Kalipso
Sięgnęłam do puszki z farbą i
zanurzyłam w niej dłoń aż po nadgarstek. Przyjemny chłód
i opór, jaki stawiała ciecz niósł ukojenie. Zamknęłam
oczy i poruszyłam palcami. Po pokoju rozniósł się już
charakterystyczny zapach. Otworzyłam oczy i spojrzałam na dłoń.
Miała barwę krwi. Zamaszystym ruchem pociągnęłam palcami po
płótnie. Nienawidziłam pędzli. To było dobre dla osób
takich jak Ciris - delikatnych, ostrożnych, starannych... Ja
musiałam czuć, że to, co maluję, wychodzi prosto ode mnie.
Może taki był mój problem?
Może za bardzo się we wszystko angażowałam? Chciałam mieć
wszystko pod kontrolą, nie powierzać nikomu opieki nad niczym.
Samej zająć się każdą sprawą, każdym problemem...
A może wcale nie chciałam oszczędzić
Hauru cierpień z powodu odrzucenia? Mogłam mu już wcześniej jasno
dać do zrozumienia, że nic z tego nie będzie... Ale z czystego
egocentryzmu trzymałam go w niepewności. Wszystko, co o mnie
powiedział, było prawdą: jestem podła.
Zacisnęłam pięści z bezsilnego
gniewu i zatoczyłam nimi koło. Sięgnęłam do drugiego pojemnika z
farbą. Ecru. Kolor skóry... jakbym przywdziewała drugą
powłokę... Wąż. Przywiodłam ich wszystkich do nieszczęścia.
Nic dziwnego, że teraz mnie nienawidzą.
Rod do mnie nie wróci...
kogo ja oszukuję? Jak mógłby? Wybrałam go, bo bałam się, co by się
mogło stać, gdybym zadecydowała inaczej. Czy myślałam wtedy,
którego z nich kocham bardziej? Nie. Myślałam tylko o tym,
co o mnie powiedzą. Zrobiłam szybki bilans zysków i strat z
którego wyszło mi, że lepiej wrócić do Roda. Taka
jest okrutna prawda. A najgorsze, że zdaję sobie z tego sprawę...
Cisnęłam garść płynu na płótno,
pochyliłam się nad nim i zawzięcie rozsmarowałam, jakbym miała
nadzieję, że w ten sposób wygładzę rysy swojego potwornego
charakteru.
W tym momencie usłyszałam ciche
stukanie do drzwi i do mojej sypialni wszedł ojciec.
- Przyniosłem ci tosty... Pomyślałem,
że może coś zjesz...
- Jadłam już. - rzuciłam gniewnie.
- Nie wychodzisz z pokoju od dwóch
dni. Nie kłam.
- Nie jestem głodna.
Pochyliłam się nad pracą mając
nadzieję, że ojciec zaraz wyjdzie z pokoju. Jak to on. Ale został
i przysiadł na skraju mojego łóżka tak, że gdybym
podniosła wzrok, mógłby przez moje oczy wedrzeć się do
najgłębszych zakamarków duszy. Nie miałam zamiaru dawać mu
ku temu szansy.
- Co się dzieje, Kalipso? - spytał.
- Nic. Przejdzie mi. - warknęłam,
choć zaraz skarciłam się za to w myślach.
Nie powinnam
wyładowywać na nim własnego rozżalenia.
- Chodzi o tego chłopca?
- I tak go nie lubisz. Powinieneś się
cieszyć. - mimo wszystko nie umiałam zapanować nad swoim
temperamentem.
- Nie cieszy mnie, że moja córka
chce się zagłodzić na śmierć.
- A to zabawne. Mama też walczy z
głodem na świecie, nie?
Spojrzałam na niego wyzywająco, a on
odwzajemnił spojrzenie, aż zadrżałam. Mogłam robić mu różne
uwagi, ale zawsze patrzył na mnie z tym samym wyrazem dojmującego
smutku i miłości. Teraz ta iskra znikła, a na jej miejscu pojawił się niepohamowany gniew.
- Geny to jednak geny. - mruknął. -
Nie ważne jaką troską by cię nie obdarzono, nie ważne jak by cię
kochano, ty i tak zadasz człowiekowi cios w plecy. Zupełnie jak
twoja matka.
Słowa ojca zabolały. Były jak cios
prosto w brzuch - odebrały mi dech i wycisnęły pojedyncze łzy z
oczu.
- Nie jestem tylko jej córką. W
moich żyłach płynie i twoja krew. Mówisz, że jestem
nieczuła? To gdzie byłeś, przez te wszystkie dni, które
musiałam spędzać w tym domu sama?! Czemu potrafisz patrzeć na
mnie tylko wtedy, gdy ja nie mogę spojrzeć ci w oczy?!
Gardło mnie zapiekło. Chciałam
otrzeć z policzków niepożądane łzy, ale przypomniałam
sobie, że mam całe dłonie uwalane farbą.
Ojciec wstał. Spojrzał na mnie z góry
i powiedział sucho:
- Zjedz tosty.
Po czym wyszedł.
Chwyciłam talerz z grzankami i
wyrzuciłam go przez okno. Niech go sobie znajdzie na tym swoim
ślicznie zadbanym trawniczku, gdy będzie wieczorem wychodził na
partię brydża z resztą biznesmenów. Mało mnie to obchodzi.
Skoczyłam z powrotem do płótna
i nabrałam kolejnej farby w dłonie. Rozlała się tworząc długi,
nieregularny kształt. Rozbryzgałam ją, jakbym chciała podrzeć
materiał szponami. To była czerń. Kolor mego szczęścia i
rozpaczy.
Chwyciłam się za włosy, gdy
zobaczyłam wynik mej pracy. Przede mną widniała plama o konturach
twarzy człowieka. Jego ciemne włosy były zmierzwione, oczy zdawały
się być rozmazane i nieodgadnione, usta wykrzywiały się w jakimś
grymasie, a wzdłuż szyi ciągnęła się prosta kreska z której
kapała krew.
Odsunęłam się z przerażeniem od obrazu.
Hauru czy Rod?
A może jeden i drugi...
Nie wiedziałam, kogo miała na myśli moja podświadomość. Nie
robiło to z resztą różnicy. Zawiniłam wobec obydwu. Z
głupiej pobudki jaką była chęć uzyskania czyjejś uwagi. Prawda bywa bolesna, ale musiałam
przyznać rację ojcu. Nie kochałam żadnego z nich, bo gdy się
kocha, to się nie rani. Nie jestem zdolna do miłości. To chyba
rodzinne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz