Benvolio
-
Kto ci pozwolił założyć moje buty?! - usłyszałem nad sobą wrzask.
Byliśmy już praktycznie spóźnieni, zbierałem się właśnie do wyjścia, ale
wyglądało na to, że jeszcze chwilę nigdzie nie pójdę.
-
Okej, okej. Zagapiłem się. - niechętnie zacząłem ściągać z nóg adidasy.
Niestety, niebieski pasek wzdłuż podeszwy jednoznacznie wskazywał, kto
ma rację.
- Czy ty zawsze musisz się tak obijać?!
- I kto to mówi?! Stroiłeś się jak jakaś dziewczyna, a teraz mnie jeszcze popędzasz.
- Ohoho. Już wolę wyglądać jak dziewczyna niż się jak dziewczyna zachowywać!
Popatrzyłem na niego z wyższością i popukałem się w czoło.
- A weź się udław tym butem. - chwycił adidasa i rzucił we mnie.
- Spierdalaj z tym! - wrzasnąłem i wyszedłem z domu.
- No ej! Poczekaj! - krzyknął za mną zakładając w pośpiechu buty.
Oczywiście.
Jak przychodzi co do czego, to jednak mu zależy na moim towarzystwie.
Nawet teraz. Podły dwulicowiec. Pozer. Hipokryta.
- No już jestem. Chodźmy. - powiedział podbiegając.
Ręce
w kieszeniach zacisnąłem w pięści. Czasami naprawdę miałem dość mojego
brata. Co jednak mogłem poradzić? Jakoś trzeba z nim żyć. W domu
zazwyczaj było nawet nieźle, ale kiedy wychodziliśmy gdzieś, zaczynał
robić z siebie gwiazdę i wtedy był nie do wytrzymania. A teraz
rozgrzewkę zrobił jeszcze przed wyjściem. Wolałem spędzić z nim sam na sam jak najmniej czasu, dlatego na miejsce dotarliśmy bardzo szybko.
- Cześć, chłopaki! - przywitała się z nami Kalipso.
Niemal jednocześnie jej odpowiedzieliśmy: Romeo radosnym, a ja raczej cichym "cześć".
- Oj... skąd ten kiepski nastrój, Benvolio? Przecież jeszcze nie zakręciłam! - mrugnęła do mnie i wyjęła butelkę.
- Czy mam to uznać za groźbę? O ja naiwny, wierzyłem, że nikt nie ustawia wyników losowania!
- Ja i groźby? No proszę cię... - zaśmiała się ruda.
Na
wpół wyschniętym błocie butelka obracała się bardzo wolno, wzbudzając
jeszcze więcej emocji. W pewnym momencie zwolniła tak bardzo, że kolejne
osoby zaczęły na moment wstrzymywać oddech. Seserakh, Antiochis, ja... Uff! Na
szczęście zatrzymała się kawałeczek dalej, wskazując na mojego brata.
- Romeo... - uśmiechnęła się chytrze Kalipso.
- To nie fair! Wskazało na Benvolia! - zaprotestował.
- Wyraźnie widać, że twoja kolej. - powiedziała Seserakh. - Czyżby kogoś strach obleciał?
-
Poproszę bez docinków chociaż dzisiaj. - jęknęła Kalipso. - Romeo! Mam
dla ciebie banalnie proste zadanie. Zaśpiewasz serenadę pod najwyższym
blokiem w mieście tak, żebyśmy cię usłyszeli wychylając się z okna na
najwyższym piętrze!
- To nie jest zabawne. - mruknął mój brat. - Boże.... czemu wszyscy czytają Shakespeare'a....
- Masz coś przeciwko kulturze wysokiej? - zapytałem retorycznie.
- Przymknij się. Ty przynajmniej masz prawie normalne imię, które kojarzą tylko nieliczni.
- Czyli jednak Shakespeare'a nie czytają...
Popatrzył na mnie spode łba, na co odpowiedziałem mu szczerym wyszczerzem.
- Doooobra.... to może już chodźmy? - zaproponowała Antiochis.
- Racja. Nie ma co dnia marnować. - zgodził się Hauru. Wstał i wyszedł z parku, nie czekając na resztę.
Zresztą,
na kogo miałby czekać? Myślę, że w ogóle ostatnio się tylko z nami
męczył. Ta kłótnia z Rodem to było apogeum, ale zamiast rozluźnić
atmosferę, tylko zwiększyło napięcie i je uwidoczniło. Bardzo mi się to
nie podobało - przestaliśmy funkcjonować jako całość. Już dawno czegoś
takiego nie doświadczyliśmy.
- Ktoś powinien z nim porozmawiać... - westchnęła Anti i spojrzała z wyrzutem na siostrę blondyna.
- Próbowałam. Nic do niego nie dociera.
- A z Rodem ktoś już gadał?
- A czego konkretnie chciałabyś się ode mnie dowiedzieć? - odezwał się ni stąd ni zowąd Rod.
Anti, jak zwykle w takich sytuacjach, zupełnie się nie speszyła, tylko wprost zapytała:
- Czy pogodziliście się już z Hauru?
Rod zirytował się.
- To chyba widać.
- Lepiej pośpiesz się z tym godzeniem., bo potem możesz mieć problem... - poradziła Seserakh z półuśmieszkiem.
- Co masz na myśli? - Antiochis szybko odwróciła się do niej.
- Nic konkretnego...
-
W takim razie chodź, musimy porozmawiać! - wzięła ją pod rękę i
energicznie pociągnęła w stronę wyjścia, najpewniej żeby potem zasypać
ją gradem pytań. W tyle zostaliśmy sami - ja, Romeo i Rod.
Po
takim dialogu cisza była nieco niezręczna. Bardzo chciałem odezwać
się, powiedzieć jakąkolwiek głupotę, ale w głowie miałem zupełną pustkę.
Na szczęście po niespełna minucie wpadła między nas Kalipso.
- No i co tak siedzicie?! Biegniemy szukać Hauru!
Zaczęliśmy
się zbierać, synchronicznie jęcząc i dając się popędzać i podnosić
przez rozentuzjazmowaną Kalipso, po czym w wielkim nieładzie
przedarliśmy się przez park i wyszliśmy na ulicę.
- Przecież jeśli poszedł już w miasto, nigdy go nie znajdziemy. - zaczął narzekać Romeo.
-
Nic mnie to nie obchodzi. Musimy go znaleźć! - sprzeciwiła się Kalipso.
- Nie wiem, co się z nim ostatnio dzieje, ale znajduje się w takim stanie, że
gotów jest wpakować się pod samochód bez czyjejś opieki.
-
Jakie to miłe, że się o mnie martwicie... - odezwał się głos gdzieś z
boku - to Hauru stał oparty o ogrodzenie, z rękami w kieszeniach i na
wpół spuszczoną głową.
- Hauru...
- Dajcie mi ze trzy dni, to się ogarnę i wszystko będzie po staremu...
- Jak mamy ci pomóc?! Hauru! O co chodzi?! - zdenerwowała się ruda.
- Idę do domu. - szepnął blondyn, nie patrząc jej w oczy. Odwrócił się i odszedł.
- Rod, idź za nim i natychmiast się pogódźcie! - rozkazała Kalipso. Jej ton nie znosił sprzeciwu.
- Co mogę zrobić? Przecież go nie zmuszę.
- Postaraj się! Nie wytrzymam dłużej tych kłótni...
- Kalipso, to dorosły człowiek, wie, co jest dla niego dobre.
Ruda
spojrzała po naszych twarzach. Pierwszy raz w jej oczach zobaczyłem
prawdziwy strach. Potem skierowała wzrok ku odchodzącemu chłopakowi.
- Benvolio, przypilnuj, żeby Romeo wykonał zadanie. - powiedziała, po
czym pobiegła za blondynem.
Rod
wyglądał jakby ktoś go kopnął w brzuch. Ale nie było w tym żadnej
złości - raczej poczucie winy. Znowu atmosfera zaczęła się robić
nieprzyjemna.
- Pójdę znaleźć dziewczyny. - rzuciłem i wbiegłem z powrotem do parku.
Znalazłem
je w tym samym kręgu świerków, w którym zawsze się spotykaliśmy. Anti
siedziała po turecku, pochylając się i ze skupieniem na twarzy słuchając
Seserakh, która opierała się plecami o drzewo i zapatrzona w bliżej
nieokreślony punkt w dali mówiła coś półgłosem. Gdy
tylko mnie zauważyły, natychmiast przerwały rozmowę i spojrzały na mnie
wymownie. Co jednak mogłem zrobić? Na pewno znajdą jeszcze okazję do
wyjaśnienia tych paru spraw.
- Chodźcie, musimy już iść.
- Niezłe wyczucie czasu... - mruknęła Seserakh i podniosła się z ziemi.
Anti wstała zaraz po niej i dodała:
- Myślę, że trzeba też będzie znowu pogadać z twoim bratem.
- Oj, chodźcie już, bo zaraz gdzieś uciekną albo się pokłócą... - popędziłem je.
Niestety,
moje słowa okazały się prorocze. Przy wyjściu z parku nie było nikogo.
Chodziłem w tę i we w tę, rozglądając się, zupełnie
zdezorientowany i niepewny, co mam robić. I co powiedzieć dziewczynom.
- Taa... - odezwała się siostra Hauru. - Świetne zgranie... Umówiliście się gdzieś, czy każdy sam sobie polazł gdzie chciał?
- Eeee....
- Tak myślałam. Dobra. To ja w takim razie też się zwijam.
- Hej! Wszystko się teraz psuje, nie pomożesz nam?
- A co mnie to tak w sumie obchodzi? Mam też innych znajomych.
- Ja nie mogę... Co to ma być? Czy naprawdę tylko mnie na tym zależy?!
Bez pożegnania odeszła, a ja poczułem bezsilność, taką bezsilność, jakiej dawno nie czułem. Sypało się coś więcej niż gra.
Nagle coś dotknęło mojego ramienia. A
właściwie ktoś - to była Antiochis. Odwróciłem się w jej stronę i
zobaczyłem, jak wpatruje się we mnie milcząco, jak zwykle kiedy chciała
mnie uspokoić. Westchnąłem. Chyba znowu musiałem się zdać na przyjaciółkę.
Kostka
chodnikowa była potwornie połamana. To jest coś, co zawsze pamiętałem i
co zawsze kojarzyło mi się z rozmowami z Antiochis w ciężkich
sytuacjach. W ciszy szliśmy do kawiarni wypić gorącą czekoladę i
wygadać się. Jak zwykle, kiedy zaistniała jakaś trudna sytuacja. Zawsze
tak samo od wielu lat.
Usiedliśmy
przy stoliku w kącie i złożyliśmy zamówienie. Po spędzonej w milczeniu
minucie doniesiono nam czekolady - orzechową dla Anti i mleczną dla
mnie. Poprosiłem jeszcze o dodatkową bitą śmietanę i zaczęliśmy zwykłą
"sesję terapeutyczną".
- Beznadziejnie wyszło. - westchnąłem, nie czekając na pytanie. I tak nie byłoby zbyt inspirujące.
- To prawda.
- Wkurza mnie to. Wszyscy gdzieś się rozleźli, jakby nie wiedzieli, co się dzieje i o co mi chodzi.
Przytaknęła, bawiąc się długą, kawiarnianą łyżeczką, a ja wziąłem duży łyk swojego napoju.
- Benvolio?
- Tak?
Pokazała, że mam coś na nosie. No jasne - bita śmietana. Szybko wytarłem twarz i kontynuowałem myśl.
-
Czy im naprawdę nie zależy? Przecież to Kalipso wymyśliła tę grę.
Reszta przyjęła to z entuzjazmem. To ja poszedłem na pierwszy ogień, to
ja powinienem tej gry nienawidzić.
- Wciąż nie zauważasz jednej rzeczy.
- Jakiej? O co chodzi? - zmarszczyłem brwi.
- Jakiej? O co chodzi? - zmarszczyłem brwi.
- Przecież tu nie chodzi o grę. Jest gorzej. Mamy kryzys.
Fakt. To jest coś większego, ale dotychczas nie sformułowałem tego tak... na głos.
Jęknąłem.
- Masz rację. To wygląda zbyt poważnie jak na drobny konflikt. Tylko dlaczego wszyscy się odwracają, rozchodzą zamiast zrobić z tym porządek? Mnie to wkurza.
- Widzę. Ale myślę, że im też jest trudno.
-
No ale... Hauru ciągle obraża się nie wiadomo, o co, i do tego nikomu
nic nie tłumaczy. Rod nie jest lepszy, żeby cokolwiek zrobił, Kalipso
musi mu pewnie grozić. A ona z kolei zupełnie bez pomysłu lata od
jednego do drugiego. No i Seserakh - tej to nie wiem, co dziś strzeliło
do głowy...
- Są tak samo zdezorientowani jak ty. Przecież też nie wiesz co z tym wszystkim zrobić.
Spuściłem głowę. Jak zwykle po krótkim namyśle musiałem przyznać jej rację.
- Taaak... Tylko to niczego nie rozwiązuje.
- To inna sprawa.
- Masz jakiś pomysł? - zapytałem, kierując rozmowę na jej opinię.
- Póki co, nie. - powiedziała, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem.
- Ale damy radę. - dodała i uśmiechnęła się pocieszająco.
Na chwilę zapadła cisza. Machinalnie przelewałem czekoladę z łyżeczki do kubka, rozchlapując ją dokoła na blacie stołu.
- Przecież już bywało między nami kiepsko... Pamiętasz jak dołączył do nas Hauru? - odezwała się Anti.
- Przecież już bywało między nami kiepsko... Pamiętasz jak dołączył do nas Hauru? - odezwała się Anti.
Jasne, że pamiętałem.
Trudno
byłoby zapomnieć całe to zamieszanie, jakie nastąpiło, gdy się
poznawaliśmy. A zaczęło się od niewinnego podrywu Ciris... No dobra,
może nie tak niewinnego, Hauru nigdy nie zachowywał się jak książę na
białym rumaku, a Ciris dawała się beznadziejnie wykorzystywać. Naprawdę
nie wiem, dlaczego tego nie widziała, ale oczywiście zauważyła to
Antiochis. Za wszelką cenę chciała odciągnąć ją od tego casanowy, ale
przyczepił się jak rzep do psiego ogona i zamiast dać spokój Ciris,
wszedł do naszej paczki. Znaczy oczywiście potem odpuścił, co Ciris
bardzo przeżywała i co doprowadzało Anti do rozpaczy, ale grupy już nie
opuścił.
Może to i dobrze - kłótni wcale nie było przez to mniej (bo wtedy nie byliśmy jeszcze tak zgrani), ale zaczęły nareszcie doprowadzać do jakiegoś konkretnego wniosku. Świeże spojrzenie Hauru, jego cierpkie komentarze i dystans, z którego musieliśmy wydawać się śmieszni, sprawiły, że przestaliśmy ciągle unosić się dumą i zaczęliśmy naprawdę rozmawiać. To wyszło nam na zdrowie.
Może to i dobrze - kłótni wcale nie było przez to mniej (bo wtedy nie byliśmy jeszcze tak zgrani), ale zaczęły nareszcie doprowadzać do jakiegoś konkretnego wniosku. Świeże spojrzenie Hauru, jego cierpkie komentarze i dystans, z którego musieliśmy wydawać się śmieszni, sprawiły, że przestaliśmy ciągle unosić się dumą i zaczęliśmy naprawdę rozmawiać. To wyszło nam na zdrowie.
Teraz
Hauru był już integralną częścią grupy. I był wplątany w spór, od
którego się wszystko zaczęło. Już nie mógł zachować się tak, jak kiedyś.
- Zgraliśmy się dzięki niemu, a teraz... to chyba on najbardziej świruje. - powiedziałem z żalem.
-
Rozmawiałam o tym z Seserakh... Ale właściwie niewiele z tego wyszło.
Wydaje mi się, że nie lubi rozmawiać o swoim... bracie... W sumie nie są
rodzeństwem, to nie ma co mieć pretensji...
-
Nawet gdyby byli, to pewnie niewiele by to pomogło. Rodzeństwo bywa
potwornie upierdliwe... Właśnie! Muszę się zabrać za szukanie Romea! Mam nadzieję,
że poszedł do domu, a nie zaszył się gdzieś w jakiejś... Do jutra!
- Do jutra!
Wygramoliłem
się z kąta, szurając potwornie krzesłem. Oczywiście zwróciłem tym na
siebie uwagę połowy kawiarni... Przy tych wszystkich problemach to
naprawdę mnie nie obchodziło.
Hauru
Powinienem wziąć się w garść. Co się ze mną porobiło?! Zawsze trzymałem negatywne emocje na wodzy. Przecież nie warto marnować na nie czasu! W końcu życie to 10% tego, co nam się zdarza i 90% tego, jak na to reagujemy (przeczytałem to kiedyś na Wiedzy Bezużytecznej) więc po co zmieniać sobie życie w melodramat?
- Zatrzymaj się! - usłyszałem z tyłu wołanie Kalipso.
Podniosłem ręce do góry, obróciłem się i odpowiedziałem żartem:
- Masz mnie. Już nie uciekam. Mam położyć broń na ziemię?
- Fajnie, że wrócił ci humor.
- Kiedyś odchodził? Nie zauważyłem...
- Ale my zauważyliśmy.
- Może coś wam się przyśniło...
- Hauru.
Przyznaję - taktyka udawania przed Kalipso, że problem nie istnieje, była idiotyczna. Ta dziewczyna miała niesamowity dar wykrywania kłamstw i prawdziwych emocji ludzi. Nie dało się przed nią nic ukryć... prawie.
Wpatrywała się we mnie uważnie, nie spuszczając wzroku. Pfff. Może na innych to działało, ale mnie nie ruszy. Nie dam jej przejrzeć moich myśli. Nie narzuci mi swojego zdania. Niech sobie rozkazuje Rodowi i reszcie. Ja nie pozwolę sobą pomiatać.
- Czy ty jesteś na mnie zły? - spytała.
- Skądże znowu...
- Nie rozumiem, czemu jest w tobie tyle nienawiści. Najpierw pokłóciłeś się z Rodem, teraz chcesz ze mną?
- Nie nazwałbym tego kłótnią... raczej... różnicą poglądów.
- Nie zauważyłeś, że przez wasze zachowanie grupa się rozpada?
- Dramatyzujesz. Uśmiechnij się i przestań się martwić. Hakuna matata!
- Rozmawiałam z Rodem. Jest gotowy się z tobą pogodzić.
- Bo go do tego zmusiłaś? Bo mu zagroziłaś?!
- Przestań. Nie jestem jakimś tyranem.
- Owszem jesteś, Kalipso. Chwilami jesteś. Za wszelką cenę chcesz mieć nad wszystkimi kontrolę, zmuszasz ludzi do robienia rzeczy, których wcale nie chcą, narzucasz własne zdanie i nie znosisz sprzeciwu, zagłuszasz uwagi innych, wyłamujesz się przed szereg. A to dopiero początek! Wcale nie jesteś tak idealna, jak ci się wydaje.
Na chwilę wstrzymałem oddech. Znów powiedziałem zbyt dużo. Zamiast pomyśleć, zdałem się na emocje i zaraz za to zapłacę... Nie chciałem, żeby ją zabolało... A może chciałem? Może podświadomie pragnąłem odpłacić się jej za cierpienia, które mi sprawiła? Widziałem jak marszczy brwi i przygryza dolną wargę. Zapragnąłem podejść do niej i ją przytulić, przeprosić za te okropne słowa, powiedzieć, że wcale tak nie myślę. Ale wtedy się odezwała:
- Dlaczego to powiedziałeś?
- Nie wiem... Nie zastanowiłem się nad tym, co mówię...
- Czyli byłeś szczery.
Poczułem ukłucie wstydu. Jak mogłem tak ją zranić? Powinienem się wytłumaczyć, zanim będzie za późno i naprawdę mnie znienawidzi.
- Kalipso... Nie miałem nic złego na myśli... znaczy... No dobra. Może trochę miałem. Ale nikt nie jest doskonały. Ja... mimo wszystko podziwiam twoją charyzmę... Podziwiam ciebie... Ale chwilami nie jestem w stanie tego znieść...
Zamilkłem. Idiota. Znów zacząłem paplać i teraz na pewno wszystko zrozumie. A przecież miałem to przed nią ukryć. Miałem jej nie martwić. Chronić.
- Czego nie jesteś w stanie znieść?
Milcz, Hauru. Nie waż się stawiać jej w takiej sytuacji. Wystarczy, że ty cierpisz. Po co ona ma jeszcze zawracać sobie tym głowę? Teraz jest szczęśliwa. Powinieneś o nią dbać, jeśli naprawdę ci zależy. Powinieneś się ogarnąć, pogodzić z jej chłopakiem i dać im żyć. I tak nie jesteś jej wart. Ona nigdy nie poczuje tego samego, co ty.
Zamknąłem oczy i odpowiedziałem:
- Tego, że cię tak bardzo kocham.
Podniosłem ręce do góry, obróciłem się i odpowiedziałem żartem:
- Masz mnie. Już nie uciekam. Mam położyć broń na ziemię?
- Fajnie, że wrócił ci humor.
- Kiedyś odchodził? Nie zauważyłem...
- Ale my zauważyliśmy.
- Może coś wam się przyśniło...
- Hauru.
Przyznaję - taktyka udawania przed Kalipso, że problem nie istnieje, była idiotyczna. Ta dziewczyna miała niesamowity dar wykrywania kłamstw i prawdziwych emocji ludzi. Nie dało się przed nią nic ukryć... prawie.
Wpatrywała się we mnie uważnie, nie spuszczając wzroku. Pfff. Może na innych to działało, ale mnie nie ruszy. Nie dam jej przejrzeć moich myśli. Nie narzuci mi swojego zdania. Niech sobie rozkazuje Rodowi i reszcie. Ja nie pozwolę sobą pomiatać.
- Czy ty jesteś na mnie zły? - spytała.
- Skądże znowu...
- Nie rozumiem, czemu jest w tobie tyle nienawiści. Najpierw pokłóciłeś się z Rodem, teraz chcesz ze mną?
- Nie nazwałbym tego kłótnią... raczej... różnicą poglądów.
- Nie zauważyłeś, że przez wasze zachowanie grupa się rozpada?
- Dramatyzujesz. Uśmiechnij się i przestań się martwić. Hakuna matata!
- Rozmawiałam z Rodem. Jest gotowy się z tobą pogodzić.
- Bo go do tego zmusiłaś? Bo mu zagroziłaś?!
- Przestań. Nie jestem jakimś tyranem.
- Owszem jesteś, Kalipso. Chwilami jesteś. Za wszelką cenę chcesz mieć nad wszystkimi kontrolę, zmuszasz ludzi do robienia rzeczy, których wcale nie chcą, narzucasz własne zdanie i nie znosisz sprzeciwu, zagłuszasz uwagi innych, wyłamujesz się przed szereg. A to dopiero początek! Wcale nie jesteś tak idealna, jak ci się wydaje.
Na chwilę wstrzymałem oddech. Znów powiedziałem zbyt dużo. Zamiast pomyśleć, zdałem się na emocje i zaraz za to zapłacę... Nie chciałem, żeby ją zabolało... A może chciałem? Może podświadomie pragnąłem odpłacić się jej za cierpienia, które mi sprawiła? Widziałem jak marszczy brwi i przygryza dolną wargę. Zapragnąłem podejść do niej i ją przytulić, przeprosić za te okropne słowa, powiedzieć, że wcale tak nie myślę. Ale wtedy się odezwała:
- Dlaczego to powiedziałeś?
- Nie wiem... Nie zastanowiłem się nad tym, co mówię...
- Czyli byłeś szczery.
Poczułem ukłucie wstydu. Jak mogłem tak ją zranić? Powinienem się wytłumaczyć, zanim będzie za późno i naprawdę mnie znienawidzi.
- Kalipso... Nie miałem nic złego na myśli... znaczy... No dobra. Może trochę miałem. Ale nikt nie jest doskonały. Ja... mimo wszystko podziwiam twoją charyzmę... Podziwiam ciebie... Ale chwilami nie jestem w stanie tego znieść...
Zamilkłem. Idiota. Znów zacząłem paplać i teraz na pewno wszystko zrozumie. A przecież miałem to przed nią ukryć. Miałem jej nie martwić. Chronić.
- Czego nie jesteś w stanie znieść?
Milcz, Hauru. Nie waż się stawiać jej w takiej sytuacji. Wystarczy, że ty cierpisz. Po co ona ma jeszcze zawracać sobie tym głowę? Teraz jest szczęśliwa. Powinieneś o nią dbać, jeśli naprawdę ci zależy. Powinieneś się ogarnąć, pogodzić z jej chłopakiem i dać im żyć. I tak nie jesteś jej wart. Ona nigdy nie poczuje tego samego, co ty.
Zamknąłem oczy i odpowiedziałem:
- Tego, że cię tak bardzo kocham.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz