piątek, 21 lutego 2014

39. Przyjaźń

 Rafaela


   Miałam dość przysłuchiwania się kłótni. Cała trójka była tak wkręcona, że nawet nie przeszkadzało im wyrzucanie z siebie wszystkiego, w naszej obecności. Zastanawiałam się, czy w ogóle o niej pamiętają.
   Spojrzałam na Antiochis i Benvolia. Też nie wyglądali na zbyt zadowolonych swoim położeniem. Podeszłam do nich i szepnęłam:
 - Chodźmy stąd.
   Byli tak zdezorientowani tym, co działo się tuż obok, że posłuchali mnie od razu. Ruszyliśmy w kierunku pól ogniskowych. Ja szłam na końcu. Odwróciłam się jeszcze na chwilę, by spojrzeć na Roda. Długo go prosiłam i groziłam, żeby tu przyszedł. Jeśli coś się nie powiedzie i jego stan jeszcze bardziej się pogorszy, będzie to moja wina. Zgodził się na to spotkanie tylko dlatego, że nie dałabym mu spokoju gdyby tego nie zrobił. Zaznaczył jednak, że tylko ten jeden, jedyny raz może spróbować. Sprawy nie układały się dobrze, ale może taka szczera rozmowa przyniesie mu ulgę.
   Odwróciłam wzrok od trójki i dołączyłam do Benvolia i Anti.
 - Może jednak wrócimy? - zaproponowała Antiochis. - Nie wygląda to dobrze.
 - W żadnym wypadku. - powiedziałam twardo. - To ich osobista sprawa.
 - Ale jakimś cudem jednak ma wpływ i na nas. - odpowiedziała. - Choćby na to, że teraz odchodzimy.
 - Tak, niesegregowanie śmieci przez resztę świata też ma na nas wpływ, bo zanieczyszcza naszą planetę, ale jakoś tym się chyba nie przejmujesz, nie? Więc zostaw ich samych.
   Wydaje mi się, że mimo wszystko Anti nie chciała się kłócić, bo spojrzała na mnie poważnie i nic nie odpowiedziała, przyspieszając kroku. Zrównałam się z nią, a Benvolio, który do tej pory stał w amoku próbował nas dogonić łamiąc chyba wszystkie gałązki po drodze, taki robił hałas.
 - Za bardzo się przejmujesz wszystkimi dokoła. - zwróciłam się do dziewczyny. - Empatia w nadmiarze może być równie szkodliwa, co egoizm.
   Zupełnie mnie zignorowała, nie wiem, czy dlatego, że nie chciała pokazać, że mam rację, czy po to, żeby mnie rozdrażnić.
 - Aha. - mruknęłam złośliwie. - To innych namawiamy do rozmowy, a same pogadać już nie możemy? No jasne. Najłatwiej mieszać się w cudze problemy.
   Gdy nie usłyszałam odpowiedzi, postanowiłam kontynuować:
 - Tak zależy ci na grupie? Zrobiłabyś dla niej wszystko? A nie pomyślałaś, że to pojęcie abstrakcyjne? Każde z was jest pojedynczą jednostką z własną historią i potrzebami. Dlaczego macie się wyrzekać własnych celów tylko po to, żeby być razem?
 - Wiesz, przyjaźń jednak do czegoś zobowiązuje. - odparł poważnie Benvolio. - nie jesteśmy tylko jednostkami.
 - Gdy przyjaźń staje się destrukcyjna, nie ma co jej kontynuować. Trzeba dać ludziom swobodę, własne życie, możliwość podjęcia osobistych decyzji. - zwróciłam się do ich dwójki. - Ludzie przychodzą i odchodzą. Taka jest smutna prawda. Na końcu zostajesz tylko ty sam. Wtedy się przekonujesz ile masz siły i czego chcesz od życia.
   Przez moment popatrzyli na mnie w ciszy, zwalniając odrobinę, aż w końcu chłopak odezwał się:
 - Wtedy to nie jest przyjaźń.
 - Przyjaźń, jak i miłość, mają wiele oblicz. Nie daj się zwieść temu najprostszemu ich znaczeniu.
 - Prawdziwa przyjaźń nie kończy się ot tak. Z definicji.
 - Prawdziwa przyjaźń oznacza swobodę. Oznacza, że możesz powiedzieć drugiej osobie wszystko, ale nie zostaniesz przez nią zmanipulowany. Przyjaźń to często wyrzeczenia, ale nie jednostronne.
 - Decyduj za siebie.
 - Tak robię. - wyprostowałam się i powiedziałam mu prosto w oczy:
 - Gdy spoglądam za siebie, widzę wiele osób, które musiałam zostawić. Wielu przyjaciół. I choć jestem sama, niczego nie żałuję, bo wiem, czego chcę. Nikomu nie pozwoliłam cierpieć za moje błędy i decyzje. I nigdy nie pozwolę.
 - Żal mi cię, ale pewnie tego nie potrzebujesz. Nie tego.
   Nigdy Benvolio nie wydał mi się tak poważny i tak doświadczony życiowo jak wtedy.
   Nie odpowiedziałam na jego słowa. Resztę drogi powrotnej spędziliśmy w milczeniu.
   Myślałam o moich dawnych przyjaciołach: Kasia, która wyjechała na zawsze do Anglii... Byłyśmy tak blisko, nie wyobrażałyśmy sobie rozstania, płakałam 3 miesiące, kiedy odleciała... a potem ona zapomniała o mnie a i ja o niej. Wtedy przekonałam się, że żadne uczucie nie jest tak silne, żeby nie umieć się go pozbyć.
   Przyjaciele z podstawówki - wszędzie chodziliśmy zgraną paczką - po skończeniu szkoły nie odzywaliśmy się do siebie, póki jakaś dziewczyna z klasy nie zwołała spotkania klasowego na którym dowiedziałam się, gdzie się uczą. Poza tym, nikt nie kwapił się do odnawiania kontaktu.
   I w końcu Rod, który bym mi bardziej przyjacielem, niż kuzynem - odeszłam od niego, bo czułam, że męczył się w moim towarzystwie. Nie raczył nawet spytać, czemu to zrobiłam. Zapewne odetchnął z ulgą, że w końcu będzie miał więcej czasu, dla swojej dziewczyny.
   Przyjaźń? Tak, w każdym wypadku to była przyjaźń. Znałam te osoby na wylot i to z wzajemnością. Spędzaliśmy razem czas, ufaliśmy sobie, pomagaliśmy. Ale nic nie trwa wiecznie. Przywiązywanie się do czegokolwiek to najgorsze, co może się zdarzyć człowiekowi. Bo im więcej kochasz, tym jesteś słabszy, a im jesteś słabszy, łatwiej cię zranić.

38. Porozmawiajmy...

 Benvolio


   Upał trwał w najlepsze. W momencie, kiedy siedzieliśmy pod świerkami, próbując bezskutecznie wyzyskać coś z cienia, nie zostało już nic z porannego chłodu. Powietrze było ciężkie i wilgotne, a niebo coraz gęściej pokrywało się chmurami. Odbierało to nam wszystkim jakąkolwiek energię, więc nawet nie rozmawialiśmy, zapadając w coraz głębszy letarg. Ale teoretycznie czekaliśmy na Hauru, więc nawet nie staraliśmy się jakoś specjalnie, żeby coś się działo. I chyba każdy z nas po cichu liczył na to, że jeszcze trochę go nie będzie - nikt nie miał ochoty na jakiekolwiek działanie.
   Podczas gdy my testowaliśmy skuteczność życzeniowego myślenia, Hauru, oczywiście niespodziewanie, pokazał jej beznadziejnie niski poziom sprawdzalności, wchodząc jak gdyby nigdy nic między świerki.
 - A gdzie okrzyki szczęścia i powitanie na kolanach? - zażartował widząc nasze miny.
 - Nie mów, że tobie by się chciało. - odparłem.
 - Mi nie, ale może wy macie więcej energii.
 - Chyba żartujesz!
 - Cały czas! - zaśmiał się.
   Jak można się było spodziewać, rozmowa natychmiast się urwała. Dopiero gdy Hauru rozsiadł się pod jednym z drzew odezwała się leniwie Anti:
 - To co dziś?
 - Może wyjście na lody? - zaproponował chłopak.
 - Miałam na myśli raczej grę... Chyba, że aż tak bardzo nam się nie chce...
 - Szczerze mówiąc, to nawet nie miałam wczoraj sił zastanowić się nad zadaniem. Dziś pewnie też nic nie przyjdzie mi do głowy. - odezwała się Kalipso.
 - To może jednak te lody... - poparłem Hauru, a wszyscy dokoła pokiwali głowami, w najbardziej energooszczędny sposób demonstrując aprobatę dla pomysłu.
 - Chodźmy! - Hauru ostatecznie zachęcił nas do wstania i po karykaturalnie powolnym i niezgrabnym wstaniu, leniwym krokiem udaliśmy się w stronę wyjścia z parku.
   Na zewnątrz było jeszcze gorzej. Asfalt ulicy błyszczał od mirażu. Znad spieczonych kostek chodnika unosiło się gorące powietrze, momentalnie wywołując u każdego chęć wrócenia między drzewa. W perspektywie były jednak lody - a to przekonujący argument, dlatego szliśmy cierpliwie dalej, aż wykończeni doszliśmy do znajdującego się kilkaset metrów od parku sklepu, przy którym parę tygodni wcześniej Rod i Kalispo spotkali Ciris i Michała.
   Rzuciliśmy się do cienia, a następnie do wnętrza sklepu, gdzie już spokojnie kupiliśmy lody. Usiedliśmy z nimi na zewnątrz, na zacienionych schodkach i delektowaliśmy się ich smakiem i temperaturą.
 - Teraz jest prawie idealnie... - westchnęła Rafaela.
 - Dlaczego "prawie"? - spytałem.
 - Bo jakby spadł deszcz, byłoby jeszcze przyjemniej.
 - Pewnie niedługo twoje marzenie się spełni. - odezwała się Antiochis, patrząc w niebo.
   Chmury wyglądały naprawdę obiecująco.
 - Przynajmniej jedno. - powiedziała cierpko.
 - Tak wątpisz w spełnienie pozostałych? - zapytałem, chcąc brzmieć jak najbardziej entuzjastycznie.
 - Reszta jest niemożliwa. - odpowiedziała i nagle zmieniła temat:
 - Zamierzacie w ogóle odezwać się do mojego kuzyna, czy będziecie czekać, aż sam do was przyjdzie?
   Wywołała tym samym niezłą konsternację. W sumie nie wiedzieliśmy, co robić, i czekaliśmy na nie-wiadomo-co. Ale nic dziwnego, że ją to zirytowało.
 - Tak myślałam. - stwierdziła, kiedy nikt nie odpowiedział na jej pytanie. - Nawet nie chciało się wam o nim pomyśleć.
 - Nie mów tak. - szepnęła Kalipso kryjąc twarz w gęstych lokach, jak to miała w zwyczaju od pewnego czasu.
 - A co proponujesz? - powiedziała aż nazbyt rzeczowo Anti.
 - Rozmowę. Jeśli zostawia się sprawę bez wyjaśnienia, to nie dość, że obie strony cierpią, to odcina się sobie drogę do zawarcia zgody.
 - Ciężko by było się nie zgodzić. Ale nie znaczy to, że łatwo zrealizować takie postulaty.
 - Poza tym, nie zmusimy go, żeby z nami rozmawiał. Gdyby chciał, już by przyszedł. - wtrącił Hauru.
 - Mogę go przekonać, żeby się z wami spotkał. - zaproponowała Rafaela. - Ale musi usłyszeć, że to wy tego chcecie. Nie ma sensu wyciągać go z domu, jeśli wy nie wiecie nawet co mu powiedzieć.
 - Nie wiemy. - stwierdziłem prosto.
 - Ja wiem. - powiedział Hauru.
   Popatrzyliśmy na niego ciekawie, oczekując, że jakoś rozwinie tę myśl jednak on uparcie milczał.
 - Poszedłbyś do niego? - zapytała cicho Anti.
 - Tak. - powiedziała Rafaela. - Skoro i tak dzisiaj nie gramy, to ja lecę. Lepiej załatwić to szybciej niż później.
   Wybiegła, wyrzucając po drodze do kosza patyczek od loda, zostawiając nas lekko zdezorientowanych. Kto by się spodziewał, że nagle wykrzesała z siebie tyle energii?
 - "Rodzina, Obowiązek, Honor" - zacytował Hauru. - Ma dziewczyna priorytety...
 - Przynajmniej trochę powiało. - rzuciłem.



Hauru


   Czekaliśmy na polanie, gdzie dwa dni temu robiliśmy ognisko. Upał nadal był niemiłosierny, ale już nie zwracałem na niego zbytniej uwagi. Spojrzałem na Kalipso. Też się denerwowała. Ręce jej drżały, ale nie mogłem do niej podejść, ani jej pocieszyć. Z daleka zobaczyłem już dwie powoli zbliżające się do nas postacie.
   Zastanawiałem się, jak tą sytuację przeżywał Rod. Czy będzie wkurzony? Czy zrezygnowany? Czy bardziej nienawidzi mnie, czy Kalipso... Jednak z jego twarzy nie dało się nic wyczytać. Sprawiał wrażenie spokojnego i rozluźnionego, jakby się niczym nie martwił.
 - Cześć! Tak dawno się nie widzieliśmy! - wypalił bez zastanowienia Benvolio.
 - Co nie? - odparł tamten bez przekonania.
   Nastąpiła kłopotliwa cisza, którą przerwała dopiero Rafaela:
 - Może chodźmy do lasu. Tam będzie trochę chłodniej.
   Przystaliśmy na jej propozycję. Linia drzew znajdowała się niecałe pół kilometra od nas, więc szybko schowaliśmy się w cieniu. Wszystko to zdawało się takie nierealne. Być tu razem i nie móc wydobyć z siebie słowa...
 - Rafaela mówiła mi, że wczorajsza gra była całkiem udana. - Rod przerwał ciszę.
 - No! Szkoda, że tego nie widziałeś! - potwierdził Benvolio, wciąż nie rozumiejąc, jak dziwne jest jego nastawienie w takiej sytuacji. - Biegaliśmy po Ikei, chowając się po szafach i lodówkach.
 - A jak komuś brakuje ołówków w domu, to Kalipso wyniosła ich wczoraj ze sklepu dożywotni zapas. - odezwałem się.
 - No, to nieźle. - skomentował Rod, próbując się uśmiechnąć, po czym rozmowa znowu się urwała.
 - A ty co porabiałeś przez ten czas? - zapytała niewinnie Anti.
 - W sumie nic ciekawego. Przeczytałem ze dwie książki, trochę uporządkowałem biurko... Wyspałem się...
 - W końcu są wakacje, tego można było się domyślić. - zaśmiał się Benvolio.
 - Nie brałbym tego za tak oczywiste. - zwróciłem się do niego. - Ja w lato zawsze sypiam mniej niż przez całą resztę roku.
 - Ty? - zdziwił się Rod. - Dlaczego?
 - Muszę opiekować się siostrami, bo już nie mam wymówki, że muszę się uczyć. Do tego dochodzą próby spektaklu i kręcenie filmów, bo przecież to najlepsza pora roku na ładne widoki natury.
 - Aha... - bąknął, jak gdyby sobie o czymś przypomniał.
 - No, i jeszcze to ognisko ostatnio. - dodała Anti.
 - Ognisko, mówisz. - udał zainteresowanie.
 - Zadanie od Benvolia - zorganizować ognisko. Szkoda, że cię z nami nie było.
 - Właśnie! Dostałem indiańskie imię Sokole Oko! - powiedział podekscytowany brunet.
 - Nie ściemniaj, Dmuchająca z Góry Fretko. - zadrwiłem. - Bo następnym razem wymyślę ci coś jeszcze gorszego.
 - A więc szaleństwom nie było końca, tak? - westchnął Rod.
 - Starałam się ich pilnować pod twoją nieobecność, ale nie mam aż takiego doświadczenia. Udało im się nawet zmusić mnie do tańca.
 - Tańca deszczu. - poprawiłem ją. - Patrz, może jeszcze się sprawdzi.
 - Oby. - podsumował minimalistycznie Rod i kolejny raz zapadła nie wróżąca nic dobrego cisza.
 - Dobra. - postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. - Nie ma sensu udawać, że wszystko jest ok. Porozmawiajmy otwarcie.
   Oczywiście to nie spowodowało fali entuzjazmu i żywiołowych reakcji, ale atmosfera zgęstniała. Rod utkwił we mnie uważne spojrzenie jednocześnie spinając mięśnie, jakby oczekiwał na atak.
 - Nie chcę się z tobą bić - zacząłem widząc tę reakcję. - ani współzawodniczyć o Kalipso.
Możesz wyluzować.
 - Ja też tego nie chcę, ale nie udawaj, że "wyluzowanie" jest możliwe i sensowne.
 - Dobra, dobra. Nic już nie udaję. - zapewniłem, choć nie było to do końca prawdą.
   Musiałem dalej unikać spoglądania na rudą. Wracałem do dawnych postanowień: niech wszyscy myślą, że jestem tylko chłopakiem, który bawi się uczuciami innych i liczą się dla niego jedynie żarty. Tak będzie bezpieczniej.
 - Co konkretnie chciałbyś ode mnie usłyszeć? - zapytał oschle. - Czy nie jest już wszystko jasne?
 - Chcę, żebyś wściekał się na mnie. - warknąłem. - Reszta nie musi cierpieć za moje błędy. Nie odcinaj się od nich.
 - Nie będę zrzucał na nich żadnego ciężaru. Zrobię porządek ze sobą i wrócę. - odparł ze stanowczością.
 - Na pewno na zupełnie nikogo? - spytałem twardo szybko rzuciwszy okiem na Kalipso.
 - Robię, co mogę. - odpowiedział słabiej, wychwyciwszy to spojrzenie.
 - To nie była jej ani twoja wina.
 - Co ma piernik do wiatraka? - gwałtownie mi przerwał. - Kto tu mówi o winie?
 - Jakbyś nie wiedział, Kalipso nie sypia po nocach, bo zadręcza się o wszystko, a tobie nie byłoby tak ciężko do nas przyjść, gdybyś winę zwalił na mnie. Nie wiem, co ty chcesz ze sobą ogarniać, jeśli nie to.
 - Kalipso nie jest niczemu winna, ani ty. - powiedział, wyraźnie starając się brzmieć pewnie, ale jednak widać było w tym mniej przekonania.
   Już chciałem mu odpowiedzieć, kiedy odezwała się ruda.
 - Mam już tego dość! Nie róbcie z siebie bohaterów biorąc na siebie wszystkie konsekwencje. Nie pomyśleliście, że może ze mną też przydało by się o tym porozmawiać?!
Ciągle kłócicie się między sobą i mówicie o mnie w trzeciej osobie. Halo! Ja tu wciąż jestem!
   Spojrzeliśmy na nią i zamilkliśmy. To znów była ona. Już nie ta załamana dziewczyna bez nadziei, pogrążona w swoich myślach. W jej oczach znów zagościł buntowniczy ogień. Wyprostowała się odgarniając włosy do tyłu. To była ta dziewczyna, w której się zakochałem. Mało brakowało, a bym się uśmiechnął. Na szczęście w ostatniej chwili się opanowałem. Miałem jeszcze rolę do odegrania.
 - Wybacz. - odezwał się Rod, jakby urywając dłuższą wypowiedź. - Masz rację. Powinniśmy brać cię pod uwagę.
 - Tyle masz mi do powiedzenia?! Nie odzywasz się do mnie przez tydzień, a potem rzucasz "wybacz" i myślisz, że to wszystko załatwi?! - warknęła na niego.
 - Nie! Nie myślę tak. - Rod ewidentnie nagle zaczął tracić cierpliwość. - Ale co innego mam powiedzieć?
 - Nie wiem! Wymyśl coś! - krzyknęła.
 - To był cios poniżej pasa. - stwierdziłem.
 - Nie odzywaj się już, Hauru. Po prostu nic nie mów!
 - Jeszcze przed chwilą wkurzałaś się, że nie dopuściliśmy cię do głosu, a teraz mi karzesz siedzieć cicho? Zawsze byłaś hipokrytką. - powiedziałem.
 - Ani mi się waż ją obrażać! - warknął Rod, pochylając się w moją stronę. - Oskarżanie się o coś, co mówimy w takim stanie, nie ma sensu.
 - Obrazisz się za to na mnie, Kalipso? - zwróciłem się do niej tylko po to, by móc zapamiętać każdy rys jej twarzy. Czułem, że mogę nie wyjść cało z gry, którą podjąłem.
 - Mówiłeś już o mnie gorsze rzeczy. I z wzajemnością. - powiedziała. - Dlatego nie potrzebuję twojego poświęcenia. Przestań mnie chronić. Ty też, Rod!
 - Przeszkadza ci, że jesteś w centrum zainteresowania? - spytałem sarkastycznie klnąc siebie w duchu za to, co robię. - A to nowość!
 - Przepraszam bardzo, ale kto tu robi z siebie teraz gwiazdę przedstawienia?! Bo odnoszę wrażenie, że to nie ja przez ostatni tydzień wygłupiałam się, żeby wszyscy zwracali na mnie uwagę, a teraz staram się zostać bohaterem tragicznym, który odejdzie, żeby inni musieli żyć z wyrzutami sumienia z jego powodu!
 - Ma rację. - znowu zwrócił się do mnie Rod. - Nie wiem, co tu się działo przez ostatnie dni, ale chyba źle postrzegasz swoją rolę w... tym.
   Zignorowałem go.
  - Tak to widzisz? Powiedz mi Kalipso, czego ty tak w ogóle ode mnie chcesz? Nie pasowała ci przyjaźń, nie pasuje ci związek, a odejść mi nie pozwalasz. Ogarnij się kobieto!
   Teraz ruda z kolei zignorowała mnie i odpowiedziała Rodowi:
 - Wiedziałbyś, co tu się działo, gdybyś raczył się nami w ogóle zainteresować. Ale ty za wszelką cenę unikałeś naszych wyjaśnień! Myślałeś, że uda ci się zrozumieć sytuację słuchając jedynie doniesień kuzynki?!
 - Nie chodziło mi o zrozumienie sytuacji, tylko o ogarnięcie się! - obruszył się Rod. - Nie będę próbował rozwiązywać wspólnego problemu bez rozwiązania swojego.
 - O czym ty w ogóle mówisz?! - krzyknęliśmy jednocześnie z Kalipso.
   W odpowiedzi westchnął i zastanowił się chwilę, zanim zaczął powoli nam tłumaczyć, ostrożnie dobierając słowa:
 - Cała ta sprawa pokazuje nie tylko słabe punkty relacji między... nami, ale też nas samych. Wszystko jakby wypływa na wierzch. Ale nie chcę tego mieszać z tym, co dotyczy nas wszystkich. Kiedy będę w stanie podejść do problemu naprawdę na spokojnie, porozmawiam z wami, ale w tej chwili to wciąż niemożliwe.
 - Nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy idealni. - odpowiedziałem. - Swój charakter okazujesz przy relacjach z innymi ludźmi. Pustelnikowi łatwo być dobrym w głuszy. Trudniej, gdy wokół są ludzie, których może pokochać, znienawidzić, którzy mogą cierpieć, albo którym może zazdrościć. Odcinanie się od świata do niczego nie prowadzi.
 - Nie chodziło mi o zupełne odcięcie się. Raczej o coś w stylu przerwy. Ale nie wciskaj mi kitu, że to źródło wszystkich problemów!
 - Może się stać powodem jeszcze większych kłopotów. - powiedziała Kalipso. - Jeśli zrobisz sobie przerwę, możesz nie wrócić. Tak prawie stało się z tobą i Rafaelą, prawda? Oddaliliście się od siebie i już nie potrafiliście tego naprawić. Przypadek sprawił, że znów ze sobą rozmawiacie!
 - Przestań! Na ten temat powiedziałem już wszystko. Co jeszcze chcesz wiedzieć?
   Zawahała się, ale spytała:
 - Zerwałeś ze mną?
   Zmieszał się, po czym głupio zapytał:
 - A ty?
 - Nie.
 - Oj, źle. - mruknął pod nosem, opuszczając głowę, i zaczął odwracać się od nas.
 - Rod! Odpowiedz mi! - domagała się ruda.
   Zamiast tego jednak Rod powoli, krok po kroku, odchodził w stronę polany, a stamtąd pewnie miał zamiar wrócić do domu.
   Spojrzałem na Kalipso spodziewając się, że zaraz za nim pobiegnie, ale nie zrobiła tego. Z jej oczu spłynęła pojedyncza łza.
 - Czyli zerwał. - szepnęła sama do siebie.
   Dopiero teraz zauważyłem, że z polany zniknęli również nasi przyjaciele. Musieli się wymknąć w czasie kłótni. Nie odnotowałem w którym dokładnie momencie. W każdym razie zostaliśmy sami.
 - Jesteś z siebie zadowolony? - rzuciła gniewnie.
 - Czemu miałbym być?
 - Od początku właśnie o to ci chodziło, prawda? Chciałeś, żebyśmy się rozstali.
 - Nie prawda.
 - Twoje słowa zawsze przeczą czynom.
 - Nawzajem, Kalipso. Pamiętasz, jak powiedziałaś, że nie zdradzisz Roda, a potem mnie pocałowałaś? I kto tu jest teraz kłamcą?
 - To był impuls. Poza tym, to ty mnie pocałowałeś.
 - A dzięki kolejnemu impulsowi oberwałem w twarz. Możesz mi odpowiedzieć na moje pytanie? Czego ty chcesz?
 - Nie wiem.
 - Nie wiesz, czy nie chcesz powiedzieć?
 - Odczep się, Hauru. Odpowiem ci, kiedy ty w końcu podejmiesz decyzję, jaką rolę chcesz grać. Zmieniasz zdanie równie często jak ja. Nadal będziesz zarzucać mi hipokryzję? - powiedziała po czym odwróciła się na pięcie i uciekła wgłąb lasu.

czwartek, 20 lutego 2014

37. Ikea

Kalipso


   Wieczorny taniec deszczu nie zadziałał. Gdy obudziłam się następnego dnia, za oknem jasno świeciło słońce, a upał był niemiłosierny. A może wczorajsze ognisko było tylko snem? Chyba nie zgodziłabym się na taniec z Hauru, prawda?
   Kiedy dotarłam na polanę reszta już się zebrała. Powietrze było parne nawet tu, między drzewami.
 - Witaj, Lisia Lilo! - przywitał mnie wesoło były blondyn natychmiast uświadamiając mi, że nie wymyśliłam sobie zdarzeń poprzedniego dnia.
   Jego optymizm był zaskakujący. Od początku wakacji humor mu się powoli pogarszał, a od kłótni z Rodem aż promieniał ze szczęścia. Znów zaczął się wygłupiać i sypać niewysublimowanymi żartami. Na początku mnie to denerwowało, ale potem przypomniałam sobie, co powiedział na przystanku, że chce się pozbyć nadziei, bo wtedy się we mnie odkocha. Może to już się stało.
 - Halo! Ziemia do Kalipso! - wyrwał mnie z zamyślenia Benvolio. - Masz butelkę?
 - A tak, jasne. - podałam mu fantę, a on przekazał ja Anti.
   Usiedliśmy w kole. Dziewczyna zakręciła butelką i już po chwili oczekiwałam, na przydzielenie mi zadania.
 - Mam dość tych robali i upału. - powiedziała pewnie. - Może... pójdziemy do Ikei i zagramy w chowanego, kilka kolejek. A potem zgarniesz tyle ołówków, ile dasz radę i ewakuujemy się.
 - Fajny pomysł. - uśmiechnęłam się.
   Podnieśliśmy się z ziemi i poszliśmy w kierunku przystanku. Czekała nas podróż na drugi koniec miasta.


   Stanęliśmy niczym Siedmiu Wspaniałych naprzeciwko Ikei i popatrzyliśmy po sobie.
 - Kto liczy pierwszy? - spytałam.
 - Ty! - zarządziła Anti.
 - O nie... - jęknęłam po czym natychmiast zaczęłam:
 - 50... 49... 48...
   Moi przyjaciele w pośpiechu rzucili się do drzwi wejściowych przepychając się przez klientów. Oczywiście nie miałam zamiaru prowadzić odliczania sama przed sklepem. Jeszcze by mnie zgarnęli do psychiatryka i z zabawy nici. Stałam więc chwilę w ciszy dając im czas na ukrycie się, po czym najspokojniej w świecie weszłam do Ikei i zaczęłam poszukiwania.
   Włóczyłam się trochę po różnych działach, ale nikogo nie mogłam dostrzec. I wtedy nagle mnie olśniło. Stanęłam w jednej z umeblowanych kuchni i otworzyłam lodówkę - pusta. Podeszłam do kolejnej - również. Podeszłam do trzeciej i... w środku znalazłam Benvolia.
 - Wiedziałam, że tu będziesz. - zaśmiałam się. - Indiana Jones ukrył się w lodówce przed bombą atomową, nie?
 - Przynajmniej w moim przypadku to mogło być skuteczne.
 - Chodź, pomożesz mi szukać reszty.
 - Dobra! Ale nie myśl, że widziałem kogokolwiek. Ja schowałem się pierwszy.
   Ruszyliśmy dalej, ale już wiedziałam, czym się kierować. Gdzie mógłby być Hauru? To chyba oczywiste...
   Znaleźliśmy go w dziale pościeli, gdzie wylegiwał się w wielkim łóżku z baldachimem i próbował wmówić ochroniarzowi, że jest testerem materaców.
 - Kalipso, musiałaś przychodzić tak wcześnie? - spytał po chwili, kiedy już wyciągnęliśmy go z łóżka i przeprosiliśmy za wszystko pracownika sklepu. - Chciałem trochę odespać wczorajsze ognisko!
 - Następnym razem wybierz sobie trochę mniej oczywiste miejsce na drzemkę. - podsunęłam.
 - To było tak proste, że stwierdziłem, że na to nie wpadniesz.
 - Dobra, szukajmy dziewczyn. - przerwał nam Benvolio.
   Przez jakiś czas chodziliśmy między meblami bez pomysłu. W końcu postanowiłam wejść w dział oświetleniowy.
 - Błagam, niczego nie potłuczcie. - powiedziałam do chłopaków.
 - Postaram się. - obiecał Benvolio aż zbyt solennie.
   Weszliśmy między lampy. Setki żarówek oświetlały najdrobniejsze zakątki pomieszczenia. Kto mógłby się tu ukryć? Już chciałam się wycofać, kiedy po lewej zobaczyłam dziewczynę o krótkich czarnych włosach, odwróconą do nas tyłem.
 - Rafaela?
 - No nie! - jęknęła odwracając się w naszym kierunku. - Ale jestem ostatnia, prawda?
 - Niestety. Jeszcze została Anti.
 - Tak niewiele brakowało...
 - Jak myślicie, gdzie ona może być? - spytałam.
   Zapadła cisza. Westchnęłam. Jak zwykle - nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Do głowy przyszło mi jeszcze jedno miejsce, którego nie przeszukałam. Poprowadziłam wszystkich do restauracji znajdującej się tuż przy wejściu do sklepu. Przy jednym ze stolików, siedziała nasza przyjaciółka.
 - O! Czyżbym była ostatnia? - zapytała ironicznie.
 - No to jest jakaś zniewaga... - mruknął pod nosem Hauru.
 - Szybko ci poszło. - skomentowała, ignorując go, po czym wstała i zapytała:
 - Kto teraz?
 - Benvolio. - odpowiedziałam.
 - No to lecimy! - potwierdził ochoczo i zaczął liczyć.
   Reszta już się rozpierzchła, więc i ja pobiegłam na złamanie karku przez regały i wielkie hale. Nie miałam pojęcia, gdzie się schować. W końcu dotarłam na piętro z zapakowanymi w pudła meblami do samodzielnego montażu. Między wielkimi kartonami znalazłam spory otwór. Bez namysłu się tam schowałam. Przykulona siedziałam w miejscu gratulując sobie idealnej kryjówki.
   Nagle poczułam, że karton obok mnie się porusza. Wyjrzałam na zewnątrz i zdołałam jeszcze zobaczyć but znikający między kartonami. No nie! Ktoś chciał mi zabrać kryjówkę! Wyszłam na zewnątrz i zajrzałam miedzy tamte pudełka.
 - Kalipso?! Co ty tu robisz? - usłyszałam głos Hauru.
 - Chowałam się obok, ale tak się rozpychałeś, że prawie mnie przygniotłeś tymi kartonami. - odparłam starając się zachować spokój.
 - Przepraszam. Ale Benvolio zaczął szukać między kanapami, więc musiałem szybko zwiewać...
 - On tu idzie?!
 - Pewnie zaraz dojdzie.
 - Przesuń się. - popchnęłam chłopaka wgłąb regału i weszłam w szczelinę między kartonami.
 - Jak chcesz, to zaraz pójdę gdzie indziej. - wyszeptał Hauru.
 - Nie wygłupiaj się, bo znajdzie nas oboje. - też zaczęłam szeptać.
 - I tak znajdzie, bo masz jasne ubrania. Na zewnątrz pewnie widać cię z daleka. - zaśmiał się cicho. - Chodź, zamienimy się.
 - Nie możemy teraz wyjść. Przecież w tym momencie może już przechodzić tą alejką!
 - Czy ja mówiłem coś o wychodzeniu?
   Hauru przysunął się do mnie niebezpiecznie blisko. Odchyliłam się na tyle na ile pozwalały mi otaczające nas pudła.
 - Nic ci nie zrobię. - powiedział. - Przesuń się obok mnie na koniec regału.
   Dobrze, że we względnej ciemności nie widział, jak się zaczerwieniłam. Sytuacja była bardzo dziwna i krępująca, ale w końcu udało nam się zamienić miejscami.
 - I po krzyku. - bardziej poczułam niż zobaczyłam, że się uśmiechnął.
 - Krzyk będzie, jak nas znajdą wszyscy na raz. - mruknęłam mimowolnie.
 - Nie znajdą. - powiedział pewnie. - Poza tym, jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz?
 - Wierzysz w to?
 - Chcę wierzyć w to, że nadal będziesz częścią mojego życia.
 - Pytałam akurat o to, czy wierzysz, że nas nie znajdą. - zażartowałam, ponieważ nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć.
   Zaśmiał się.
 - W to też wierzę.
   Siedzieliśmy w milczeniu jakiś czas. Powoli zaczynaliśmy się nudzić. Hauru bębnił palcami w karton w rytm "When I'm Gone", a ja zaplatałam sobie cieniutkie warkoczyki z włosów.
 - Ha! Tu jest Hauru! - usłyszeliśmy nagle krzyk Benvolia. - O! I Kalipso też!
 - No, ładnie. Czyli mamy wszystkich. - stwierdziła Rafaela, zaglądając do naszego kąta.
 - Wygraliśmy! - ucieszył się Hauru.
   Wyszłam na zewnątrz. Dobrze było wyprostować kark po siedzeniu między tymi kartonami. Spojrzałam po przyjaciołach. Miałam nadzieję, że nie dorobili sobie kolejnych teorii spiskowych na temat mnie i Hauru.
 - Kogo znalazłeś najpierw? - spytałam Benvolia.
 - Rafaelę. Szafy z przesuwnymi drzwiami są zbyt idealne, żeby się w nich chować.
 - Przynajmniej było wygodnie. - odparła.
   Po czym bez ostrzeżenia zaczęła liczyć. Znów rozdzieliliśmy się w popłochu.
   Biegaliśmy tak jeszcze po całym sklepie ze dwie godziny przeszukując zakamarki, potykając się o krzesła, klientów, ukrywając się w wózkach, pod stołami, fotelami, łóżkami, między pościelą i pluszakami.
   Kiedy zadecydowaliśmy o skończeniu zabawy, pozostała mi już tylko jedno zadanie do wykonania. Garściami napchałam ołówków do kieszeni, butów i rękawów. Dwa wsadziłam za uszy, trzema spięłam włosy w kok. Tak obładowana wyszłam ze sklepu ku wielkiej uciesze reszty.
   Na zewnątrz spytałam:
 - To kto chce ołówek?
 - Może przydadzą się do jakiegoś następnego zadania? - zasugerowała Anti.
 - Hmm... Zastanowię się nad tym. Szykujcie się na jutro!

środa, 19 lutego 2014

36. Ognisko

 Rafaela


   Benvolio zakręcił butelką i zatarł ręce widząc, że wskazała Antiochis.
 - To musiało się kiedyś stać. - westchnęła ze spokojem na twarzy.
 - A dawno się nie udzielałaś. - zaśmiał się, żeby znowu spoważnieć, zastanawiając się: 
 - Co by ci tu zlecić...
   Zaczął rozglądać się naokoło, zawieszając wzrok w różnych miejscach, aż w końcu wypalił:
 - Zrobisz nam ognisko! Ale wieczorem, w dzień to nie ma tego klimatu. - widać było, że w jego głowie powstaje właśnie wizja jakiegoś wyidealizowanego nocnego siedzenia przy ogniu. - Zorganizujesz drewno, zapałki, jakiś pieniek albo koc do siedzenia, coś do żarcia, namówisz Kalipso, żeby przyniosła gitarę...
 - Nie grałam na niej od wieków! Pewnie jest całkiem rozstrojona. - odezwała się ruda.
 - Świetny pomysł! - zawołał jednocześnie Hauru.
 - No dobra, jakoś dam radę. - westchnęła znowu Anti. - Ale nie zrobię tego tutaj. Pójdziemy gdzieś pod miasto.
 - To już zależy od ciebie. Tylko powiedz nam, gdzie mamy przyjść! - uśmiechnął się.
 - I o której. - dodałam.
 - No dobra, to napiszę wam, na którą się wyrobię. - powiedziała Anti mrużąc oczy. - A teraz róbta, co chceta. Chyba, że moglibyście pomóc mi w zbieraniu jakichś suchych badyli...?
 - Mam jeszcze dziś skompletować rekwizyty do przedstawienia... - powiedział przepraszająco Hauru.
 - A ja pójść na zakupy. Mogę załatwić chleb na grzanki. - zasugerowałam.
 - O! Byłabym bardzo wdzięczna. - uśmiechnęła się.
 - Jeśli mam przynieść tą gitarę, to trzeba ją doprowadzić do porządku... - westchnęła Kalipso.
 - Spoko, byłoby super, jeśliby udało się ją nastroić i przynieść. - Anti znowu szczerzyła zęby, niby cała szczęśliwa. - Może ty, Benvolio, byś dołączył? - poprosiła czy raczej zażądała, biorąc pod uwagę jej ton i mimikę.
 - No wiesz, to twoje zadanie. - odparł, kręcąc lekko głową, chociaż zaraz dodał: 
 - Ale daj znać, jak będziesz potrzebować pomocy.
 - Okej. No to biorę się do pracy.
   Spotkaliśmy się koło 20:00 na polanie pod miastem. W weekendy ludzie przyjeżdżali tu robić grilla czy ogniska, opalać się, grać w siatkówkę i ringo. Kiedy byłam młodsza, często przyjeżdżaliśmy tu z rodzicami, a i zawsze znalazł się ktoś znajomy, z kim można było pograć w berka.
    Benvolio i Antiochis układali właśnie patyki na ognisko. Słyszałam, jak dziewczyna poucza przyjaciela:
 - Najpierw kora i małe gałązki a potem większe! Tak to nie wyjdzie!
 - A co za różnica? Drewno to drewno...
   Dalej Hauru rozkładał koce, a po przeciwnej stronie Kalipso brzękała coś na gitarze. Oczy miała podkrążone, a włosy nieuczesane.
 - Fajny pomysł z tym ogniskiem, ale trochę kameralny. Może jeszcze zadzwonię po grupę teatralną? - rzucił Hauru.
 - Serio chcecie robić z tego jakąś wielką imprezę? - odezwała się znad tlącego się ogniska Anti z wyraźną niechęcią w głosie.
 - Tak tylko proponuję. Spokojnie. - zaśmiał się.
 - Ej, a może jednak? - podtrzymał temat Benvolio. - Co o tym sądzicie?
 - Nie jestem jakoś przekonana. - powiedziałam.
 - Ja też wolałabym spędzić wieczór w mniejszej grupie. - dodała ruda.
 - Jak chcecie. - zakończył Hauru po czym dodał:
 - Benvolio... dmuchać powinieneś z boku, bo gasisz ogień.
 - Oj tam! - machnął ręką brunet, jednak pochylił się ku ziemi, żeby zastosować się do rady chłopaka.
   Języczki ognia powoli zaczęły zajmować kolejne patyki i w końcu wyglądało na to, że ognisko się rozpali.
   Położyłam się na kocu i wpatrywałam się w niebo zmieniające kolor z błękitu na czerwień, pomarańcz, róż i złoto. Nad nami fruwały jaskółki pokrzykując do siebie głośno. Oto kwintesencja wakacji. Leżeć w trawie patrząc w niebo - czy nie o tym marzy się przez cały rok szkolny zakuwając, jak działa ogniwo elektrochemiczne błony tylakoidu, czym różni się fotosynteza C3 i C4 albo do czego potrzebny jest roślinom kwas abscysynowy?
 - Chyba nie wypatrujesz pierwszej gwiazdki, co? - zażartował Hauru.
 - Podejrzewam, że i tak nie uzbieralibyśmy 12 dań. Tylko ja przyniosłam coś do jedzenia. - odparłam podnosząc się na łokciach.
 - Muzyka jest pokarmem duszy. - odezwała się Kalipso nadal pochylona nad gitarą tak, że nie dało się dostrzec wyrazu jej twarzy.
 - Czyli udało ci się nastroić tę gitarę? - odezwała się Antiochis, ostatecznie upewniwszy się, że ogień płonie już bez niczyjej pomocy.
 - Tak. Ciekawe tylko, czy znamy te same piosenki... bo z tym różnie bywa.
 - W razie czego możemy się czegoś nauczyć. W końcu mamy dosyć czasu.
 - I w sumie możemy już siadać. Wszystko przygotowane. - zwrócił uwagę Benvolio.
 - Świetnie! - powiedział Hauru wyciągając rękę do bruneta. - Przyjmij moje gratulacje. Zdałeś na młodszego pomocnika szamana.
 - Na co? - spytałam zdezorientowana.
 - Ej, dlaczego "młodszego"? - w tej samej chwili odezwał się Benvolio.
 - Bo tak lepiej brzmi. - wzruszył ramionami Hauru.
 - Młodszego mogę ci załatwić, mam w domu takiego małego upierdliwca.
 - To jest blada twarzy. Nie przyjmiemy go do plemienia!
 - Nie ma to jak stara dobra zabawa w Indian. - uśmiechnęła się Kalipso.
 - Lisia Lilio, to nie zabawa! - zwrócił jej uwagę.
 - Od kiedy to nazywam się Lisią Lilią?! - spytała oburzona ruda.
 - Od dziś! - zadecydował Hauru.
 - Naprawdę mogło być gorzej. - zwrócił jej uwagę Benvolio.
 - Mogłaś się nazywać Dmuchająca z Góry Fretka. - potwierdził inicjator zabawy. - Ale to imię młodszego pomocnika szamana.
   Tym razem to mina Benvolia wyrażała niezadowolenie z doboru imienia. Kątem oka zauważyłam też, że Anti profilaktycznie wraca niby to poprawić coś przy ognisku.
 - A gdzie jest ten szaman? - spytałam.
 - Szaman wyjechał na Górę Duchów spotkać się z przodkami. W wiosce został tylko jego młodszy pomocnik, uzdrowicielka i wódz.
 - I pewnie ty jesteś wodzem?
 - Nie. Wodzem jest Widząca Gwiazdy i Słońce - kiwnął głową w kierunku Anti.
 - Nie tak źle. - pochwaliła go tamta. - I skoro ja tu rządzę, to siądźmy wreszcie, bo zgłodniałam przez tę robotę.
   Wszyscy posłusznie wykonaliśmy jej polecenie, jakby rzeczywiście przejęła władzę. Usiadłam między nią a Hauru. Dalej miejsca zajęli Benvolio i Kalipso.
 - To było chyba najprostsze z dotychczasowych zadań. - odezwał się Benvolio już podsumowując dzisiejsze wydarzenia.
 - A więc masz haniebny zaszczyt, ponieważ sam je wymyśliłeś. - odparł Hauru.
 - Ale przyznasz, że jest przyjemnie. Przyjemniej niż gdybyśmy mieli teraz siedzieć w jakiejś norze czy na ulicy.
 - Siedzenie w opuszczonej chatce w lesie o tej porze byłoby fajne! Bardziej ekscytujące. Co nie, Kalipso?
   Widziałam, jak po jej twarzy przemknął cień, zanim się pochyliła udając, że nie usłyszała pytania i zaczęła leniwie grać pierwsze akordy "Stairway to Heaven".
 - To jakaś aluzja? - domyśliłam się.
 - Jedno z zdań. Kalipso musiała siedzieć bezczynnie cały dzień w jednym miejscu. Właśnie w chatce w lesie. Z Rodem. - wyjaśnił mi Benvolio.
   Ścisnęło mi się gardło, gdy usłyszałam jego imię i jeszcze bardziej znienawidziłam rudą. Cały dzień spędziła z moim kuzynem w chatce, w której bawiliśmy się jako małe dzieci, gdy rodzice chodzili na grzyby.
 - Aha. - mruknęłam, żeby oderwał ode mnie wzrok wyczekujący na odpowiedź.
   Na moment zapadła krępująca cisza.
 - To kto chce kiełbaskę? - spytała Aniochis.
 - To nie są kiełbaski, tylko niedźwiedź, którego dziś upolowałem! - powrócił do indiańskiej metaforyki Hauru.
 - Ściślej rzecz biorąc, ja upolowałam. Kto poszedł do sklepu? - przypomniałam mu.
 - Czarny Kruk przecenia swoje zasługi. - burknął urażony.
 - Nie mogłeś mi wymyślić czegoś bardziej oryginalnego?
 - Ze Złotym Jeleniem się nie dyskutuje, bo i tak nie ma to większego sensu. - dodała z przeciwnej strony ogniska Kalipso.
 - Lisia Lilio, jak mnie nazwałaś?! - spytał Hauru z niedowierzaniem.
 - Słyszałeś, Złoty Jeleniu. Ciesz się, zawsze mogło być gorzej.
   Reszta zaśmiała się z dowcipu, ja zmusiłam się jedynie do lekkiego uśmiechu. Postawa Kalipso, sama jej obecność, pobudzała we mnie nieprzebrane pokłady zazdrości i nienawiści. Ale nikt nie musiał o tym wiedzieć.
   Nabiliśmy kiełbaski (vel niedźwiedzia) na patyki i zaczęliśmy je piec nad ogniem.
Już po chwili usłyszeliśmy zawiedziony jęk Benvolia:
 - Znów wpadła do ognia! Czemu zawsze muszę jeść zwęglone szczątki?!
 - To ofiara dla przodków. - wtrącił Hauru.
 - Moi przodkowie wydzierają mi jedzenie...
 - A to złośliwcy... - powiedziała pod nosem Antiochis.
 - Mogę ci dać połowę mojej, bo i tak tyle nie zjem. - zaproponowałam.
 - O, dzięki! - odpowiedział zaskoczony i wziął ode mnie pół porcji.
   Na chwilę zapadła cisza, kiedy jedliśmy kiełbaski i piekliśmy dodatkowe grzanki.
Przez dłuższy czas nikt się nie odzywał - siedzieliśmy tylko wpatrzeni w ogień. Rzeczywiście jest coś hipnotyzującego w tych tańczących płomykach, bo poczułam się zaskoczona, gdy odezwał się Benvolio:
 - To co teraz robimy?
   Prawie natychmiast odpowiedział mu Hauru:
 - Opowiadajmy historie o duchach!
 - Aż tak? - zapytała zaskoczona Anti.
 - Co "aż tak"?
 - Aż tak wam odbija. - dokończyła i po chwili dodała: 
 - Skoro nie ma Roda, to ja was będę temperować.
 - Hej! Co jest złego w starych dobrych opowieściach o zmarłych?! - oburzył się Hauru.
 - Rób, co chcesz, tylko nie zdziw się, jeśli Rafaela uzna nas za bandę zjaranych dziwaków. - wzruszyła ramionami.
 - O! To mam pomysł. - chłopak zwrócił się do mnie. - Opowiesz pierwszą historię?
 - Ja? Nie potrafię...
 - Poradzisz sobie. Improwizuj! Jak już zaczniesz, to reszta sama przyjdzie.
   Nie byłam przekonana do tego pomysłu, ale postanowiłam spróbować.
 - Dajcie mi tylko chwilę, żeby się zastanowić. - powiedziałam.
   Grupa przysunęła się bliżej i cierpliwie czekała. Próbowałam znaleźć w pamięci jakąś opowieść o duchach, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Kompletna pustka. Jedyne, co mi się przypominało, to wspomnienia z dzieciństwa i szkoły. W sumie...
 - W odległych czasach, kiedy po ziemi chodziły jeszcze wilkołaki, wampiry i endriagi, na zachodzie była wioska. Żyło w niej pewne rodzeństwo - brat i siostra. Ona była starcza, lecz to on jej imponował. Spędzali ze sobą wiele czasu, lecz w miarę dorastania ich drogi zaczęły się rozchodzić. Chłopiec musiał nauczyć się fachu, aby w przyszłości utrzymać rodzinę, dziewczynka zaś była wychowywana na panią domu. Widywali się coraz rzadziej, a gdy spędzali ze sobą czas, nie byli w stanie się porozumieć. Dziewczyna cierpiała z tego powodu. Zdała sobie bowiem sprawę, że kocha swojego brata mocniej, niż powinna. Chłopak zaś był pochłonięty rządzą zrobienia kariery. Spędzała mu ona sen z powiek tak, że wkrótce zapomniał o tym, że ma siostrę. Którejś nocy, dziewczyna poszła do niego, aby porozmawiać. Chciała mu wyznać prawdę o swojej zakazanej miłości, jednak gdy do niego przyszła, on wziął ją za kogoś innego. W ciemności wydało mu się, że to jego ukochana - dziewczyna, dla której wyrzekł się siostry i całej rodziny. Chłopak nieświadomie pocałował siostrę. Dopiero nad ranem, kiedy zobaczył ją śpiącą obok niego zrozumiał, co się wydarzyło. Uciekł bez pożegnania. Dziewczyna rozpaczała przez wiele dni. Chciała jedynie odnaleźć swojego brata. I w końcu go znalazła. Z inną. Postanowienie zapomnienia dawnych krzywd i życia w zgodzie prysło, jak bańka mydlana. Dziewczyna wyjęła nóż i zabiła ukochaną swojego brata, po czym uciekła do lasu. Tej samej nocy nawiedził ją duch zmarłej. Była blada, jej stopy i dłonie, miały siny kolor, jednak oczy płonęły. Przylgnęła do swojej zabójczyni i wyszeptała ustami, z których pachniało zgnilizną, że jeśli nie umrze tej nocy, coś strasznego spotka jej brata, bowiem bogowie muszą dostać duszę któregoś z przeklętych dzieci. W tej chwili na jej szyi zawisł sznur. Dziewczyna wiedziała, że to ona zawiniła. Podeszła do drzewa i popełniła samobójstwo. Nie śmiała skazać brata na dodatkowe cierpienia. Jej dusza nigdy nie zaznała spokoju. Jak za życia tak i po śmierci.
 - Ładny morał. - odezwał się Hauru przerywając krótką ciszę, jaka nastąpiła po moim opowiadaniu.
 - Żeś pojechała... - odezwał się Benvolio, patrząc na mnie wielkimi oczami.
 - Słyszałaś gdzieś kiedyś taką historię, czy to kompozycja własna? - spytała Kalipso.
 - Inspirowałam się książkami fantasy. - skłamałam.
 - Muszę zacząć więcej czytać. - szepnął Benvolio z determinacją w głosie.
 - Chcesz opowiadać następny? - zaproponował mu Hauru.
 - Nie, nie wymyślę nic tak dobrego.
 - Może ty, Złoty Jeleniu? - spytała Antiochis.
 - Nie mam dziś weny. Wolę pośpiewać. Lisia Lilio? - odparł.
 - Znacie "Still Loving You" Scorpionsów?
 - Kto by nie znał? - zaśmiał się Hauru.
   Ruda zaczęła grać. Jej palce pewnie zmieniały akordy i poruszały się po strunach. Kiedy zaczęła śpiewać jej głos był czysty. Perfekcyjna w każdym calu - pomyślałam. Nic dziwnego, że tak się podobała chłopakom. Reszta dołączyła się stopniowo do niej. Benvolio kompletnie nie trafiał w tony. Choć i tak radził sobie lepiej, niż zrobiłby to Rod.
 - A tam śpiewanie! - powiedział w końcu zdenerwowany. - Odtańczmy taniec deszczu! Tak nakazuje wam pomocnik szamana!
 - Młodszy pomocnik szamana - przypomniał mu Hauru.
 - Oj weź...
 - Może być na melodię "21 guns"? - spytała Kalipso. - Akurat do tego pamiętam nuty...
 - O super! - ucieszył się brunet znalazłszy poparcie.
   Mimo dziwnych min Antiochis sugerujących mu, żeby zarzucił ten pomysł, poderwał się z miejsca i zaczął zachęcać resztę do działania.
 - No niech ci będzie. - westchnął w końcu Hauru i wyciągnął rękę do Anti. - Można prosić?
 - Chyba żartujesz!
 - Gdzież bym śmiał robić sobie żarty z wodza Widząca Gwiazdy i Słońce?
 - Wódz najpierw oceni twoje umiejętności taneczne!
 - Wódz może być pewny, że Złoty Jeleń jest najlepszym tancerzem w plemieniu. - droczył się Hauru.
 - Niech to udowodni. - nalegała Anti.
 - Lisia Lilio, można prosić? - zwrócił się chłopak do Kalipso.
 - Ktoś musi grać. - zwróciła mu uwagę.
   Hauru chwycił gitarę i wepchnął ją Benvoliowi w ręce.
 - Zagraj, a awansujesz na starszego pomocnika szamana.
 - Aaale ja prawie nic nie umiem! - wzbraniał się tamten, próbując oddać instrument.
 - To już twój problem. - wzruszył ramionami Hauru i wrócił do rudej. - Lisia Lilio?
 - Hauru...
 - Mam na imię Złoty Jeleń. - przerwał jej. - I chcę udowodnić wodzowi, że potrafię tańczyć. Pomożesz mi?
   Ruda podała mu rękę, a on przyciągnął ją do siebie. Benvolio pobrzękiwał coś niezdarnie na gitarze, próbując wydobyć z niej melodię, jednak już nie zwracałam na niego uwagi zahipnotyzowana ruchami tańczącej pary. Zdawali się tworzyć jedno ciało. Chłopak prowadził pewnie, a spódnica z koła Kalipso powiewała przy obrotach. Do tego ich sylwetki oświetlane jedynie snopami iskier buchającymi z ogniska sprawiały, że wydawało się iż są widmami, stworzeniami z dymu i wiatru...
   Nagle czar prysł. Postaci zatrzymały się i powróciły do pełnego blasku ognia.
 - No grać to ty nie potrafisz za grosz. - zaśmiał się Hauru zabierając Benvoliowi gitarę i oddając ją Kalipso. - Może spróbuj szczęścia w tańcu.
 - Na co liczysz... - niby zapytał tamten zdając się poddawać jeszcze przed spróbowanie swoich sił
 - Hmm... może na wspólny taniec? - spytał Hauru wyciągając do niego rękę z chytrym uśmieszkiem.
   Wzrok Benvolia doskonale oddawał, co chłopak myślał o tym pomyśle - że był nie na miejscu.
 - Nie rób takiej miny. - zaśmiał się Hauru. - Przecież żartuję! Chciałem prosić Anti. Tym razem się zgodzisz?
 - Muszę. - przyznała niby to niechętnie. - Jeśli jesteś skłonny zaryzykować... Bo ja tańczyć nie umiem!
 - To nie będzie problem. Benvolio, zatańczysz z Rafaelą? Chyba mieliśmy wywoływać deszcz przy muzyce Green Day'a!
   Zanim zdołałam przyswoić informację, że Hauru chodzi o mnie, Benvolio już stał przede mną, zgięty w pół, z wyciągniętą kurtuazyjnie ręką i grzecznym uśmiechem.
 - Ja chyba śnię... - szepnęłam sama do siebie.
 - Oby ten sen był z tych dobrych. - odpowiedział równie dyskretnie i zaraz zaczęliśmy tańczyć przy dźwiękach gitary.
   Na pewno nie wyglądaliśmy tak zjawiskowo, jak Hauru i Kalipso. Czułam, jak Benvolio depcze mi po palcach a i sama co chwila się potykałam. Skończyło się na tym, że tańczyliśmy przytulańca do "Free love". Mimo, że cały czas myślałam o kuzynie, przyjemnie było znaleźć się w objęciach chłopaka. Oparłam głowę o jego ramię i zamknęłam oczy. Powinnam zacząć żyć własnym życiem. Ale na razie... pożyję jeszcze ich problemami.

wtorek, 18 lutego 2014

35. "postanowiłem zerwać z popełnianiem błędów"

 Hauru


   Usiedliśmy w knajpie. Tak mnie suszyło, że gdy przyniesiono nam piwo, wypiłem z połowę na raz. Bąbelki załaskotały mnie w podniebienie. Niedorzeczne, że mam tyle rzeczy na głowie, a zwracam uwagę na takie duperele.
 - Przysięgam, że nie tknę popcornu przez najbliższy miesiąc. - westchnąłem znów przybierając maskę dobrego humoru.
 - Prawda, nieźle się wpakowałeś z tym zadaniem. - roześmiała się siedząca przede mną Anti.
 - Nie sądziłem, że obróci się przeciwko mnie...
 - A mam wrażenie, że ostatnio często tak się dzieje. - westchnęła.
 - Nie ma czym się przejmować. - starałem się wykrzesać z siebie jeszcze trochę optymizmu, ale po całym dniu udawania, kiepsko mi to wychodziło.
 - Na pewno?
 - A tak jakoś postanowiłem zerwać z popełnianiem błędów! - uśmiechnąłem się.
 - I w jaki sposób zamierzasz to zrobić? - zapytała ze sceptycznym półuśmiechem.
 - Jeszcze nie wiem. To dopiero postanowienie.
 - Nie życzę ci źle, ale chyba jednak nie wiesz, o czym mówisz.
   Zamiast odpowiedzieć znów się napiłem i spojrzałem w bok.
 - Przepraszam, pewnie zniechęciłam cię. Chodzi mi o to, żebyś wiedział, że będzie trudno, a wydaje mi się, że chcesz udawać, że zrobisz to ot, tak.
 - Wypraszam sobie. Ja nic nie udaję! Zobaczysz, że wszystko im się ułoży, bo to nie jest jakaś wielka tragedia. W każdej parze zdarzają się sprzeczki.
 - No jakoś do tej pory wy z Rodem nie mogliście się chociaż pozornie dogadać nawet po głupiej kłótni o całokształt, a teraz kiedy wobec Kalipso padło oskarżenie o zdradę, udajesz, że od teraz nie będzie cię to dotyczyć.
 - A co mam robić twoim zdaniem?! - powoli puszczały mi nerwy - Jeśli będę się jej trzymał, Rod dostanie dowód, że to prawda. A Kalipso go kocha... sama powiedziała, że chce do niego wrócić.
 - Czyli zgadzasz się cierpieć? Jeśli tak, to rozumiem, że będziesz to przed nią ukrywać, ale rozmawiając ze mną nie musisz. - ściągnęła brwi, sprawiając, że już zupełnie nie wiedziałem, o co jej chodzi i jaki ma w tym interes.
 - Nie chcę od nikogo wyrazów współczucia i śmiechu za plecami.
   W tym momencie zacisnęła palce na swojej szklance i popatrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
 - Skąd pomysł, że mogłabym cię tak potraktować? Zrobiłam tak kiedykolwiek?!
 - Ludzie nie pytają o problemy innych dlatego, że się o kogoś troszczą. Przyjaźń dla większości oznacza tylko dobrą zabawę, a jak coś się popsuje, to znajdują sobie kogoś zabawniejszego. Czemu tak się w to angażujesz?
 - Bo nie jestem większością. I nigdy przyjaźń z tobą nie była dla mnie dobrą zabawą. - odpowiedziała śmiertelnie poważnie.
   Coś w jej oczach sprawiło, że skurczyłem się w sobie. Nie kłamała. Poczułem wstyd, za swoją nieufność.
 - Przepraszam. Znów zawaliłem. Miałem przestać popełniać błędy...
 - Daj spokój.
 - Nie mogę! Spójrz tylko na mnie! Wymień choć jedną osobę, której nie zraniłem. To przeze mnie wszyscy cierpicie, a ja jeszcze jak ostatni idiota staram się poprawić wam humor wygłupami. - wyrzuciłem z siebie. - Powinniście spalić mnie na stosie i mielibyście spokój.
 - No, to musielibyśmy zrobić tak wszyscy po kolei. - przewróciła oczami. - Według mnie musimy trzymać się razem, bo pojedynczo tego nie rozwiążemy. A jak na razie to chyba tylko mi na tym zależy.
 - Nie tylko tobie. Ale nie wiem, w jaki sposób mielibyśmy się pogodzić. Podanie sobie ręki nie załatwi sprawy.
 - Unikanie się też nie załatwi sprawy. Nie wiem, co robić, ale czy możesz mi obiecać, że cokolwiek się stanie, nie odejdziesz?
 - Tego nie mogę ci obiecać... bo jeśli to jedyna szansa, żeby Kalipso wróciła do Roda i była szczęśliwa... to nadal jestem gotów to zrobić. To już ostatnia klasa. Będziesz tak się szykować do matury, że nawet nie zauważysz mojej nieobecności.
 - A co z tobą? Serio wolisz zostać sam?
 - Nie będę sam. Mam grupę z teatru, mam Ami i Gri... Bardziej martwię się o Kalipso. Poza wami nie ma nikogo. Żadnego rodzeństwa, ani najbliższej przyjaciółki.
 - Widzisz? Czy nie lepiej więc trzymać się razem, tak jak mówiłam?
 - A co z Rodem? Sama przyznałaś, że kiepsko się dogadywaliśmy już wcześniej. To powiedz mi proszę, jak to będzie wyglądać teraz?!
 - Nic nie wiem. - odparła trochę wyższym tonem niż zazwyczaj. - Mój postulat znasz. Jeśli rozwiążecie ten problem, wszystko wróci do normy.
 - Porozmawiajmy o czymś innym...
 - Jak chcesz...
   Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. W końcu powiedziałem ze szczerym uśmiechem:
 - Dobrze, że Ciris wraca. Na prawdę się za nią stęskniłem.
   Antiochis znowu popatrzyła na mnie aż zbyt poważnie.
 - Ja też. - przytaknęła, ale jej mina nie wyrażała entuzjazmu.
 - Powiedziałem coś nie tak?
 - Nie jestem pewna, czy ona za tobą też. To kolejna osoba, której miałeś okazję podpaść.
 - Bez przesady. Jej chyba najmniej zaszkodziłem... no nie?
 - Nie no, zostaliśmy ja i Benvolio. Ona ma powody do niechęci.
 - Mówisz o naszym rozstaniu? - domyśliłem się. - Przecież to już dawno było. Na pewno mi to zapomniała.
 - Od tamtej pory nie miała nikogo. Dopiero na tym wyjeździe jakoś odżyła.
 - Ale... jak to?
   Wzrok Anti był trochę nieobecny, pusty, a trochę smutny.
 - No po prostu. - odparła zwyczajnie.
   A więc Ciris też cierpiała po cichu. Mówiła wszystko Anti, a ja nic nie zauważyłem. Najdrobniejszego znaku, że coś jest nie tak... Co ze mnie za przyjaciel?
 - Ale dobrze, że teraz poznała nowych ludzi. - powiedziałem.
 - Szkoda, że z tak daleka.
 - Będzie miała gdzie wyjeżdżać w kolejne lato. Poza tym, chyba jej współlokatorka jest z Polski. Zrobią sobie w końcu prawo jazdy, to będą się odwiedzać w weekendy. Odległość nie jest problemem.
 - Oby nie była. - westchnęła.
 - Za dużo się martwisz.
 - A widzisz jakieś powody do radości?
 - Eee... są wakacje? Za chwilę Ciris wraca z Francji? Dziś wieczorem jest tutaj karaoke? Tamten facet w rogu gapi się na ciebie od 10 minut? - mrugnąłem do niej okiem.
 - Mało przekonujące. - odparła, ściągając lekko brwi, ale jednak lekko unosząc kąciki ust.
 - O! Wiem! To cię przekona. Zostało mi jeszcze trochę popcornu!
 - Skaczmy ze szczęścia. Można jeszcze raz zrobić sobie z ust Wieliczkę.
 - Śmiej się, ale w dawnych czasach sól była na wagę złota!
 - Daj spokój... Takich niusów mam dość w szkole. - pokręciła głową.
 - I pewnie na tym mat-geo potrafisz nawet wymienić wszystkie kopalnie soli w Polsce? Bardzo ci współczuję... - odpowiedziałem śmiejąc się.
 - Nie jest ich tak masakrycznie dużo, ale są wakacje...
 - No i widzisz. Teraz sama cieszysz się z tego, że jest lato. A więc udowodniłem, że są jeszcze jakieś pozytywy całej sytuacji!
   Po raz pierwszy w ciągu naszej rozmowy udało mi się ją choć trochę rozśmieszyć, jej długo wstrzymywany uśmiech teraz był już w pełni widoczny i mimo, że Anti ciągle kręciła głową, nie mogła się ze mną nie zgodzić.
 - To mały krok dla ludzkości, ale wielki dla człowieka! W końcu spodobał ci się jakiś mój dowcip!
 - Choć trochę lepszy niż poprzednio. - nagle spoważniała.
 - Poprzednio? Co było poprzednio?
 - Zasugerowałeś, że niby ja i Benvolio...
 - A to... miałem rację?! - spytałem podnieconym szeptem. - Jak to sekret to nikomu nie powiem.
 - No chyba cię... - mimo rozdrażnienia ugryzła się w język.
 - Masz kogoś innego na oku? - dopytywałem dalej. - A może wolisz...
 - Nie! Skąd taki pomysł?
 - A nie wiem. Już nic mnie nie zdziwi.
 - Jestem aż tak dziwna?
 - Nie dziwna. Inna. Staram się tylko zrozumieć. Nie gniewaj się, ale niewiele o sobie mówisz, a o reszcie wiesz wszystko.
   Zamiast odpowiedzieć, Anti spuściła wzrok i zaczęła bawić się szklanką.
 - Nie naciskam. - dodałem.
 - Co chcesz wiedzieć? Przecież nie zacznę ci teraz opowiadać całego swojego życia, zresztą i to by nic nie dało.
 - Co chcesz robić? Co jest dla ciebie ważne? W co wierzysz? Jak ci się układa z rodziną? Wolisz Mickiewicza czy Prusa? Takie tam podstawowe informacje.
   Wydawała się przytłoczona takim zalewem pytań, ale widziałem, że coś układa jej się w głowie. Po jakimś czasie odparła jednak:
 - Myślę, że i ja nie jestem w stanie zbyt dużo powiedzieć. To, co wiem, widać i z zewnątrz, więc nie muszę ci tego mówić, a reszta jest dla mnie samej niejasna.
 - Jeśli Benvolio naprawdę cię rozumie, to chyba zaczynam wątpić w swój intelekt... - pokręciłem głową. - Wrócimy jeszcze do tej rozmowy, ale najpierw... pójdę po kolejne piwo.
 - Weź i mi!
   Skinąłem głową i poszedłem w kierunku baru.

sobota, 8 lutego 2014

34. Harrison Ford

Antiochis


   A więc stało się. 
   Znowu nieudolnie próbowałam siłą scalać naszą grupę, dając za pretekst dobro Ciris. Poprzednio mieliśmy ją oszukiwać, a teraz to ja wkręcałam wszystkich pozostałych. Przez Benvolia rozesłałam wici, że nasza przyjaciółka za 3 dni wraca do Polski i że do tego czasu musimy zebrać się do kupy. I to na serio, na stałe. Albo przynajmniej wyjść z dołka...
   Naprawdę nie wiem, po co mi to było. Dlaczego tak panicznie reagowałam na każde spięcie, ogłaszając je apokalipsą i wzywając wszystkich do ostatecznego zwarcia szyków. Dlaczego w imię tych swoich fobii byłam w stanie łamać tak kardynalne zasady jak ta, żeby nie okłamywać przyjaciół. I czemu wreszcie sama naprawdę tak odbierałam te wszystkie wydarzenia - jak prawdziwy, objawiony armagedon.
   Na pewno nie z troski o nas wszystkich, co do tego już przestałam się oszukiwać. Bardziej nam szkodziłam niż pomagałam - więc w imię czego? Może chciałam jakoś zmusić resztę do działania? Nie wydawali się panować nad tym, co mówią i robią, więc może oblewanie ich wiadrem wody raz po raz mogłoby wrócić im przytomność umysłu? 
   Ale przecież ja nie byłam lepsza! Byłam w to wplątana tak samo jak wszyscy. Jak można próbować rozwiązywać supeł od wewnątrz? Po prostu bałam się, że zaraz nie będzie co rozplątywać. Wolałam komplikować bardziej, byleby nie zostawiać sprawy ot, tak. Ale co jeśli zaplączę tak, że jedyne co będzie można zrobić, to przeciąć węzeł?
   To wszystko jest takie kruche... Wszystko.
   Łzy mi napływały do oczu, gdy stałam na uklepanej ziemi między świerkami zaciskając pięści. Ale już nie mogłam się wycofać. Co ja najlepszego narobiłam?
 - Hej Anti! Jak tam? Świetnie, że Ciris przyjeżdża! O! Jeszcze nikogo nie ma? - zarzucił mnie potokiem słów Hauru wbiegając między drzewa.
 - Yyy... Nie, zaraz powinni być.
   I rzeczywiście po minucie pojawili się kolejno Kalipso, Rafaela i Benvolio, który wciąż zdyszany wykrzyczał triumfalnym tonem:
 - Komplet!
 - Nie do końca... - wychrypiała Kalipso patrząc w ziemię.
 - Jak to? A Rod? - zapytałam podejrzliwie. 
   Akurat Benvolia nie podejrzewałam o pomijanie go.
 - A nie ma go tu? - rozejrzał się dookoła. - Cholerka! Pewnie wypadłem z jego domu jak ten idiota, nie patrząc, czy w ogóle idzie za mną!
 - A co ci powiedział?
 - Jak to "powiedział"? Wpadłem tylko na chwilę, zgarnąć go i zaraz leciałem po Kalipso.
 - Oj, przepraszam, mogę tam pójść jeszcze raz. - dodał po chwili szczerze przepraszającym tonem.
 - I tak nie wyciągniesz go z domu. - powstrzymała go Rafaela. - Jeśli sam nie przyszedł...
 - No dobra... - zgodził się, choć niezbyt z tego zadowolony. - To jesteśmy. Co teraz?
 - Gramy! - zawołał aż nazbyt radośnie Hauru.
 - Kto kręci? - zapytałam, chcąc brzmieć rutynowo.
 - Ja. - odparł świeżo upieczony szatyn, wyraźnie starając się zachować entuzjazm z poprzedniego zdania.
 - Myślicie, że możemy tak bez Roda? - zapytała Kalipso, jednak wyjęła jednocześnie butelkę z torebki.
 - Graliśmy, kiedy Ciris wyjechała. Dajmy Rodowi trochę czasu... ale chyba nie warto zatrzymywać gry... - powiedziałam.
 - Dokładnie. - poparł mnie Hauru i zakręcił butelką. - Benvolio!
 - Mam nadzieję, że masz lepszy pomysł niż za pierwszym razem. - powiedział z obawą.
 - Wszystkie moje pomysły są wspaniałe! - odparł. - A ten na pewno ci się spodoba! Pójdziesz do kina, trwa tam teraz Festiwal Harrisona Forda, wejdziesz na któryś seans i zrobisz wszystko, żeby zirytować każdą osobę na sali!
 - I rozumiem, że będziemy tam razem? - zapytał Benvolio pocieszony.
 - Oczywiście!
 - Ej, no to co za problem! Lecimy! - stanął na równe nogi i zaczął ochoczo podrywać nas z ziemi. 
   Jak za starych, dobrych czasów.


   W sumie dawno nie byłam w kinie. Sama, z własnej woli pewnie w ogóle bym tam nie poszła, a i Benvolio ostatnio częściej oglądał filmy ze swoich zbiorów. A miał z czego wybierać... Ale, jak powiedział, "Indiany Jonesa" nigdy za wiele i dlatego teraz Benvolio wybrał właśnie ten film - a może i po to, aby atmosfera sprzyjała planowanym wygłupom.
   Jak gdyby nigdy nic, kupiliśmy popcorn i colę przy lekkim szumie przerywanych rozmów i zapędzani jak stado owiec przez naszą dzisiejszą ofiarę, udaliśmy się do odpowiedniej sali.
 - To taki dobry film... - westchnęła Rafaela. - Aż szkoda będzie przeszkadzać...
 - Oj, uwierz mi, będzie ciekawszy niż normalnie. - odparł Benvolio z zawadiackim uśmiechem na twarzy.
 - Twierdzisz, że będziesz lepszy od Harrisona Forda? Śmiem wątpić. - zażartowała.
 - Teraz zdobędzie Oscara co najwyżej za rolę drugoplanową!
 - Tak się składa, że jak dotąd dostał jedynie nominację do Oscara i to za "Świadka"... A przecież jest genialny!
 - Ta... te 4 nominacje do Złotych Globów to też niefart...
 - Ej, będziecie się tak popisywać, czy już wejdziemy? - wtrącił się do rozmowy Hauru.
 - Oj, nie spinaj się, przecież i tak wykonam zadanie! - tamten huknął mu nad uchem, ale potem posłusznie otworzył drzwi Rafaeli, Kalipso i mi, no i z rozpędu również Hauru. Wskoczył do sali zaraz za nami i wyprzedził nas, trzymając wszystkie nasze bilety na wysokości oczu i próbując z nich rozczytać, gdzie mamy usiąść. Sala nie była jednak wyjątkowo pełna - zajęte było może kilkanaście miejsc, choć zaraz miał zacząć się seans - więc wzruszył ramionami i zaprowadził nas tam, gdzie uznał za słuszne: na samą górę do ostatniego rzędu foteli.
 - Myślicie, że starczy mi popcornu? - spytał Hauru wchodząc za mną po schodach - Kupiłem dwa kubełki, bo jeden zawsze schodzi na reklamach... ale reklamy chyba jednak trwają krócej od filmu...
 - Podejrzewam, że to może być niejedyny powód... - odparłam. 
   Nie spodziewałam się, żeby nasz przyjaciel popisał się jakimś błyskotliwym dowcipem.
 - Poza tym, po takiej dawce soli będzie ci się chciało pić, a ja nie zamierzam oddawać ci mojej coli. - wtrąciła Kalipso.
 - Przecież kupiłem Sprite'a! - powiedział Hauru
 - Tego, którego trzyma Benvolio?
 - Co?
   Zdezorientowany chłopak rozejrzał się i spostrzegł, że butelka, która jeszcze przed chwilą wystawała z jego torby, znajdowała się obecnie w rękach bruneta.
 - Ej! To moje!
 - Wezmę tylko łyka! - zawołał tamten.
   Podniósł butelkę do ust, ale wchodząc jednocześnie po schodach potknął się i przewrócił rozlewając wszystko na podłogę.
 - Upss...
 - Skąd ja wiedziałem, że tak będzie... - westchnął Hauru.
 - Zachowujesz się jak moja matka...
 - Hm... w takim razie to musi być zajebista kobieta!
   Zajęliśmy miejsca.
   Benvolio spokojnie rozpoczął zadanie - przez jakiś czas siedział jak każdy inny, oglądając reklamy, a nawet pierwsze sceny.
   Jednak w miarę jak napięcie rosło, robił się coraz mniej spokojny, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to nie z tego powodu, jaki przewidzieli twórcy filmu.
   Wypatrzył siedzącą kilka rzędów przed nami parę i po pół minuty planowania, mierzenia i innych przygotowań zaczął rzucać pojedynczymi ziarenkami popcornu w ich głowy. Jak na niego - nadzwyczaj celnie!
   Oczywiście tamci zwrócili na to uwagę, a Benvolio niezbyt dobrze udawał, że nie ma z tą sprawą nic wspólnego, ale i tak byłam dumna z jego dokładności.
   Poza tym wyglądało na to, że odpuścił sobie żarty rodem z podstawówki i amerykańskich seriali i postanowił wymyślić coś innego, bo przez jakiś czas znowu siedział cicho, a potem zaczął powtarzać co bardziej efektowne kwestie bohaterów - coraz głośniej i w coraz bardziej przerysowany sposób, dodając potem gestykulację, a na koniec pełną "grę", zawierającą w sobie między innymi skakanie po fotelach w scenach walki, drażnienie się z innymi widzami przez wypowiadanie do nich słów postaci czy też bieganie po sali z popcornem jakiegoś nastolatka - że niby ucieka z dyskiem laski Ra.
   Przeholował, jak to on, ale dopiero po jakimś czasie - gdy próbował wkręcić w tę zabawę jakąś dziewczynę, która widocznie świetnie się bawiła przy jego popisach. Jednakże jej chłopak chyba uznał, że rola Marion nie jest dla niej odpowiednia... Szkoda! Miała do tego idealne włosy.
   Cóż poradzić... Żeby uniknąć bezpośredniej konfrontacji z tamtym gościem, Benvolio dał nam znak, żebyśmy wynosili się z sali. Na pewno nie skończyłoby się na niczym więcej niż pełnym zniesmaczenia spojrzeniu, ale nie byliśmy w nastroju do kłótni. Tak jest, zataczaliśmy się ze śmiechu właśnie przez te dzikie popisy - a zadanie można było z czystym sumieniem uznać za wykonane.
 - A gdzie Rafaela? - zapytałam, gdy tylko opanowaliśmy chichot po wyjściu z sali.
 - Chyba mówiła, że chce zostać do końca. - odpowiedział mi Hauru. - Ma ktoś coś do picia? Sól mi usta wypala...
 - Mam trochę coli. Trzymaj! - radośnie odparł winowajca.
 - Miałeś colę i zabrałeś mi Sprite'a?! Ty podły człowieku!
 - Myślałem, że trzeba będzie więcej, ale potem porzuciłem tę strategię, jak widziałeś...
 - To idziemy? - spytała Kalipso, która przez większość czasu trzymała się cicho z boku.
-  Zaczekajmy na Rafaelę! - zawołał Benvolio, jednak ona sama właśnie w tym momencie pojawiła się w otwartych drzwiach sali przy triumfalnych dźwiękach muzyki towarzyszącej napisom.
 - Miło z twojej strony. - uśmiechnęła się.
 - No to skoro jesteśmy już wszyscy, jednogłośnie stwierdzacie, że zrobiłem, co należało... - Benvolio zawiesił głos.
 - To możemy pójść na zimne piwo. - rzucił Hauru, raczej z myślą o swoim języku niż o samej przyjemności picia.
 - Ja chyba wrócę do domu... Muszę jeszcze... posprzątać w pokoju. - rzuciła ruda i bez pożegnania odeszła.
 - A ja bym sprawdziła jeszcze repertuar. - zamyśliła się Rafaela.
 - O! Ja też! - zawołał żywo Benvolio.
 - Myślisz, że wpuszczą cię ponownie do kina po tym, co dzisiaj wyprawiałeś? - zaśmiał się Hauru.
 - Może...
 - Niepoprawny optymista...
 - Nie ważne. - roześmiałam się. - Chodźmy lepiej na to piwo.
 - To ty pijesz? - spytał Benvolio.
   Popatrzyliśmy na niego z Hauru, jakby urwał się z choinki.
 - Nie myślałem, że czegoś o tobie nie wiem. - pokręcił głową z półuśmiechem.
   Odwrócił się i dogonił Rafaelę, która już szła w kierunku repertuaru i właśnie go wołała.
 - Nie wierzę. Nie idziesz z nim? - zapytał Hauru patrząc na mnie wielkimi oczami.
 - A co? Może mam być zazdrosna jak matka czy, nie daj Boże, dziewczyna? - odpowiedziałam, unosząc brwi.
 - No wiesz... zwykle jednak się nie rozstajecie...
 - Myślę, że znajdziemy przy tym piwie tematy do obgadania... - pokiwałam głową i ruszyliśmy w kierunku wyjścia.