Rafaela
Nerwowo chodziłam w tę i z powrotem
po przedpokoju. Po wczorajszym spotkaniu z Rodem, wciąż byłam
roztrzęsiona, ale obiecałam Hauru, że dziś się z nim spotkam,
aby przekazać mu, jak mają się sprawy z moim kuzynem. Chłopak
zaproponował wspólne wyjście na miasto, ale się nie
zgodziłam. Nie chciałam, żeby ktoś mnie z nim zobaczył. O Hauru
krążyły różne pogłoski, a ja nie miałam zamiaru stać się
obiektem plotek, gdyby ktoś z naszej szkoły przyuważył nas na wspólnym spacerze.
Zaprosiłam go więc do mojego domu. Może to dziwne, bo nie znaliśmy
się zbyt długo... ale w sumie już u niego byłam, więc co za
problem, żeby on przyszedł do mnie? Jedynie przestrzegłam go, żeby
nie zjawił się szybciej niż przed 11.00. Gdyby wparował do mieszkania jeszcze
zanim moi rodzice znaleźliby się w pracy, chybabym go zabiła.
Rozległo się dzwonienie do drzwi. Pospiesznie odsunęłam zasuwę i
przekręciłam klucz.
Na początku pomyślałam, że to nie
on, ale po chwili przypomniałam sobie, że przefarbował włosy. Był
do siebie zupełnie niepodobny...
- Wpuścisz mnie, czy od razu mam sobie
pójść? - spytał tonem na wpół żartobliwym, na wpół
zgorzkniałym.
- Wchodź, wchodź... - odparłam
zdając sobie sprawę, że wciąż stoję w przejściu.
Poruszał się jak cień. Niewiele
zostało w nim z tego szczęśliwego blondyna, który śpiewał
i tańczył na przystanku czy biegał po szkolnym korytarzu z miotłą
między nogami wrzeszcząc, że złapał złotego znicza. Miał cienie
pod oczami, jakby nie spał całą noc... nie uszło to mojej uwadze,
ponieważ dopiero co, takie same oznaki zmęczenia zakryłam warstwą
podkładu i pudru.
- Chodź na górę. - zwróciłam
się do niego. - Nie zdążyłam posprzątać salonu...
Nie zaprzątał sobie głowy
odpowiedzią. Bez słowa poszedł za mną, do mojego pokoju.
Usiedliśmy i przez chwilę oboje milczeliśmy. Taka sama niezręczna cisza panowała,
gdy przyszłam do Roda...
Czułam się nie na miejscu w tym mieszkaniu,
choć jego pokój był kiedyś moim drugim domem. W każdym
kącie czaiły się wspomnienia... Ale to było już nieistotne. Przez
ostatnie lata staliśmy się dla siebie odlegli. A
odnowienie kontaktu nie było w stanie sprawić, żebym znów należała do jego życia.
- Hej... - zaczęłam delikatnie. - reszta chciała koniecznie
kogoś do ciebie wysłać, więc zgłosiłam się na ochotnika...
Pomyślałam, że nie będziesz chciał, żeby teraz ktoś prawił ci
kazania...
- Więc czego ode mnie chcesz? -
prychnął.
- Sprawdzić, czy się trzymasz.
Przesiedzę tu pół godziny, choćby bez słowa i wyjdę, żeby
myśleli, że przemówiłam ci do rozumu.
- Mam rozumieć, że siedzą gdzieś
pod moim domem i gapią się w okno?
- Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc.
Ta Antiochis na ogół wydaje się niewidzialna, a nagle
zaczyna wszystkimi rozporządzać jak jej się podoba... Nie
zdziwiłabym się, gdyby mnie teraz śledziła.
- To nie w jej stylu. Myślałem raczej
o innych.
- Jeśli chcesz wiedzieć, to Kalipso
wróciła do domu odprowadzona przez Benvolia, a Hauru został
u siebie.
Odwrócił wzrok, nie
odpowiadając.
- Halo! Ziemia do Rafaeli! - usłyszałam
głos Hauru i wyrwałam się z zamyślenia.
- Och... przepraszam. Coś mówiłeś?
- Pytałem, jak się ma Rod.
- Wyśmienicie.
- Proszę, nie bądź sarkastyczna.
- Widać to u nas rodzinne.
- Powiedz, co u niego? Wini mnie,
prawda? Nie może winić Kalipso...
Zacisnął dłonie na krawędzi krzesła
i przygryzł wargi. Wpatrywał się we mnie z taką uporczywością, że
aż spuściłam wzrok.
- Myślę, że nikogo nie wini, tylko
jest rozgoryczony...
Chłopak otworzył szerzej oczy ze
zdziwienia. Ale po chwili pokiwał smętnie głową.
Był taki opanowany i złamany... Na co
dzień pełen energii, teraz zdawał się zgubić gdzieś wszelką
chęć do życia. Różnił się od mojego kuzyna chyba pod każdym względem. Zdawać by się, że są jak ogień i woda: podczas, gdy Hauru mógł
jedynie powłóczyć nogami i gapić się w jeden punkt w
ścianie, Rod zachowywał się, jakby wypił zawartość całego
automatu do kawy...
- Jak to się stało, że dałem się w
to wkręcić? - zapytał niby-rzeczowo, kręcąc się po pokoju i
nerwowo wymachując papierosem w ręce.
- Nie mogłeś przecież wiedzieć, że
coś się między nimi dzieje. Starali się to powstrzymać. -
odparłam zatroskana jego stanem.
- A ja byłem wystarczająco ślepy,
żeby tego wszystkiego nie zauważyć. - kontynuował, jakby nie
usłyszał tego, co powiedziałam.
- Działo się też pełno innych rzeczy...
- Co to w ogóle za argument! -
podniósł głos, przystając na chwilę, i znowu zaczął
chodzić po pokoju, co chwila się zaciągając.
Każdy jego krok był niczym kolejny
gwóźdź wbijany w moje serce. Ale cieszyłam się, że do niego przyszłam, że mnie nie odtrącił i rozmawiał... nawet, jeśli to miała być taka rozmowa.
Sama nie wiedziałam, co mu
powiedzieć. Pocieszać? Próbować usprawiedliwić zachowanie
Kalipso i Hauru? A może po prostu ich obwinić? Każde rozwiązanie nie było idealne. Pragnęłam zrzucić całą winę na jego dziewczynę. Nastawić go przeciwko niej. Wtedy może przestałby się na siebie wściekać... Ale on ją kochał. Nie posłuchałby moich argumentów przeciwko niej... poza tym, powinnam go teraz wspierać, a nie wykorzystywać jego stan dla własnych interesów.
- Kalipso... - z trudem wymówiłam
to znienawidzone imię. - ...cię kocha. I nie chciała być z Hauru.
- Bzdura! - obruszył się bez głębszej
refleksji.
- Próbowała delikatnie
zniechęcać Hauru, żebyś go nie znienawidził. Uznała, że tak zada
mniej bólu i tobie i jemu.
Kolejny raz prychnął i zatopił się
we własnych rozmyślaniach.
Sama nie wierzyłam, że staram się
bronić Kalipso - dziewczynę, której zazdrościłam absolutnie
wszystkiego. Spędziłam tyle dni marząc, aby choć na jeden
dzień znaleźć się w jej skórze... równie wiele poświęciłam
życząc jej wszystkiego, co w życiu najgorsze. Ale teraz musiałam stanąć po jej stronie... dla dobra kuzyna...
- Co zamierza dalej? - spytał Hauru.
- Ciężko powiedzieć... nie
powiedział nic konkretnego.
- To twoja rodzina. Może masz
jakieś przypuszczenia?
- On potrzebuje czasu... wątpię, żeby
chciał się teraz z kimkolwiek z was widzieć. Nic do niego nie
dociera...
- Rozumiem... Będziesz go jeszcze
odwiedzać? Powiesz mi, jak coś się zmieni?
- Nie wiem, czy pozwoli mi jeszcze
przyjść... dzieli nas... spory odcinek czasu...
Mimowolnie zadrżałam wypowiadając te
słowa. Nie uszło to uwadze chłopaka.
- Co się stało? Wyglądaliście tak,
jakbyście świetnie się dogadywali. Dlaczego wtedy zerwaliście
kontakt? - spytał.
Zawahałam się. Wszystkim powtarzałam,
że chodziło o nowych znajomych, o to, że zajęliśmy się własnym
życiem towarzyskim, odstawiając na dalszy plan życie rodzinne.
Jednak nie było to do końca prawdą i czułam, że nie dam rady dłużej utrzymywać tego w sekrecie. Chęć, aby powierzyć komuś tę informację była zbyt silna. Nie dawałam sobie rady z samotnym utrzymywaniem tego brzemienia.
Ale Hauru nie był osobą, której byłabym gotowa na tyle zaufać.
- Za tym kryje się jakaś tajemnica. -
powiedział nagle. - I zapewne jest ona związana też z tym listem,
który leży na twoim biurku, co?
Spojrzałam zaniepokojona w tamtą
stronę. Tuż przed przyjściem Hauru przepisywałam list Roda, który
napisał do Słowackiego, aby wysłać kopię, a zachować dla siebie
oryginał. To dlatego kazałam mu podpisać się swoim imieniem - żeby mieć chociaż tę jego cząstkę... Ale głowę miałam tak zaprzątniętą jego zmartwieniami, że zapomniałam schować kartek przed przyjściem Hauru.
- Nie. To nie ma ze sobą nic
wspólnego. - odpowiedziałam zbyt twardo.
- Broniłaś Roda z taką
zawziętością...
- Jest moim kuzynem. To naturalne.
- Widziałem, jak na niego patrzysz...
- Z jakiegoś powodu Bóg dał
nam zmysł wzroku. Dlaczego mam z niego nie korzystać?!
- Tłumaczą się winni.
Zdenerwowałam się. Doskonale
rozumiałam, przez co przechodził Hauru. Kochał osobę, której
nie mógł mieć. Też przez to przechodziłam. Ale nie
podobało mi się, że swój żal wyładowuje drażniąc się
ze mną.
- Słuchaj! Mam tego dość. Myśl
sobie co chcesz, mało mnie to obchodzi. Ale nawet nie próbuj
sugerować mi tego, co w tym momencie sugerujesz!
- Spokojnie. - kącik jego warg uniósł
się nieznacznie ku górze. - To był tylko taki żart. Nigdy
bym przecież nie podejrzewał, że możesz kochać swojego kuzyna! To jasne,
że przepisywałaś list, żeby w razie czego nie poznano jego pisma,
bo i tak ma zbyt wiele własnych problemów. Oczywiste, że go
broniłaś, bo w końcu żadnego z nas za dobrze nie znasz, a z nim
się wychowałaś. Wyluzuj. Pomyślałem, że to cię rozbawi...
- Na przyszłość podaruj sobie takie
dowcipy. - powiedziałam zirytowana głośnym dudnieniem własnego
serca.
Tak niewiele brakowało...
- Dobra, dobra... - wycofał się. - To
powiesz mi, co się tak naprawdę między wami stało?
- Wydawało mi się, że odwiedza mnie
tylko z obowiązku. Kiedy się widywaliśmy, myślał o wszystkim,
tylko nie o chwili obecnej. Więc któregoś dnia się
wkurzyłam. Usunęłam jego numer, adres pocztowy, facebooka i
powiedziałam rodzicom, że nie chcę więcej chodzić do wujka i
cioci. A on nawet nie zaprotestował. A teraz, jeśli możesz, idź już.
Chcę zostać sama.
Benvolio
- Ale się porobiło… - westchnąłem,
gdy szliśmy razem z Antiochis w stronę głównego placu
naszej dzielnicy.
Słońce prażyło niemiłosiernie, więc
zgodziliśmy się, że najprzyjemniej będzie pogadać przy lodach.
-
Mówisz o pogodzie czy o wczoraj? – zapytała jak gdyby nigdy
nic moja towarzyszka.
- Eee… Akurat o pogodzie, ale o wczoraj w
sumie mógłbym powiedzieć to samo.
Kiwnęła głową ze
wzrokiem wciąż utkwionym gdzieś w dali.
- Mogłam się tego
spodziewać. – wymamrotała po chwili, zupełnie zbijając mnie z
tropu.
- Jak to? Spodziewać się, że Rod, a właściwie Kalipso
wymyśli takie, a nie inne zadanie, że Seserakh da Rodowi ten
cholerny film i że potem… wszyscy zrobią to, co zrobili? I
powiedzą to, co powiedzieli? Nie przeceniasz przypadkiem swoich
możliwości?
- A gdzie tam! – żachnęła się. - Byliśmy głupi,
myśląc, że takie uklepanie sprawy cokolwiek przyniesie. Przecież
od początku chodziło o Kalipso! A my chcieliśmy to rozwiązywać,
jakby poszło tylko o jakieś drobne spięcie bez sensownego powodu…
Miała rację. Nawet mogliśmy im bardziej zaszkodzić tymi swoimi
próbami łagodzenia konfliktu, w dodatku z tak egoistycznego
powodu, jak obawa przed rozpadem naszej paczki. Ale te pretensje tak
czy siak by się ujawniły.
- To jeszcze nie powód, żeby
twierdzić, że to takie oczywiste. – powiedziałem, ostrożnie
dobierając słowa i czując się, jakbym cytował kogoś
mądrzejszego. - Nawet nie nazwałbym tego błędem, a już na pewno
nie twoim.
Anti tylko pokręciła głową.
Rozmawiając, doszliśmy
już do budki z lodami i nawet nie zauważyłem, kiedy cała kolejka
przed nami zniknęła, zostawiając nas samych naprzeciw pani z kasą.
Przerwaliśmy więc rozmowę do czasu, aż dostaliśmy swoje rożki.
Dość szybko udało nam się upolować zwolnioną przed momentem
ławkę. Siedzieliśmy więc, jedliśmy i patrzyliśmy na bawiące
się przy fontannie dzieci i bezskutecznie próbujące je
przywołać do porządku matki i niańki.
- Wkurzyli mnie wczoraj. – rzuciła
ni stąd ni zowąd Antiochis, zaciskając palce na wymiętej
serwetce.
- Wiem, widziałem. – przytaknąłem, przełknąwszy w
pośpiechu kawałek wafelka.
- Rafaela może jeszcze się nie
szarogęsi, ale na pewno nie jest tak nieśmiała i zapatrzona w
naszą grupę jak chciałaby Kalipso. Hauru niby przeholowuje we
własnym zakresie, ale niech nie twierdzi, że nic nam do tego. To
samo nasza Niezdecydowana. I jeszcze tamta wymiana zdań…
- Nie
wytrzymałaś tej presji. – stwierdziłem bez owijania w bawełnę.
- Bardzo było widać?
- Troszeczkę…
Anti westchnęła, ale jak to
miała w zwyczaju, zaczęła się zaraz dopytywać o szczegóły:
- Więc do mnie o co mogą mieć pretensje?
- Zależy kto. Rafaeli
tak dobrze nie znam, ale mogła nie chcieć, żebyś w ogóle
się wtrącała. – zacząłem rozważania, ale widząc minę
przyjaciółki, szybko przeszedłem do dalszej części:
- Ale
przecież nie mogłaś też siedzieć cicho. Kalipso pewnie była
zbyt oszołomiona i zajęta sobą, a Hauru… no tak, on na pewno
będzie się czepiał, że tak go pouczałaś.
- Pouczałam?
- No tak
to wyglądało. Znaczy, wiem, że chciałaś uspokoić ich w
jakikolwiek sposób, ale… tak, to było pouczanie.
- Cholera.
Przez jakąś minutę trawiła to, co powiedziałem, znęcając się
nad swoją zwiniętą w kulkę serwetką, podczas gdy ja delektowałem
się ostatnimi kęsami swojego rożka.
- Są jeszcze jakieś
rozkminy, którymi chciałabyś się ze mną podzielić? –
zapytałem już na luzie.
- Tak. – odparła zdecydowanie. – Nie
zamierzam odpuścić Hauru.
- Tak szybko stajesz po jego stronie? To
przez tę sprawę z Ciris? – wypaliłem zszokowany.
- Nie! –
obruszyła się. – Tamto wyegzekwuję kiedy indziej. A teraz będzie
musiał odszczekać to, co zasugerował o nas.
Zacząłem szybko
szukać w pamięci jakiejś jego wczorajszej wypowiedzi, która
pasowałaby do kryteriów i błyskawicznie poczerwieniałem jak
burak, gdy uświadomiłem sobie, o którą chodzi.
- Aha… -
bąknąłem zakłopotany.
Ta sugestia Hauru to rzeczywiście był
powód do strzelenia focha.
- Co on sobie wyobraża?! A on to
niby zakochałby się we własnej siostrze?!
- Nie musi myśleć, że
jesteśmy rodzeństwem, skoro nim nie jesteśmy.
- Co za różnica!
Ja ciebie traktuję jak brata.
- No przecież ja ciebie też… -
przyznałem, po czym szybko poprawiłem się:
- Znaczy jak siostrę.
- Mam taką nadzieję. – zaśmiała się Antiochis i zapytała:
-
Masz ochotę na jeszcze jedną kulkę?
- Zawsze!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz