czwartek, 10 lipca 2014

48. Mickiewicz

Nastąpiła mała zamiana imion ;) Zosia, poznana przez Ciris we Francji stała się Talią. Mam nadzieję, że nie przeszkodzi to w ogarnięciu akcji, ale tak mi ładniej brzmi <3 /A
______________________________________________________________________


Ciris


   Na zegarze właśnie wybiła północ - koniec godziny przestrogi z IV części "Dziadów". Gustaw odszedł na spoczynek, ale ja wciąż nie mogłam zmrużyć oka. Tak, jak każdego wieczora od powrotu z Francji, siedziałam na Facebooku pisząc z Talią. Cieszyłam się jak dziecko za każdym razem, gdy po powrocie do domu zastawałam wiadomość od niej, nawet, gdy było to zwykłe "Hej". 
   Uwielbiałam sposób, w jaki prowadziłyśmy rozmowy, jak abstrakcyjne tematy poruszałyśmy i z każdym dniem ukazywałyśmy sobie nawzajem coraz pełniejszy obraz siebie...
   Bolało mnie jednak, że nie możemy się znowu spotkać. 60 km było pewnego rodzaju przeszkodą... Poza tym, nie chciałam znowu zostawiać przyjaciół. To byłoby wobec nich niesprawiedliwe. Czułam też, że sprawy między niektórymi jeszcze nie do końca się poukładały i mimo, że nie była to moja sprawa, powinnam być obok, aby w razie czego mieli możliwość zwrócić się do mnie o pomoc. Skoro to ja ich pogodziłam, to nie powinnam się teraz wycofywać...
   Westchnęłam. 
   Nie podobało mi się to, co działo się z Kalipso. To jej rolą było doprowadzanie nas do porządku, kiedy sprawy wymykały się spod kontroli! Ja sobie z tym nie poradzę... Rozumiem, że Hauru namącił jej w głowie, ale ostatnio nie widziałam, aby specjalnie się jej narzucał...
   Usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a, który wyrwał mnie z zamyślenia. To Talia pytała, czy wszystko w porządku, bo przestałam jej odpowiadać... I rzeczywiście w okienku na stronie internetowej zobaczyłam długą listę nowych wiadomości. 
   Przetarłam oczy, wzięłam łyk wody i odpisałam.
  


 Rod


   Z jakiegoś powodu, którego nie potrafiłem, a nawet za bardzo nie chciałem, ubrać w słowa, pragnąłem jak najszybciej zapomnieć o wczorajszym dniu i skierować myśli na nowe tory. Żeby zrobić coś nowego, zrealizować jakiś świeży pomysł. Albo po prostu skierować uwagę reszty na cokolwiek poza moją osobą. I może dlatego miałem wrażenie, że na wilgotnej ziemi butelka kręci się jakby wolniej i jednocześnie dłużej niż zwykle. "Niech już skończy, starczy!" - myślałem. - "Najlepiej niech zatrzyma się na... Antiochis albo Benvoliu."
   Nic z tego.
   Po jeszcze dwóch leniwych obrotach butelka stanęła, wskazując wylotem gdzieś między Ciris a Hauru. A tam siedziała Kalipso i lekko zdumiona unosiła brwi.
 - A więc coś dla ciebie... - wymruczałem w rozkojarzeniu.
   Aby pokryć zmieszanie udałem zamyślenie. Podniosłem głowę i marszcząc brwi, zacząłem rozglądać się po otoczeniu, niby to szukając inspiracji. Wiatr lekko delikatnie kręcił liśćmi, nie poruszając nawet najmniejszych gałązek. Gdzieś w głębi parku świergotały ptaki, zagłuszając szum przejeżdżających zaraz za płotem samochodów.
   Bardzo mi zależało na tym, żeby zadanie dla Kalipso było neutralne, przezroczyste, nie kojarzyło się z niczym, nie aspirowało do tego, żeby być czymś, czym nie było. Nie byłem pewien czy po tym, co przeżyliśmy razem sformułowanie takiego zadania jest możliwe, ale zawsze mogłem próbować. No, i nie chciałem Kalipso w żaden sposób ranić, mścić się na niej. I chciałem, żeby to wiedziała.
 - Spróbujmy tak. - zacząłem w końcu. - Weźmiesz gitarę i będziesz grać i śpiewać gdzieś, gdzie będzie cię dobrze widać. O, mam: na schodach przy pomniku Mickiewicza.
   Zerknąłem na nią ciekawy jej reakcji.
 - Jak długo? - spytała uśmiechając się.
 - Tak z dwie godzinki. - odparłem odwzajemniając uśmiech.
 - Nie ma sprawy. Super zadanie! Poczekacie pod pomnikiem? Skoczę szybko do domu i zaraz do was dołączę.
   Bez zastanowienia przytaknąłem i zerknąłem na pozostałych. Zbierali się, żeby tam pójść, ale wyglądali dość sennie, jakby zupełnie ich nie ruszało, kto i czego ma się dziś podjąć. W niewielkim stopniu zmieniło się to, gdy wyszliśmy na miasto. Uliczny gwar nieco ich ożywił, ale jakoś nie było po nich widać szczególnej chęci do działania. Nie mogłem jednak narzekać, sam prezentowałem się tego dnia dokładnie tak samo. Wczorajsze przeglądanie zdjęć raczej nie mogło wywołać melancholii u nikogo poza mną i Rafaelą. Zresztą to nie wyglądało jak melancholia. Może to wina upałów? Tak czy inaczej snuliśmy się noga za nogą ulicami, mając nadzieję, że ci, którzy idą przed nami znają drogę.
    Nikt z nikim nie rozmawiał, nie droczył się, nie śmiał się. Aż w pewnym momencie usłyszałem za sobą cichy głos Hauru.
 - No nie daj się prosić...
 - Nie mam czasu... - odpowiedział mu przyciszony głos Ciris.
 - Są wakacje! Na pewno znajdziesz dla mnie chwilkę...
 - Ale...
 - Tak za stare, dobre czasy...
 - Niech ci będzie.
   Wielkim wysiłkiem woli powstrzymywałem się, żeby nie odwrócić do nich głowy. Nie miałem bladego pojęcia, co mogli przez to rozumieć, ale pewnie to i po ich myśli. Zresztą docieraliśmy właśnie do pomnika. Kalipso czekała już na nas, siedząc na wysokim krawężniku.
 - Hej, co z wami? - spytała, gdy się zbliżyliśmy. - Śpicie, czy co?
 - Twoja w tym głowa, żeby nas rozruszać. - odparłem.
 - Albo zupełnie uśpić i zwinąć manatki. - mrugnęła okiem.
 - To też jakaś opcja. Zatrzymamy się gdzieś po drugiej stronie ulicy, okej?
 - Czyli nie będę miała chórków... No trudno.
 - Powodzenia!
   Odeszła w stronę pomnika i powoli wchodziła na stopnie, uważając aby nie uderzyć o nie pudłem gitary.
   Odwróciłem się spokojnie i razem z resztą obsiedliśmy ławkę dokładnie naprzeciwko.
 - Przedstawienie czas zacząć! - rzucił Hauru.
   Pospieszył się z tym trochę, bo ruda najspokojniej w świecie wyjmowała gitarę z pokrowca i sprawdzała, czy jest dobrze nastrojona. Dopiero potem spojrzała w górę, zastanowiła się chwilę i zaczęła grać "All i want" Kodaline.
   Jej podejście do tego zadania z pewnością zasługiwało na miano profesjonalnego. Zupełnie nie przejmowała się obecnością przechodniów, czy to obojętnie ją mijających, czy to przystających i zastanawiających się, czy zbiera pieniądze, a jeśli tak, to czemu nie ma na nie kapelusza czy kubeczka.
   Jej głos był silny i czysty, a palce pewnie uderzały w struny, stopa lekko stukała w marmur. Próżno by było szukać u niej uśmiechu, ale i tak zdawała się być w pogodnym nastroju. Zamknęła oczy i wyciągnęła twarz do słońca.
   W południowym słońcu opadające jej na ramiona gęste loki błyszczały prawie pomarańczowo. Luźne rękawy bluzki zsunęły się jej z przedramion, odsłaniając bladą, gładką skórę. Kalipso nigdy nie lubiła się opalać, uważała to za stratę czasu. Nie mogła też usiedzieć na miejscu. Zawsze musiała wszystkiego spróbować, mieć o tym własne zdanie, a gdy już się czegoś podejmowała, wkładała w to całe serce. Jak teraz, to zupełnie się nie zmieniło. Tak samo jak to, że jest piękną dziewczyną.
   I pewnie wiele innych rzeczy zostało po staremu, tylko wszystko, co mnie z tym wiązało, zniknęło. Nie umiałbym opisać, w jaki sposób. Wszystko między nami było skończone i nawet nie czułem już ani bólu, ani tęsknoty. Nie było też zupełnej pustki, nie była dla mnie obcą osobą, ale nie do wszystkich wspomnień chętnie bym wracał. Czy można by to było określić jako stan wyjściowy? Może. Przynajmniej z mojej strony.
   Kalipso skończyła właśnie grać kolejną piosenkę i zrobiła sobie przerwę, żeby rozmasować opuszki palców. Pewnie przez butelkę długo nie miała gitary w rękach. Widząc, że wciąż jej się przyglądamy, pomachała do nas, a my jej odmachaliśmy - wszyscy z wyjątkiem Rafaeli. Ona tylko prychnęła cicho. Wciąż była niechętna wobec Kalipso i żadne zapewnienia z mojej strony, że nie mam żalu do swojej byłej dziewczyny, nie były w stanie jej przekonać do zmiany nastawienia. Wzruszyłem ramionami i znowu wsłuchałem się w dźwięki gitary. Byłem niemalże pewien, że kiedyś zweryfikuje swoje pretensje. Znałem ją na tyle dobrze, że nie martwiłem się o to. Zawsze kierowała się emocjami, przez co łatwo myliła się w ocenie ludzi i spraw. Wiele razy dyskutowaliśmy na błahe tematy i udawało mi się w końcu wskazać jej błąd w rozumowaniu. Prawdę mówiąc, dzięki tym dyskusjom dogadywaliśmy się naprawdę nieźle. To było coś zupełnie innego niż Benvolio z Romeem. Nie było rywalizacji, złośliwości, mogliśmy liczyć na szczerość i zrozumienie. Aż żałowałem, że nie jest moją rodzoną siostrą. I gdy po umówionym czasie podeszliśmy pod pomnik, by spotkać się ze zmęczoną Kalipso, nie miałem oporów, żeby dołączyć się do szczerych słów zachwytu reszty grupy. Bez wątpienia zasługiwała na nie, a Rafaela na pewno jeszcze się przekona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz