czwartek, 10 lipca 2014

48. Mickiewicz

Nastąpiła mała zamiana imion ;) Zosia, poznana przez Ciris we Francji stała się Talią. Mam nadzieję, że nie przeszkodzi to w ogarnięciu akcji, ale tak mi ładniej brzmi <3 /A
______________________________________________________________________


Ciris


   Na zegarze właśnie wybiła północ - koniec godziny przestrogi z IV części "Dziadów". Gustaw odszedł na spoczynek, ale ja wciąż nie mogłam zmrużyć oka. Tak, jak każdego wieczora od powrotu z Francji, siedziałam na Facebooku pisząc z Talią. Cieszyłam się jak dziecko za każdym razem, gdy po powrocie do domu zastawałam wiadomość od niej, nawet, gdy było to zwykłe "Hej". 
   Uwielbiałam sposób, w jaki prowadziłyśmy rozmowy, jak abstrakcyjne tematy poruszałyśmy i z każdym dniem ukazywałyśmy sobie nawzajem coraz pełniejszy obraz siebie...
   Bolało mnie jednak, że nie możemy się znowu spotkać. 60 km było pewnego rodzaju przeszkodą... Poza tym, nie chciałam znowu zostawiać przyjaciół. To byłoby wobec nich niesprawiedliwe. Czułam też, że sprawy między niektórymi jeszcze nie do końca się poukładały i mimo, że nie była to moja sprawa, powinnam być obok, aby w razie czego mieli możliwość zwrócić się do mnie o pomoc. Skoro to ja ich pogodziłam, to nie powinnam się teraz wycofywać...
   Westchnęłam. 
   Nie podobało mi się to, co działo się z Kalipso. To jej rolą było doprowadzanie nas do porządku, kiedy sprawy wymykały się spod kontroli! Ja sobie z tym nie poradzę... Rozumiem, że Hauru namącił jej w głowie, ale ostatnio nie widziałam, aby specjalnie się jej narzucał...
   Usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a, który wyrwał mnie z zamyślenia. To Talia pytała, czy wszystko w porządku, bo przestałam jej odpowiadać... I rzeczywiście w okienku na stronie internetowej zobaczyłam długą listę nowych wiadomości. 
   Przetarłam oczy, wzięłam łyk wody i odpisałam.
  


 Rod


   Z jakiegoś powodu, którego nie potrafiłem, a nawet za bardzo nie chciałem, ubrać w słowa, pragnąłem jak najszybciej zapomnieć o wczorajszym dniu i skierować myśli na nowe tory. Żeby zrobić coś nowego, zrealizować jakiś świeży pomysł. Albo po prostu skierować uwagę reszty na cokolwiek poza moją osobą. I może dlatego miałem wrażenie, że na wilgotnej ziemi butelka kręci się jakby wolniej i jednocześnie dłużej niż zwykle. "Niech już skończy, starczy!" - myślałem. - "Najlepiej niech zatrzyma się na... Antiochis albo Benvoliu."
   Nic z tego.
   Po jeszcze dwóch leniwych obrotach butelka stanęła, wskazując wylotem gdzieś między Ciris a Hauru. A tam siedziała Kalipso i lekko zdumiona unosiła brwi.
 - A więc coś dla ciebie... - wymruczałem w rozkojarzeniu.
   Aby pokryć zmieszanie udałem zamyślenie. Podniosłem głowę i marszcząc brwi, zacząłem rozglądać się po otoczeniu, niby to szukając inspiracji. Wiatr lekko delikatnie kręcił liśćmi, nie poruszając nawet najmniejszych gałązek. Gdzieś w głębi parku świergotały ptaki, zagłuszając szum przejeżdżających zaraz za płotem samochodów.
   Bardzo mi zależało na tym, żeby zadanie dla Kalipso było neutralne, przezroczyste, nie kojarzyło się z niczym, nie aspirowało do tego, żeby być czymś, czym nie było. Nie byłem pewien czy po tym, co przeżyliśmy razem sformułowanie takiego zadania jest możliwe, ale zawsze mogłem próbować. No, i nie chciałem Kalipso w żaden sposób ranić, mścić się na niej. I chciałem, żeby to wiedziała.
 - Spróbujmy tak. - zacząłem w końcu. - Weźmiesz gitarę i będziesz grać i śpiewać gdzieś, gdzie będzie cię dobrze widać. O, mam: na schodach przy pomniku Mickiewicza.
   Zerknąłem na nią ciekawy jej reakcji.
 - Jak długo? - spytała uśmiechając się.
 - Tak z dwie godzinki. - odparłem odwzajemniając uśmiech.
 - Nie ma sprawy. Super zadanie! Poczekacie pod pomnikiem? Skoczę szybko do domu i zaraz do was dołączę.
   Bez zastanowienia przytaknąłem i zerknąłem na pozostałych. Zbierali się, żeby tam pójść, ale wyglądali dość sennie, jakby zupełnie ich nie ruszało, kto i czego ma się dziś podjąć. W niewielkim stopniu zmieniło się to, gdy wyszliśmy na miasto. Uliczny gwar nieco ich ożywił, ale jakoś nie było po nich widać szczególnej chęci do działania. Nie mogłem jednak narzekać, sam prezentowałem się tego dnia dokładnie tak samo. Wczorajsze przeglądanie zdjęć raczej nie mogło wywołać melancholii u nikogo poza mną i Rafaelą. Zresztą to nie wyglądało jak melancholia. Może to wina upałów? Tak czy inaczej snuliśmy się noga za nogą ulicami, mając nadzieję, że ci, którzy idą przed nami znają drogę.
    Nikt z nikim nie rozmawiał, nie droczył się, nie śmiał się. Aż w pewnym momencie usłyszałem za sobą cichy głos Hauru.
 - No nie daj się prosić...
 - Nie mam czasu... - odpowiedział mu przyciszony głos Ciris.
 - Są wakacje! Na pewno znajdziesz dla mnie chwilkę...
 - Ale...
 - Tak za stare, dobre czasy...
 - Niech ci będzie.
   Wielkim wysiłkiem woli powstrzymywałem się, żeby nie odwrócić do nich głowy. Nie miałem bladego pojęcia, co mogli przez to rozumieć, ale pewnie to i po ich myśli. Zresztą docieraliśmy właśnie do pomnika. Kalipso czekała już na nas, siedząc na wysokim krawężniku.
 - Hej, co z wami? - spytała, gdy się zbliżyliśmy. - Śpicie, czy co?
 - Twoja w tym głowa, żeby nas rozruszać. - odparłem.
 - Albo zupełnie uśpić i zwinąć manatki. - mrugnęła okiem.
 - To też jakaś opcja. Zatrzymamy się gdzieś po drugiej stronie ulicy, okej?
 - Czyli nie będę miała chórków... No trudno.
 - Powodzenia!
   Odeszła w stronę pomnika i powoli wchodziła na stopnie, uważając aby nie uderzyć o nie pudłem gitary.
   Odwróciłem się spokojnie i razem z resztą obsiedliśmy ławkę dokładnie naprzeciwko.
 - Przedstawienie czas zacząć! - rzucił Hauru.
   Pospieszył się z tym trochę, bo ruda najspokojniej w świecie wyjmowała gitarę z pokrowca i sprawdzała, czy jest dobrze nastrojona. Dopiero potem spojrzała w górę, zastanowiła się chwilę i zaczęła grać "All i want" Kodaline.
   Jej podejście do tego zadania z pewnością zasługiwało na miano profesjonalnego. Zupełnie nie przejmowała się obecnością przechodniów, czy to obojętnie ją mijających, czy to przystających i zastanawiających się, czy zbiera pieniądze, a jeśli tak, to czemu nie ma na nie kapelusza czy kubeczka.
   Jej głos był silny i czysty, a palce pewnie uderzały w struny, stopa lekko stukała w marmur. Próżno by było szukać u niej uśmiechu, ale i tak zdawała się być w pogodnym nastroju. Zamknęła oczy i wyciągnęła twarz do słońca.
   W południowym słońcu opadające jej na ramiona gęste loki błyszczały prawie pomarańczowo. Luźne rękawy bluzki zsunęły się jej z przedramion, odsłaniając bladą, gładką skórę. Kalipso nigdy nie lubiła się opalać, uważała to za stratę czasu. Nie mogła też usiedzieć na miejscu. Zawsze musiała wszystkiego spróbować, mieć o tym własne zdanie, a gdy już się czegoś podejmowała, wkładała w to całe serce. Jak teraz, to zupełnie się nie zmieniło. Tak samo jak to, że jest piękną dziewczyną.
   I pewnie wiele innych rzeczy zostało po staremu, tylko wszystko, co mnie z tym wiązało, zniknęło. Nie umiałbym opisać, w jaki sposób. Wszystko między nami było skończone i nawet nie czułem już ani bólu, ani tęsknoty. Nie było też zupełnej pustki, nie była dla mnie obcą osobą, ale nie do wszystkich wspomnień chętnie bym wracał. Czy można by to było określić jako stan wyjściowy? Może. Przynajmniej z mojej strony.
   Kalipso skończyła właśnie grać kolejną piosenkę i zrobiła sobie przerwę, żeby rozmasować opuszki palców. Pewnie przez butelkę długo nie miała gitary w rękach. Widząc, że wciąż jej się przyglądamy, pomachała do nas, a my jej odmachaliśmy - wszyscy z wyjątkiem Rafaeli. Ona tylko prychnęła cicho. Wciąż była niechętna wobec Kalipso i żadne zapewnienia z mojej strony, że nie mam żalu do swojej byłej dziewczyny, nie były w stanie jej przekonać do zmiany nastawienia. Wzruszyłem ramionami i znowu wsłuchałem się w dźwięki gitary. Byłem niemalże pewien, że kiedyś zweryfikuje swoje pretensje. Znałem ją na tyle dobrze, że nie martwiłem się o to. Zawsze kierowała się emocjami, przez co łatwo myliła się w ocenie ludzi i spraw. Wiele razy dyskutowaliśmy na błahe tematy i udawało mi się w końcu wskazać jej błąd w rozumowaniu. Prawdę mówiąc, dzięki tym dyskusjom dogadywaliśmy się naprawdę nieźle. To było coś zupełnie innego niż Benvolio z Romeem. Nie było rywalizacji, złośliwości, mogliśmy liczyć na szczerość i zrozumienie. Aż żałowałem, że nie jest moją rodzoną siostrą. I gdy po umówionym czasie podeszliśmy pod pomnik, by spotkać się ze zmęczoną Kalipso, nie miałem oporów, żeby dołączyć się do szczerych słów zachwytu reszty grupy. Bez wątpienia zasługiwała na nie, a Rafaela na pewno jeszcze się przekona.

47. Rewanż

 Rod
 

 - Cześć! Jak wam poszło z tym rysowaniem? - rzuciłem w kierunku Ciris, gdy na zegarku pokazała się godzina jedenasta. Wciąż czekaliśmy na Rafaelę i Kalipso, ale miały nadejść lada chwila.
 - Bez problemów! - odparł Hauru obejmując dziewczynę ramieniem. - Ciris jest absolutnym mistrzem w swoim fachu!
 - Nie przesadzaj. - zaczerwieniła się.
 - Ale wiecie, że będziecie musieli pokazać ten rysunek? - odezwał się Benvolio, jakby wyczuwając kiepską próbę ominięcia problemu.
 - Pierwsze słyszę! - chłopak udał oburzonego.
 - Już idą dziewczyny, czas na was. - powiedziała Anti, wychylając się w kierunku ścieżki. 
   I rzeczywiście za chwilę przedarły się przez iglaste gałęzie i przywitawszy się, jedna za drugą cicho usiadły na ziemi.
 - Możemy zaczynać. - ogłosił i zwrócił się wyczekująco w stronę Ciris i Hauru.
 - Przepraszam, że sam szkic, ale bałam się, że źle dobiorę kolory... - Ciris zaczęła się pospiesznie tłumaczyć szukając w teczce pracy, po czym wyciągnęła kartkę i podała siedzącej najbliżej niej Antiochis.
   Ta pospiesznie zerknęła na nią i przekazała ją dalej do Benvolia.
   W ten sposób rysunek przeszedł przez wszystkie ręce i dość szybko wrócił do Ciris.
- Nie doceniliście dzieła sztuki... - westchnął Hauru komentując tę sytuację. - A co z kontemplacją?!
 - Może trwałaby dłużej, gdybyśmy nie znali modela. Wtedy można by było przeprowadzić jakąś analizę uczuć, emocji... - zaczęła Kalipso.
 - Ej! Teraz możesz robić analizę porównawczą, skoro znasz oryginał! - zażartował Hauru.
 - Bez sensu. Ciris za dobrze rysuje! - stwierdził Benvolio.
 - Dziękuję. - uśmiechnęła się dziewczyna. - Czyli zadanie zaliczone?
 - Na to wygląda. - przytaknąłem. - Kręć.
   Do tego nie trzeba było jej namawiać, tylko czekała, aż będzie mogła odwrócić od siebie uwagę i skierować ją na nową ofiarę. No i niestety, w tym wypadku na mnie.
 - Słucham cierpliwie.
 - Wolałabym się zrewanżować na Rafaeli... - westchnęła Ciris. - Ale zaraz! Tak! Mam pomysł!
 - Chyba nie jest dobrze... - szepnęła mi na ucho kuzynka.
 - Chciałabym... - mówiła z uśmiechem na ustach. - Abyś zaprowadził nas do siebie do domu, pokazał wasze wspólne zdjęcia z dzieciństwa i opowiedział do nich jakieś historie!
   Zatkało mnie. Chociaż mogłoby się wydawać, że w tej grze już wszystkie granice zostały przekroczone, poczułem, że to zadanie jest wyjątkowo perfidne.
 - A więc tak daleko już zaszliśmy... - westchnąłem.
 - O Boże... - wybuchnął śmiechem Hauru. - Nigdy bym nie pomyślał, że usłyszę od ciebie takie słowa rzucone w naszym kierunku!
 - A oto Hauru i jego skojarzenia... - skomentowała Ciris, ale też zaczęła chichotać.
   Widać mimo treści wczorajszego zadania zaczęli się trochę lepiej dogadywać. Może i mi uda się wyjść bez szwanku...

 
   Wystrój wnętrza mojego domu był mi zawsze obojętny, ale widok naszej wesołej hałastry przetaczającej się hałaśliwie na tle tej geometrycznej harmonii ścian i mebli, jaka tu zawsze panowała, spowodował lekki dyskomfort.
 - Siądźcie gdzieś, a ja przyniosę coś do picia. - rzuciłem, zaprowadziwszy ich do pokoju, odwróciłem się na pięcie i poszedłem do kuchni. Postanowiłem jak najdłużej odwlekać moment upokorzenia, a że przy okazji mogliśmy miło spędzić dzień... Może nie będzie aż taki straszny.
   Niespiesznie zebrałem odpowiednią liczbę kubków, wybrałem sok spośród stojących za lodówką, ustawiłem wszystko na tacy i ostrożnie, spacerowym krokiem ruszyłem do pokoju.
 - Ciekawe, ile to zbierał... - usłyszałem głos Hauru, zanim jeszcze otworzyłem drzwi.
   Kiedy wszedłem do pokoju zastałem całą paczkę zgromadzoną nad pudełkiem z moją kolekcją słomek.
 - O! Rod, już jesteś.... - Hauru podniósł ręce do góry. - Ja im mówiłem, żeby nic nie ruszali....
 - Kłamca! - zakrzyknęły jednocześnie Kalipso i Ciris
 - I kto tu jest bardziej wiarygodny? No nie wiem... - drażniłem się z nim.
 - Spójrz mi w oczy! Toż to ja przenigdy nie kłamię! - zapierał się Hauru
 - Czy te oczy mogą kłamać... - zaintonowała rozbawiona Antiochis.
 - Anti, to nie jest śmieszne! Oni posądzają mnie o zbrodnię!
   Korzystając z okazji, bez protestów z ich strony zabrałem pudełko, a na jego miejsce położyłem przyniesioną tacę.
 - Czegoś jeszcze sobie życzycie? - zapytałem kurtuazyjnie.
 - Śniadania do łóżka jutro między godziną 10:00 a 10:15. Najlepiej jajka sadzone, mocno wysmażone. Dziękuję. - odparł Hauru.
 - Tylko się nie zdziw. - zaśmiałem się, ale rozumiejąc, że więcej czasu nie ugram, kucnąłem przy komodzie i uchyliłem jej drzwiczki. Chciałem, żeby wyglądało to, jakbym szukał albumu, ale tak naprawdę zastanawiałem się, który wybrać. Najlepszy byłby ten, w którym jest mnie najmniej... Wziąłem drugi od lewej, z okładką imitującą art deco.
   Usiadłem na łóżku i już lekko zdenerwowany, a nawet poirytowany, otworzyłem go na pierwszej stronie. Zanim jeszcze zorientowałem się, co właściwie jest na zdjęciu, usłyszałem pierwsze dźwięki wydawane przez przyjaciół, którzy błyskawicznie obsiedli łóżko i właśnie patrzyli mi przez ramię.
 - Ej! Co to miało być? - żądałem wyjaśnień, odwracając się do nich. Nie wiedziałem, czy to co usłyszałem, to objaw zachwytu, zniesmaczenia, zdziwienia czy jeszcze czegoś innego.
   Nikt nic nie odpowiedział, ale nawet nie było to konieczne, gdy zerknąłem na zdjęcie: przedstawiało mnie, gdy miałem jakieś 6 lat. Byłem ubrany w czerwoną koszulkę polo i sztruksowe spodnie trzymające się na mnie tylko dzięki szerokim szelkom. Szeroki uśmiech prawdopodobnie był spowodowany znalezieniem wielkiego karaczana, którego trzymałem na wyciągniętej do aparatu ręce.
 - A. Rozumiem. Przejdźmy dalej. - zasugerowałem i przewróciłem stronę.
 - O nie... - jęknęła Rafaela.
   Tym razem dostało się jej. Na kolejnej fotografii siedmio- czy ośmioletnia Rafaela stała nad przewróconą na podłogę choinką z kablem od lampek w garści i pomarańczowym łańcuchu we włosach.
 - To wydaje się świetnym materiałem na historię z dzieciństwa. - zasugerowała Ciris.
 - To wszystko jego wina! - wykrzyknęła moja kuzynka.
 - Ja tylko proponowałem! - zaprotestowałem, przypominając sobie całą sytuację.
 - A kto mi groził, ze jak tego nie zrobię, to wrzuci mi pająka do pokoju?!
 - Oj, to był tylko żart!
 - A skąd mogłam o tym wiedzieć?
 - Ej, ej... spokojnie... o co chodzi? - wtrąciła się Anti
 - Założyliśmy się wtedy, że jeszcze przed pierwszą gwiazdką Rafaea ściągnie z choinki wszystkie lampki. - wyjaśniłem. - Prawie jej się udało!
   Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
 - A to z jakiej okazji? - zapytał Benvolio, wskazując na zdjęcie obok. Ubrany na galowo, siedziałem na nim w ławce obok jakiejś dziewczyny i starałem się uśmiechnąć do obiektywu.
 - Rozpoczęcie roku szkolnego w pierwszej klasie. Tyle stresu...
 - ...bo rodzice przyłapali cię z dziewczyną? - wtrącił Hauru.
 - Sami mnie tam usadzili! Do pewnego momentu w ogóle się nie interesowałem dziewczynami.
 - Nie interesował się dziewczynami, a w jego albumie z dzieciństwa tylko on i dziewczyny... - mruknął Benvolio.
 - Do bitki i do wypitki. - zaśmiałem się.
 - A kolejne... - Benvolio próbował przerzucić stronę, ale pacnąłem go po rękach.
 - Spokojnie, dojdziemy do tego...

   Następne zdjęcia spotykały się z podobną reakcją i moją, i reszty, a nie przedstawiały już niczego, co mogłoby mnie jakoś szczególnie pognębić. Widać strach ma wielkie oczy. Miałem tylko cichą nadzieję, że przyjaciele niczego konkretnego nie zapamiętają i nie będą się do tego potem odnosić. W końcu to było już tak dawno...

poniedziałek, 7 lipca 2014

46. Jakaś paranoja

 Rafaela


   Było niedzielne popołudnie.
   Ponieważ tego dnia nie spotykaliśmy się na grze w butelkę, Benvolio zaproponował mi wspólne oglądanie filmu. Znał ich całkiem sporo, a jako że uwielbiam dyskusje na temat kinematografii, chętnie się zgodziłam. Tym bardziej, że Rod jechał dziś ze swoimi rodzicami po nowe biurko, więc i tak byśmy się nie spotkali. 
   Komedia właśnie dobiegła końca i odruchowo zaczęłam rozważać, jaką ocenę wystawić jej na Filmwebie. 
 - Co za idiota! - wykrzyknął Benvolio znienacka. 
   W jego głosie pobrzmiewał zawód. 
 - No... - przytaknęłam. - Jak można wybrać Cameron Diaz grającą głupią, rozwrzeszczaną blondynkę, zamiast roześmianej Julii Roberts?! 
 - Co on w niej w ogóle widział?
 - Nie mam pojęcia! Nawet ich związek był bez sensu - ledwo się poznali, a już ślub. Mulroney musiał być mocno pijany, żeby poprosić ją o rękę... 
 - To chyba jedyna możliwość. Pijany zawsze widzi świat inaczej... 
 - Mówisz z własnego doświadczenia? - uśmiechnęłam się kpiąco. 
 - Jeśli tak można określić obserwowanie pijanych kolegów... - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
 - Jak można się w kimś zakochać od pierwszego wejrzenia? Zupełnie się nie znając... Nic o sobie nie wiedząc... Jak można chcieć związać się z obcą osobą? - spytałam po chwili ciszy.  
 - A czemu nie? - chłopak zaczął polemizować. - W końcu nie da się "zupełnie" poznać człowieka, poznajemy się całe życie. Gdzie byłaby granica, za którą ktoś nie jest już obcy?
 - Nie mam pojęcia, gdzie byłaby granica, ale nie wmówisz mi, że da się zakochać w jeden dzień! 
 - Myślę, że trochę na tym polega zakochanie, że kogoś nie znamy za dobrze, ale i tak coś nas do niego ciągnie. 
 - Wydaje mi się, że najpierw powinna pojawić się przyjaźń, a dopiero potem miłość. A na przyjaźń potrzeba czasu.
 - Ale przyznasz, że przyjaźń to jednak coś innego niż miłość. - obstawał przy swoim. - W końcu nawet w tym filmie to widać.
 - Ze strony faceta tak, ale dla Julii przyjaciel jest też ukochanym. Więc różnica między tymi uczuciami chyba nie może być aż tak duża.
 - A jednak dla większości ludzi to jest rozróżnia! Może tylko jej się wydawało, że to przyjaźń, a potem zdała sobie sprawę, że to co innego?
 - Czym więc, według ciebie, przyjaźń damsko-męska różni się od miłości?
   Z zapałem zaczął wymieniać:
 - Przede wszystkim chemią. Przyjaciele znają wszystkie swoje słabości, tajemnice, przewidują swoje reakcje, zakochani, mimo bliskości, mogą mieć przed sobą tajemnice, ciągle się poznają i na nowo odkrywają. Rutyna i czas wzmacniają przyjaźń, a związek rozkładają, zabijają uczucie. Poza tym, czy przyjaciele zachowują się tak wobec siebie jak para? Czy obejmują się cały czas jak dawniej Rod i Kalipso? Czy szepczą coś sobie cały czas, muskając się ustami, jak wieki temu Ciris i Hauru? Czy patrzą sobie w oczy jak ja patrzę teraz?...
   Pod koniec głos mu zadrżał, jakby zabrakło mu powietrza.
 - Pójdę po coś do picia. - szepnął i szybko wyszedł z pokoju.
   Chwilę trwało, zanim dotarł do mnie sens jego słów. Natychmiast potrząsnęłam głową w geście samo-zaprzeczenia. Musiałam się przesłyszeć... Zakręciło mi się w głowie i zapragnęłam jak najszybciej wydostać się z tego pomieszczenia.
   Nie było mi to jednak dane ponieważ w progu pojawił się Benvolio, niosąc w rękach szklanki soku pomarańczowego. Był cały czerwony na twarzy, a wzrok wbijał w podłogę, jakby obawiał się, że się pośliźnie.
 - Chciałabyś obejrzeć jeszcze jakiś film? - zapytał cicho, podając mi napój.
 - Nie, chyba mi wystarczy na dziś... - odparłam, a kiedy brałam od niego szklankę, koniuszki naszych palców się zetknęły.
   Benvolio odskoczył jak poparzony, uderzając ręką w kant stojącego przy kanapie stolika, po czym jeszcze bardziej się zaczerwienił i pochylił.
 - Nic ci nie jest? - spytałam zakłopotana.
 - Nie, wydawało mi się, że widziałem tu komara...



Kalipso


   Żałowałam, że dzisiejsza gra została odwołana. Mimo, że śród przyjaciół nie czułam się już tak pewnie jak kiedyś, nadal ich towarzystwo było lepsze od pustych ścian domu, albo obecność ojca w pokoju obok...
   Był tez jeszcze jeden powód, dla którego z taką chęcią chodziłam na te spotkania - Hauru.
   Coraz częściej przyłapywałam się na wodzeniu za nim wzrokiem. Potrafiłam całymi dniami obserwować, jak przeczesuje palcami ciemne włosy, między którymi już od jakiegoś czasu pojawiały się blond odrosty, jak żartuje sobie z innymi i śmieje się ze swoich własnych żartów, nawet jeśli innym wydają się nie na miejscu, jak gwiżdże pod nosem wpatrując się w chmury, jak... stop! 
   Chyba nadszedł czas, abym szczerze przyznała sama przed sobą, że ten irytujący bałwan naprawdę mi się podobał...
   Nic to jednak nie zmieniało. Hauru nie patrzył już na mnie jak dawniej. Tak, jak przypuszczałam od samego początku, byłam dla niego tylko zabawką. Znalazł sobie cel i robił wszystko, aby go zdobyć. Nie udało mu się, więc odpuścił zapewne aby znaleźć sobie kolejny... Cały on! Czy z Ciris było inaczej?! Hauru się nią znudził, rzucił i przestał zwracać na nią uwagę. To samo spotkało mnie... Chłopak jedynie co jakiś czas rzucał mi zaniepokojone, albo smutne spojrzenie. Sama nie wiem, co chciał tym osiągnąć...
   To, co mogło być między nami, nigdy się już nie zdarzy. I może tak powinno być... Skoro dla niego to jest tylko rozrywka, to powinnam się cieszyć, że nie dałam mu szans na złamanie mojego serca... A jednak wcale nie było mi do śmiechu. Wręcz żałowałam. Żałowałam, że nie spróbowaliśmy... Może gdybym wtedy zaryzykowała, nie miałabym poczucia, że omija mnie coś bardzo ważnego...

środa, 2 lipca 2014

45. Czemu nie Dawid?! :D

Hauru


 - Ciris! - zaśmiałem się widząc ogromne zdziwienie na twarzy przyjaciółki.
 - Ale jak to...? - wyjąkała niezadowolona nadal wpatrując się we wskazującą na nią butelkę.
 - Dawno już nie wykonywałaś zadania. Nie masz co narzekać. - uśmiechnęła się do niej Kalipso.
 - Hmm... Tym bardziej, że nie mam pojęcia, jakie wyzwanie mogłoby sprawić ci kłopot... - zamyśliła się Rafaela.
 - Nie martw się, pomożemy. - odezwał się Rod nadzwyczaj życzliwie.
 - Ja bym proponował... - zacząłem, ale nie udało mi się dokończyć zdania, bo Ciris uciszyła mnie groźnym spojrzeniem.
 - Ty już lepiej nic nie mów! Nadal bardzo źle wspominam tę siłownię!
 - Tak... może czas na coś mniej wymagającego. - poparła przyjaciółkę Antiochis.
 - Cisis ślicznie rysuje. Jest ze mną w klasie humanistyczno-plastycznej. - zwróciła się do Rafaeli ruda. - Może to ci pomoże w wymyśleniu zadania.
   Dziewczyna przez chwilę siedziała w ciszy marszcząc brwi przetrawiając usłyszaną informację, po czym oświadczyła:
 - Chyba wymyśliłam. Umiesz malować z natury?
 - Tak lubię najbardziej. - odpowiedziała ucieszona Ciris.
 - W takim razie poproszę o namalowanie aktu.
 - Chyba nie mówisz poważnie?! - zakrzyknęła nasza przyjaciółka, a uśmiech zniknął z jej twarzy równie szybko, co się wcześniej pojawił.
   Anti siedząca tuż obok niej zastygła w miejscu w kompletnym szoku. U Kalipso natomiast zagościł półuśmieszek, jakby bardzo spodobał jej się ten pomysł. Pewnie żałowała, że sama na to nie wpadła.
 - Nie uda mi się. - powiedziała stanowczo Ciris odzyskując równowagę. - Niby skąd mam wziąć modela czy modelkę?!
 - No właśnie. Przecież to niewykonalne! - natychmiast zaoponował Benvolio.
 - Można by rozwiesić ogłoszenia i zrobić casting... - podsunąłem. - Chętnie zasiądę w jury!
 - Hauru... Nikt się na to nie zgłosi... - załamała ręce Anti.
 - W takim razie widzę jedno wyjście. - odezwał się Rod, po którym już było widać, że planuje coś... co nie każdemu się spodoba. - Modelem zostanie sam Hauru. Skoro już się wyrwał z inicjatywą... Zresztą byliście kiedyś razem, jeśli się nie mylę?
   Spojrzenia moje i Ciris się spotkały, a dziewczyna natychmiast oblała się rumieńcem.
 - To nie ma nic do rzeczy... - wyszeptała.
 - To wręcz niehumanitarne. - odezwała się cicho Antiochis i dyskretnie opuściła krąg.
 - Rod, nie uważasz, że ciekawiej by się oglądało dziewczynę? - spytałem.
 - Nam tak, ale jesteśmy w mniejszości, nie przeforsujesz tego.
 - A może bym wam przerysowała Dawida Michała Anioła? - zaproponowała Ciris.
 - Zadania nie zmienię. - postanowiła Rafaela.
 - Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał ją zmartwiony Benvolio.
 - Co w tym złego? - odpowiedziała mu pytaniem.
 - Stawiasz ich w niezręcznej sytuacji! Bardzo niezręcznej!
 - Czy nie o to wam chodzi w tej grze?
 - Ale... To nie jest jednorazowy wygłup przed obcymi ludźmi.
 - Chyba dobrze, że nie angażuję w to obcych ludzi, prawda? Nie każę tego wywieszać na mieście ani rozsyłać w internecie. Dramatyzujesz, Benvolio.
 - Ej, dobra... - przerwałem im. - Nie kłóćcie się już o to. Mi w sumie to nie przeszkadza, do póki zostaje między nami.
 - Widzisz? Problem rozwiązał się sam. - szepnął Rod, nie zauważyłem do kogo.
 - Ale jeśli mam to zrobić... - odezwała się Ciris - to żadnego z was nie chcę widzieć podczas pracy. Idźcie do domu, jutro na spotkanie przyniosę rysunek.
 - Ja jutro nie będę mógł przyjść. - odezwał się Rod. - Starzy chcą gdzieś jechać...
 - Może zrobimy dzień przerwy? - zaproponowała Rafaela.
 - Niech będzie... - westchnęła Kalipso.



   Pokój Ciris niewiele zmienił się od mojej ostatniej wizyty... która miała miejsce, kiedy jeszcze byliśmy parą (może Anti miała rację, że trochę źle się zachowywałem wobec jej przyjaciółki...?). Ściany i meble miały biały kolor, jednak w żadnym razie nie czuło się tu jak w jakimś szpitalu, a to za sprawą licznych zdjęć zajmujących całą ścianę pokoju dziewczyny. Na półkach stały książki (głównie o historii sztuki i fantastyka) oraz całe sterty farb, bloków rysunkowych, flamastrów, kredek, pasteli i innego rodzaju przyborów, które nawet nie wiedziałem, jak się nazywały.
   Ciris podeszła do biurka pod oknem, na którym było porozrzucane parę ołówków, zdjęć, kopert i zeszytów, jednak bez wątpienia panował tu większy porządek niż u Kalipso. Dziewczyna schyliła się i zaraz trzymała w ręku sztalugi, szkicownik i ołówek.
 - No to... - wyjąkała. - Chcesz się najpierw czegoś napić? Albo...
   Była urocza z tą swoją nieśmiałością. Uśmiechnąłem się do niej odgarniając jej kosmyk miodowych włosów za ucho.
 - Hej, spokojnie. To tylko rysunek, a nie pierwszy raz. - powiedziałem łagodnie.
   Jeszcze bardziej się zaczerwieniła nie wiedząc, gdzie podziać wzrok.
 - Wiem, ale... - ucięła.
 - Powiedz mi, jak mam się ustawić. - odezwałem się po chwili ciszy.
 - Myślisz, że się wkurzą jeśli narysowałabym cię siedzącego w takiej pozycji, że wiesz... nie byłoby nic widać...
 - Ryzykujemy zadanie karne?
 - Mogę narysować dwa obrazki i najpierw pokażemy im ten pierwszy, a jeśli wymyślą jakąś straszną karę, to wyjmiemy ten drugi...
 - Jesteś geniuszem! - uśmiechnąłem się do niej, a i ona w końcu spojrzała mi prosto w oczy.
 - To... Na pewno nie chcesz się najpierw czegoś napić? Nie wiem, ile mi to zajmie.
 - Nie dzięki. - odpowiedziałem. - Ale mogłabyś puścić jakąś muzykę... o ile to nie przeszkodzi ci w pracy.
   Odwróciła się w stronę radia, a ja tymczasem ściągnąłem z siebie koszulkę, jeansy i bokserki. Tak przygotowany usiadłem w fotelu z nogą założoną na nogę i rękami skrzyżowanymi za głową przypatrując się krzątającej się Ciris.
   Od powrotu z Francji zmieniło się w niej coś więcej niż tylko opalenizna. Wydawała się pewniejsza siebie, choć miło było się przekonać, że jednak nadal pozostało w niej coś z tej niewinnej dziewczynki. Nadawało jej to specyficznego wdzięku.
   Pokój wypełniła muzyka. Naturalnie instrumentalna. Ciris nie lubiła natłoku wyrazów w piosenkach, uważała, że czysta melodia ma w sobie ukryte emocje, których nie da się wyrazić jakimkolwiek słowami - niezupełnie się z nią zgadzałem w tej kwestii.
   Kiedy odwróciła się w moim kierunku, natychmiast zakryła oczy rękami.
 - Nie przesadzaj! Ostatnio przypakowałem! - powiedziałem z udawanym oburzeniem.
   Dziewczyna powoli odsunęła dłonie i otworzyła oczy.
 - To się nie dzieje naprawdę...
 - A jednak! - zaśmiałem się.
   Ciris podeszła do sztalug zmieniając ich kąt ustawienia. Grzebała przy nich trochę za długo, jak na mój gust.
 - Co wyście robili w tej Francji, skoro masz problemy z takim zadaniem? - zapytałem szczerze zdziwiony.
 - Malowaliśmy martwą naturę!
 - Żadnych przystojnych Francuzów na zajęciach? Albo pięknych Francuzek?
 - Nie. To był kurs dla młodzieży. Może na tym dla dorosłych fundowano takie atrakcje. - dziewczyna wyprostowała się.
 - Szkoda... - westchnąłem.
   Ciris w końcu zabrała się za rysowanie, a ja poczułem, że zrobiłem błąd siadając akurat w ten sposób. Krew zaczęła mi odpływać z rąk... ale było już za późno, żeby ustawić się inaczej. Musiałem wiec szybko zająć czymś myśli, żeby zapomnieć o niewygodzie.
   Spojrzałem na ścianę ze zdjęciami. Sporo z nich przedstawiało naszą paczkę, ale im bliżej podłogi, tym więcej było w nich samej Kalipso. Przypomniałem sobie, że przecież dawno temu, na samym początku, razem z Ciris były nierozłączne.
   Poczułem ukłucie w sercu na to wspomnienie. Tyle się od tamtego czasu zmieniło... Jednak nie to bolało mnie najbardziej, lecz to, co czas zrobił z naszą rudą przyjaciółką.
   Kiedyś tak niesamowicie charyzmatyczna, kreatywna, szalona... Nie dało się z nią dyskutować, była niereformowalna i potwornie irytująca, a przez to tak pociągająca... Teraz zachowywała się, jakby nie była sobą, a jednocześnie nawet nie chciała przyjąć naszej pomocy. Może i uśmiechała się na spotkaniach, ale... Wiedziałem, że coś nadal ją gryzie. Wkurzała mnie tym swoim zamknięciem w sobie! Rozumiem, wybrała Roda, a on ją zostawił. Może głupio jej było teraz się do mnie odezwać? Ale proponowałem jej przyjaźń! Jak to jej też nie pasuje, to trudno! Ja nie będę się już starał. Też mam swoje potrzeby, które zaniedbałem specjalnie dla niej...
   Zdenerwowany oderwałem wzrok od fotografii w poszukiwaniu nowego punktu, na którym mógłbym zatrzymać wzrok, napotkałem na spojrzenie Ciris. Szybko schowała twarz za sztalugami, jednak ten ułamek sekundy sprowadził moje myśli w innym kierunku.
   Czy ona była taka zawstydzona dlatego, że zachowałaby się tak przy każdym, czy może istniał jeszcze jakiś inny powód? Anti wspominała mi w tajemnicy, że Ciris nadal na mnie zależało. Jej zachowanie też na to wskazywało. Niepewne uśmiechy, jakie mi posyłała podczas spotkań, to jak się martwiła o to, jak wyjdę na obrazie, i że chciała abyśmy zostali sami...
 - Chyba skończyłam. - wyrwała mnie z zamyślenia Ciris. - Chcesz podejść zoba... albo może ja podejdę.
   Podała mi kartkę w zdrętwiałe dłonie.
 - Nie wmówisz mi, że nigdy wcześniej nie rysowałaś aktów, bo to jest genialne... - powiedziałem pełen podziwu.
 - Noga mi trochę krzywo wyszła.
 - Nie marnuj talentu dla architektury, dziewczyno!
   Nie odpowiedziała mi, tylko podeszła z powrotem do sztalug.
 - Mam robić następny? - spytała niepewnie.
 - Wiesz co... Może wsadź im tego Dawida i dorysuj moją twarz z tego pierwszego obrazka. I tak się nie poznają, a widzę, że ci niezręcznie.
 - Dziękuję, Hauru. - odpowiedziała z wyraźną ulgą odwracając się, abym mógł się ubrać, co też natychmiast uczyniłem. Podszedłem do niej od tyłu, obróciła się w moją stronę.
 - Nie było tak źle, co? - pogładziłem ją po policzku żeby sprawdzić, czy odtrąci moją rękę.
   Nie zrobiła tego.
 - Oby w poniedziałek też poszło nam tak dobrze, kiedy reszta to zobaczy...

wtorek, 24 czerwca 2014

44. Zaplątane jak Spaghetti...

Benvolio


   Zgodnie z zasadą, że nie można mieć cały czas tylko szczęścia, nieśmiało spodziewałem się, że kolejny dzień nie będzie należał do najlepszych - moglibyśmy się posprzeczać o jakąś głupotę, zadanie mogłoby nie wyjść albo przynajmniej mógłby zacząć padać deszcz. Ku mojemu zdziwieniu okazało się jednak, że nastroje wcale się nie popsuły i najprawdopodobniej, jakie by nie było następne zadanie, i tak będziemy bawić się w najlepsze.
   Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że przyszedłem jako ostatni i że reszta czekała już tylko na mnie. Jedyne co w tym wszystkim zwróciło moją uwagę to to, że nikt się tym nie przejmował - nawet Rod przywitał się ze mną z pogodną miną i jak gdyby nigdy nic wrócił do rozmowy z Rafaelą.
 - Umówcie się, kto kręci, bo razem pewnie będziecie mieć problem. - zaleciła na początek Anti, gdy tylko Kalipso sprawnym ruchem wyjęła butelkę.
 - Paniom się ustępuje. - zażartował Hauru podając mi przezroczysty przedmiot. 
 - Jak ma być szarmancko, to może jeszcze pani płaszcz pod nogi położyć? Chyba mam tylko bluzę, ale od biedy się nada, nie?
 - Niezupełnie o to mi chodziło, ale jeśli dojdziecie do kompromisu, to może być. - uśmiechnęła się pobłażliwie Anti.
 - To może jednak spróbujemy zakręcić razem? - zaproponowałem.
 - Już daj spokój i kręć. - zaśmiał się Hauru.
   Posłusznie zastosowałem się do polecenia i już chwilę później usłyszeliśmy jęk Rafaeli.
 - Ty to robisz specjalnie, co? Znowu trafiłeś na mnie!
 - Nawet jeśli, to co? - rzuciłem bez namysłu.
 - To przynajmniej mógłbyś wymyślić przyjemne zadanie.
 - Nie zapominajcie o mnie, gołąbeczki! - wciął się Hauru. - Ja też mam tu coś do powiedzenia w tej kwestii!
 - Nie ma obaw, co dwie głowy to nie jedna. - zapewniłem.
 - Chodź, naradzimy się... - zwrócił się do mnie konspiracyjnym szeptem chłopak i zaciągnął w krzaki.
 - Masz jakiś pomysł?
 - Ja miałbym nie mieć?! - zaśmiał się po czym spoważniał i powiedział: - E... nie.
 - Ha!
   Nawet Hauru nie daje rady cały czas trzymać fasonu - wydało mi się to niezwykle pocieszające. Mimo to musieliśmy coś wymyślić. Rozejrzałem się dookoła.
 - Nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę pobiegać po mieście. Może każmy jej zaczepiać przechodniów czy coś w tym stylu?
 - Albo chodzić po ulicy i żebrać o cukierki. - przedrzeźniał mnie Hauru, po czym na chwilę zamarł.
 - Mam pomysł! - klasnął w dłonie. - Każmy jej chodzić w przebraniu na Halloween i zbierać słodycze w ciągu dnia!
 - Myślisz, że się zgodzi? - zapytałem, bezskutecznie próbując wyobrazić sobie Rafaelę w takich okolicznościach.
 - A może się nie zgodzić? - odpowiedział pytaniem Hauru.
 - Może postawić weto. Albo próbować negocjować, ale efekt tego zależy już od nas.
 - Veto zniesiono w 1791. Będzie fajnie!
 - Dobra, lećmy z tym. - machnąłem ręką.
   Wyszliśmy do reszty pewnym krokiem niczym Morfeusz i Neo na początku II części Matrixa i zanim Rod zdążył wygłosić jakąś złośliwą uwagę (a ewidentnie miał zamiar), przedstawiliśmy im plan. Jak można było się spodziewać, główna zainteresowana nie była zachwycona.
 - Dobra, czyi to był pomysł?! Już wolałabym sprzedawać ciasteczka czy robić za świadka Jehowy!
 - Serio? To może jednak to ze świadkami Jehowy? - zwróciłem się do Hauru z "przebiegłym" uśmiechem.
 - Mmm... Nie! Lekka zmiana: świadek Latającego Potwora Spaghetti!
 - Świetnie! Podoba się? - zapytałem Rafaeli.
 - Super... - mruknęła. - Nieźle mnie urządziliście...
 - Oooj, przecież tak ci chcieliśmy dogodzić...
 - Chyba mamy odmienną definicję słowa "dogodzić".
 - Język zawsze był źródłem nieporozumień...
 - Znów czuję się jak między tymi szalonymi humanami z mojej klasy. Skończcie! - przerwał nam Hauru.
 - Dokładnie... - poparła go Kalipso. - Wystarczy, że cały kolejny rok spędzimy na kuciu do ustnej matury z polskiego. Chodźmy już stąd.
 - Popieram. - odezwała się Anti. - I niech chłopaki idą pierwsi wskazać miejsce.
 - Nie trzeba, w tej kwestii Rafaela ma pełną dowolność... - zapewniłem.
   Antiochis wzruszyła tylko ramionami i wyszliśmy z parku.
   Na zewnątrz zatrzymaliśmy się na chwilę, czekając aż Rafaela wybierze, w którym kierunku pójdziemy.
 - Rozumiem, że jesteście moją świtą pastafarian? - spytała.
 - Eee...
 - Chyba rozsądnie będzie chodzić po tych mieszkaniach we dwie czy trzy osoby... - wytłumaczyła.
 - Racja. To proponuję pomysłodawców na początek. - odezwał się Rod.
 - Juhuhu! - zawołał Hauru. - Zawsze o tym marzyłem!
   Ani się obejrzeliśmy, jak Rod, Anti i Ciris zniknęli nam z pola widzenia, a Rafaela ciągnęła nas w stronę najbliższych szeregowców.



   W dźwięku dzwonka do drzwi było coś nieodwołalnego. Już nie mogliśmy się cofnąć. Staliśmy we trójkę, cali spięci, czekając aż pierwsza ofiara naszego własnego zadania otworzy nam drzwi (albo aż stwierdzimy, że nikogo nie ma w domu - jak cudnie by było!). Zacząłem żałować, że nie wymyśliliśmy czegoś w stylu sprzedawania lemoniady na osiedlu albo nawet drażnienia się ze zwierzętami w zoo.
   Ku naszemu rozczarowaniu zamek jednak zgrzytnął i otworzyła nam krótko obcięta pani po czterdziestce. Było to tak nieoczekiwane (wszystko przez ten stres!), że z początku nikt z nas nie mógł z siebie wydusić nawet słowa. Patrzyliśmy tylko na panią za progiem, a ona patrzyła na nas, unosząc coraz wyżej brwi. W końcu Hauru przełamał się:
 - Czy chciałaby pani porozmawiać o bogu?
 - Bo może pani jeszcze nie słyszała o nas, jesteśmy ze Stowarzyszenia Transcendencja. - wykrztusiłem, uświadamiając sobie, że żadne z nas w ogóle się nie przywitało. - Niedawno otworzyliśmy nową siedzibę w okolicy i chcielibyśmy poznać sąsiadów i zaprosić do wspólnej rozmowy. Może miałaby pani chwilkę...
   Już w połowie swojej mowy widziałem, że nie polepszyłem sytuacji. Brwi naszej rozmówczyni tym razem ściągnęły się i za moment zniknęły za dębowymi drzwiami. Nawet nie próbowaliśmy ich blokować stopą - dużo większą mieliśmy ochotę westchnąć z ulgą.
 - Sorry... - odezwała się Rafaela. - Trochę spanikowałam i się nawet nie odezwałam... Nie mówcie reszcie!
 - Spoko, pierwsze koty za płoty. - uśmiechnąłem się do niej.
   Była cała czerwona na twarzy i zdecydowanie nie wyglądała, jakby chciała próbować tego wyczynu jeszcze raz.
 - Kolejne drzwi? - spytał Hauru i natychmiast zadzwonił, zanim zdążyliśmy zaprotestować.
 - A co ze zmianą warty? - szepnąłem, ale nie miałem okazji usłyszeć odpowiedzi: sąsiad krótkowłosej pani był od niej dużo szybszy.
 - D-dzieńdobry. - zająkała się Rafaela. - Czy ma pan chwilkę?
   Mężczyzna podejrzliwie zerkający na nas zza lekko otwartych drzwi zdawał się nie być pewnym odpowiedzi.
 - A do czego wam to potrzebne? - zapytał głośno.
 - To jest panu potrzebne! - powiedział z przekonaniem Hauru. - Chcielibyśmy poruszyć temat wiary!
 - Wiary?! - wykrzyknął, otwierając drzwi nieco szerzej, jednak bynajmniej nie z zamiarem wpuszczenia nas do środka. - Znowu ci jehowi?! Czy wy już naprawdę nie macie co w życiu robić? Tylko spokojnym ludziom w głowach mieszać?
 - Jesteśmy wyznawcami Latającego Potwora Spaghetti. - odezwała się Rafaela.
 - Co?! Powariowali?! - wrzasnął facet, po czym z impetem zatrzasnął nam drzwi przed nosami.
 - Tym razem było prawie śmiesznie. - zwróciłem uwagę, mimo wszystko wciąż zestresowany.
 - Ta... - westchnęła dziewczyna.
 - No. Miło było... - powiedział Hauru. - Ale chyba pozwolę komuś innemu nacieszyć się tym wspaniałym przeżyciem.
   Odczytałem to jako zarządzenie odwrotu i bez zbędnych ceregieli odeszliśmy spod szeregowca, rozglądając się za resztą.
 - Tutaj! - pomachała do nas Kalipso spod pobliskiego trzepaka
   Podbiegliśmy do niej, a w kierunku, z którego przyszliśmy, ruszyli Ciris i Rod, najwyraźniej wybrani wcześniej.
 - I jak jej idzie? - spytała Kalipso.
 - Całkiem nieźle jak na pierwszy raz. - odpowiedział natychmiast Hauru.
 - A reakcje ludzi?
 - Hmm... raczej do przewidzenia. Trzaskanie drzwiami i wyzywanie od Jehowów. Zupełnie inaczej by pewnie gadali, gdyby zakonnica przyszła.
 - Mhmm.. - dziewczyna nagle straciła cały entuzjazm. - Pewnie tak...
 - Cholera. - Hauru zaklną i też zmarkotniał. - Przepraszam, Kalipso. Wiesz, że nie chciałem...
   Antiochis zauważyła tę nagłą zmianę i jak to ona, chciała taktownie usunąć się, mimo że to nie ona ją wywołała. Hauru na pewno by tak nie zrobił - w jego stylu było raczej dążenie by wszystko odkręcić. Zdecydowanie wolałem tę pierwszą strategię, dlatego cicho odszedłem trochę na bok, za róg bloku, tak by nie przeszkadzać Hauru i Kalipso w rozmowie. Tym sposobem wyszło na to, że kolejny kwadrans miałem spędzić stojąc naprzeciwko Anti i gapić się w przestrzeń.
   To nie było nic niekomfortowego, ale jakoś nigdy w takich sytuacjach nie umieliśmy zabawiać siebie nawzajem rozmową - przecież zawsze kiedy było coś do obgadania po prostu się spotykaliśmy... Standardowo więc znalazłem sobie w miarę wygodne miejsce na ziemi, usiadłem i zacząłem się bawić ździebełkami trawy.
   Nie trwało jednak długo, zanim zorientowałem się, że Antiochis ma mi coś do powiedzenia. Tylko nie wiedziała, jak zacząć.
 - Coś się stało? - zapytałem, starając się utrzymać bezbarwny ton głosu.
 - Nie, skąd! - odparła troszkę zaskoczona, ale mimo tej negatywnej odpowiedzi, kucnęła naprzeciwko mnie.
   Zapadła cisza - nie ta niezręczna, gdy gadka-szmatka z kimś nowo poznanym nie wychodzi, tylko taka zapowiadająca ciąg dalszy. I nie trzeba było czekać na niego długo.
 - Mam nadzieję, że nie byłeś wczoraj zawiedziony tym, że w końcu nie zbudowaliście żadnego domku na drzewie.
 - A gdzie tam! - próbowałem się roześmiać. - Nie potrafiliśmy nawet zebrać narzędzi, a co dopiero zbudować takie cudo.
 - Czyli nie podobało ci się to zadanie?
 - No wiesz, taka gra, że mają się nie podobać tym, co je wykonują. Ale to, że nie było zadania zastępczego - to już powód do zadowolenia.
 - A stres? - zapytała tonem telewizyjnego eksperta.
 - Chyba lepszy niż wasza nuda. Chociaż nie sprawialiście wrażenia specjalnie znudzonych z tego co widziałem... prawda?
 - Czy ja wiem... Ja to nie za dużo miałam do roboty. Ale reszta...
   Odrobinę zaskoczyło mnie to stwierdzenie.
 - Wydawało mi się, że świetnie się bawiliście.
 - Może co najwyżej Rafaela i Rod.
 - Czemu akurat oni?
 - No, chyba widziałeś, jak się zachowywali.
 - Tak, to wiem. - przerwałem jej. - Ale... nie o to mi chodziło. Raczej...
 - Czemu właśnie tak się zachowywali? Nie wiem. Chciałam spytać, co ty o tym sądzisz.
 - No to już chyba widzisz, że nie mam pojęcia. - odparłem po chwili ciszy. 
   To rzeczywiście była ciekawa sprawa. I dziwnie irytująca.
 - Hej, Anti! - usłyszeliśmy głos Hauru. - Chodź, bo przegapisz okazję życia aby głosić słowo spaghetti!
 - Udało wam się kogoś zagadać? - dziewczyna zupełnie zmieniła ton.
 - No powiedzmy... - odparła Ciris. - Taka rada na przyszłość: jak na drzwiach jest wypisane "K + M + B" to nie dzwońcie.
 - Przepędzili was?
 - Powiedzieli, że będą się modlić za nasze zagubione dusze...
 - Może nie rozpoznałaś ironii. - skomentowałem pozostając wciąż w niezbyt radosnym nastroju.
   Chyba jednak nie przemyślałem dobrze tego, co powiedziałem (a raczej na pewno nie przemyślałem, nigdy tego nie robię), bo zapadła na moment pełna konsternacji cisza. Antiochis wykorzystała ją, żeby jeszcze raz zerknąć na mnie niepewnie, wstać i odejść w kierunku domów, a Ciris bez wahania zajęła jej miejsce.
   Nie zauważyłem, kiedy Hauru się ulotnił, ale najwidoczniej tak się stało, bo bez większych ceregieli zaczęła:
 - Albo tak dawno się z tobą nie widziałam, że zapomniałam jak się normalnie zachowujesz, albo coś się w tobie zmieniło.... tylko cały czas nie mogę dociec, co.
 - Serio? - odparłem wyrwany z zamyślenia.
 - Mhm... - przekręciła głowę na bok i uważnie mi się przyjrzała, jakby zastanawiała się z którego profilu powinna namalować mój portret. - O czym rozmawialiście z Anti?
 - O... - zawahałem się. - Właściwie tylko plotkowaliśmy.
 - O kim? Coś ciekawego? - dziewczynie zaświeciły się oczy.
 - Aaa tam... Takie bieżące sprawy. Przecież byłaś z nami wczoraj, prawda?
 - Byłam, ale może czegoś nie zauważyłam!
 - No, zachowania Rafaeli i Roda ciężko nie zauważyć.
 - A co w nim dziwnego? Przepraszam, ale zupełnie nie znam Rafaeli... trochę dłużej z nią przebywasz, opowiedziałbyś, coś o niej!
 - Oj... To wymyśliłaś... - westchnąłem i zacząłem poważnie myśleć nad tym pytaniem. - Daj mi chwilę...
 - Nigdzie mi się nie spieszy. - odparła Ciris i oparła się wygodnie o murek.
   Zacząłem więc niespieszną myślową podróż w czasie.
   Kiedy Rod przedstawił nam ją przy którymś spotkaniu nad butelką, wydała mi się bardzo nieśmiała i ugodowa i jakoś... zwyczajna. Może wynikało to jednak z mojego własnego przejęcia zadaniem (notabene formalnie przez nią wybranym), bo gdy przyszło do rewanżu, zauważyłem... że ma swój urok. Że wcale nie jest taka sztywna i do bólu grzeczna. I że ma w sobie nutkę fantazji, ale chyba trochę innej, subtelniejszej niż Kalipso.
   Potem, gdy przyszło mi się wygłupiać w kinie, okazało się, że jest jedną z niewielu osób, z którymi można sensownie porozmawiać o filmach - nie dość, że sporo ich oglądała (i to nie byle jakich), to jeszcze jest niesamowicie spostrzegawcza i zauważa szczegóły, które często nawet mi umykają (a to nie zdarza się często). Spędziliśmy razem cudowne popołudnie, dyskutując i śmiejąc się z głupot.
   A wczoraj, gdy spadała z drzewa i próbowałem jakoś ją złapać czy chociaż zamortyzować upadek... Nie, to nie było coś, o czym chciałbym mówić. Nawet z Ciris. Nawet z Anti. Czułem się jakby było to coś nieprzyzwoitego. Miałem wielką ochotę machnąć ręką i powiedzieć "nieważne".
 - No więc? - spytała najwyraźniej już zniecierpliwiona dziewczyna.
 - Aaa... No, wiesz przecież, że jest kuzynką Roda, że znają się od wczesnego dzieciństwa... Mieli jakiś okres przerwy, długo się nie widzieli, ale teraz dobrze się dogadują. Bardzo dobrze. - zaakcentowałem niechętnie.
 - Nie uważasz, że to dobrze, że Rod ma z kim porozmawiać po tym, co się stało? - zdziwiła się moim tonem.
 - Mam wątpliwości, czy ich pokrewieństwo nie stanowi jakiegoś problemu... - zaoponowałem, nie mogąc powstrzymać ironicznego tonu.
   Ciris zaśmiała się.
 - Za dużo romansideł się od mamy naczytałeś.
 - Nawet jeśli coś mi się wdrukowało w mózg, gdy czytali mi "Romea i Julię" na dobranoc, to faktom nie zaprzeczysz.
 - Ale o jakich faktach ty mówisz... - dalej bagatelizowała sprawę. - Takie rzeczy nie zdarzają się w realnym życiu. Anti też wierzy w takie bajki?!
 - Więc jak ty to widzisz? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
 - Spędzili razem dzieciństwo, więc nie mają jakichś specjalnych barier w kontaktach. Przyjaźnią się i tyle... Tak się emocjonujesz tą sprawą, jakbyś był zazdrosny! Wyluzuj.
 - Nie no, to nie tak! Po prostu widzieliśmy coś dziwnego i nie wiemy, co o tym sądzić. A to ty tu jakieś teorie tworzysz.... - uśmiechnąłem się.
 - Nie ja tworzę, tylko to właśnie zasugerowałeś!
 - Ech... Już zdążyłem zapomnieć, jaka jesteś uparta...
   Odpowiedziała mi szerokim uśmiechem wyrażającym zwycięstwo. Nie było co dyskutować. To przegrana sprawa. Na szczęście kontynuowanie jej uniemożliwiło nam dotarcie Rafaeli z ostatnią grupą asystentów, triumfalnie ogłaszającą wykonanie zadania - wszystkie domy w okolicy były odfajkowane.
 - Nigdy więcej... - westchnęła kuzynka naszego przyjaciela.
 - Nie ma co się martwić, zadania nigdy się nie powtarzają. - pocieszyła ją Ciris.
 - Zazwyczaj są coraz gorsze. - potwierdziła Anti.

 

poniedziałek, 12 maja 2014

43. Two

 Antiochis


   Wczorajsze spotkanie zmieniło wszystko. Może zmuszenie nas jak dzieci do przeproszenia się za wszystkie zaległe urazy nie było najsubtelniejszym sposobem rozwiązania (czy załagodzenia) konfliktów, niemniej jednak stało się jakimś katalizatorem zmian. W końcu coś ruszyło i byłam z tego powodu szalenie szczęśliwa. Jakoś nie przejmowałam się tym, że takie sztucznie sprowokowane podanie sobie rąk może kiedyś okazać się tylko zamieceniem problemów pod dywan - w końcu zawsze w naszym przypadku to działało. Teraz należało jakoś wykorzystać tę sytuację, traktując ją jako pretekst do "zaczęcia od nowa". Gry również.
   Wyglądało na to, że reszta ma podobne nastawienie jak ja, bo w rozpoczęciu jej od nowa nie przeszkodził nawet brak starej butelki (może Kalipso ją wyrzuciła?). Ktoś wyciągnął butelkę po wodzie i zaraz mogliśmy zaczynać.
 - Kto kręci? - spytała Rafaela.
 - Naturalnie, że Ciris! Za długą przerwę miałaś, dziewczyno! - zaśmiał się Hauru zwracając się do mojej przyjaciółki.
 - Poprawcie mnie, jakbym wymyśliła coś, co już było. - odpowiedziała podnosząc butelkę.
   Już po chwili w napięciu obserwowaliśmy obracający się przedmiot, aż zatrzymał się wskazując wylotem... przestrzeń między Hauru a Benvoliem!
 - No i co teraz? - zapytał luzacko Benvolio.
 - Mam zakręcić jeszcze raz? - zaproponowała Ciris.
 - Ja bym dała zadanie łączone... - podsunęła Kalipso.
 - A to tak można? - zdziwiła się tamta zwracając się odruchowo ku Rodowi.
 - No, to jest jakaś okazja do popisania się kreatywnością. Zezwalam. - chłopak prawie się zaśmiał.
 - Hmm... dajcie mi chwilę. - Ciris zamyśliła się rozglądając po otaczających nas drzewach aż nagle klasnęła i z uśmiechem zwróciła się do chłopaków: - Wybudujecie tu domek na drzewie! Zawsze o takim marzyłam...
 - Jesteś pewna, że to bezpieczne? - spytał Hauru spoglądając z niewinnym uśmieszkiem na Benvolia
 - Jasne. - odparła.
 - To jest świetny pomysł! - ucieszyła się Kalipso.
 - To dopiero będzie wyzwanie... - zamyślił się Benvolio, patrząc na najbliższe drzewo, które na pewno nie nadawało się do tego, co mieli zrobić.
 - No co ty, my nie damy rady?! - Hauru poklepał go po plecach. - Lecę po narzędzia. E... jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi: ma ktoś jakieś niepotrzebne deski w domu?
 - Rozejrzyjcie się po parku. - powiedziałam. - Jestem pewna, że coś się tu znajdzie.
   Zanim skończyłam zdanie, Hauru już nie było. Wyglądający na skołowanego Benvolio zaczął się więc chaotycznie rozglądać za deskami, jak małe dziecko zbierające patyki na ognisko.
   Nie spodziewając się żadnych gwałtownych zwrotów akcji, razem z resztą wygodnie rozsiadłam się pod swoim świerkiem i czekam, zastanawiając się, kto wróci pierwszy.
 - To jakaś nowa bluzka, prawda? - zapytałam, gapiąc się bezmyślnie na Ciris.
 - Tak. - uśmiechnęła się - Robiłyśmy szalone zakupy z Talią.
 - Ach, no tak. Wyjazdowy szał zakupów.
 - Szkoda, że tego nie widziałaś... Przeraziłabyś się, ile kasy wydałyśmy.
 - No to chyba dobrze, że nie widziała. - uśmiechnęła się Rafaela.
 - Właśnie nie! Wtedy by zobaczyła, jak się chodzi po sklepach... Właśnie! - odwróciła się do mnie. - Przywiozłam coś dla ciebie tylko ciągle zapominam zabrać... musisz do mnie wpaść.
 - Przypomnij mi o tym, jak skończymy. - poprosiłam.
 - Jasne.
 - Gdzie jest Benvolio? - spytał Hauru wypadając spomiędzy drzew ze skrzynką narzędzi w ręku.
 - Szuka desek. - odparłam.
 - I puściliście go tak samego?! - oburzył się chłopak. Rzucił skrzynkę na ziemię i znów zniknął między świerkami.
   Chwilę później wracali już razem, za to niestety bez materiałów na domek.
 - Co tam, Benvolio? - zagadnęła Kalipso. - Trzeba wam pomóc nosić?
 - Właściwie to nic nie trzeba nosić. - odpowiedział zamiast niego Hauru. - Tam niedaleko jest fajne drzewo, więc przyszliśmy tylko po narzędzia... no i po was.
 - Chyba, że macie coś ciekawszego do roboty. - dopowiedział Benvolio.
 - Jak moglibyśmy mieć, skoro to wasze zadanie! - wykrzyknęła rozentuzjazmowana Ciris, zrywając się w miejsca
 - W takim razie w tą stronę. - Hauru ruszył w kierunku drzew spodziewając się, że pójdziemy za nim.
 - To może być ciekawe. - mruknął Rod wstając.
   Co było robić? Poszliśmy w ślady Hauru, chociaż momentami dziwiłam się, jak w takim miejscu znalazł takie chaszcze. I jak wybrał drzewo, skoro mniej nieprzyjemnej trasy nie mógł wybrać. Miałam tylko wielką nadzieję, że Kalipso i Rafaela w swoich krótkich spódniczkach radzą sobie z pokrzywami i krzaczorami lepiej niż ja.
   W pewnym momencie jednak Hauru zatrzymał się, a naszym oczom ukazał się dość rozłożysty klon otoczony dla odmiany, a jakże, pokrzywami.
 - Chodźcie, chodźcie! - poganiał nas podekscytowany przewodnik. - Tu zaraz obok jest sterta desek, to będziecie mogli usiąść.
 - Do czasu. - dodał Benvolio
 - Do czasu. - zaśmiał się tamten.
 - Nie ma co, świetna lokalizacja. - mruknęła pod nosem Rafaela.
 - Do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko jakiegoś mrowiska... - dopowiedział Rod.
 - Mogę znaleźć! - zaoferował się Benvolio. - Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej.
 - Fakt. Nie z tobą. - potwierdził Rod, uśmiechając się półgębkiem, a Benvolio dumnie wypiął pierś.
 - Koniec pogaduszek! - zarządził Hauru. - Benvolio chodź tu. Robimy domek!
 - Tak jest, panie komendancie. - jego podwładny stuknął piętami, po czym przydreptał do niego, bezmyślnie czekając na rozkazy.
 - Weź tą deskę... - chłopak podał mu jakiś wielki, podłużny kawałek drewna - i zanieś pod drzewo. Zaraz do ciebie dołączę.
 - Okej. - odparł tamten i wykonał polecenie, patrząc z ciekawością w oczach, co kombinuje Hauru.
   Tymczasem nasz przefarbowany blondyn chwycił całą stertę drewnianych odłamków i przeciągnął je przez pole pokrzyw gwiżdżąc pod nosem melodię przypominającą "Wieżę Babel" z musicalu "Metro", ale może mi się tylko zdawało.
 - Masz gwoździe? - spytał Benvolia chwytając w ręce młotek.
 - A skąd!
 - No to załatw.
 - No, skąd ja ci teraz wezmę jakieś gwoździe w środku parku? - zirytował się Benvolio.
 - Liczę na twoją kreatywność. Chyba, że mam użyć szarej taśmy klejącej, kawałka sznurka i kleju! Na pewno będzie to bardzo bezpieczne.
 - Mogę skoczyć po trytytki, mam paczkę w domu.
 - Ej! - zwrócił się do nas Hauru - Ma ktoś niepotrzebne gwoździe? Bo Benvolio chce żebyśmy zginęli w katastrofie budowlanej!
 - Zawsze w kieszeni. - odparłam ironicznie, jednak maiłam przeczucie, że może jednak gdzieś je znajdą.
 - Jakby się uprzeć, to tu są jakieś zardzewiałe... - zauważyła Rafaela.
 - Taaaaaaak, są! - ucieszył się Benvolio i rzucił się we wskazanym kierunku.
   Rzeczywiście, na ziemi leżały porozrzucane powyginane gwoździe.
 - Dobra, to może się przydać na jakieś ogrodzenie czy coś mniej istotnego, ale nie chcę, żebyśmy zrobili sobie krzywdę... to się po chwili wszystko rozpadnie... - powiedział Hauru obracając w dłoni przeżartą rdzą śrubkę.
 - Więc co proponujesz?
 - Chyba nie ma wyjścia i trzeba kupić. - westchnął.
 - Świetnie. - odezwał się Rod. - To my tu jeszcze posiedzimy, a wy lećcie do sklepu.
 - Ale dziś się nabiegam... - jęknął Hauru.
   Mimo całego swojego zniechęcenia chłopaki jeszcze raz zniknęli nam z pola widzenia, tym razem jednak wyraźnie się spiesząc.
   I znowu zostaliśmy bez zajęcia, w zawieszeniu. Byłam już do reszty znudzona i sądząc po minach pozostali co najmniej tak samo jak ja. Zaskoczyło mnie, jak nowe było dla mnie to uczucie - w końcu od początku wakacji tyle się działo... Dlatego poczułam się zupełnie zdezorientowana, gdy od niechcenia Rafaela zaczęła przyglądać się korze drzew, Rod - gapić się w komórkę, a Kalipso i Ciris - zaplatać jakieś sznurki. Już myślałam, że pewnie też będę musiała poszukać równie bezużytecznego zajęcia, gdy nagle zobaczyłam ten charakterystyczny błysk w oku Kalipso - i porozumiewawcze spojrzenie jej i Ciris. Pojawił się nowy pomysł.



 - Ej, to na pewno to drzewo? - usłyszeliśmy pełen zdziwienia głos Benvolia.
 - Jasne, że to! Specjalnie wybierałem miejsce z największą ilością pokrzyw!
 - Więc gdzie się podziali tamci?
 - Urządzają jakąś orgie i nas nie zaprosili...
 - W tych krzaczorach? Ała...
 - Niektórzy lubią ekstremalnie. - Hauru wzruszył ramionami.
   I w tym momencie Rafaela wybuchła perlistym śmiechem.
   Wszyscy spojrzeliśmy na nią zawiedzeni - to nie był jeszcze ten moment, kiedy mieliśmy się ujawnić. Szybko jednak zaczął się śmiać także odsuwający się od niej nieznacznie Rod, a potem cała reszta. Dopiero po pewnym czasie opanowaliśmy się na tyle, by spojrzeć na dół na dwóch totalnie zdezorientowanych chłopaków, których oczom ukazał się właśnie zawieszony na wysokości kilku metrów wielki hamak zapleciony ze znalezionego sznurka.
 - No i po co mamy budować domek, jak wyście już go zrobili?! - zawołał z dołu Hauru.
 - Bo wy się nie zmieścicie. - odparł z właściwym sobie cieniem złośliwości Rod.
 - Mówiłem, że orgia!
 - A co tam! Olać domek, idę do was! - wykrzyknął Benvolio, zabierając się do wdrapywania na drzewo od najmniej wygodnej strony. 
   Czy ten człowiek zawsze musi utrudniać sobie życie?!
   Po dwóch nieudanych próbach na szczęście zdał sobie z tego sprawę i już bez większych problemów wlazł na hamak wciskając się dokładnie między mnie a Ciris.
 - Zaraz będę musiał kogoś łapać... - mruknął Hauru.
 - Sądzisz, że się zarwie? - zapytałam poważnie.
 - Jestem tego pewien.
 - Dzięki Hauru, że tak w nas wierzysz. - zwróciła się do niego Ciris.
 - To nie tak. Po prostu stąd widać, jak gałęzie już się uginają...
   Przez moment jeszcze zostaliśmy na hamaku, jednak niezależnie od tego, czy Hauru miał rację, czy nie, dalsze siedzenie tam nie miało sensu. Powoli więc zebrałam się i zeszłam z drzewa, a za mną poszli Ciris i Benvolio - nie dane mu było nacieszyć się hamakiem. Widząc to, za moment Rod i Rafaela podążyli za nami, jednak chyba jeszcze mniej mieli na to ochotę. Nie mam pojęcia, o czym tak szepatli, ale widać było, że bardzo ich to pochłania.
   Tak bardzo, że schodząca pierwsza Rafaela praktycznie tuż nad ziemią zagapiła się i o mały włos nie spadła... A właściwie spadła, tylko przytrzymał ją Benvolio, który akurat w tamtym miejscu stał - nie wiadomo dlaczego...
   W ciągu ostatnich kilku minut stało się parę rzeczy, które wydały mi się... nieprzypadkowe. Nie wiedziałam, co o nich sądzić, ale z jakiegoś powodu byłam pewna, że o czymś świadczą. Dlatego też nie zwróciło mojej uwagi "umorzenie" zadania Benvolia i Hauru nieuzasadnione niczym poza naszym własnym lenistwem, ale raczej powrót do domów w określonym porządku... Musiałam koniecznie pogadać z Ciris... albo Benvoliem.

wtorek, 6 maja 2014

42. Don't wanna let you down But I am hell bound Though this is all for you Don't wanna hide the truth

Kalipso


   Szłam do parku wciąż powtarzając sobie w myślach, że tym razem nie stracę panowania nad sobą. Miałam już dość tej sytuacji. Dość tego, że wszystko wymykało mi się spod kontroli. Ciris miała rację: powinniśmy wziąć sprawy w swoje ręce, a nie siedzieć w domach z nadzieją, że coś się zmieni. Ostatnimi czasy nie byłam sobą, ale z tym koniec!
   Weszłam miedzy drzewa. Na polanie był już Benvolio w towarzystwie Ciris i Rafaeli
Chyba siedzieli tu od jakiegoś czasu, bo dziewczyny zaczynały się dogadywać. Na mój widok przerwały jednak rozmowę.
 - Hejka. - rzuciłam w miarę pogodnie. - Długo czekacie?
 - Nie, skąd! - odparł wesoło Benvolio.
 - Całe szczęście. - uśmiechnęłam się i usiadłam z nimi na trawie.
   Nie minęło wiele czasu, a dołączył do nas Rod a potem Hauru, który przyszedł z Anti.
   Bardzo bałam się momentu, kiedy znów ich ujrzę... ale nie było tak źle, jak myślałam. Na widok byłego chłopaka ścisnęło mi się gardło, ale trwało to tylko chwilę. Wszyscy staraliśmy się zachowywać tak, jakby nic się nie stało. Anti uśmiechnęła się szeroko i zaraz zajęła miejsce obok mnie. Rod z kolei wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zarzucił ten pomysł.
 - Przyniosłam zdjęcia z Francji. - powiedziała Ciris, kiedy już wszyscy znaleźli się na miejscu. - To dopiero pierwsza część, którą wywołałam jeszcze będąc w Bourges.
   Dziewczyna podała nam fotografie. Od razu poznałam jej charakterystyczny styl dorabiania efektów specjalnych i kadrowania. Każdy obraz miał w sobie cząstkę tajemnicy. Intrygował. Jej fascynacja światłem była widoczna zarówno na zdjęciach przyrody, architektury jak i ludzi. Lekcje fotografii nie poszły na marne... Jednak tak bardzo zajęłam się techniczno-artystycznymi walorami fotografii, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że w ogóle nie przyglądam się temu, jakim osobom Ciris robiła zdjęcia!
 - Ta blondynka z bandaną to Talia, prawda? - spytał Hauru.
 - Skąd wiesz? - zdało mi się, że Ciris się zarumieniła, ale może to tylko opalenizna.
 - Gdybym chciał przyszpanować swoimi zdolnościami dedukcyjnymi, powiedziałbym, że jest na prawie każdym zdjęciu, a mówiłaś, że to z nią najbardziej się zaprzyjaźniłaś. Ale tak na serio, to znalazłem bardzo poetycką dedykację na odwrocie jednego zdjęcia, której niestety nie zrozumiałem, bo całą zapisała po francusku!
   Zaśmialiśmy się.
 - Śliczne są. - powiedziałam.
 - Dziękuję. - odpowiedziała Ciris. - Obiecaliście, że też jakieś zrobicie. A więc?
 - Robiłam trochę w czasie gry, ale ostatecznie nie wyszło tego dużo... - westchnęła Anti.
 - Zostawić wam coś... 
 - Już tak na nas nie narzekaj. - odezwał się Hauru. - Mogę ci pokazać film, który nagrałem w międzyczasie na szkolny festiwal.
 - Myślałam, że temat podadzą dopiero w październiku...
 - Bo tak jest. Ale to co zrobiłem nie ma kompletnie sensu ani fabuły, wiec przypasuje do wszystkiego!
 - Chyba nie chcę tego oglądać...
 - Ranisz moje uczucia... - Hauru udał zasmuconego.
 - A oto przykład, jak łatwo się na siebie potrafimy obrazić za kompletną błahostkę. - powiedziała Ciris poważniejąc.
 - Przecież żartuję! - obruszył się Hauru.
 - Wiem, ale to idealny przykład. - odparła. - A teraz koniec tych cyrków. Głupio mi, że muszę was traktować w tym momencie jak małe dzieci i pouczać, ale nie zostawiacie mi wyboru. Macie sobie wybaczyć, podać rękę i się pogodzić. Cokolwiek kto ma komu do zarzucenia.
   Zapadła cisza. Nikt nie kwapił się do rozmowy, jak zresztą można było się spodziewać. Kiedyś w takich chwilach to ja zabierałam głos ale teraz... Zaraz! jakie "teraz"?! Miałam doprowadzić się do porządku, a to była moja szansa.
 - Rod, przepraszam za to, co ci zrobiłam. - powiedziałam po raz pierwszy tego dnia spoglądając mu prosto w oczy. - Na prawdę nie chciałam, żeby to tak wyszło.
   Zmarszczył brwi, ale jakoś smutno i odparł wyjątkowo bezbarwnym głosem:
 - Nie posądzam cię o sadyzm, ale niewątpliwie... zrobiłaś źle. Mam wrażenie, że nie rozumiesz, albo nie rozumiałaś, powagi, jaką ta sytuacja ma dla mnie.
   Poczułam jak łzy napływają mi do oczu, ale tym razem nie pozwoliłam im popłynąć.
 - Więc masz mylne wrażenie. Wiem, jak to wyglądało z zewnątrz, ale ty nie wiesz, co ja przeżywałam.
 - Mogę powiedzieć to samo, chociaż pewnie co innego mamy na myśli... - zamyślił się, a za chwilę potrząsnął głową. - Ale nie chcę teraz o tym mówić, wybacz, Ciris.
 - Rozumiem. - powiedziała spoglądając na niego współczująco.
 - Hauru... - odezwałam się ponownie. - Ciebie też powinnam przeprosić. Nie wiem, co się stało z moją samokontrolą kiedy....
 - Nie waż się mnie przepraszać. - chłopak powiedział to lodowatym tonem, jednak kolejne słowa wypowiadał już zwyczajnie, choć z powagą. - Zachowywałem się wobec ciebie w taki sposób... obiecywałem ci, że będę twoim przyjacielem, a potem odstawiłem taki numer... ta... jak zwykle wszystko zniszczyłem.
   Chciałam zaprotestować. Znów brał winę na siebie. Ale nie pozwolił mi dojść do słowa, bo zaraz zwrócił się do Roda.
 - Nie żeby coś, ale może nie doszłoby do tego, gdybyśmy od początku się normalnie dogadywali. Tymczasem między nami były głównie docinki. Przykro mi, ale ja nie potrafię zignorować zachęty do rywalizacji...
 - Normalnie ludzie sobie z tym radzą, dogadują się i tak. - żachnął się tamten. - Po prostu przeholowaliśmy. Przepraszam. - wydusił ostatecznie.
   Na chwilę zapadła cisza pełna konsternacji przerwana dopiero przez głośne westchnięcie Benvolia. Jak na zawołanie wszyscy obróciliśmy się w jego stronę, a on skurczył się w sobie.
 - Przepraszam. Przez cały czas wstrzymywałem oddech... - wyszeptał odgarniając grzywkę na bok.
 - Dobra. Jeszcze kilka westchnień, a nie będzie czym oddychać, więc załatwmy to bez ceregieli. - odezwał się Rod ze śmiertelnie poważną miną i spuszczonymi oczami. - Kto dalej?
 - Ja też mam to i owo za uszami, ale może o tym za chwilę... - ni stąd ni zowąd Antiochis zabrała głos. - Chciałabym tylko usłyszeć coś od Rafaeli...
 - Niby co? - spytała dziwnie milcząca dzisiaj kuzynka Roda.
 - No, te wszystkie twoje ingerencje... w konflikt... Nie żebym chciała cię jakoś wykluczyć, ale wydaje mi się, że tak zaciekle broniąc Roda, nie wiedziałaś za bardzo w co się mieszasz...
 - Tak się wszyscy na niego zawzięliście, że nie miałam wyjścia. Gdyby nie ja, pewnie do tej pory byście ze sobą nie rozmawiali! Nie zamierzam przepraszać za to, co zrobiłam dobrze.
 - Rafaela, nie o to chodzi w tej rozmowie... - zwróciła jej uwagę Ciris.
 - To co? Ja nie mogę nic powiedzieć, bo znamy się od niedawna, a wasza przyjaciółka, której nawet nie było przy całym wydarzeniu, miesza się we wszystko?! - zdenerwowała się.
 - Chyba wiem, o co chodzi... - szepnął Rod, czym natychmiast zwrócił uwagę kuzynki. - Anti pewnie niekoniecznie chodzi o mediację w czasie, kiedy... nie wychodziłem z domu, ale o udział w bezpośredniej kłótni. Prawda? - zwrócił się do Antiochis, a ujrzawszy jej potakiwanie kontynuował: - Jestem jedną ze stron, nie widzę tego obiektywnie, ale może tego oczekiwała od ciebie. - spojrzał w oczy Rafaeli.
 - Skoro tak mówisz... W takim razie przepraszam. Chyba za bardzo mart... - urwała w połowie zdania speszona, a potem powtórzyła: - Przepraszam.
   Następująca po tych słowach cisza nietrwała długo, gdyż przerwał ją jak zwykle niecierpliwy Benvolio:
 - Anti, o czym mówiłaś wtedy na początku? - wyszeptał.
   Nigdy nie widziałam jej tak spiętej jak w tym momencie - chociaż przed chwilą sama zaczynała mówić na tak - widocznie - drażliwy temat. Jej twarz najpierw zbladła, a potem znowu napłynęła krwią, prawie że puchnąc. Jednocześnie do oczy zaczerwieniły jej się od napływających łez.
 - Na pewno zauważyliście to już wcześniej, nie mam was za idiotów. - mamrotała wbijając wzrok w ziemię, jakby uporczywie. - Moje przyznanie się jest już tylko formalnością, a przeprosiny są już w ogóle nieporównywalnie łatwiejsze...
   Zatrzymała się, jakby miała skakać na bungee - a przecież to tylko jakieś słowa!
 - Okłamałam was z tym powrotem Ciris. To nie ona zwlekała z nim, tylko ja wam kłamałam, żebyście się opamiętali, ale to była totalna bzdura. Przepraszam! - prawie krzyknęła, roniąc kilka łez.
   Naturalnie zwróciła się jeszcze do przyjaciółki:
 - Tobie jeszcze w listach kłamałam... Znaczy kłamaliśmy wszyscy, ale to był mój pomysł. Mój pomysł, żeby cię oszukać... Tak strasznie żałuję, przepraszam...
 - Nie ma za co, Anti. Chciałaś dobrze. - odparła natychmiast tamta.
   Gdy Antiochis już na dobre się rozpłakała, taktownie odwróciłam wzrok. I zupełnie przypadkiem padł na Benvolia.
 - A więc mamy tylko jedno niewiniątko... - spróbował zażartować Hauru, żeby rozluźnić atmosferę i odwrócić uwagę od zapłakanej dziewczyny.
 - Czy ja wiem, czy niewiniątko? - Benvolio nie wyglądał na przekonanego.
 - Czesz powiedzieć, że to ty zrobiłeś mi ten bałagan w kosmetykach dwa tygodnie temu? Nie ma sprawy, wybaczam.
 - Nie... - machnął ręką. - Mówię o czym innym. Po prostu czasem też nie zachowywałem się najlepiej, ale może rzeczywiście lepiej już tego nie rozpamiętywać?
 - Myślę, że na dziś wystarczy. - powiedziała Ciris. - Ważne, że porozmawialiśmy. To dobry początek.
 - Oby. - mruknął Rod.
 - Pożyjemy, zobaczymy! - Ciris wciąż nie traciła optymizmu. - Widzimy się jutro na butelce?
   Popatrzyliśmy po sobie.
 - Tak. - odpowiedziałam. - Bo w końcu co mamy robić? Łazić po sklepach jak reszta idiotów z naszego liceum?
 - Pewnie oni śmieją się z nas... - zwrócił uwagę Rod. - O ile wiedzą.
 - Kurde, my sami nie wiemy, co robimy! - roześmiał się Benvolio.
 - I to jest w tym wszystkim najlepsze! - zawtórował mu Hauru.
   Anti tylko mruknęła:
 - Teraz to mówisz....?

41. Bieg na orientację...

 Ciris


   Czułam się, jakbym właśnie się obudziła z jakiegoś przedziwnego snu. Ledwie wsiadałam do samolotu w Bourges, a już wysiadałam na lotnisku w Polsce, witałam się z rodzicami i trajkotałam jak szalona o wszystkim i o niczym. Powrót miał w sobie coś ekscytującego, ale jednocześnie obawiałam się, co zastanę w domu...
   Poprosiłam rodziców, żeby podwieźli mnie do Anti. Nie miałam zamiaru czekać ani chwili dłużej na spotkanie z przyjaciółką! Mimo ich narzekań, że powinnam się rozpakować, odpocząć i po prostu nacieszyć się powrotem, wypuścili mnie przed jej drzwiami.
   Zadzwoniłam do furtki. Spodziewałam się, że wyjdzie z mieszkania, ale ona pojawiła się z boku domu otrzepując ręce z ziemi.
 - Cześć! - zawołała, rzucając się do furtki z szerokim uśmiechem.
 - No hej! - odpowiedziałam ogarnięta nagłą falą radości. Strasznie za nią tęskniłam przez ten czas.
 - Tyle czasu się nie widziałyśmy! - powiedziała, ściskając mnie, gdy tylko wygrała niezgrabną potyczkę z zamkiem i wpuściła mnie na posesję.
 - Nie musisz mi przypominać! - zaśmiałam się.
 - Chodź do ogrodu. Zobaczysz, jak pięknie wyrosły kwiaty z tamtych cebulek od ciebie! - rzuciła i zaciągnęła mnie za dom.
 - Sporo się tu pozmieniało. - powiedziałam rozglądając się po działce. Goździk Chiński rozłożył swoje poszarpane, różowe płatki, groszek pachnący wspiął się po ogrodzeniu na kolejne kilkanaście centymetrów...
 - Możemy usiąść w altanie, winorośl nieźle ją już obrosła.
 - Znów będzie co obcinać na jesień. - ucieszyłam się.
   Z przyjaciółką co roku pod koniec lata urządzałyśmy "Wielkie Obcinanie Winogron". Aż niesamowite jak one potrafią się rozprzestrzeniać...
    Zajęłyśmy miejsca pod baldachimem z liści. Pojedyncze promienie rzucały plamki światła na stół i krzesła. W powietrzu unosił się zapach pełnego lata...
 - Jak tam lot? - zapytała standardowo, ale jednak z zainteresowaniem.
 - Świetnie. - odpowiedziałam. - W jedną stronę trochę się cykałam, ale już w drugą naprawdę mi się podobało... W kolejnym życiu chcę być ptakiem!
 - No tak, z twoim zamiłowaniem do podróży...
 - Będziesz gdzieś jeszcze wyjeżdżać? - zapytała po jakimś czasie.
 - Raczej nie. Nie chcę znów zostawiać was samych. - odparłam niby niewinnie.
    Uśmiechnęła się, choć było w tym coś smutnego.
 - To fajnie, że będziesz z nami.
 - Też się cieszę. - powiedziałam, a potem już nie wytrzymałam i wypaliłam:
 - Dzwonił do mnie Rod.
   Otworzyła szerzej oczy i ściągnęła brwi, czekając, aż opowiem coś więcej.
 - Słyszałam, że mieliście kilka spin... może chciałabyś mi o tym opowiedzieć? W listach nic nie wspominałaś... rozumiem, że to przez cenzurę treści wysyłanych za granicę?
   Nie byłam zła. Teraz, kiedy ją zobaczyłam, nie mogłam się na nią gniewać za te niedomówienia. Przez chwilę patrzyła na mnie badawczo, ale za chwilę to ona nie mogła powstrzymać nagłego potoku słów.
 - Przepraszam, to wszystko stało się tak znienacka! Chociaż mogliśmy się łatwo domyślić, ale jakoś nie mogłam przyjąć do wiadomości, że to już, teraz... Po prostu wybuchło, gdy Rod zobaczył tamte zdjęcia, straciłam kontrolę, czy raczej rozeznanie, bo kontrolę trudno by było mieć. Myślałam, że jak będziemy udawać, że wszystko jest w porządku, to naprawdę będziemy do tego dążyć, ale tak się nie stało, nie było lepiej, a raczej coraz gorzej. Naprawdę boję się, co będzie dalej, tego już się nie ułoży ot, tak...
    Ukryła twarz w dłoniach, ściskając ją z nerwów.
 - Spokojnie. - objęłam ją i odsunęłam jej ręce na dół. - Jakoś to będzie. Przecież świat się nie kończy...
   Zrobiło mi się żal przyjaciółki. Jak zwykle wszystko wzięła zbyt mocno do siebie.
 - Opowiesz mi, co się teraz dzieje? - poprosiłam.
 - Co u Roda, sama wiesz. Siedzi i do nikogo się już nie odzywa. Nie mam pojęcia, co z Kalipso i Hauru. Nie widziałam ich o tamtego spotkania w lesie. Z kolei Benvolio... - zacięła się, jakby coś ją nagle zabolało. - Mieliśmy małą sprzeczkę z Rafaelą i chyba jakoś na niego wpłynęła.
 - Może nie jest tak źle... - starałam się ja pocieszyć. - Tak naprawdę nie wiesz, co u innych... pewnie już się pozbierali. Z resztą sama to sprawdzę.
 - Nie pozbierali się, Ciris. To nie jest zwyczajna sprzeczka. - szepnęła.
 - Dramatyzujesz.
 - Nie! - podniosła głos. - To wszystko się rozpadło! Póki byliśmy razem, była jakaś szansa, że to się załagodzi, ale teraz każdy jest sam. Zupełnie sam.
   Przestraszył mnie jej wybuch. Antiochis nie należała do osób, które łatwo się denerwowały czy rezygnowały z prób rozwiązywania problemów.
 - Nie uwierzę, póki sama tego nie zobaczę. - powiedziałam.
 - Jak uważasz. Tylko nie mów, że już u mnie byłaś.
 - No dobrze... Napiszę do ciebie jeszcze wieczorem, ok? A tymczasem... chyba sprawdzę co u reszty.
   Uśmiechnęła się smutno i jeszcze raz mnie przytuliła.



   Postanowiłam najpierw zobaczyć, jak się ma Rod. Stanęłam na progu jego drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem. Miałam nadzieję, że jest w domu. Czekałam całkiem długo, ale gdy w końcu otworzyły się drzwi, zobaczyłam przed sobą rozczochranego bruneta z nieobecnym wzrokiem.
 - Cześć. - przywitałam się niepewnie.
   Na dźwięk mojego głosu zaczął jakby przytomnieć i dopiero wtedy mnie dostrzegł.
 - Ciris. - powiedział całkiem pogodnie. - Już jesteś. Wejdź.
   Zaprowadził mnie po schodach do swojego pokoju na piętrze. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale nie przywiązywałam większej uwagi do wystroju wnętrza. Skupiłam się bardziej na postaci Roda. Byłam ciekawa, co się u niego zmieniło od czasu naszej telefonicznej rozmowy.
 - Usiądź, proszę. - wskazał mi łóżko, a sam usiadł na krześle w pobliżu biurka.
 - Jak tam samopoczucie?
 - Wiele się nie poprawiło, jeśli mam być szczery. - westchnął. - Ale i tak bardzo mi pomogłaś, dziękuję.
 - Nie ma za co. - uśmiechnęłam się. - Spotkałeś się z kimś od... tamtego czasu?
 - Nie... - przyznał. - Jakoś nie mogłem się zebrać, żeby zrobić to... to, co mi zaproponowałaś.
 - Może jeszcze za wcześnie. Nie martw się tym.
 - Obawiam, że jednak jest czym się martwić.
 - Chcesz powiedzieć coś więcej? Trochę się nie orientuję co tu się działo....
 - To nie tak. - potrząsnął głową. - Nie chodzi o to, co się działo, kiedy ciebie nie było - o tym nie ma co dyskutować, było - minęło. Po prostu mam problem z.... ze znalezieniem się jakoś w nowych warunkach... Ale może za dużo myślę o sobie.
 - O sobie też trzeba co jakiś czas pomyśleć. Nie ma w tym nic złego... Ale wydaje mi się, że nie da się ułożyć sobie stosunków od nowa nie widząc się z nikim...
 - Racja. Głupota. - żachnął się.
 - Będzie ciężko... ale poradzisz sobie. Nie ma co się załamywać.
 - Tia...
 - Zawsze możesz na mnie liczyć. No i z tego co pisaliście w liście, masz chyba jeszcze wsparcie w kuzynce, prawda?
 - Chyba tak. - przyznał, ale nie wyglądał na to, żeby podniosło go to na duchu.



 - Ciris!? - wykrzyknęła Kalipso na mój widok.
 - Nie, Coco Chanel. Ale byłaś blisko. - zażartowałam.
 - Och, przepraszam. - zaśmiała się ruda. - Zapraszam do środka. Zaraz będą ciastka.
   Zamknęłam za sobą drzwi. Rzeczywiście w pomieszczeniu unosił się zapach wanilii i kakaa. Ucieszyło mnie, że Kalipso mimo wszystko zachowuje się normalnie. Może ona wyjaśni mi, co się właściwie stało. Zarówno Anti jak i Rod byli kompletnie zdołowani, więc nie byłam w stanie wydusić od nich zbyt wielu wyjaśnień.
 - Kiedy wróciłaś? - spytała, gdy obydwie znalazłyśmy się w kuchni, a ona podała mi szklankę mleka.
 - Dziś rano, tak szczerze mówiąc.
 - To musiałaś mocno tęsknić, skoro od razu do mnie wpadłaś. - zaśmiała się.
 - Chciałam koniecznie z kimś pogadać. Dowiedzieć, jak się u was sprawy mają.
   Na chwilę zapadła cisz, kiedy Kalipso schyliła się, żeby wyciągnąć ciasteczka z piekarnika. Podejrzewałam, że właśnie obmyśla plan, co powinna mi powiedzieć.
 - Już nie gramy w butelkę. - rzuciła niby od niechcenia.
 - Czemu?
 - Jakoś się między nami popsuło... chyba zmęczenie wspólnym towarzystwem. Trzeba od siebie odpocząć.
 - Co u Roda?
 - Wszystko ok... Ostatnio się z nim widziałam.
   Kłamała w żywe oczy, ale gdybym nie wiedziała tego od jej byłego chłopaka i Ani, w życiu bym się nie zorientowała.
 - No! To opowiadaj, jak tam wyjazd? Poznałaś kogoś? - rzuciła mi chytry uśmieszek kładąc blachę z ciastkami na stole.
 - Prawdę mówiąc, tak. - przyznałam, choć nie spodobało mi się, w jakim kierunku potoczyła się rozmowa więc dodałam:
 - Pytasz, żeby upewnić się, że nie obrażę się za Hauru?
   Uśmiech zniknął z jej twarzy.
 - Kto ci powiedział, co się tu stało? - warknęła.
 - To chyba nieistotne. Bardziej powinno nas interesować, jak się pogodzić...
 - Nie wiesz, co tu się działo, okej?! - podniosła głos, a ja czułam, że zaraz zrobi mi awanturę. - Myślisz, że nie próbowałam tego wszystkiego naprawić już wcześniej?!
 - Jestem pewna, że się starałaś. - powiedziałam zachowując spokój. - Ale wiem, jak sprawy potrafią się szybko potoczyć... zwłaszcza z Hauru...
 - Więc wiesz, że dla niego to jest tylko zabawa! - wybuchła.
   Zobaczyłam łzy w jej oczach. Cała się trzęsła. Nie spodziewałam się, że i ona tak mocno przeżyła ostatnie zdarzenia. W końcu... to była Kalipso. Ta silna, niezależna dziewczyna, której charyzmie ulegało całe otoczenie!
 - Może tym razem bierze to na poważnie... - powiedziałam pocieszająco.
 - Niby czym miałabym się różnić od całej reszty dziewczyn, z którymi chodził?! Jeśli z nim będę, to się mną zabawi, znudzi i rzuci dla kolejnej. Ale jeśli go odrzucę, to dalej będzie mnie prześladował... Nie zniosę ani jednego, ani drugiego!
 - Powiedziałaś mu, czego się boisz?
 - Jasne, że nie. Wtedy musiałabym przyznać, że mi się podoba.
 - Więc on tego nie wie?
 - Wie! - Ruda załamała ręce. - Ale miałam nadzieję, że jeśli będę z Rodem, to on straci mną zainteresowanie.
 - Powinnaś z nim porozmawiać...
 - Nic nie rozumiesz Ciris... jak by to wyglądało? Dopiero co rzucił mnie Rod, a jedyną osobą do której się zwracam ma być Hauru?!
 - To może spotkamy się wszyscy razem? - zaproponowałam.
 - Nie ma mowy. Nie będę w stanie spojrzeć im w oczy...
 - Kalipso! Co się z tobą stało?! - spojrzałam na nią surowo. - Zachowujesz się jakbyś kompletnie postradała zmysły. Takie wahanie się i zrezygnowanie... to nie jesteś ty! Proszę, przestań... Co by nie mówić, zawsze byłaś duchem tej grupy. Jeśli ty się poddałaś... to nie dziwię się, że reszta też nie ma na nic siły. Nie pamiętasz? To ty zawsze nas motywowałaś do działania, ty wymyślałaś nam niesamowite zajęcia, ty prowadziłaś nas w miejsca, do których w życiu sami byśmy nie zajrzeli! Bez ciebie... bez dawnej ciebie, to wszystko nie ma sensu.



 - Co się stało z twoimi włosami? - zdziwiłam się widząc w otwartych drzwiach czarną czuprynę Hauru.
 - Przefarbowali mnie przy butelce. - odpowiedział. - Super, że wróciłaś! Chodźmy na spacer!
   Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, chwycił mnie pod rękę i ruszyliśmy ku obrzeżom miasta.
 - Świetnie wyglądasz! Chyba się opaliłaś, co?
 - Tak, z Talią wchodziłyśmy na dach internatu i leżałyśmy na nim godzinami.
 - Nocami też? - mrugnął do mnie okiem.
 - A żebyś wiedział! - zaśmiałam się.
 - Malowałaś Drogę Mleczną czy...
 - Czemu ty wszędzie musisz się doszukiwać romansów?! - udałam oburzoną.
 - Taki już jestem. Przecież wiesz.
 - Właściwie nie do końca... - spoważniałam. - Chwilami zastanawiam się, czego ty chcesz? Do czego dążysz? I... dlaczego to zrobiliśmy?
   Spojrzałam na niego uważnie. Odkąd zerwaliśmy, staraliśmy się nie poruszać tego tematu. Godzinami zastanawiałam się, czemu Hauru wybrał właśnie mnie, skoro od początku wiedział, że i tak nic z tego nie będzie. Dał mi nadzieję... a potem się odsunął. Skoro podczas mojej nieobecności wszystkie tajemnice wyszły na jaw, to czemu nie miałabym znaleźć odpowiedzi również na swoje pytania?
 - No co ty, Ciris... - chłopak rzucił mi krótkie spojrzenie, ale gdy napotkał mój wzrok, z powrotem odwróci głowę w kierunku drogi.
 - Nie bierz tego jakoś do siebie, bo naprawdę bardzo cię lubię, ale... chciałabym wiedzieć.
 - Tak wyszło... nie powiesz, że było nam źle. - odparł jakby zamyślony.
 - Było wspaniale... tylko co z tego? Nawet nie mam pewności, że choć przez chwilę coś do mnie czułeś.
 - Tylko nie mów, że zadręczałaś się takimi myślami we Francji...
 - Nie. - uśmiechnęłam się. - Już mi przeszło.


 
   Po drodze do Benvolia naszła nie ochota na lody. Dzień był upalny, a ja od rana biegałam między domami przyjaciół. Przekraczając próg sklepu przypomniałam sobie, jak w tym samym miejscu niecały miesiąc temu "popełniłam zbrodnię" i zostałam postawiona przed sąd Kalipso. Wydawało się, jakby to było wieki temu... w innym czasie, kiedy wszyscy dokoła byli szczęśliwi, a to ja cierpiałam... 
   Zamówiłam dwie gałki lodów, zapłaciłam i wyszłam przed sklep. Dokładnie w tym momencie usłyszałam krzyk zaskoczenia:
 - Ciris?!
   Odwróciłam się akurat by zobaczyć, jak Benvoilio traci panowanie nad kierownicą roweru i z głośnym piskiem opon wpada w pobliskie krzaki.
   Podbiegłam do niego jednocześnie zaniepokojona ale i szczęśliwa, że znów go widzę.
 - Nic ci się nie stało? - spytałam pomagając mu wstać.
 - Nie, mam już wprawę. - odparł szczerząc zęby i nawet nie podnosząc roweru przytulił mnie po przyjacielsku.
 - Jak to jest, że zawsze przyłapujecie mnie na kupowaniu tu lodów? - zażartowałam.
 - Taki fart. - wzruszył ramionami, nie siląc się na wyszukaną odpowiedź. - Jak tam Francja?
 - Olśniewająca... Kiedyś musimy tam pojechać całą paczką.
 - Oby wyszło. - westchnął wyraźnie wybity z dobrego nastroju. Kolejny.
 - Hej, co to za mina? Ostatnio taką u ciebie widziałam.... w sumie nie pamiętam kiedy.
 - Kiedyś musiała taka być.
 - Być może. Co nie zmienia faktu, że mi się nie podoba.
   Zamiast mi odpowiedzieć zaczął gapić się na drzewa w dali, jeszcze bardziej marszcząc brwi.
 - Benvolio... nie poznaję cię... - powiedziałam po chwili ciszy.
 - Tyle się zmieniło...
 - Słyszałam już strzępki informacji, co się zdarzyło, ale nikt nie był w stanie opowiedzieć mi wszystkiego po kolei...
 - Chyba też nie będę w stanie. Kiedy to się zaczęło...?
 - Co cię zaczęło? Problemy? Przecież każdy je ma. Nie wiem, czemu robicie z tego taką tragedię... widzę, że jesteście załamani, ale nie rozumiem czemu
 - No, chyba nie spodziewasz się, że ja ogarniam ten cały burdel. Praktycznie wszyscy są źli na wszystkich albo mają o coś żal albo nie wiem, co jeszcze. Po prostu nie ma już tego zaufania.
 - Dlatego jesteś w takim podłym nastroju?
 - No raczej!
 - Prędzej czy później się pogodzą. Nie ma co się martwić. Zawsze było u nas nerwowo.
 - Widziałaś się już z resztą? - zapytał nagle.
 - Tak.
 - No, to do ciebie już dawno powinno dotrzeć, że to nie takie proste.
 - Wszyscy mi to wmawiacie, a ja nie wierzę! Nie wierzę, że tyle wspólnych chwil ma odejść w zapomnienie przez jedną kłótnie, przy której nawet mnie nie było!
 - Niektórzy najwidoczniej inaczej wyobrażają sobie przyjaźń. - mruknął z goryczą w głosie.
 - Pomyślałeś, co będzie, jak wrócimy do szkoły? Ostatni rok, a my mamy go spędzić obrażeni na siebie z byle jakiego powodu?
 - Obwiniasz mnie. - spojrzał na mnie, jakbym wyrządziła mu wielką niesprawiedliwość.
 - Nie zrozum mnie źle, ale wyjechałam na kurs rysunku całą drogę żałując, że was opuszczam. Codziennie wam zazdrościłam tego, że możecie spędzać ze sobą czas. I nagle dzwoni do mnie Rod mówiąc, że wszystko się popsuło. Przyjeżdżam do domu, a wy nie jesteście w stanie przedstawić żadnych sensownych argumentów, dla których w ogóle się do siebie nie odzywacie. Jak mam was nie obwiniać?
 - Może i jest tak, że tylko ja tak to widzę, ale to już jest tak poplątane, że wszyscy są tak samo winni i nie ma sensu rozstrzygać, kto bardziej, a kto mniej. Popatrz: Kalipso zdradziła Roda, ale potem odrzuciła Hauru. Rod traktował ją po tym jak powietrze, a o Hauru sam nie wiem, co myśli. Rafaela broni Roda jak lwica, nie patrząc na fakty. W końcu Anti próbowała jakoś działać (i chwała jej za to), ale najwidoczniej niezbyt umiejętnie. A ja... no nie wiem, wszystko źle...
 - Skoro wszyscy są winni, to może trzeba sobie po prostu wybaczyć i zacząć wszystko od nowa?
 - Weź ich przekonaj...
 - Żebyś wiedział, że spróbuję! Widzimy się jutro i nie ma żadnych wymówek. A skoro jest w to wplątana też ta Rafaela, to możesz jej powiedzieć, żeby przyszła. Chętnie ją poznam i załatwimy wszystko za jednym razem!
 - Trzymam kciuki. - spróbował zasymulować uśmiech.
 - Już się tak nie martw! Wszystko się ułoży... o właśnie! I przyniosę ci książkę. Dziś z pośpiechu zapomniałam.
 - Jaką książkę? - zapytał szczerze zdumiony.
 - No tą, którą wypożyczyłeś z biblioteki z Romeem. Przecież zostawiłam ci karteczkę, że oddam ci ją po powrocie z Francji.
 - Cholera! - złapał się za głowę. - A więc to ty?! Nie znalazłem tej karteczki, a tak w ogóle to już o tej książce zapomniałem i pewnie mam karę do zapłacenia i... A zresztą!
 - Przepraszam... - zrobiło mi się głupio, że Benvolio ma przeze mnie kolejne problemy na głowie. - Rzeczywiście mogłam ci powiedzieć zamiast...
   Machnął ręką, ale widać było, że humor trochę mu się poprawił.
 - Czyli jutro w parku? O zwykłej godzinie?
 - Tak. Już najwyższy czas, żeby ktoś doprowadził was do porządku...