Kalipso
Tata był naprawdę kochany. Zawsze, kiedy byłam chora poświęcał mi cały swój czas. Mogłabym tak spędzić cały kolejny tydzień... Tak rzadko poświęcał mi tyle uwagi... Ale nie mogłam wystawić przyjaciół. Już i tak czułam się trochę winna, że nie było mnie na poprzednim spotkaniu.
Oszukałam tatę z ciężkim sercem. Kiedy podał mi termometr, zacisnęłam palce na końcówce i
puściłam dokładnie wtedy, gdy wskazał 36.6. Sztuczka stara jak świat. Mogłam wyjść z domu. Gdy
stałam już w drzwiach, tata zawiązał mi wokół szyi nową chustkę i
pocałował w policzek.
- Uważaj na siebie. - powiedział.
Po chwili dodał:
- Wiem, że nie będziesz...
Zamknął drzwi, a mi zrobiło się go żal. Może i nie był idealnym ojcem ale i ja nie byłam idealną córką... Wszystko nam się popsuło. Nie wiedziałam jak to naprawić.
W nie najlepszym humorze doszłam do parku.
- Hej! - przywitała się siedząca tam pewnie już od jakiegoś czasu Antiochis.
- Hejka. - odpowiedziałam odganiając smutne myśli na bok. - Jak tam było wczoraj? Dużo przegapiłam?
- Zadanie nie było aż tak szalone... Zresztą, wypadło na Roda. Pewnie sam wolałby ci to opowiedzieć. - skłamała.
- O! Nie chwalił się... Zaraz go o wszystko wypytam.
Jak na zawołanie spomiędzy drzew wyszedł mój chłopak, Benvolio i Romeo.
- Jesteś już! - zawołał zaskoczony Benvolio.
- Jak się czujesz? - zapytał mnie troskliwie Rod.
- Już
dobrze. Nigdy długo nie choruję. -skłamałam gładko, choć od gorączki
kręciło mi się w głowie. - Słyszałam, że wczoraj miałeś ciekawy dzień!
- To prawda. - odpowiedział nieco chłodniej. - Myślę, że musimy porozmawiać po południu.
Trochę zdziwiła mnie jego reakcja. Aż tak go upokorzyli? Miałam nadzieję, że nie zamierza wycofać się z gry.
- No chodź, Hauru! Jesteśmy ostatni! - usłyszałam głos Seserakh zanim jeszcze ją zobaczyłam.
- Cześć wam! - zawołałam ucieszona na widok rodzeństwa.
- Kalipso... cześć... - jęknął blondyn.
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Zachowywał się jakoś dziwnie. Zbyt cicho.
- No dobra! Zaczynajmy! - powiedziałam wyjmując butelkę i podając ją Rodowi.
Zakręcił nią od niechcenia. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście, gdy wskazała na mnie. Rod uśmiechnął się do mnie. Spojrzałam po przyjaciołach. Ich miny wyrażały głęboką konsternację.
- Czy to nie jest wbrew zasadom? - spytał Romeo. - Przecież zadanie, które teraz dostanie Kalipso, nie może być trudne...
- Kto wie, kto wie... - szepnął mój chłopak z przebiegłym uśmiechem.
-
Z drugiej strony im więcej się o kimś wie, tym bardziej można mu
zaszkodzić. - dodała Seserakh. Coś w jej głosie mówiło mi, że ma w tych
sprawach duże doświadczenie...
- No to słucham. - zwróciłam się do Roda.
- Daj mi chwilkę....
Przyłożył rękę do ust w geście przypominającym rzeźbę "Myśliciela" Rodlina.
-
Myślę, że nie uda mi się cię zamęczyć. No chyba, że psychicznie. Na
przykład poprzed unieruchomienie cię na długi czas w bardzo nudnym,
odludnym miejscu. Tak, to jest to! Spędzisz cały dzień w tamtej
leśniczówce przy trasie, którą zawsze jeździmy rowerami na południe. Nie
będziesz mogła mieć ze sobą żadnych książek, empetrójek, telefonu,
dosłownie nic. Co ty na to?
- No nieeee! Nie mogłeś wymyślić czegoś ciekawszego?! Wszyscy dostają jakieś ekstremalne zadania! Też chcę!
- Nie spodziewałem się, że tak szybko osiągnę efekt...
- Rooood! Zmień to!
- Właśnie nie zmienię.
- Zmień!
- Ani myślę.
-
Cóż, Kalipso. Chyba padłaś ofiarą własnych reguł. Nie można zmieniać
wyzwań i mają trwać cały dzień. - zaśmiał się Romeo znad klawiatury
telefonu.
- Tylko kto teraz podejmie się pilnowania jej przez cały dzień? - zapytała Anti.
- A jest tam zasięg? - spytał brat Benvolia.
- Z tego co wiem, nie ma. - powiedział powoli jego brat.
- A to na mnie nie liczcie. - i wrócił do sms-owania.
- I taki to pożytek z rodzeństwa. - westchnął Benvolio.
- Co do rodzeństwa, to rodzice dziś wychodzą po południu i ktoś musi się zająć Amadeą i Gracją. - wykręciła się Seserakh.
- Nooo myślę, że ja prędzej się tym zamknięciem zmęczę niż Kalipso. Nie nadaję się na ochroniarza. - stwierdził drugi z braci.
-
A ja nie chcę się kłócić, więc po prostu pójdę do domu i zamknę się w
sobie. - dodał Hauru starając się, aby zabrzmiało to jak dowcip. -
Proszę bardzo, Rod. Wygrałeś los na loterii.
Rod popatrzył na niego, jakby chciał go udusić.
Sytuacja nagle zrobiła się napięta, choć nie miałam pojęcia dlaczego. Czy
coś między nimi zaszło? Nie podobało mi się, że Romeo i Benvolio
wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, a Anti głośno
wciągnęła powietrze zamierając. Chłopcy
mierzyli się wzrokiem, a ja zaczynałam pojmować, że w naszej grupie
dochodzi do rozłamu. Nie mogłam tylko pojąć, co jest jego przyczyną i
czułam, że nikt mi tego nie powie.
-
Dobra, braciszku. Starczy tej depresji. - odezwała się Seserakh. -
Przecież już ci mówiłam, że ten aparat był do niczego. Nawet dobrze się
stało, że Rod go zniszczył.
Ledwie zauważalnie Anti odetchnęła z ulgą.
- To my się zbieramy. - dokończyła siostra blondyna. - Do jutra!
Chwyciła Hauru za rękę i bezceremonialnie wyciągnęła go z parku. Wyglądało to bardzo podejrzanie.
- Nie ufam wam, ale niech i będzie. - odezwał się Benvolio. - Bawcie się dobrze!
- Ze szczególnym uwzględnieniem słowa "bawcie" - dodał złośliwie Romeo.
Wstał, a za nim jego brat i zniknęli za drzewami. Rozejrzałam się dookoła i zdałam sobie sprawę, że zostaliśmy z Rodem sami.
- Kiedy Anti poszła? - spytałam zdezorientowana.
- Poszła? Nie zauważyłem tego... - zmarszczył brwi.
- Hm... no to... idziemy?
- Chodźmy!
Przeszliśmy
przez ogrodzenie i ruszyliśmy drogą w kierunku przeciwnym niż do
miasta. Asfalt ciągnął się tutaj jeszcze tylko kawałek. Potem jego
miejsce zajmował żwir. W pewnym momencie skręciliśmy w dobrze nam znaną
polną drogę wysypaną piaskiem, która prowadziła prosto do lasu. Mimo
chłodu dzisiejszego dnia i mojej gorączki, spacer był bardzo przyjemny.
Pozwoliłam swoim myślom pobiec własną drogą wśród kwiatów, liści i traw. Krótką
chwilę czułam się jak we śnie, jednak przez ten idealny obraz
powoli przebijała się rzeczywistość.
Spojrzałam na Roda. Nadal wyglądał na lekko poirytowanego. Zapewne przez tę dziwną uwagę Hauru... Ale właściwie dlaczego utworzyło się między nimi takie napięcie? Okej. może i nie zawsze się świetnie dogadywali... właściwie to różnili się od siebie wszystkim... ale zwykle udawało im się dojść do porozumienia. No przecież kumplowali się już tyle lat! Nie... chyba to wszystko wyolbrzymiłam. Mój chłopak pewnie znów ma jeden z tych dni, kiedy wszystko go denerwuje. Tylko jak wyjaśnić zachowanie Hauru? Może ma jakieś kłopoty i dlatego tak dzisiaj przycichł? Tak... Pewnie o to chodzi... Niewłaściwy czas i niewłaściwe miejsce.
Spojrzałam na Roda. Nadal wyglądał na lekko poirytowanego. Zapewne przez tę dziwną uwagę Hauru... Ale właściwie dlaczego utworzyło się między nimi takie napięcie? Okej. może i nie zawsze się świetnie dogadywali... właściwie to różnili się od siebie wszystkim... ale zwykle udawało im się dojść do porozumienia. No przecież kumplowali się już tyle lat! Nie... chyba to wszystko wyolbrzymiłam. Mój chłopak pewnie znów ma jeden z tych dni, kiedy wszystko go denerwuje. Tylko jak wyjaśnić zachowanie Hauru? Może ma jakieś kłopoty i dlatego tak dzisiaj przycichł? Tak... Pewnie o to chodzi... Niewłaściwy czas i niewłaściwe miejsce.
- O czym myślisz? - usłyszałam nagle ciche pytanie Roda.
- Szczerze? - odpowiedziałam pytaniem. Wszystko w jego rękach. Nie wiedziałam, czy chcę drążyć temat, ale skoro mam okazję...
- Chyba nigdy inaczej nie odpowiadasz, prawda? - uśmiechnął się.
- Masz rację. - westchnęłam - Myślałam o tobie i Hauru... Może to głupie pytanie ale... Czy coś się stało, kiedy mnie nie było?
Od razu jego uśmiech zniknął, a brwi zmarszczyły się.
- Nic wielkiego. Mała sprzeczka.
- Mogę wiedzieć o co?
- O wczorajsze zadanie dla mnie - to błahostka, już nieaktualna.
- A właśnie! Nie opowiedziałeś mi jeszcze co to było!
- Kazali mi tańczyć na środku dzielnicy. - odparł, siląc się na uśmiech.
- I ja to przegapiłam... - zaśmiałam się i do niego przytuliłam. - Kiedy ostatnio ze mną tańczyłeś?
- Oj... To musiało być bardzo dawno. Szkoda.
- Jeszcze to nadrobimy.
- Chciałabyś teraz?
- Tak.
Chwycił
mnie za rękę, drugą położył na talii. Znów się roześmiałam. Uwielbiałam te
jego spontanicznie-romantyczne zrywy, gdy byliśmy sami.
Tańczyliśmy na leśnej drodze za muzykę mając jedynie szum drzew.
Deptaliśmy sobie nogi i śmialiśmy się z chwilowych braków równowagi. Powoli
się zatrzymaliśmy. Zbliżyłam się do niego i zaczęłam całować. Poczułam,
jak mocniej mnie obejmuje.
Nagle coś mi wpadło do głowy.
- Jeśli pokłóciliście się o głupotę, to czemu wciąż się wściekasz?!
- Kalipso... Psujesz taki moment... - zrobił obrażoną minę.
- No przepraszam... Ale powiedz, czemu?!
- Wiesz, jak to jest... Zaczyna się od drobnostki, a wychodzi wielka afera... To tylko sprawia wrażenie, że jest takie ważne.
- Mmm... No niby tak, ale... trochę się martwię. Nigdy nie widziałam Hauru w takim stanie...
- Niepotrzebnie, minie mu.
- Mam nadzieję... A czy u ciebie już wszystko gra?
- Tak... Dlaczego miałoby nie grać?
- W parku nie wyglądałeś tak, jakby wszystko było w porządku. A kiedy tu szliśmy, wciąż zaciskałeś pięści... Nie jestem ślepa.
Przewrócił oczami i patrząc gdzieś za mnie, odparł:
- Mi też minie. Przecież kłótnie się zdarzają...
- Nie rozumiem tylko, jak kłótnia o taniec mogła aż tak na was wpłynąć.
Na ten zarzut nic nie odpowiedział.
- A więc poszło o coś więcej, tak? Rod, proszę, powiedz mi, co się dzieje.
Jego milczenie zaczęło mnie irytować, ale on nie miał najwidoczniej zamiaru się teraz odezwać.
- Rod! - krzyknęłam. - Jeśli mi nie powiesz w tym momencie, wejdę na któreś drzewo i specjalnie z niego spadnę!
-
Kalipso... - oprzytomniał trochę. - Przepraszam. Zaraz wszystko
wytłumaczę. Tylko ja tego sam jeszcze nie przemyślałem. Pozwól, że
najpierw to jakoś ogarnę.
- No dobrze... To może chodźmy usiąść w tej leśniczówce i tam mi wszystko opowiesz.
- Okej...
Chwyciliśmy
się za ręce i weszliśmy w las. Przez korony drzew przeświecały promyki
słońca. Gdzieś w górze śpiewały ptaki. Dróżka była kręta i z czasem
zaczęła się zwężać. Kiedy była już tak cienka, że musieliśmy się
puścić, wiedziałam, że jesteśmy prawie na miejscu. Chwilę potem naszym
oczom ukazał się niewielki, drewniany domek o spadzistym dachu
porośniętym mchem. W jednym oknie brakowało szyby, a drzwi były lekko uchylone. Chyba od dawna nikt nie odwiedzał tego miejsca.
Weszłam
do środka. Wnętrze nie wyglądało aż tak źle... Na podłodze zaległ kurz i
wpadło parę liści, ale znajdowało się tu jakieś biurko, krzesło i parę
koców rzuconych pod ścianę, a całe pomieszczenie było oświetlone przez
słońce wpadające przez okno.
- Chodź! - zawołałam do Roda, stojącego na zewnątrz, siadając na blacie biurka. - Całkiem tu przytulnie!
- Cieszę się, że ci się podoba. Jak by nie było, spędzimy tu trochę czasu. - odparł bez entuzjazmu.
-
Hej, skąd ten ton? Wyprostujemy parę spraw i jeszcze będzie fajnie! Ta
chatka przypomina trochę domek z tego francuskiego opowiadania o duszku
zakochanym w dziewczynie...
- Nie kojarzę go zupełnie.
- A mówiłeś, że przeczytałeś tę książkę, którą ci pożyczyłam na ferie zimowe!
- A to tamta! Prawda, jakoś wyleciało mi z głowy.
- Aha, akurat!
- Naprawdę! Nie wierzysz mi, a ja po prostu... dużo spraw mam na głowie i tak wychodzi...
- Więc opowiedz mi o tych sprawach.
- Właściwie to chodzi przede wszystkim o tę kłótnię... Ale najpierw chcę to przemyśleć sam.
- Czy nie miałeś dosyć czasu, gdy tutaj szliśmy? Powiedz to, co myślisz w tej chwili.
Westchnął
ciężko. Nie lubił mówić o swoich emocjach. Trochę go już pomęczyłam i
myślałam, że jakoś się rozrusza, ale chyba to nie działało w ten sposób.
-
Tak jak już mówiłem, od jakiejś głupoty przeszliśmy do kłótni o
całokształt, wypominania sobie różnych... Zresztą, może powinniśmy byli
dać sobie po mordzie i wszystko wróciłoby do normy.
- Wypominania?
- Ogólnych kwestii.
- Takich jak...?
- Oj... Od czego by tu zacząć...
- Aż tyle tego było?!
- Nie no, po prostu to wymagałoby jakiegoś rozwinięcia... Ale chyba już przez Hauru.
- Więc mam się z nim spotkać i to przedyskutować?
- Nie musisz...
- Więc opowiedz mi dokładniej. Wiesz, że nie znoszę niedomówień.
Jeszcze raz westchnął, po czym wypalił:
-
Twierdzi, że nic i nikogo nie szanuję, że jestem złośliwy i nieszczery,
że izoluję się od reszty, a tak w ogóle to... a, nieważne...
- On coś takiego powiedział?! - Oburzyłam się.
Jak mógł! W ogóle się tego po nim nie spodziewałam! Choć
w sumie... dlaczego?
W ostatnich dniach odkryłam, że tak na prawdę nic
nie wiem o Hauru. Kiedyś miałam go za chłopaka, który musi się popisywać
i zwracać na siebie uwagę, bo jest pusty w środku. Przecież znałam
sporo takich osób. Dlaczego on miałby być inny? Potem zdałam sobie
sprawę, że uległam stereotypom... Zaczęłam uważniej się mu przyglądać,
dostrzegać kolejne jego zalety i cechy, o których nie miałam pojęcia. To
jak cytował Shakespeare'a czy Austen, jak się zajmował swoją rodziną,
jaką miłością darzył dwie małe siostrzyczki, jak zaryzykował, żeby
uratować mnie przed upadkiem... Poznawałam go na nowo. Wydawało
mi się, że dostrzegłam prawdziwego Hauru... Ale chyba ponownie
popełniłam błąd...
Rod nie dał mi zupełnie pogrążyć się w takich myślach.
- Zostawmy ten temat. - odezwał się w miarę normalnym tonem. - Zajmijmy się czymś przyjemniejszym.
- Masz rację... dosyć tego gadania!
Uśmiechnęłam się do niego zalotnie.
- To... Co od czego chciałabyś zacząć wypełnianie tego wspaniałego zadania?
- Mmm... Może od tego?
Przyciągnęłam go do siebie i delikatnie zaczęłam obsypywać pocałunkami. Rod nie pozostawał mi dłużny i po chwili już całowaliśmy się zapominając o wszystkich problemach. Położyłam się na trzeszczącym biurku zmuszając chłopaka, żeby również na nie wszedł.
- Jeśli się złamie... - jęknął Rod.
- Niech się złamie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz