Antiochis
A więc stało się.
Znowu nieudolnie
próbowałam siłą scalać naszą grupę, dając za pretekst
dobro Ciris. Poprzednio mieliśmy ją oszukiwać, a teraz to ja wkręcałam
wszystkich pozostałych. Przez Benvolia rozesłałam wici, że nasza
przyjaciółka za 3 dni wraca do Polski i że do tego czasu musimy zebrać się do kupy. I to
na serio, na stałe. Albo przynajmniej wyjść z dołka...
Naprawdę nie wiem, po co mi to było.
Dlaczego tak panicznie reagowałam na każde spięcie, ogłaszając
je apokalipsą i wzywając wszystkich do ostatecznego zwarcia szyków.
Dlaczego w imię tych swoich fobii byłam w stanie łamać tak
kardynalne zasady jak ta, żeby nie okłamywać przyjaciół. I czemu
wreszcie sama naprawdę tak odbierałam te wszystkie wydarzenia - jak
prawdziwy, objawiony armagedon.
Na pewno nie z troski o nas wszystkich,
co do tego już przestałam się oszukiwać. Bardziej nam szkodziłam
niż pomagałam - więc w imię czego? Może chciałam jakoś zmusić
resztę do działania? Nie wydawali się panować nad tym, co mówią
i robią, więc może oblewanie ich wiadrem wody raz po raz mogłoby
wrócić im przytomność umysłu?
Ale przecież ja nie byłam
lepsza! Byłam w to wplątana tak samo jak wszyscy. Jak można
próbować rozwiązywać supeł od wewnątrz? Po prostu bałam
się, że zaraz nie będzie co rozplątywać. Wolałam komplikować
bardziej, byleby nie zostawiać sprawy ot, tak. Ale co jeśli
zaplączę tak, że jedyne co będzie można zrobić, to przeciąć
węzeł?
To wszystko jest takie kruche...
Wszystko.
Łzy mi napływały do oczu, gdy stałam na uklepanej ziemi
między świerkami zaciskając pięści. Ale już nie mogłam się
wycofać. Co ja najlepszego narobiłam?
- Hej Anti! Jak tam? Świetnie, że
Ciris przyjeżdża! O! Jeszcze nikogo nie ma? - zarzucił mnie
potokiem słów Hauru wbiegając między drzewa.
- Yyy... Nie, zaraz powinni być.
I rzeczywiście po minucie pojawili się
kolejno Kalipso, Rafaela i Benvolio, który
wciąż zdyszany wykrzyczał triumfalnym tonem:
- Komplet!
- Nie do końca... - wychrypiała
Kalipso patrząc w ziemię.
- Jak to? A Rod? - zapytałam
podejrzliwie.
Akurat Benvolia nie podejrzewałam o pomijanie go.
- A nie ma go tu? - rozejrzał się
dookoła. - Cholerka! Pewnie wypadłem z jego domu jak ten idiota,
nie patrząc, czy w ogóle idzie za mną!
- A co ci powiedział?
- Jak to "powiedział"?
Wpadłem tylko na chwilę, zgarnąć go i zaraz leciałem po Kalipso.
- Oj, przepraszam, mogę tam pójść
jeszcze raz. - dodał po chwili szczerze przepraszającym tonem.
- I tak nie wyciągniesz go z domu. - powstrzymała go Rafaela. - Jeśli sam nie przyszedł...
- No dobra... - zgodził się, choć
niezbyt z tego zadowolony. - To jesteśmy. Co teraz?
- Gramy! - zawołał aż nazbyt
radośnie Hauru.
- Kto kręci? - zapytałam, chcąc
brzmieć rutynowo.
- Ja. - odparł świeżo upieczony
szatyn, wyraźnie starając się zachować entuzjazm z poprzedniego
zdania.
- Myślicie, że możemy tak bez Roda?
- zapytała Kalipso, jednak wyjęła jednocześnie butelkę z
torebki.
- Graliśmy, kiedy Ciris wyjechała. Dajmy Rodowi trochę czasu... ale chyba nie warto zatrzymywać
gry... - powiedziałam.
- Dokładnie. - poparł mnie Hauru i
zakręcił butelką. - Benvolio!
- Mam nadzieję, że masz lepszy pomysł
niż za pierwszym razem. - powiedział z obawą.
- Wszystkie moje pomysły są
wspaniałe! - odparł. - A ten na pewno ci się spodoba! Pójdziesz
do kina, trwa tam teraz Festiwal Harrisona Forda, wejdziesz na któryś seans i
zrobisz wszystko, żeby zirytować każdą osobę na sali!
- I rozumiem, że będziemy tam razem? - zapytał Benvolio pocieszony.
- Oczywiście!
- Ej, no to co za problem! Lecimy! -
stanął na równe nogi i zaczął ochoczo podrywać nas z
ziemi.
Jak za starych, dobrych czasów.
W sumie dawno nie byłam w kinie. Sama,
z własnej woli pewnie w ogóle bym tam nie poszła, a i
Benvolio ostatnio częściej oglądał filmy ze swoich zbiorów.
A miał z czego wybierać... Ale, jak powiedział, "Indiany Jonesa" nigdy za wiele i dlatego teraz Benvolio wybrał właśnie
ten film - a może i po to, aby atmosfera sprzyjała planowanym
wygłupom.
Jak gdyby nigdy nic, kupiliśmy popcorn
i colę przy lekkim szumie przerywanych rozmów i zapędzani
jak stado owiec przez naszą dzisiejszą ofiarę, udaliśmy się do
odpowiedniej sali.
- To taki dobry film... - westchnęła
Rafaela. - Aż szkoda będzie przeszkadzać...
- Oj, uwierz mi, będzie ciekawszy niż
normalnie. - odparł Benvolio z zawadiackim uśmiechem na twarzy.
- Twierdzisz, że będziesz lepszy od
Harrisona Forda? Śmiem wątpić. - zażartowała.
- Teraz zdobędzie Oscara co najwyżej
za rolę drugoplanową!
- Tak się składa, że jak dotąd
dostał jedynie nominację do Oscara i to za "Świadka"...
A przecież jest genialny!
- Ta... te 4 nominacje do Złotych
Globów to też niefart...
- Ej, będziecie się tak popisywać,
czy już wejdziemy? - wtrącił się do rozmowy Hauru.
- Oj, nie spinaj się, przecież i tak
wykonam zadanie! - tamten huknął mu nad uchem, ale potem posłusznie
otworzył drzwi Rafaeli, Kalipso i mi, no i z rozpędu również Hauru. Wskoczył do sali zaraz za nami i
wyprzedził nas, trzymając wszystkie nasze bilety na wysokości oczu
i próbując z nich rozczytać, gdzie mamy usiąść. Sala nie
była jednak wyjątkowo pełna - zajęte było może kilkanaście
miejsc, choć zaraz miał zacząć się seans - więc wzruszył
ramionami i zaprowadził nas tam, gdzie uznał za słuszne: na samą górę do ostatniego rzędu foteli.
- Myślicie, że starczy mi popcornu? -
spytał Hauru wchodząc za mną po schodach - Kupiłem dwa kubełki, bo jeden zawsze schodzi na
reklamach... ale reklamy chyba jednak trwają krócej od
filmu...
- Podejrzewam, że to może być niejedyny
powód... - odparłam.
Nie spodziewałam się, żeby nasz
przyjaciel popisał się jakimś błyskotliwym dowcipem.
- Poza tym, po takiej dawce soli będzie
ci się chciało pić, a ja nie zamierzam oddawać ci mojej coli. -
wtrąciła Kalipso.
- Przecież kupiłem Sprite'a! -
powiedział Hauru
- Tego, którego trzyma
Benvolio?
- Co?
Zdezorientowany chłopak rozejrzał się
i spostrzegł, że butelka, która jeszcze przed chwilą
wystawała z jego torby, znajdowała się obecnie w rękach bruneta.
- Ej! To moje!
- Wezmę tylko łyka! - zawołał
tamten.
Podniósł butelkę do ust, ale
wchodząc jednocześnie po schodach potknął się i przewrócił
rozlewając wszystko na podłogę.
- Upss...
- Skąd ja wiedziałem, że tak
będzie... - westchnął Hauru.
- Zachowujesz się jak moja matka...
- Hm... w takim razie to musi być
zajebista kobieta!
Zajęliśmy miejsca.
Benvolio spokojnie rozpoczął zadanie - przez
jakiś czas siedział jak każdy inny, oglądając reklamy, a nawet
pierwsze sceny.
Jednak w miarę jak napięcie rosło,
robił się coraz mniej spokojny, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to
nie z tego powodu, jaki przewidzieli twórcy filmu.
Wypatrzył siedzącą kilka
rzędów przed nami parę i po pół minuty planowania, mierzenia i innych przygotowań zaczął rzucać pojedynczymi
ziarenkami popcornu w ich głowy. Jak na niego - nadzwyczaj celnie!
Oczywiście tamci zwrócili na to
uwagę, a Benvolio niezbyt dobrze udawał, że nie ma z tą sprawą
nic wspólnego, ale i tak byłam dumna z jego dokładności.
Poza tym wyglądało na to, że
odpuścił sobie żarty rodem z podstawówki i amerykańskich
seriali i postanowił wymyślić coś innego, bo przez jakiś czas
znowu siedział cicho, a potem zaczął powtarzać co bardziej
efektowne kwestie bohaterów - coraz głośniej i w coraz
bardziej przerysowany sposób, dodając potem gestykulację, a
na koniec pełną "grę", zawierającą w sobie między
innymi skakanie po fotelach w scenach walki, drażnienie się z
innymi widzami przez wypowiadanie do nich słów postaci czy
też bieganie po sali z popcornem jakiegoś nastolatka - że niby
ucieka z dyskiem laski Ra.
Przeholował, jak to on, ale dopiero po
jakimś czasie - gdy próbował wkręcić w tę zabawę jakąś dziewczynę, która widocznie świetnie się bawiła przy jego
popisach. Jednakże jej chłopak chyba uznał, że rola Marion nie jest dla
niej odpowiednia... Szkoda! Miała do tego idealne włosy.
Cóż poradzić... Żeby uniknąć
bezpośredniej konfrontacji z tamtym gościem, Benvolio dał nam
znak, żebyśmy wynosili się z sali. Na pewno nie skończyłoby się
na niczym więcej niż pełnym zniesmaczenia spojrzeniu, ale nie
byliśmy w nastroju do kłótni. Tak jest, zataczaliśmy się
ze śmiechu właśnie przez te dzikie popisy - a zadanie można było
z czystym sumieniem uznać za wykonane.
- A gdzie Rafaela? - zapytałam, gdy
tylko opanowaliśmy chichot po wyjściu z sali.
- Chyba mówiła, że chce zostać
do końca. - odpowiedział mi Hauru. - Ma ktoś coś do picia? Sól
mi usta wypala...
- Mam trochę coli. Trzymaj! - radośnie
odparł winowajca.
- Miałeś colę i zabrałeś mi
Sprite'a?! Ty podły człowieku!
- Myślałem, że trzeba będzie
więcej, ale potem porzuciłem tę strategię, jak widziałeś...
- To idziemy? - spytała
Kalipso, która przez większość czasu trzymała się cicho z
boku.
- Zaczekajmy na Rafaelę! - zawołał
Benvolio, jednak ona sama właśnie w tym momencie pojawiła się w
otwartych drzwiach sali przy triumfalnych dźwiękach muzyki
towarzyszącej napisom.
- Miło z twojej strony. - uśmiechnęła
się.
- No to skoro jesteśmy już wszyscy,
jednogłośnie stwierdzacie, że zrobiłem, co należało... -
Benvolio zawiesił głos.
- To możemy pójść na zimne
piwo. - rzucił Hauru, raczej z myślą o swoim języku niż o samej
przyjemności picia.
- Ja chyba wrócę do domu...
Muszę jeszcze... posprzątać w pokoju. - rzuciła ruda i bez
pożegnania odeszła.
- A ja bym sprawdziła jeszcze
repertuar. - zamyśliła się Rafaela.
- O! Ja też! - zawołał żywo
Benvolio.
- Myślisz, że wpuszczą cię ponownie
do kina po tym, co dzisiaj wyprawiałeś? - zaśmiał się Hauru.
- Może...
- Niepoprawny optymista...
- Nie ważne. - roześmiałam się. - Chodźmy lepiej na to piwo.
- To ty pijesz? - spytał Benvolio.
Popatrzyliśmy na niego z Hauru, jakby
urwał się z choinki.
- Nie myślałem, że czegoś o tobie
nie wiem. - pokręcił głową z półuśmiechem.
Odwrócił
się i dogonił Rafaelę, która już szła w kierunku
repertuaru i właśnie go wołała.
- Nie wierzę. Nie idziesz z nim? -
zapytał Hauru patrząc na mnie wielkimi oczami.
- A co? Może mam być zazdrosna jak
matka czy, nie daj Boże, dziewczyna? - odpowiedziałam, unosząc
brwi.
- No wiesz... zwykle jednak się nie
rozstajecie...
- Myślę, że znajdziemy przy tym
piwie tematy do obgadania... - pokiwałam głową i ruszyliśmy w
kierunku wyjścia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz