środa, 19 lutego 2014

36. Ognisko

 Rafaela


   Benvolio zakręcił butelką i zatarł ręce widząc, że wskazała Antiochis.
 - To musiało się kiedyś stać. - westchnęła ze spokojem na twarzy.
 - A dawno się nie udzielałaś. - zaśmiał się, żeby znowu spoważnieć, zastanawiając się: 
 - Co by ci tu zlecić...
   Zaczął rozglądać się naokoło, zawieszając wzrok w różnych miejscach, aż w końcu wypalił:
 - Zrobisz nam ognisko! Ale wieczorem, w dzień to nie ma tego klimatu. - widać było, że w jego głowie powstaje właśnie wizja jakiegoś wyidealizowanego nocnego siedzenia przy ogniu. - Zorganizujesz drewno, zapałki, jakiś pieniek albo koc do siedzenia, coś do żarcia, namówisz Kalipso, żeby przyniosła gitarę...
 - Nie grałam na niej od wieków! Pewnie jest całkiem rozstrojona. - odezwała się ruda.
 - Świetny pomysł! - zawołał jednocześnie Hauru.
 - No dobra, jakoś dam radę. - westchnęła znowu Anti. - Ale nie zrobię tego tutaj. Pójdziemy gdzieś pod miasto.
 - To już zależy od ciebie. Tylko powiedz nam, gdzie mamy przyjść! - uśmiechnął się.
 - I o której. - dodałam.
 - No dobra, to napiszę wam, na którą się wyrobię. - powiedziała Anti mrużąc oczy. - A teraz róbta, co chceta. Chyba, że moglibyście pomóc mi w zbieraniu jakichś suchych badyli...?
 - Mam jeszcze dziś skompletować rekwizyty do przedstawienia... - powiedział przepraszająco Hauru.
 - A ja pójść na zakupy. Mogę załatwić chleb na grzanki. - zasugerowałam.
 - O! Byłabym bardzo wdzięczna. - uśmiechnęła się.
 - Jeśli mam przynieść tą gitarę, to trzeba ją doprowadzić do porządku... - westchnęła Kalipso.
 - Spoko, byłoby super, jeśliby udało się ją nastroić i przynieść. - Anti znowu szczerzyła zęby, niby cała szczęśliwa. - Może ty, Benvolio, byś dołączył? - poprosiła czy raczej zażądała, biorąc pod uwagę jej ton i mimikę.
 - No wiesz, to twoje zadanie. - odparł, kręcąc lekko głową, chociaż zaraz dodał: 
 - Ale daj znać, jak będziesz potrzebować pomocy.
 - Okej. No to biorę się do pracy.
   Spotkaliśmy się koło 20:00 na polanie pod miastem. W weekendy ludzie przyjeżdżali tu robić grilla czy ogniska, opalać się, grać w siatkówkę i ringo. Kiedy byłam młodsza, często przyjeżdżaliśmy tu z rodzicami, a i zawsze znalazł się ktoś znajomy, z kim można było pograć w berka.
    Benvolio i Antiochis układali właśnie patyki na ognisko. Słyszałam, jak dziewczyna poucza przyjaciela:
 - Najpierw kora i małe gałązki a potem większe! Tak to nie wyjdzie!
 - A co za różnica? Drewno to drewno...
   Dalej Hauru rozkładał koce, a po przeciwnej stronie Kalipso brzękała coś na gitarze. Oczy miała podkrążone, a włosy nieuczesane.
 - Fajny pomysł z tym ogniskiem, ale trochę kameralny. Może jeszcze zadzwonię po grupę teatralną? - rzucił Hauru.
 - Serio chcecie robić z tego jakąś wielką imprezę? - odezwała się znad tlącego się ogniska Anti z wyraźną niechęcią w głosie.
 - Tak tylko proponuję. Spokojnie. - zaśmiał się.
 - Ej, a może jednak? - podtrzymał temat Benvolio. - Co o tym sądzicie?
 - Nie jestem jakoś przekonana. - powiedziałam.
 - Ja też wolałabym spędzić wieczór w mniejszej grupie. - dodała ruda.
 - Jak chcecie. - zakończył Hauru po czym dodał:
 - Benvolio... dmuchać powinieneś z boku, bo gasisz ogień.
 - Oj tam! - machnął ręką brunet, jednak pochylił się ku ziemi, żeby zastosować się do rady chłopaka.
   Języczki ognia powoli zaczęły zajmować kolejne patyki i w końcu wyglądało na to, że ognisko się rozpali.
   Położyłam się na kocu i wpatrywałam się w niebo zmieniające kolor z błękitu na czerwień, pomarańcz, róż i złoto. Nad nami fruwały jaskółki pokrzykując do siebie głośno. Oto kwintesencja wakacji. Leżeć w trawie patrząc w niebo - czy nie o tym marzy się przez cały rok szkolny zakuwając, jak działa ogniwo elektrochemiczne błony tylakoidu, czym różni się fotosynteza C3 i C4 albo do czego potrzebny jest roślinom kwas abscysynowy?
 - Chyba nie wypatrujesz pierwszej gwiazdki, co? - zażartował Hauru.
 - Podejrzewam, że i tak nie uzbieralibyśmy 12 dań. Tylko ja przyniosłam coś do jedzenia. - odparłam podnosząc się na łokciach.
 - Muzyka jest pokarmem duszy. - odezwała się Kalipso nadal pochylona nad gitarą tak, że nie dało się dostrzec wyrazu jej twarzy.
 - Czyli udało ci się nastroić tę gitarę? - odezwała się Antiochis, ostatecznie upewniwszy się, że ogień płonie już bez niczyjej pomocy.
 - Tak. Ciekawe tylko, czy znamy te same piosenki... bo z tym różnie bywa.
 - W razie czego możemy się czegoś nauczyć. W końcu mamy dosyć czasu.
 - I w sumie możemy już siadać. Wszystko przygotowane. - zwrócił uwagę Benvolio.
 - Świetnie! - powiedział Hauru wyciągając rękę do bruneta. - Przyjmij moje gratulacje. Zdałeś na młodszego pomocnika szamana.
 - Na co? - spytałam zdezorientowana.
 - Ej, dlaczego "młodszego"? - w tej samej chwili odezwał się Benvolio.
 - Bo tak lepiej brzmi. - wzruszył ramionami Hauru.
 - Młodszego mogę ci załatwić, mam w domu takiego małego upierdliwca.
 - To jest blada twarzy. Nie przyjmiemy go do plemienia!
 - Nie ma to jak stara dobra zabawa w Indian. - uśmiechnęła się Kalipso.
 - Lisia Lilio, to nie zabawa! - zwrócił jej uwagę.
 - Od kiedy to nazywam się Lisią Lilią?! - spytała oburzona ruda.
 - Od dziś! - zadecydował Hauru.
 - Naprawdę mogło być gorzej. - zwrócił jej uwagę Benvolio.
 - Mogłaś się nazywać Dmuchająca z Góry Fretka. - potwierdził inicjator zabawy. - Ale to imię młodszego pomocnika szamana.
   Tym razem to mina Benvolia wyrażała niezadowolenie z doboru imienia. Kątem oka zauważyłam też, że Anti profilaktycznie wraca niby to poprawić coś przy ognisku.
 - A gdzie jest ten szaman? - spytałam.
 - Szaman wyjechał na Górę Duchów spotkać się z przodkami. W wiosce został tylko jego młodszy pomocnik, uzdrowicielka i wódz.
 - I pewnie ty jesteś wodzem?
 - Nie. Wodzem jest Widząca Gwiazdy i Słońce - kiwnął głową w kierunku Anti.
 - Nie tak źle. - pochwaliła go tamta. - I skoro ja tu rządzę, to siądźmy wreszcie, bo zgłodniałam przez tę robotę.
   Wszyscy posłusznie wykonaliśmy jej polecenie, jakby rzeczywiście przejęła władzę. Usiadłam między nią a Hauru. Dalej miejsca zajęli Benvolio i Kalipso.
 - To było chyba najprostsze z dotychczasowych zadań. - odezwał się Benvolio już podsumowując dzisiejsze wydarzenia.
 - A więc masz haniebny zaszczyt, ponieważ sam je wymyśliłeś. - odparł Hauru.
 - Ale przyznasz, że jest przyjemnie. Przyjemniej niż gdybyśmy mieli teraz siedzieć w jakiejś norze czy na ulicy.
 - Siedzenie w opuszczonej chatce w lesie o tej porze byłoby fajne! Bardziej ekscytujące. Co nie, Kalipso?
   Widziałam, jak po jej twarzy przemknął cień, zanim się pochyliła udając, że nie usłyszała pytania i zaczęła leniwie grać pierwsze akordy "Stairway to Heaven".
 - To jakaś aluzja? - domyśliłam się.
 - Jedno z zdań. Kalipso musiała siedzieć bezczynnie cały dzień w jednym miejscu. Właśnie w chatce w lesie. Z Rodem. - wyjaśnił mi Benvolio.
   Ścisnęło mi się gardło, gdy usłyszałam jego imię i jeszcze bardziej znienawidziłam rudą. Cały dzień spędziła z moim kuzynem w chatce, w której bawiliśmy się jako małe dzieci, gdy rodzice chodzili na grzyby.
 - Aha. - mruknęłam, żeby oderwał ode mnie wzrok wyczekujący na odpowiedź.
   Na moment zapadła krępująca cisza.
 - To kto chce kiełbaskę? - spytała Aniochis.
 - To nie są kiełbaski, tylko niedźwiedź, którego dziś upolowałem! - powrócił do indiańskiej metaforyki Hauru.
 - Ściślej rzecz biorąc, ja upolowałam. Kto poszedł do sklepu? - przypomniałam mu.
 - Czarny Kruk przecenia swoje zasługi. - burknął urażony.
 - Nie mogłeś mi wymyślić czegoś bardziej oryginalnego?
 - Ze Złotym Jeleniem się nie dyskutuje, bo i tak nie ma to większego sensu. - dodała z przeciwnej strony ogniska Kalipso.
 - Lisia Lilio, jak mnie nazwałaś?! - spytał Hauru z niedowierzaniem.
 - Słyszałeś, Złoty Jeleniu. Ciesz się, zawsze mogło być gorzej.
   Reszta zaśmiała się z dowcipu, ja zmusiłam się jedynie do lekkiego uśmiechu. Postawa Kalipso, sama jej obecność, pobudzała we mnie nieprzebrane pokłady zazdrości i nienawiści. Ale nikt nie musiał o tym wiedzieć.
   Nabiliśmy kiełbaski (vel niedźwiedzia) na patyki i zaczęliśmy je piec nad ogniem.
Już po chwili usłyszeliśmy zawiedziony jęk Benvolia:
 - Znów wpadła do ognia! Czemu zawsze muszę jeść zwęglone szczątki?!
 - To ofiara dla przodków. - wtrącił Hauru.
 - Moi przodkowie wydzierają mi jedzenie...
 - A to złośliwcy... - powiedziała pod nosem Antiochis.
 - Mogę ci dać połowę mojej, bo i tak tyle nie zjem. - zaproponowałam.
 - O, dzięki! - odpowiedział zaskoczony i wziął ode mnie pół porcji.
   Na chwilę zapadła cisza, kiedy jedliśmy kiełbaski i piekliśmy dodatkowe grzanki.
Przez dłuższy czas nikt się nie odzywał - siedzieliśmy tylko wpatrzeni w ogień. Rzeczywiście jest coś hipnotyzującego w tych tańczących płomykach, bo poczułam się zaskoczona, gdy odezwał się Benvolio:
 - To co teraz robimy?
   Prawie natychmiast odpowiedział mu Hauru:
 - Opowiadajmy historie o duchach!
 - Aż tak? - zapytała zaskoczona Anti.
 - Co "aż tak"?
 - Aż tak wam odbija. - dokończyła i po chwili dodała: 
 - Skoro nie ma Roda, to ja was będę temperować.
 - Hej! Co jest złego w starych dobrych opowieściach o zmarłych?! - oburzył się Hauru.
 - Rób, co chcesz, tylko nie zdziw się, jeśli Rafaela uzna nas za bandę zjaranych dziwaków. - wzruszyła ramionami.
 - O! To mam pomysł. - chłopak zwrócił się do mnie. - Opowiesz pierwszą historię?
 - Ja? Nie potrafię...
 - Poradzisz sobie. Improwizuj! Jak już zaczniesz, to reszta sama przyjdzie.
   Nie byłam przekonana do tego pomysłu, ale postanowiłam spróbować.
 - Dajcie mi tylko chwilę, żeby się zastanowić. - powiedziałam.
   Grupa przysunęła się bliżej i cierpliwie czekała. Próbowałam znaleźć w pamięci jakąś opowieść o duchach, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Kompletna pustka. Jedyne, co mi się przypominało, to wspomnienia z dzieciństwa i szkoły. W sumie...
 - W odległych czasach, kiedy po ziemi chodziły jeszcze wilkołaki, wampiry i endriagi, na zachodzie była wioska. Żyło w niej pewne rodzeństwo - brat i siostra. Ona była starcza, lecz to on jej imponował. Spędzali ze sobą wiele czasu, lecz w miarę dorastania ich drogi zaczęły się rozchodzić. Chłopiec musiał nauczyć się fachu, aby w przyszłości utrzymać rodzinę, dziewczynka zaś była wychowywana na panią domu. Widywali się coraz rzadziej, a gdy spędzali ze sobą czas, nie byli w stanie się porozumieć. Dziewczyna cierpiała z tego powodu. Zdała sobie bowiem sprawę, że kocha swojego brata mocniej, niż powinna. Chłopak zaś był pochłonięty rządzą zrobienia kariery. Spędzała mu ona sen z powiek tak, że wkrótce zapomniał o tym, że ma siostrę. Którejś nocy, dziewczyna poszła do niego, aby porozmawiać. Chciała mu wyznać prawdę o swojej zakazanej miłości, jednak gdy do niego przyszła, on wziął ją za kogoś innego. W ciemności wydało mu się, że to jego ukochana - dziewczyna, dla której wyrzekł się siostry i całej rodziny. Chłopak nieświadomie pocałował siostrę. Dopiero nad ranem, kiedy zobaczył ją śpiącą obok niego zrozumiał, co się wydarzyło. Uciekł bez pożegnania. Dziewczyna rozpaczała przez wiele dni. Chciała jedynie odnaleźć swojego brata. I w końcu go znalazła. Z inną. Postanowienie zapomnienia dawnych krzywd i życia w zgodzie prysło, jak bańka mydlana. Dziewczyna wyjęła nóż i zabiła ukochaną swojego brata, po czym uciekła do lasu. Tej samej nocy nawiedził ją duch zmarłej. Była blada, jej stopy i dłonie, miały siny kolor, jednak oczy płonęły. Przylgnęła do swojej zabójczyni i wyszeptała ustami, z których pachniało zgnilizną, że jeśli nie umrze tej nocy, coś strasznego spotka jej brata, bowiem bogowie muszą dostać duszę któregoś z przeklętych dzieci. W tej chwili na jej szyi zawisł sznur. Dziewczyna wiedziała, że to ona zawiniła. Podeszła do drzewa i popełniła samobójstwo. Nie śmiała skazać brata na dodatkowe cierpienia. Jej dusza nigdy nie zaznała spokoju. Jak za życia tak i po śmierci.
 - Ładny morał. - odezwał się Hauru przerywając krótką ciszę, jaka nastąpiła po moim opowiadaniu.
 - Żeś pojechała... - odezwał się Benvolio, patrząc na mnie wielkimi oczami.
 - Słyszałaś gdzieś kiedyś taką historię, czy to kompozycja własna? - spytała Kalipso.
 - Inspirowałam się książkami fantasy. - skłamałam.
 - Muszę zacząć więcej czytać. - szepnął Benvolio z determinacją w głosie.
 - Chcesz opowiadać następny? - zaproponował mu Hauru.
 - Nie, nie wymyślę nic tak dobrego.
 - Może ty, Złoty Jeleniu? - spytała Antiochis.
 - Nie mam dziś weny. Wolę pośpiewać. Lisia Lilio? - odparł.
 - Znacie "Still Loving You" Scorpionsów?
 - Kto by nie znał? - zaśmiał się Hauru.
   Ruda zaczęła grać. Jej palce pewnie zmieniały akordy i poruszały się po strunach. Kiedy zaczęła śpiewać jej głos był czysty. Perfekcyjna w każdym calu - pomyślałam. Nic dziwnego, że tak się podobała chłopakom. Reszta dołączyła się stopniowo do niej. Benvolio kompletnie nie trafiał w tony. Choć i tak radził sobie lepiej, niż zrobiłby to Rod.
 - A tam śpiewanie! - powiedział w końcu zdenerwowany. - Odtańczmy taniec deszczu! Tak nakazuje wam pomocnik szamana!
 - Młodszy pomocnik szamana - przypomniał mu Hauru.
 - Oj weź...
 - Może być na melodię "21 guns"? - spytała Kalipso. - Akurat do tego pamiętam nuty...
 - O super! - ucieszył się brunet znalazłszy poparcie.
   Mimo dziwnych min Antiochis sugerujących mu, żeby zarzucił ten pomysł, poderwał się z miejsca i zaczął zachęcać resztę do działania.
 - No niech ci będzie. - westchnął w końcu Hauru i wyciągnął rękę do Anti. - Można prosić?
 - Chyba żartujesz!
 - Gdzież bym śmiał robić sobie żarty z wodza Widząca Gwiazdy i Słońce?
 - Wódz najpierw oceni twoje umiejętności taneczne!
 - Wódz może być pewny, że Złoty Jeleń jest najlepszym tancerzem w plemieniu. - droczył się Hauru.
 - Niech to udowodni. - nalegała Anti.
 - Lisia Lilio, można prosić? - zwrócił się chłopak do Kalipso.
 - Ktoś musi grać. - zwróciła mu uwagę.
   Hauru chwycił gitarę i wepchnął ją Benvoliowi w ręce.
 - Zagraj, a awansujesz na starszego pomocnika szamana.
 - Aaale ja prawie nic nie umiem! - wzbraniał się tamten, próbując oddać instrument.
 - To już twój problem. - wzruszył ramionami Hauru i wrócił do rudej. - Lisia Lilio?
 - Hauru...
 - Mam na imię Złoty Jeleń. - przerwał jej. - I chcę udowodnić wodzowi, że potrafię tańczyć. Pomożesz mi?
   Ruda podała mu rękę, a on przyciągnął ją do siebie. Benvolio pobrzękiwał coś niezdarnie na gitarze, próbując wydobyć z niej melodię, jednak już nie zwracałam na niego uwagi zahipnotyzowana ruchami tańczącej pary. Zdawali się tworzyć jedno ciało. Chłopak prowadził pewnie, a spódnica z koła Kalipso powiewała przy obrotach. Do tego ich sylwetki oświetlane jedynie snopami iskier buchającymi z ogniska sprawiały, że wydawało się iż są widmami, stworzeniami z dymu i wiatru...
   Nagle czar prysł. Postaci zatrzymały się i powróciły do pełnego blasku ognia.
 - No grać to ty nie potrafisz za grosz. - zaśmiał się Hauru zabierając Benvoliowi gitarę i oddając ją Kalipso. - Może spróbuj szczęścia w tańcu.
 - Na co liczysz... - niby zapytał tamten zdając się poddawać jeszcze przed spróbowanie swoich sił
 - Hmm... może na wspólny taniec? - spytał Hauru wyciągając do niego rękę z chytrym uśmieszkiem.
   Wzrok Benvolia doskonale oddawał, co chłopak myślał o tym pomyśle - że był nie na miejscu.
 - Nie rób takiej miny. - zaśmiał się Hauru. - Przecież żartuję! Chciałem prosić Anti. Tym razem się zgodzisz?
 - Muszę. - przyznała niby to niechętnie. - Jeśli jesteś skłonny zaryzykować... Bo ja tańczyć nie umiem!
 - To nie będzie problem. Benvolio, zatańczysz z Rafaelą? Chyba mieliśmy wywoływać deszcz przy muzyce Green Day'a!
   Zanim zdołałam przyswoić informację, że Hauru chodzi o mnie, Benvolio już stał przede mną, zgięty w pół, z wyciągniętą kurtuazyjnie ręką i grzecznym uśmiechem.
 - Ja chyba śnię... - szepnęłam sama do siebie.
 - Oby ten sen był z tych dobrych. - odpowiedział równie dyskretnie i zaraz zaczęliśmy tańczyć przy dźwiękach gitary.
   Na pewno nie wyglądaliśmy tak zjawiskowo, jak Hauru i Kalipso. Czułam, jak Benvolio depcze mi po palcach a i sama co chwila się potykałam. Skończyło się na tym, że tańczyliśmy przytulańca do "Free love". Mimo, że cały czas myślałam o kuzynie, przyjemnie było znaleźć się w objęciach chłopaka. Oparłam głowę o jego ramię i zamknęłam oczy. Powinnam zacząć żyć własnym życiem. Ale na razie... pożyję jeszcze ich problemami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz