za sobą.
   Prowadziłem grupę najprostszą możliwą drogą, więc dość szybko dotarliśmy do placu, na którym miała mieć miejsce moja kompromitacja. Beata już tam na mnie czekała.
Była to niewysoka, za to niezwykle wysportowana dziewczyna o krótkich włosach bliżej nieokreślonego koloru i usposobieniu Czerwonego Kapturka. Pewnie godząc się na pomaganie mi nie zwróciła nawet uwagi na fakt, że będzie robić z siebie idiotkę w samym centrum dzielnicy, ale myślę, że jej akurat to bardzo nie zaszkodzi. Jak by nie było, umie tańczyć jak profesjonalistka.
 - Cześć wszystkim! - przywitała się z szerokim uśmiechem na ustach, gdy tlko do niej podeszliśmy.
 - Cześć! - odpowiedziałem. - Moi drodzy, to Beata. Będzie mnie wspierać w wykonywaniu wymyślonego przez was zadania.
   Niektórzy rzucili nieśmiałe "cześć", inni nie odpowiedzieli nic, ale wszyscy przyglądali się jej ciekawie. Nie była to zbyt komfortowa sytuacja.
 - Może już zaczynajmy. - rzuciłem.
 - Jasne. - odpowiedziała. - Tak więc walc?
 - Chyba nic prostszego nie wymyślimy, prawda?
 - Jeszcze może być cza-cza.
 - Może lepiej zostańmy przy walcu...
 - Dobrze. - uśmiechnęła się szerzej. - Kojarzysz jakieś podstawowe kroki, nie?
 - No, coś tam...
 - To świetnie! Lecimy! - przerwała mi i zaciągnęła mnie na środek placu. Następnie ułożyła moją prawą rękę gdzieś nad swoim biodrem, a lewę jakoś dziwnie chwyciła i zaraz zaczęła stawiać pierwsze kroki.
   Z początku trudność sprawiało mi samo orientowanie się, którą nogę powinienem podnieść, ale po pewnym czasie zacząłem zauważać delikatne sygnały, jakie dawała mi Beata, mówiące co teraz zrobi. To chyba należałoby nazwać prowadzeniem... Ech...
   Gdy opanowałem powtarzający się schemat kroków, zerknąłem w stronę przyjaciół. Spodziewałem się, że będę zwijać się ze śmiechu, jednak oni jedynie lekko się uśmiechali. Co innego przechodnie! Ci nie dość, że odwracali głowy i przystawali, to jeszcze niektórzy chichotali i pokazywali przyjazne gesty. Wolałbym jednak żeby tego nie robili... Poczułem wielką potrzebę przerwania tej szopki i zaszycia się gdzieś w ciepłym kącie. Zresztą chyba tyle wystarczyło, żeby uznać zadanie za wykonane.
 - To może już kończmy? - odezwałem się do partnerki.
 - Już?
 - Nie żeby nieprzyjemnie się tańczyło... - wysiliłem się na uśmiech.
 - Nie no, spoko. - odparła, stając i opuszczając ręce. - Mam nadzieję, że pomogłam.
 - Jasne, że pomogłaś! Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - odpowiedziałem szczerze.
   Zaśmiała się na to cicho. - Zawsze do usług!
   Gdy reszta do nas doszła, pożegnała się krótko i odeszła, a ja zostałem sam z moimi sędziami.
 - No i co wy na to? - zapytałem.
 - Ma dziewczyna talent... - westchnęła Seserakh. - Czego nie można powiedzieć o tobie.
 - O tym wiedziałaś już wcześniej.
 - A wiesz, że jesteś na przynajmniej setce zdjęć tej wycieczki japońskich turystów, co tędy przed chwilą przechodziła? - wtrącił Romeo.
   Przewróciłem oczami. Tego mogłem się spodziewać.
 - Ja też mam parę ładnych ujęć - dodała Anti.
 - Nie zapomniałem o tym.
 - Piękne to nie było, ale zaliczamy, nie? - podsumował Benvolio.
 - Nooo moooże... - drażniła się Se.
   Spojrzałem na nią spode łba.
   Zaśmiała się.
 - Niech będzie.