poniedziałek, 7 lipca 2014

46. Jakaś paranoja

 Rafaela


   Było niedzielne popołudnie.
   Ponieważ tego dnia nie spotykaliśmy się na grze w butelkę, Benvolio zaproponował mi wspólne oglądanie filmu. Znał ich całkiem sporo, a jako że uwielbiam dyskusje na temat kinematografii, chętnie się zgodziłam. Tym bardziej, że Rod jechał dziś ze swoimi rodzicami po nowe biurko, więc i tak byśmy się nie spotkali. 
   Komedia właśnie dobiegła końca i odruchowo zaczęłam rozważać, jaką ocenę wystawić jej na Filmwebie. 
 - Co za idiota! - wykrzyknął Benvolio znienacka. 
   W jego głosie pobrzmiewał zawód. 
 - No... - przytaknęłam. - Jak można wybrać Cameron Diaz grającą głupią, rozwrzeszczaną blondynkę, zamiast roześmianej Julii Roberts?! 
 - Co on w niej w ogóle widział?
 - Nie mam pojęcia! Nawet ich związek był bez sensu - ledwo się poznali, a już ślub. Mulroney musiał być mocno pijany, żeby poprosić ją o rękę... 
 - To chyba jedyna możliwość. Pijany zawsze widzi świat inaczej... 
 - Mówisz z własnego doświadczenia? - uśmiechnęłam się kpiąco. 
 - Jeśli tak można określić obserwowanie pijanych kolegów... - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
 - Jak można się w kimś zakochać od pierwszego wejrzenia? Zupełnie się nie znając... Nic o sobie nie wiedząc... Jak można chcieć związać się z obcą osobą? - spytałam po chwili ciszy.  
 - A czemu nie? - chłopak zaczął polemizować. - W końcu nie da się "zupełnie" poznać człowieka, poznajemy się całe życie. Gdzie byłaby granica, za którą ktoś nie jest już obcy?
 - Nie mam pojęcia, gdzie byłaby granica, ale nie wmówisz mi, że da się zakochać w jeden dzień! 
 - Myślę, że trochę na tym polega zakochanie, że kogoś nie znamy za dobrze, ale i tak coś nas do niego ciągnie. 
 - Wydaje mi się, że najpierw powinna pojawić się przyjaźń, a dopiero potem miłość. A na przyjaźń potrzeba czasu.
 - Ale przyznasz, że przyjaźń to jednak coś innego niż miłość. - obstawał przy swoim. - W końcu nawet w tym filmie to widać.
 - Ze strony faceta tak, ale dla Julii przyjaciel jest też ukochanym. Więc różnica między tymi uczuciami chyba nie może być aż tak duża.
 - A jednak dla większości ludzi to jest rozróżnia! Może tylko jej się wydawało, że to przyjaźń, a potem zdała sobie sprawę, że to co innego?
 - Czym więc, według ciebie, przyjaźń damsko-męska różni się od miłości?
   Z zapałem zaczął wymieniać:
 - Przede wszystkim chemią. Przyjaciele znają wszystkie swoje słabości, tajemnice, przewidują swoje reakcje, zakochani, mimo bliskości, mogą mieć przed sobą tajemnice, ciągle się poznają i na nowo odkrywają. Rutyna i czas wzmacniają przyjaźń, a związek rozkładają, zabijają uczucie. Poza tym, czy przyjaciele zachowują się tak wobec siebie jak para? Czy obejmują się cały czas jak dawniej Rod i Kalipso? Czy szepczą coś sobie cały czas, muskając się ustami, jak wieki temu Ciris i Hauru? Czy patrzą sobie w oczy jak ja patrzę teraz?...
   Pod koniec głos mu zadrżał, jakby zabrakło mu powietrza.
 - Pójdę po coś do picia. - szepnął i szybko wyszedł z pokoju.
   Chwilę trwało, zanim dotarł do mnie sens jego słów. Natychmiast potrząsnęłam głową w geście samo-zaprzeczenia. Musiałam się przesłyszeć... Zakręciło mi się w głowie i zapragnęłam jak najszybciej wydostać się z tego pomieszczenia.
   Nie było mi to jednak dane ponieważ w progu pojawił się Benvolio, niosąc w rękach szklanki soku pomarańczowego. Był cały czerwony na twarzy, a wzrok wbijał w podłogę, jakby obawiał się, że się pośliźnie.
 - Chciałabyś obejrzeć jeszcze jakiś film? - zapytał cicho, podając mi napój.
 - Nie, chyba mi wystarczy na dziś... - odparłam, a kiedy brałam od niego szklankę, koniuszki naszych palców się zetknęły.
   Benvolio odskoczył jak poparzony, uderzając ręką w kant stojącego przy kanapie stolika, po czym jeszcze bardziej się zaczerwienił i pochylił.
 - Nic ci nie jest? - spytałam zakłopotana.
 - Nie, wydawało mi się, że widziałem tu komara...



Kalipso


   Żałowałam, że dzisiejsza gra została odwołana. Mimo, że śród przyjaciół nie czułam się już tak pewnie jak kiedyś, nadal ich towarzystwo było lepsze od pustych ścian domu, albo obecność ojca w pokoju obok...
   Był tez jeszcze jeden powód, dla którego z taką chęcią chodziłam na te spotkania - Hauru.
   Coraz częściej przyłapywałam się na wodzeniu za nim wzrokiem. Potrafiłam całymi dniami obserwować, jak przeczesuje palcami ciemne włosy, między którymi już od jakiegoś czasu pojawiały się blond odrosty, jak żartuje sobie z innymi i śmieje się ze swoich własnych żartów, nawet jeśli innym wydają się nie na miejscu, jak gwiżdże pod nosem wpatrując się w chmury, jak... stop! 
   Chyba nadszedł czas, abym szczerze przyznała sama przed sobą, że ten irytujący bałwan naprawdę mi się podobał...
   Nic to jednak nie zmieniało. Hauru nie patrzył już na mnie jak dawniej. Tak, jak przypuszczałam od samego początku, byłam dla niego tylko zabawką. Znalazł sobie cel i robił wszystko, aby go zdobyć. Nie udało mu się, więc odpuścił zapewne aby znaleźć sobie kolejny... Cały on! Czy z Ciris było inaczej?! Hauru się nią znudził, rzucił i przestał zwracać na nią uwagę. To samo spotkało mnie... Chłopak jedynie co jakiś czas rzucał mi zaniepokojone, albo smutne spojrzenie. Sama nie wiem, co chciał tym osiągnąć...
   To, co mogło być między nami, nigdy się już nie zdarzy. I może tak powinno być... Skoro dla niego to jest tylko rozrywka, to powinnam się cieszyć, że nie dałam mu szans na złamanie mojego serca... A jednak wcale nie było mi do śmiechu. Wręcz żałowałam. Żałowałam, że nie spróbowaliśmy... Może gdybym wtedy zaryzykowała, nie miałabym poczucia, że omija mnie coś bardzo ważnego...

1 komentarz:

  1. Bardzo mi się podobają przemyślenia zawarte w tej notce. :)

    OdpowiedzUsuń