sobota, 25 stycznia 2014

33. Czerwień, Ecru, Czerń.

Kalipso


   Sięgnęłam do puszki z farbą i zanurzyłam w niej dłoń aż po nadgarstek. Przyjemny chłód i opór, jaki stawiała ciecz niósł ukojenie. Zamknęłam oczy i poruszyłam palcami. Po pokoju rozniósł się już charakterystyczny zapach. Otworzyłam oczy i spojrzałam na dłoń. Miała barwę krwi. Zamaszystym ruchem pociągnęłam palcami po płótnie. Nienawidziłam pędzli. To było dobre dla osób takich jak Ciris - delikatnych, ostrożnych, starannych... Ja musiałam czuć, że to, co maluję, wychodzi prosto ode mnie.
   Może taki był mój problem? Może za bardzo się we wszystko angażowałam? Chciałam mieć wszystko pod kontrolą, nie powierzać nikomu opieki nad niczym. Samej zająć się każdą sprawą, każdym problemem...
   A może wcale nie chciałam oszczędzić Hauru cierpień z powodu odrzucenia? Mogłam mu już wcześniej jasno dać do zrozumienia, że nic z tego nie będzie... Ale z czystego egocentryzmu trzymałam go w niepewności. Wszystko, co o mnie powiedział, było prawdą: jestem podła.
   Zacisnęłam pięści z bezsilnego gniewu i zatoczyłam nimi koło. Sięgnęłam do drugiego pojemnika z farbą. Ecru. Kolor skóry... jakbym przywdziewała drugą powłokę... Wąż. Przywiodłam ich wszystkich do nieszczęścia. Nic dziwnego, że teraz mnie nienawidzą. 
   Rod do mnie nie wróci... kogo ja oszukuję? Jak mógłby? Wybrałam go, bo bałam się, co by się mogło stać, gdybym zadecydowała inaczej. Czy myślałam wtedy, którego z nich kocham bardziej? Nie. Myślałam tylko o tym, co o mnie powiedzą. Zrobiłam szybki bilans zysków i strat z którego wyszło mi, że lepiej wrócić do Roda. Taka jest okrutna prawda. A najgorsze, że zdaję sobie z tego sprawę...
   Cisnęłam garść płynu na płótno, pochyliłam się nad nim i zawzięcie rozsmarowałam, jakbym miała nadzieję, że w ten sposób wygładzę rysy swojego potwornego charakteru.
   W tym momencie usłyszałam ciche stukanie do drzwi i do mojej sypialni wszedł ojciec.
 - Przyniosłem ci tosty... Pomyślałem, że może coś zjesz...
 - Jadłam już. - rzuciłam gniewnie.
 - Nie wychodzisz z pokoju od dwóch dni. Nie kłam.
 - Nie jestem głodna.
   Pochyliłam się nad pracą mając nadzieję, że ojciec zaraz wyjdzie z pokoju. Jak to on. Ale został i przysiadł na skraju mojego łóżka tak, że gdybym podniosła wzrok, mógłby przez moje oczy wedrzeć się do najgłębszych zakamarków duszy. Nie miałam zamiaru dawać mu ku temu szansy.
 - Co się dzieje, Kalipso? - spytał.
 - Nic. Przejdzie mi. - warknęłam, choć zaraz skarciłam się za to w myślach. 
   Nie powinnam wyładowywać na nim własnego rozżalenia.
 - Chodzi o tego chłopca?
 - I tak go nie lubisz. Powinieneś się cieszyć. - mimo wszystko nie umiałam zapanować nad swoim temperamentem.
 - Nie cieszy mnie, że moja córka chce się zagłodzić na śmierć.
 - A to zabawne. Mama też walczy z głodem na świecie, nie?
   Spojrzałam na niego wyzywająco, a on odwzajemnił spojrzenie, aż zadrżałam. Mogłam robić mu różne uwagi, ale zawsze patrzył na mnie z tym samym wyrazem dojmującego smutku i miłości. Teraz ta iskra znikła, a na jej miejscu pojawił się niepohamowany gniew.
 - Geny to jednak geny. - mruknął. - Nie ważne jaką troską by cię nie obdarzono, nie ważne jak by cię kochano, ty i tak zadasz człowiekowi cios w plecy. Zupełnie jak twoja matka.
   Słowa ojca zabolały. Były jak cios prosto w brzuch - odebrały mi dech i wycisnęły pojedyncze łzy z oczu.
 - Nie jestem tylko jej córką. W moich żyłach płynie i twoja krew. Mówisz, że jestem nieczuła? To gdzie byłeś, przez te wszystkie dni, które musiałam spędzać w tym domu sama?! Czemu potrafisz patrzeć na mnie tylko wtedy, gdy ja nie mogę spojrzeć ci w oczy?!
   Gardło mnie zapiekło. Chciałam otrzeć z policzków niepożądane łzy, ale przypomniałam sobie, że mam całe dłonie uwalane farbą.
   Ojciec wstał. Spojrzał na mnie z góry i powiedział sucho:
 - Zjedz tosty.
   Po czym wyszedł.
   Chwyciłam talerz z grzankami i wyrzuciłam go przez okno. Niech go sobie znajdzie na tym swoim ślicznie zadbanym trawniczku, gdy będzie wieczorem wychodził na partię brydża z resztą biznesmenów. Mało mnie to obchodzi.
   Skoczyłam z powrotem do płótna i nabrałam kolejnej farby w dłonie. Rozlała się tworząc długi, nieregularny kształt. Rozbryzgałam ją, jakbym chciała podrzeć materiał szponami. To była czerń. Kolor mego szczęścia i rozpaczy.
   Chwyciłam się za włosy, gdy zobaczyłam wynik mej pracy. Przede mną widniała plama o konturach twarzy człowieka. Jego ciemne włosy były zmierzwione, oczy zdawały się być rozmazane i nieodgadnione, usta wykrzywiały się w jakimś grymasie, a wzdłuż szyi ciągnęła się prosta kreska z której kapała krew.
   Odsunęłam się z przerażeniem od obrazu.
   Hauru czy Rod? 
   A może jeden i drugi... Nie wiedziałam, kogo miała na myśli moja podświadomość. Nie robiło to z resztą różnicy. Zawiniłam wobec obydwu. Z głupiej pobudki jaką była chęć uzyskania czyjejś uwagi. Prawda bywa bolesna, ale musiałam przyznać rację ojcu. Nie kochałam żadnego z nich, bo gdy się kocha, to się nie rani. Nie jestem zdolna do miłości. To chyba rodzinne.

32. Po burzy...

Rafaela


   Nerwowo chodziłam w tę i z powrotem po przedpokoju. Po wczorajszym spotkaniu z Rodem, wciąż byłam roztrzęsiona, ale obiecałam Hauru, że dziś się z nim spotkam, aby przekazać mu, jak mają się sprawy z moim kuzynem. Chłopak zaproponował wspólne wyjście na miasto, ale się nie zgodziłam. Nie chciałam, żeby ktoś mnie z nim zobaczył. O Hauru krążyły różne pogłoski, a ja nie miałam zamiaru stać się obiektem plotek, gdyby ktoś z naszej szkoły przyuważył nas na wspólnym spacerze. Zaprosiłam go więc do mojego domu. Może to dziwne, bo nie znaliśmy się zbyt długo... ale w sumie już u niego byłam, więc co za problem, żeby on przyszedł do mnie? Jedynie przestrzegłam go, żeby nie zjawił się szybciej niż przed 11.00. Gdyby wparował do mieszkania jeszcze zanim moi rodzice znaleźliby się w pracy, chybabym go zabiła.
   Rozległo się dzwonienie do drzwi. Pospiesznie odsunęłam zasuwę i przekręciłam klucz.
   Na początku pomyślałam, że to nie on, ale po chwili przypomniałam sobie, że przefarbował włosy. Był do siebie zupełnie niepodobny...
 - Wpuścisz mnie, czy od razu mam sobie pójść? - spytał tonem na wpół żartobliwym, na wpół zgorzkniałym.
 - Wchodź, wchodź... - odparłam zdając sobie sprawę, że wciąż stoję w przejściu.
   Poruszał się jak cień. Niewiele zostało w nim z tego szczęśliwego blondyna, który śpiewał i tańczył na przystanku czy biegał po szkolnym korytarzu z miotłą między nogami wrzeszcząc, że złapał złotego znicza. Miał cienie pod oczami, jakby nie spał całą noc... nie uszło to mojej uwadze, ponieważ dopiero co, takie same oznaki zmęczenia zakryłam warstwą podkładu i pudru.
 - Chodź na górę. - zwróciłam się do niego. - Nie zdążyłam posprzątać salonu...
   Nie zaprzątał sobie głowy odpowiedzią. Bez słowa poszedł za mną, do mojego pokoju. Usiedliśmy i przez chwilę oboje milczeliśmy. Taka sama niezręczna cisza panowała, gdy przyszłam do Roda...

   Czułam się nie na miejscu w tym mieszkaniu, choć jego pokój był kiedyś moim drugim domem. W każdym kącie czaiły się wspomnienia... Ale to było już nieistotne. Przez ostatnie lata staliśmy się dla siebie odlegli. A odnowienie kontaktu nie było w stanie sprawić, żebym znów należała do jego życia.
 - Hej... - zaczęłam delikatnie. - reszta chciała koniecznie kogoś do ciebie wysłać, więc zgłosiłam się na ochotnika... Pomyślałam, że nie będziesz chciał, żeby teraz ktoś prawił ci kazania...
 - Więc czego ode mnie chcesz? - prychnął.
 - Sprawdzić, czy się trzymasz. Przesiedzę tu pół godziny, choćby bez słowa i wyjdę, żeby myśleli, że przemówiłam ci do rozumu.
 - Mam rozumieć, że siedzą gdzieś pod moim domem i gapią się w okno?
 - Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc. Ta Antiochis na ogół wydaje się niewidzialna, a nagle zaczyna wszystkimi rozporządzać jak jej się podoba... Nie zdziwiłabym się, gdyby mnie teraz śledziła.
 - To nie w jej stylu. Myślałem raczej o innych.
 - Jeśli chcesz wiedzieć, to Kalipso wróciła do domu odprowadzona przez Benvolia, a Hauru został u siebie.
   Odwrócił wzrok, nie odpowiadając.

 - Halo! Ziemia do Rafaeli! - usłyszałam głos Hauru i wyrwałam się z zamyślenia.
 - Och... przepraszam. Coś mówiłeś?
 - Pytałem, jak się ma Rod.
 - Wyśmienicie.
 - Proszę, nie bądź sarkastyczna.
 - Widać to u nas rodzinne.
 - Powiedz, co u niego? Wini mnie, prawda? Nie może winić Kalipso...
   Zacisnął dłonie na krawędzi krzesła i przygryzł wargi. Wpatrywał się we mnie z taką uporczywością, że aż spuściłam wzrok.
 - Myślę, że nikogo nie wini, tylko jest rozgoryczony...
   Chłopak otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Ale po chwili pokiwał smętnie głową.
   Był taki opanowany i złamany... Na co dzień pełen energii, teraz zdawał się zgubić gdzieś wszelką chęć do życia. Różnił się od mojego kuzyna chyba pod każdym względem. Zdawać by się, że są jak ogień i woda: podczas, gdy Hauru mógł jedynie powłóczyć nogami i gapić się w jeden punkt w ścianie, Rod zachowywał się, jakby wypił zawartość całego automatu do kawy...

 - Jak to się stało, że dałem się w to wkręcić? - zapytał niby-rzeczowo, kręcąc się po pokoju i nerwowo wymachując papierosem w ręce.
 - Nie mogłeś przecież wiedzieć, że coś się między nimi dzieje. Starali się to powstrzymać. - odparłam zatroskana jego stanem.
 - A ja byłem wystarczająco ślepy, żeby tego wszystkiego nie zauważyć. - kontynuował, jakby nie usłyszał tego, co powiedziałam.
 - Działo się też pełno innych rzeczy...
 - Co to w ogóle za argument! - podniósł głos, przystając na chwilę, i znowu zaczął chodzić po pokoju, co chwila się zaciągając.
   Każdy jego krok był niczym kolejny gwóźdź wbijany w moje serce. Ale cieszyłam się, że do niego przyszłam, że mnie nie odtrącił i rozmawiał... nawet, jeśli to miała być taka rozmowa. 
   Sama nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Pocieszać? Próbować usprawiedliwić zachowanie Kalipso i Hauru? A może po prostu ich obwinić? Każde rozwiązanie nie było idealne. Pragnęłam zrzucić całą winę na jego dziewczynę. Nastawić go przeciwko niej. Wtedy może przestałby się na siebie wściekać... Ale on ją kochał. Nie posłuchałby moich argumentów przeciwko niej... poza tym, powinnam go teraz wspierać, a nie wykorzystywać jego stan dla własnych interesów.
 - Kalipso... - z trudem wymówiłam to znienawidzone imię. - ...cię kocha. I nie chciała być z Hauru.
 - Bzdura! - obruszył się bez głębszej refleksji.
 - Próbowała delikatnie zniechęcać Hauru, żebyś go nie znienawidził. Uznała, że tak zada mniej bólu i tobie i jemu.
   Kolejny raz prychnął i zatopił się we własnych rozmyślaniach.
   Sama nie wierzyłam, że staram się bronić Kalipso - dziewczynę, której zazdrościłam absolutnie wszystkiego. Spędziłam tyle dni marząc, aby choć na jeden dzień znaleźć się w jej skórze... równie wiele poświęciłam życząc jej wszystkiego, co w życiu najgorsze. Ale teraz musiałam stanąć po jej stronie... dla dobra kuzyna...

 - Co zamierza dalej? - spytał Hauru.
 - Ciężko powiedzieć... nie powiedział nic konkretnego.
 - To twoja rodzina. Może masz jakieś przypuszczenia?
 - On potrzebuje czasu... wątpię, żeby chciał się teraz z kimkolwiek z was widzieć. Nic do niego nie dociera...
 - Rozumiem... Będziesz go jeszcze odwiedzać? Powiesz mi, jak coś się zmieni?
 - Nie wiem, czy pozwoli mi jeszcze przyjść... dzieli nas... spory odcinek czasu...
   Mimowolnie zadrżałam wypowiadając te słowa. Nie uszło to uwadze chłopaka.
 - Co się stało? Wyglądaliście tak, jakbyście świetnie się dogadywali. Dlaczego wtedy zerwaliście kontakt? - spytał.
   Zawahałam się. Wszystkim powtarzałam, że chodziło o nowych znajomych, o to, że zajęliśmy się własnym życiem towarzyskim, odstawiając na dalszy plan życie rodzinne. Jednak nie było to do końca prawdą i czułam, że nie dam rady dłużej utrzymywać tego w sekrecie. Chęć, aby powierzyć komuś tę informację była zbyt silna. Nie dawałam sobie rady z samotnym utrzymywaniem tego brzemienia. 
   Ale Hauru nie był osobą, której byłabym gotowa na tyle zaufać.
  - Za tym kryje się jakaś tajemnica. - powiedział nagle. - I zapewne jest ona związana też z tym listem, który leży na twoim biurku, co?
   Spojrzałam zaniepokojona w tamtą stronę. Tuż przed przyjściem Hauru przepisywałam list Roda, który napisał do Słowackiego, aby wysłać kopię, a zachować dla siebie oryginał. To dlatego kazałam mu podpisać się swoim imieniem - żeby mieć chociaż tę jego cząstkę... Ale głowę miałam tak zaprzątniętą jego zmartwieniami, że zapomniałam schować kartek przed przyjściem Hauru.
 - Nie. To nie ma ze sobą nic wspólnego. - odpowiedziałam zbyt twardo.
 - Broniłaś Roda z taką zawziętością...
 - Jest moim kuzynem. To naturalne.
 - Widziałem, jak na niego patrzysz...
 - Z jakiegoś powodu Bóg dał nam zmysł wzroku. Dlaczego mam z niego nie korzystać?!
 - Tłumaczą się winni.
   Zdenerwowałam się. Doskonale rozumiałam, przez co przechodził Hauru. Kochał osobę, której nie mógł mieć. Też przez to przechodziłam. Ale nie podobało mi się, że swój żal wyładowuje drażniąc się ze mną.
 - Słuchaj! Mam tego dość. Myśl sobie co chcesz, mało mnie to obchodzi. Ale nawet nie próbuj sugerować mi tego, co w tym momencie sugerujesz!
 - Spokojnie. - kącik jego warg uniósł się nieznacznie ku górze. - To był tylko taki żart. Nigdy bym przecież nie podejrzewał, że możesz kochać swojego kuzyna! To jasne, że przepisywałaś list, żeby w razie czego nie poznano jego pisma, bo i tak ma zbyt wiele własnych problemów. Oczywiste, że go broniłaś, bo w końcu żadnego z nas za dobrze nie znasz, a z nim się wychowałaś. Wyluzuj. Pomyślałem, że to cię rozbawi...
 - Na przyszłość podaruj sobie takie dowcipy. - powiedziałam zirytowana głośnym dudnieniem własnego serca. 
   Tak niewiele brakowało...
 - Dobra, dobra... - wycofał się. - To powiesz mi, co się tak naprawdę między wami stało?
 - Wydawało mi się, że odwiedza mnie tylko z obowiązku. Kiedy się widywaliśmy, myślał o wszystkim, tylko nie o chwili obecnej. Więc któregoś dnia się wkurzyłam. Usunęłam jego numer, adres pocztowy, facebooka i powiedziałam rodzicom, że nie chcę więcej chodzić do wujka i cioci. A on nawet nie zaprotestował. A teraz, jeśli możesz, idź już. Chcę zostać sama. 


Benvolio


 - Ale się porobiło… - westchnąłem, gdy szliśmy razem z Antiochis w stronę głównego placu naszej dzielnicy. 
   Słońce prażyło niemiłosiernie, więc zgodziliśmy się, że najprzyjemniej będzie pogadać przy lodach. 
 - Mówisz o pogodzie czy o wczoraj? – zapytała jak gdyby nigdy nic moja towarzyszka. 
 - Eee… Akurat o pogodzie, ale o wczoraj w sumie mógłbym powiedzieć to samo.
   Kiwnęła głową ze wzrokiem wciąż utkwionym gdzieś w dali. 
 - Mogłam się tego spodziewać. – wymamrotała po chwili, zupełnie zbijając mnie z tropu.
 - Jak to? Spodziewać się, że Rod, a właściwie Kalipso wymyśli takie, a nie inne zadanie, że Seserakh da Rodowi ten cholerny film i że potem… wszyscy zrobią to, co zrobili? I powiedzą to, co powiedzieli? Nie przeceniasz przypadkiem swoich możliwości? 
 - A gdzie tam! – żachnęła się. - Byliśmy głupi, myśląc, że takie uklepanie sprawy cokolwiek przyniesie. Przecież od początku chodziło o Kalipso! A my chcieliśmy to rozwiązywać, jakby poszło tylko o jakieś drobne spięcie bez sensownego powodu… 
   Miała rację. Nawet mogliśmy im bardziej zaszkodzić tymi swoimi próbami łagodzenia konfliktu, w dodatku z tak egoistycznego powodu, jak obawa przed rozpadem naszej paczki. Ale te pretensje tak czy siak by się ujawniły.
 - To jeszcze nie powód, żeby twierdzić, że to takie oczywiste. – powiedziałem, ostrożnie dobierając słowa i czując się, jakbym cytował kogoś mądrzejszego. - Nawet nie nazwałbym tego błędem, a już na pewno nie twoim. 
   Anti tylko pokręciła głową. 
   Rozmawiając, doszliśmy już do budki z lodami i nawet nie zauważyłem, kiedy cała kolejka przed nami zniknęła, zostawiając nas samych naprzeciw pani z kasą. Przerwaliśmy więc rozmowę do czasu, aż dostaliśmy swoje rożki. Dość szybko udało nam się upolować zwolnioną przed momentem ławkę. Siedzieliśmy więc, jedliśmy i patrzyliśmy na bawiące się przy fontannie dzieci i bezskutecznie próbujące je przywołać do porządku matki i niańki.
 - Wkurzyli mnie wczoraj. – rzuciła ni stąd ni zowąd Antiochis, zaciskając palce na wymiętej serwetce. 
 - Wiem, widziałem. – przytaknąłem, przełknąwszy w pośpiechu kawałek wafelka. 
 - Rafaela może jeszcze się nie szarogęsi, ale na pewno nie jest tak nieśmiała i zapatrzona w naszą grupę jak chciałaby Kalipso. Hauru niby przeholowuje we własnym zakresie, ale niech nie twierdzi, że nic nam do tego. To samo nasza Niezdecydowana. I jeszcze tamta wymiana zdań… 
 - Nie wytrzymałaś tej presji. – stwierdziłem bez owijania w bawełnę.
 - Bardzo było widać? 
 - Troszeczkę… 
   Anti westchnęła, ale jak to miała w zwyczaju, zaczęła się zaraz dopytywać o szczegóły: 
 - Więc do mnie o co mogą mieć pretensje? 
 - Zależy kto. Rafaeli tak dobrze nie znam, ale mogła nie chcieć, żebyś w ogóle się wtrącała. – zacząłem rozważania, ale widząc minę przyjaciółki, szybko przeszedłem do dalszej części: 
 - Ale przecież nie mogłaś też siedzieć cicho. Kalipso pewnie była zbyt oszołomiona i zajęta sobą, a Hauru… no tak, on na pewno będzie się czepiał, że tak go pouczałaś. 
 - Pouczałam? 
 - No tak to wyglądało. Znaczy, wiem, że chciałaś uspokoić ich w jakikolwiek sposób, ale… tak, to było pouczanie. 
 - Cholera. 
   Przez jakąś minutę trawiła to, co powiedziałem, znęcając się nad swoją zwiniętą w kulkę serwetką, podczas gdy ja delektowałem się ostatnimi kęsami swojego rożka. 
 - Są jeszcze jakieś rozkminy, którymi chciałabyś się ze mną podzielić? – zapytałem już na luzie. 
 - Tak. – odparła zdecydowanie. – Nie zamierzam odpuścić Hauru. 
 - Tak szybko stajesz po jego stronie? To przez tę sprawę z Ciris? – wypaliłem zszokowany. 
 - Nie! – obruszyła się. – Tamto wyegzekwuję kiedy indziej. A teraz będzie musiał odszczekać to, co zasugerował o nas. 
   Zacząłem szybko szukać w pamięci jakiejś jego wczorajszej wypowiedzi, która pasowałaby do kryteriów i błyskawicznie poczerwieniałem jak burak, gdy uświadomiłem sobie, o którą chodzi. 
 - Aha… - bąknąłem zakłopotany. 
   Ta sugestia Hauru to rzeczywiście był powód do strzelenia focha. 
 - Co on sobie wyobraża?! A on to niby zakochałby się we własnej siostrze?! 
 - Nie musi myśleć, że jesteśmy rodzeństwem, skoro nim nie jesteśmy. 
 - Co za różnica! Ja ciebie traktuję jak brata. 
 - No przecież ja ciebie też… - przyznałem, po czym szybko poprawiłem się: 
 - Znaczy jak siostrę. 
 - Mam taką nadzieję. – zaśmiała się Antiochis i zapytała: 
 - Masz ochotę na jeszcze jedną kulkę? 
 - Zawsze!


sobota, 18 stycznia 2014

31. W pułapce.

Kalipso

   Dźwięk zamykających się drzwi wyrwał mnie z otępienia, jakie wywołała ta krótka wymiana zdań między Rodem a Hauru. Chciałam pobiec za moim chłopakiem... czy mogę go tak nadal nazywać? Chyba ze mną nie zerwał, prawda? Przecież wszystko mu wytłumaczę. Wystarczy, że pozwoli mi dojść do słowa! To jakieś głupie nieporozumienie.
   Ruszyłam w stronę wyjścia z łazienki, kiedy drogę zagrodziła mi Rafaela.
 - Ani się waż za nim teraz iść. - powiedziała groźnie.
 - Przepuść mnie. Muszę z nim porozmawiać. - moja wypowiedź mimowolnie zabrzmiała jak rozkaz.
 - On teraz potrzebuje samotności i ciszy. Znam go lepiej niż ty. Tylko pogorszysz sytuację, jeśli cię teraz zobaczy.
   Słowa zapiekły do żywego. Niewiele brakowało, a odepchnęłabym dziewczynę którymś z wyćwiczonych ciosów karate, kiedy między nami nagle pojawiła się Aniochis.
 - Spokojnie. - powiedziała z pełnym opanowaniem, podchodząc blisko i patrząc to na mnie, to na Rafaelę. - Nie zróbcie przypadkiem niczego głupiego.
 - Głupiego?! - warknęłam. - Muszę stąd wyjść! Największą głupotą jest siedzenie w tym miejscu, kiedy...
 - Nie oceniam tego, co chcesz zrobić, tylko proszę was obie, żebyście najpierw to przemyślały. - odparła niewzruszona.
   Nie słuchałam jej. W tym momencie poczułam czyjeś dłonie na ramionach. Odwróciłam się, wiedząc, że to Hauru. Chciałam wyładować na nim całą złość, a jednocześnie przytulić się do niego i rozpłakać. Nie dał mi możliwości wyboru. Mocno przyciągnął mnie do siebie, a ja zupełnie się rozkleiłam.
 - Naprawię to. - szeptał. - Obiecuję, że to naprawię. Powiem mu, że to był dowcip. Powiem mu, że... że to nie ma dla nas żadnego znaczenia. Nie martw się. Wszystko się ułoży...
   Jego opanowany ton zupełnie nie pasował do rytmu tłukącego się w piersiach serca. Czułam, że cały drży. Ale te słowa powoli przywracały mi czystość myślenia. Zdjęłam okulary i otarłam łzy z oczu. Było mi wstyd, że reszta widzi mnie w takim stanie.
   Rafaela prychnęła.
 - Może nie znamy się zbyt długo... - w jej głosie nadal słyszałam ton groźby. - Ale Rod jest moją rodziną. Więc chyba mam prawo wiedzieć, co tu się wyprawia.
   Hauru przycisnął mnie mocniej do siebie w ochronnym geście i odpowiedział:
 - Czy to nie jest dość oczywiste? Jestem przyjacielem Kalipso, a twój kuzyn urządza cyrk z bezpodstawnej zazdrości. To, że ją kocham nic nie zmienia. Niczego od niej nie wymagam i nie prowokuję.
 - Kłamiesz. - wtrąciła się znowu Anti. - To nie jest dobre wyjście, nie rób tak.
 - Co według ciebie jest kłamstwem?
 - Nie udawaj, że nie masz pojęcia. Tyle lat się znamy, więc wiesz, że nie jesteśmy ślepi.
 - No dobra... może trochę prowokowałem... ale podświadomie! Nie umiem pilnować się bez przerwy!
 - To powinieneś się nauczyć. To nie jest wcale takie trudne. - warknęła Rafaela.
   Anti natychmiast ją uciszyła czymś przypominającym syknięcie. Widać i jako mediatorka z trudem opanowywała emocje.
 - To nie jest wina Hauru. - odezwałam się chrapliwym głosem od niedawnego płaczu.
   Nastała chwila ciszy. Wzięłam głębszy oddech i wyswobodziłam się z ramion Hauru stając naprzeciwko reszty przyjaciół.
 - Jeśli macie nam coś do zarzucenia, powiedzcie od razu. Chyba ostatnio pojawiło się między nami zbyt wiele niedomówień...
 - Jeśli chodzi o to, czy czegoś nie rozumiemy, to wszystkiego się już domyśliliśmy, ale czy mamy coś do zarzucenia - to inna sprawa, jak sądzę. - odezwał się Benvolio, który do tej pory milczał.
 - Mówcie. - zachęcił Hauru.
   Brunet popatrzył na resztę, jakby oczekując przyzwolenia i zaczął mówić:
 - Domyślam się, że rozegranie tego wszystkiego musiało być strasznie trudne, ale mimo to uważam, że postąpiłeś trochę nie fair w stosunku do Roda.
 - To znaczy?
 - Zamiast rozwiązać to jakoś wprost, spotykaliście się z Kalipso po kryjomu... I w takim razie to też do ciebie, Kalipso.
 - No hej! - zawołał chłopak. - To jest niesprawiedliwe oskarżenie. Przecież nie musimy się zawsze spotykać całą grupą! Ty i Anti też co chwila umawiacie się gdzieś bez nas, a nikt wam do tego uwag nie robi.
 - Ale to, co robiliście na tych spotkaniach, nie wyglądało na czystą przyjaźń. - mruknęła Rafaela łypiąc na nas groźnie. - Widziałam was na przystanku zanim jeszcze dołączyłam do gry. Nawet nie dostrzegliście mojej obecności, tak byliście pochłonięci sobą.
   Pobladłam. Na to nie było usprawiedliwienia.
 - To akurat była moja wina. - odezwał się Hauru. - Ale zdarzyło się to tylko ten jeden jedyny raz. Nigdy potem się nie powtórzyło. Obiecałem, że się nie powtórzy.
 - I zamierzaliście trwać w takim stanie do nie-wiadomo-kiedy? Daruj sobie żarty. - prychnęła Anti. - Kalipso, odezwij się!
   Byłam bezradna. Nie wiedziałam, co im powiedzieć. Hauru mimo wszystko był wobec mnie szczery. Mówił, co czuje. Ja nigdy mu tego nie wyznałam... A teraz musiałam to zrobić przed całą grupą.
 - Jestem rozdarta, okej?! - krzyknęłam desperacko. - Ta sytuacja mnie przerasta! Nie potrafię zdecydować... nie wiem, co czuję, czego chcę i o czym myślę! Nie mogę spać po nocach, bo analizuję to wszystko jeszcze raz i jeszcze raz w nieskończoność... I nie dochodzę do żadnych wniosków!
 - Czyli potrzebujesz czasu? - zapytał Benvolio, który chyba pozostał już jedyną spokojną osobą.
 - Nic mi nie pomoże. - westchnęłam. - To jest tak, jak w tej piosence, którą nucę od tygodnia: Nadmiar miłości Cię zabije, Wyciągnie z Ciebie całą energię, Sprawi, że będziesz błagał, wrzeszczał i czołgał się, Ból doprowadzi Cię do szału, Jesteś ofiarą swojej własnej zbrodni...
 - Kalipso, przestań. - odezwał się Hauru, a ja spojrzałam w jego stronę.
   Włosy prawie mu już wyschły i dopiero teraz było widać, jak pofarbowanie ich zmieniło jego wygląd. Wydawał się bardziej dojrzały i posępny... A może odnosiłam takie wrażenie, bo spoglądał na mnie karcącym wzrokiem.
 - Nie zadręczaj się. Nic z tego, co się wydarzyło nie miałoby miejsca, gdyby nie moje karygodne zachowanie. Wyjaśnię wszystko Rodowi i odejdę z waszego życia. Rodzice chcieli już dawno, żebym zmienił szkołę. Zrobię to. Będziesz szczęśliwa, rozumiesz? Nie musisz podejmować żadnych decyzji.
 - Zwariowałeś?!
 - Tak będzie lepiej dla was wszystkich. Skoro rozwalam całą grupę, to równie dobrze mogę odejść.
 - Nie no, ja chyba śnię! - wykrzyknął oszołomiony Benvolio. - Przez byle problem od razu chcesz się wycofywać? Myślisz, że to pomoże?!
 - Ma rację. - poparła go Anti. - Po prostu zostawiłbyś nas samych z tym samym problemem.
 - Od razu chcę się wycofać? - powtórzył Hauru, a kącik jego ust uchylił się w lekkim uśmiechu. - Wy chyba jednak nie wiecie, o czym mówicie...
 - On ją kocha, odkąd pamięta. - wtrąciła niespodziewanie Rafaela. - I nie ma już sił, na walkę z tym uczuciem... Mam rację?
   Kiwnął potakująco głową.
   Świat zawirował przed moimi oczami. To nie mogło być prawdą. Hauru miał w tym czasie tyle dziewczyn, był taki szczęśliwy i pełen życia. Jak ktoś, kto jest nieszczęśliwie zakochany, mógłby się tak zachowywać? To niemożliwe.
 - Patrzysz na mnie takim wzrokiem, Anti, jakbyś chciała mnie zabić. Zawsze masz tyle świetnych pomysłów, na rozwiązanie kryzysowych sytuacji. Proszę bardzo. Powiedz mi, co mam według ciebie zrobić? - chłopak zwrócił się do brunetki.
 - Nie jestem tobą, ale wiem na pewno, czego nie powinieneś robić: ucinać tak prosto sprawy!
 - To nie jest dla mnie proste. Ale innego wyjścia nie widzę. Rod nigdy mi już nie zaufa nawet, jeśli go za wszystko przeproszę. A przepraszanie go to będzie katorga!
 - Myślę, że jednak to nie o to chodzi. - odezwał się niepewnie Benvolio. - Nie wiem, jak to ma się potoczyć, ale potrzeba opanowania i jasności sytuacji. Rod jakoś to przetrawi.
   Poczułam jak ściska mi się gardło. Czy Rod będzie chciał mnie jeszcze słuchać? Czy pozwoli mi dojść do głosu? A może znów zamknie się w sobie i nie pozwoli, aby dotarło do niego ani jedno moje słowo... Będzie stał z kamienną twarzą i udawał, że nic nie słyszy, a potem odejdzie i... to będzie koniec.
 - Mogę mu to wytłumaczyć. - zaoferowała się Rafaela.
 - Tylko Kalipso musi się zdecydować, czego chce. - powiedziała stanowczo Antiochis.
 - Ja...
   Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Nagle mój umysł wypełniła pustka.
 - Hej. - zwrócił się do mnie Hauru chwytając moją twarz w dłonie tak, abym na niego spojrzała. - Pamiętasz, to co ci wtedy powiedziałem? Cokolwiek nie postanowisz i cokolwiek by się nie działo, możesz nadal na mnie liczyć.
   Zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć jego reakcji, kiedy wyszeptałam:
 - Chcę, żeby było jak dawniej.

sobota, 11 stycznia 2014

30. Czerń

Hauru   


   Kiedy zbliżałem się już do wejścia do naszego parku, zobaczyłem w oddali rudą czuprynę dziewczyny, którą tak kochałem. Zatrzymałem się w miejscu. W miarę jak się zbliżała, widziałem coraz dokładniej każdy szczegół jej postaci. Loki spływały jej falami na ramiona, odstając we wszystkich kierunkach mierzwione przez podmuchy letniego wiatru. Równie szalone, co ona. Miała na sobie zwiewną hippisowską bluzkę w tęczowe koła i wytarte jeansy. Nie widziała mnie, patrzyła w niebo, a jej twarz wyrażała zwykłą, codzienną radość życia. Jak dawno nie widziałem jej tak beztroskiej... Może powinienem już wejść? Zaraz przyjdzie, a na mój widok pewnie znów się zmartwi...
   Za późno. Wzrokiem wróciła na ziemię i mnie dostrzegła. Nasze spojrzenia się spotkały. Głupio tak teraz ją olać...
 - Witaj, piękna Kalipso! - zawołałem szeroko się uśmiechając.
 - Coś Ty dzisiaj w takim dobrym humorze? - spytała, o dziwo, również z uśmiechem na ustach.
 - Mam przeczucie, że to będzie cudowny dzień! Dziś rano przed lustrem stwierdziłem, że chyba włosy w końcu odrosły mi na porządną długość! Czyż to nie wybitny powód do radości?! - zażartowałem.
 - Ach... A ty znowu swoje. Narcyz. - zaśmiała się i razem weszliśmy w krąg drzew.
 - Cześć! - odezwał się spod świerka Benvolio, gdy tylko doszliśmy na miejsce.
 - Hejka. Nie ma jeszcze reszty? - spytała Kalipso.
 - Są. To znaczy poszli po picie, bo straszny dziś upał. Zaraz wrócą.
 - Trzeba było im powiedzieć, żeby zaczekali, to komuś się da zadanie żeby wleźć do fontanny. Wszystkim zrobiłoby się chłodniej. - zaśmiałem się i usiadłem koło bruneta.
 - Uff... dobrze, że to nie ty wymyślasz dziś zadanie. Nie widziało by mi się moczenie w tych ciuchach. - powiedziała ruda.
 - A to czemu? - posłałem jej chytry uśmieszek.
 - Bo te ubrania farbują! - odpowiedziała lekko się uśmiechając. - I nie chcę wiedzieć, co sobie pomyślałeś.
 - Skoro nie chcesz wiedzieć, to znaczy, że już się domyśliłaś...
 - Hauru! - posłała mi ostre spojrzenie, w którym jednak czaiła się pogoda ducha.
   W tym momencie zza drzew wyszła reszta naszych przyjaciół.
 - Cześć! - przywitał nas Rod.
   Że też musiał przerwać tak interesującą rozmowę...
 - Hejka. - Kalipso podeszła do niego i pocałowała na przywitanie jednocześnie wpychając mu w rękę butelkę po fancie.
 - To może mała wymiana? - zaproponował, wskazując na świeżo kupioną butelkę wody.
 - Przyjmuję twoje warunki. - mrugnęła do niego okiem i wzięła wodę.
 - Dobra ludzie, siadać w kółku, bo mam już ochotę gdzieś stąd pójść! - zawołał Benvolio.
   Sam miałem to powiedzieć, więc z zapałem zająłem swoje miejsce w kręgu.
   Nie odczułem też zdziwienia, kiedy okazało się, że to do mnie będzie należeć dzisiejsze zadanie. Od przebudzenia czułem, że coś się dzisiaj wydarzy.
   Rod popatrzył na mnie z sadystycznym uśmieszkiem.
 - Aj... - jęknął Benvolio. - Będzie jatka.
   W tym momencie Kalipso nachyliła się nad uchem swojego chłopaka i zaczęła mu coś intensywnie szeptać do ucha. Na jego ustach wykwitł jeszcze większy uśmiech, aż przeszły mnie dreszcze. Co ta postrzelona dziewczyna znowu wymyśliła?!
 - Podpowiadanie jest nie zgodne z zasadami! - zawołałem.
 - Tak się składa, że to ja jestem od pilnowania zasad. - odpowiedział Rod. - I wydaje mi się, że nie ma nic złego w małej wskazówce...
   Spiorunowałem go wzrokiem.
 - Mam dla ciebie świetne zadanie. - powiedział po chwili napawając się chwilą wyższości. - Przefarbuj włosy. Na hebanową czerń.
 - Co?! No chyba cię po... 
   Reszta zdania została zagłuszona przez zbiorowy okrzyk zachwytu moich przyjaciół.
 - Nie martw się, Hauru. Pomogę Ci dobrać odpowiednią farbę. - zaoferowała się ruda.
 - Nie zrobię tego! - zaprotestowałem.
 - Właściwie nawet będzie ci ładnie w czerni... - wtrąciła niepewnie Rafaela.
 - Do końca wakacji ci odrosną. Już nie rób takiej afery. - dodała Antiochis.
 - Et tu Brute contra me? - spytałem.
 - Oczywiście! - odparła rozbawiona.
 - No! - zawołał triumfalnie Rod. - Chodźmy kupić ci jakąś ładną farbę!
 - Przysięgam, ze cię za to zabiję... - oznajmiłem, ale podniosłem się z ziemi.
   Będę chodził przez resztę wakacji w kapturze. No trudno.



   Nigdy nie sądziłem, że będę siedział z piątką przyjaciół zamknięty we wnętrzu łazienki mojego domu. Tym bardziej nie przyszło by mi do głowy, że w takich oto okolicznościach, będę zmuszony farbować moje idealne złote włosy, na czarno. Choć w sumie zawsze mogło być gorzej. Dziękowałem Bogu, że nikomu nie przyszło do głowy, aby zafarbować mnie na różowo.
   W sklepie poszło dosyć szybko. Dziewczyny dopchały się do półek z farbami i zaczęły dyskutować o trwałości i intensywności poszczególnych marek. Po krótkiej wymianie zdań wsadziły mi opakowanie do rąk i kazały iść zapłacić. Nawet nie chcę sobie przypominać, jaką minę miała kasjerka... powiedziałem, że to dla mojej dziewczyny.
   Teraz siedziałem nad instrukcją podczas gdy reszta szczegółowo zwiedzała pomieszczenie...
 - Serio używasz tylu kosmetyków? - zapytał Rod, patrząc sceptycznie na półkę nad umywalką.
 - Zajrzyj do szafki obok, tam są rzeczy Se. Wtedy pogadamy, czy to jest dużo... - odparłem.
 - Kurde... jaka wielka wanna... - usłyszałem głos Benvolia
 - Ta. - mruknął Rod. - Brakuje tylko szampana.
 - Jest w dolnej szafce pod umywalką. - odpowiedziałem.
 - Otwieramy? - zapytał Benvolio podniecony.
 - Mówiłeś, że nie pijesz. - wtrąciła Anti.
 - Oj, taka okazja...
 - Okazja to będzie, jak już Hauru pofarbuje te włosy.
 - Jak ci tam idzie? - spytała Kalipso.
 - Nie rozumiem tego kompletnie. Może niech któraś z was mi powie, jak to się robi. - odparłem zrezygnowany.
   Dziewczyna westchnęła i podeszła do mnie.
 - Zacznijmy od tego, że musisz mieć wilgotne włosy.
 - No to do roboty! - zawołał Benwolio. 
   Chwycił jedną ręką za prysznic, a drugą odkręcił kran. Woda poleciała wartkim strumieniem mocząc nas wszystkich razem z ubraniami. A najbardziej dostało się oczywiście mnie.
 - Dzięki, Benvolio. - warknąłem.
 - Sorki...
 - Ok... - powiedziała Kalipso wyciskając wodę ze swoich rudych włosów. - Teraz załóż rękawiczki i wetrzyj farbę we włosy. Jak szampon.
 - Co ci się tak bardzo nie podoba w mojej fryzurze, co? - jęknąłem.
 - Nie marudź. To nie tak, że mi się nie podoba, tylko tak mi to wpadło do głowy.
 - Dawaj, Hauru! Zrób to! - zachęcał Benvolio.
 - Nie no nie jestem w stanie... - zawodziłem dalej.
 - Niech ktoś mu weźmie to wleje sam na głowę... - zaproponowała Rafaela.
 - Genialne! - podchwycił jej pomysł Rod.
 - O nie, nie, nie, nie, nie... - zacząłem się cofać, ale nie zauważyłem wanny. Przewróciłem się i wpadłem do środka.
 - Teraz! - zakrzyknęła Rafaela.
   Rod i Benvolio unieruchomili mnie w miejscu wykręcając mi ręce do tyłu i trzymając je za plecami. Próbowałem się wyrwać, a wtedy do wanny weszła Kalipso i bezceremonialnie wylała mi zimną, lepką ciecz na głowę.
 - Zostawcie! - krzyknąłem.
   Ale nikt nie zważał na moje słowa. Chłopaki nadal trzymali mnie za ręce, Anti robiła zdjęcia, a Kalipso zręcznymi palcami rozcierała farbę we włosach.
 - Czuję się, jakbym był gwałcony! - wychrypiałem.
 - Ciesz się. To chyba jedyna okazja, żeby wylądować razem z Kalipso w wannie. - zażartował Benvolio za co został natychmiast zbesztany wzrokiem przez rudą i jej chłopaka.
 - Nie w taki sposób to sobie wyobrażałem. - jęknąłem.
 - A więc sobie wyobrażałeś? - spytała Kalipso i mocniej pociągnęła mnie za czuprynę.
 - Ała! Kobieto, opanuj się... To miał być komplement...
   Dziewczyna oderwała ręce od moich włosów i wyszła z wanny podziwiając swoje dzieło zniszczenia.
 - No. Teraz wystarczy trochę poczekać, a potem ci to spłuczemy - zawyrokowała.
 - Poczekać? To ja mam tak siedzieć z tym na głowie? - oburzyłem się.
 - Właściwie możemy cię już wyjąć z tej wanny i zająć się czymś innym przez tą chwilkę. - zaproponowała Anti
 - O! Mówiłeś, że byłeś zajęty kręceniem jakiegoś filmu. - przypomniał sobie Rod. - Mogę pójść po twojego laptopa i zobaczymy, jak tam wam idzie!
   Zanim zdążyłem zaprotestować, reszta wyraziła zgodę i chłopak wyszedł z łazienki.
   Wstałem. Ręce i nogi mi się trzęsły, sam nie wiem do końca dlaczego. Podszedłem do lustra i omal się nie załamałem.
 - Co wy żeście najlepszego zrobili...
 - Poczekaj. Jeszcze nie widziałeś efektu końcowego. - przypomniała mi dobitnie Rafaela
 - Jak go zobaczę pewnie stłukę wszystkie lustra w domu...
 - Dramatyzujesz.
   Do pomieszczenia wpadł Rod.
 - Mam! Na schodach spotkałem Seserakch i dała mi pendriva ze zbiorem najlepszych twoich filmów. A przynajmniej według niej najlepszych... więc podejrzewam, że to coś ciekawego!
 - Jej nie można ufać. Pewnie jest tam "American Pie". To by było w jej stylu. - odpowiedziałem.
   Usiedliśmy pod ścianą. Rod trzymał laptopa na kolanach i otwierał po kolei pliki. Już wiedziałem, co Se miała na myśli mówiąc, że to moje "najlepsze" filmy... w jej kolekcji znalazły się głównie nagrania na których przez przypadek komuś spadają części garderoby, potykam się o różne przedmioty rozwalając ujęcie, pies koleżanki zaczyna ujadać podczas romantycznego dialogu, pająk chodzi po podłodze, a wszystkie dziewczyny wpadają w panikę, rodzice wchodzą do pokoju w najmniej odpowiednim fragmencie... i inne tego typu przygody z planu.
 - Dowartościowujesz mnie, Hauru. - odezwał się Benvolio, którego uśmiech wyrażał coś w rodzaju wdzięczności.
 - Weź się nie odzywaj... nie mam pojęcia skąd ona to wzięła! - zawołałem.
 - Chyba już czas to zmyć. - odezwała się Kalipso.
 - Ale jeszcze trochę tego zostało! - odpowiedział Rod.
 - To oglądajcie dalej, a ja mu pomogę.
   Wstaliśmy i odeszliśmy od reszty. Czułem się dziwnie, kiedy klęcząc nad wanną pozwalałem jej zmyć resztki farby z moich włosów. Jej ruchy były pewne, a dłonie delikatne. Zamknąłem oczy. Ten dotyk to chyba jedyna pozytywna rzecz, jaka wynikła z całego tego zadania.
   Strumień wody ustał. Dziewczyna poszła po ręcznik. Podniosłem się, a chwilę później już wycierała mi włosy w niesamowitym skupieniu.
 - Sam mogłem to zrobić. - powiedziałem.
 - Wiem. - odparła.
 - Ej! Tu są też wycinki z zadania Kalipso! - zauważył Benvolio.
   Serce mi zamarło. To niemożliwe... Przecież wszystko to usunąłem już dawno temu... jak...?
   Podbiegłem do ekranu, a ruda podążyła za mną. Była blada jak ściana.
 - To już widzieliście. - powiedziałem. - Starczy tego dobrego.
 - Czekaj! Rafaela nie oglądała tych filmików. - wtrącił Rod.
   Po czym i on zamarł.
   Na ekranie pojawiło się koło garncarskie, za którym siedziała Kalipso w skąpym ubiorze. Biały kitel, spod którego widać było gołe nogi, był już mocno wymięty po godzinach prób i nieudanych ujęć. Ale w żadnej mierze jej to nie oszpecało. Wyglądała przez to jeszcze seksowniej... Wiedziałem, co się zaraz wydarzy. Czułem zbliżającą się katastrofę. W filmie pojawiłem się ja. Usiadłem za rudą. Przejechałem dłońmi, po całej długości jej ramion.
   Spojrzałem na Roda.
   Zmarszczył brwi, jakby nie dowierzał temu, co widzi.
   Na ekranie pochylałem się nad szyją Kalipso i ledwo dotykałem jej ustami. Przypomniałem sobie, jak w tamtej chwili każda cząstka mego ciała chciała się z nią połączyć, ale w duchu walczyłem ze sobą. Nie śmiałem zbliżyć się bardziej. Wtedy siedziała do mnie tyłem. Nie mogłem do końca poznać jej reakcji. Teraz widziałem, jak płonęła z rozkoszy. Coś ścisnęło mnie w gardle.
   Wszyscy wpatrywali się z szeroko otwartymi oczami w laptopa. Rod zrobił się czerwony na twarzy i widziałem, jak napinają się na nim mięśnie, a dłonie zaciska w pięści.
Film zbliżał się ku końcowi. Wiedziałem, że za chwilę reszta ochłonie z otępienia i zacznie się masakra. Ale jedyne, o czym mogłem myśleć to to, jak bardzo wtedy skrzywdziłem Kalipso. Wykorzystałem ją... Tak bardzo jej pragnąłem, że wykorzystałem byle jaki pretekst, aby jej dotknąć. Ta chwila zatracenia... Myślałem, że tylko dla mnie była tak intensywna. Myślałem, że ona za mną nie przepada i że traktuje to jedynie jako odrobienie zadania. Ale chyba się myliłem...
 - I tak masz to zrobić! - usłyszałem własny głos na filmie, kiedy zwracałem się do Artura. A w oczach Kalipso czaiło się zagubienie.
   Zapadła cisza.
   Rod ostrożnie oddał laptop siedzącemu obok Benvoliowi i wstał, a ja odruchowo stanąłem naprzeciw niego. Jego oczy były szeroko otwarte. Na pewno nie zamierzał się na mnie wydrzeć, ale to żadne pocieszenie.
 - Czyli w całej tej kłótni chodziło o Kalipso.
 - Tak. - odpowiedziałem szczerze.
   Nie było sensu szukać wymówek. Wiedziałem, że przez ostatni miesiąc posunąłem się za daleko, a on nie jest głupi. 
   Jego dziewczyna, jak wywołana do odpowiedzi, zaraz podeszła do niego i próbowała się tłumaczyć, ale nie chciał na nią patrzeć. Kontynuował:
 - Kłamałeś, udawałeś, rozbiłeś całą grupę po to, żeby mieć Kalipso.
 - Nie. Kłamałem i udawałem, aby pozbyć się tego uczucia, bo wiedziałem, że nigdy nie będzie moja.
 - Na jedno wychodzi. Ale przynajmniej mam jasność. - powiedział półgłosem, jakby do siebie, i niby to spokojnie wyszedł z pokoju. 
   Chwilę potem usłyszałem dźwięk zatrzaskiwanych drzwi wejściowych.

29. Listy

Antiochis

 - Dziś kręci, Rafaela, prawda? - upewniła się Kalipso, wyciągając butelkę z torby.
   Jak zwykle siedzieliśmy wszyscy na ziemi, zaczynając się stresować zbliżającym się losowaniem.
 - Tak, wczoraj robiła tamten wianek. - przypomniał jej Benvolio z miną bynajmniej niewyrażającą triumfu.
   Butelka leżała już na ziemi, gdy nagle przypomniała mi się pewna sprawa.
 - Zaczekajcie! - krzyknęłam i zaczęłam przeszukiwać kieszenie. - Byłabym zapomniała: mieliśmy już jakiś czas temu odpisać na list Ciris i wczoraj stworzyłam już coś w stylu szkicu.
 - To przeczytaj go na głos. - poprosił Rod, gdy tylko triumfalnie wyciągnęłam lekko wygięty pliczek papieru.
 - Jasne, tylko wyjmę z koperty. - odparłam i po chwili wszyscy siedzieli zasłuchani, gapiąc się gdzieś w przestrzeń.

      Bardzo się cieszymy, że tak dobrze się bawisz na kursie i że poznałaś tak ciekawych ludzi. Mimo to musimy przyznać, że tęsknimy za Tobą i już nie wiemy, czy lepiej, żebyś wracała jak najszybciej czy została tam i uczyła się jak najdłużej. Wobec tego liczymy na Twoje wyczucie - nigdy nas nie zawiodło.
      U nas w Polsce wszystko w porządku. Systematycznie dokumentujemy nasze dokonania, ale obawiamy się, że zdjęć jest zbyt dużo, żeby Ci je wysłać. Mamy nawet film, na którym Benvolio robi lasagne... Znaczy na początku robi, a potem dzieje się dużo innych rzeczy, które pokażemy Ci, gdy tylko pojawisz się w mieście. W tej chwili możemy co najwyżej opisać Ci pokrótce ostatnie dni, co za chwilę z największą radością zrobimy.
      Przeżywamy renesans prostych zadań. Mimo, że zdarzały nam się bardziej ekstremalne czy po prostu dziwne zadania takie, jak taniec na ulicy (wyzwanie dla Roda) albo "nicnierobienie" (zadanie dla Kalipso pod dozorem Roda), to jednak coraz częściej pojawiają się pomysły równie niewinne co w zwykłej grze w butelkę na wycieczkach integracyjnych. Niemniej jednak staramy się trzymać poziom tym bardziej, że pojawiły się nowe osoby.
      Romea zdążyłaś poznać jeszcze przed wylotem do Francji, towarzyszył nam przez jakiś czas. Gościnnie zadanie wykonywała również Seserakh, starsza siostra Hauru. Wczoraj z kolei dołączyła do nas Rafaela, kuzynka Roda, i mamy nadzieję, że zostanie z nami na dłużej.
      Gdy wrócisz do Polski, obowiązkowo musimy Ci ją przedstawić. Poza tym czekają na Ciebie zdjęcia i film, o których już wspominałam. Przygotuj się na to, że gdy już Cię wyściskamy na tym lotnisku, zasypiemy Cię opowieściami i anegdotkami, których trochę się już nagromadziło - a będzie jeszcze więcej.
      Baw się dobrze i ucz się pilnie. Czekamy na Ciebie i ściskamy na odległość.
   Podniosłam wzrok znad kartki i rozejrzałam się po przyjaciołach, mówiąc:
 - Wystarczy, że się podpiszecie.
 - Zanim się do tego zabierzemy, mam jeszcze jedną uwagę... - wtrącił Rod.
 - Tak?
 - Skreśl, proszę, fragment o zadaniu Kalipso. Myślę, że to nie najlepszy przykład.
 - A to czemu? - zainteresował się Hauru.
 - Bardziej odpowiednie by było... choćby to z pytaniami dla Se.
 - Nie widzę różnicy szczerze mówiąc. List jest w porządku.
 - Skoro tobie nie zrobi to różnicy, a mi zrobi, to wprowadźmy tę zmianę.
 - Ale to dla Anti dodatkowy problem z przepisywaniem. Daj sobie spokój z tym czepianiem się, zwłaszcza, że nie ma o co.
   Rod zerknął ukradkiem na Kalipso.
 - Może rzeczywiście zamieńmy to na coś innego. - poparła swojego chłopaka ruda.
 - No dobra. - mruknęłam.
   Nie chciałam kolejnej kłótni, zwłaszcza, że mieliśmy udawać, że przez ten cały czas nic się nie stało.
 - A tak się tylko zapytam... do kogo piszecie? - odezwała się niespodziewanie Rafaela, uprzedzając jakąś uwagę Hauru.
 - Właśnie, przecież ty zupełnie nie wiesz, o co chodzi! - usłyszałam okrzyk Benvolia i następujący po nim dźwięk uderzenia dłoni o czoło, kiedy znowu pochylałam się nad kartką. - Ciris to nasza koleżanka. Grała z nami dopóki nie wyjechała do Francji na kurs rysunku. Ale ma wrócić przed końcem wakacji.
   Puściłam poprawiony list po kółku i spojrzałam na Rafaelę. Nie wydawała się ani trochę zaskoczona.
 - No to kręcę, tak? - zapytała, zmieniając temat.
 - Tak. - potwierdziłam.
   Wprawiona w ruch butelka po kilku obrotach zatrzymała się wylotem w kierunku Roda. Rafaela spojrzała na kuzyna, marszcząc brwi.
 - No już nie wiem, czy teraz mam łatwiej czy trudniej...
   Ten odpowiedział jej tylko na poły złośliwym uśmiechem.
 - Ale skoro jesteśmy przy pisaniu listów... To mam pomysł! Napiszesz list miłosny na adres naszego byłego gimnazjum. A ponieważ jego patronem był Słowacki, to list będzie zaadresowany do Juliusza!
  Dość nieoczekiwanie Rod wybuch śmiechem.
 - Serio? Chcesz, żeby sekretarka dostała zawału? Albo umarła ze śmiechu? Nie sądziłem, że tak jej nie lubisz!
 - Cóż. Nauczyciele też powinni mieć jakąś rozrywkę w pracy!
 - Zrobię to! Żebyście wiedzieli, zrobię to! - Rod wciąż nie mógł przestać się śmiać. 
   Taki wybuch w jego wykonaniu wyglądał tak nienaturalnie, że sama nie wiem, czy i ja byłam tym zadaniem rozbawiona.
   W końcu spoważniał i bez zawahania zapytał mnie:
 - Został ci jeszcze jakiś papier, Anti?
 - Tak, ale kopertę i znaczek będziesz musiał sam zdobyć.
   Podałam mu pozostały zwitek papeterii, jeszcze bardziej pogięty niż przedtem, a on przyjął go z trochę wciąż rozbawiony, a trochę już pozujący na znawcę-artystę.
 - Będę potrzebował trochę czasu i spokoju. - odezwał się poważnie. - Potem przeczytam wam, co napisałem.
 - Och, myślę, że zajmie ci to niewiele czasu. Masz minę, jakbyś napisał tysiące takich listów. - zażartował Hauru.
   Mój wzrok automatycznie skierował się ku Kalipso, jednak na jej twarzy tylko kącik ust uniósł się delikatnie.
 - Tylko bez żartów! Listy miłosne to niełatwa sprawa. - powiedział z aż za poważną miną, po czym dodał: 
 - Albo jednak będę wam mówił na bieżąco. - dodał i zaczął z namaszczeniem szurać długopisem po papierze. - "Najdroższy Juliuszu!"
  - Ależ oficjalnie... - skomentował blondyn wyraźnie rozbawiony całą sytuacją w równym stopniu co Rod.
   Tamten jednak niewzruszony kontynuował:
 - "Chciałem napisać do Ciebie dużo wcześniej, lecz do dzisiejszego dnia nie starczało mi odwagi..."
  - Podły kłamca. - skomentował cicho Benvolio, na co wszyscy poza Rodem, który za wszelką cenę chciał zachować powagę, zareagowaliśmy wybuchem śmiechu.
  - "Pewnie nie ufasz komuś takiemu jak ja - obcej osobie, której nigdy nie zobaczyłeś wśród tłumów. Ja jednak dojrzałem Cię pośród zastępów wieszczy i znam Cię jak mało kto."
  - Z tego co pamiętam, przeczytałeś jedynie jego testament... - wtrąciła Kalipso.
  - Oj tam, oj tam! - uśmiechnął się przekornie i cyzelował dalej: - "Nie powinno Cię to zaskakiwać - Twoje wiersze, Twoje wielkie i doskonałe dzieła są oknem Twojej równie doskonałej duszy, w której ja dostrzegłem więcej niż inni."
  - Ale się podlizujesz... - zaśmiał się Hauru.
  - "To, co dostrzegłem, jest bardziej niezwykłe niż cokolwiek, co widziałem i czego doświadczyłem w swoim życiu, które teraz wydało mi się puste i nic niewarte. Bez Ciebie, choćby widoku Twojego pisma, choćby literki napisanej przez Ciebie, świat jest tylko zimną skorupą. Razem jednak możemy wzlecieć pod niebiosa, zostawić za sobą ziemski chłód i okrucieństwo, by w zamian pławić się w cieple słońca i blasku tęczy."
 - Z tą tęczą to poleciałeś... - zachichotał Benvolio.
 - Czekajcie, najlepsze jeszcze będzie! - wtrącił Rod i zabrał się za ostatnią część listu: - Dlatego spotkajmy się! Miłość jest naszą jedyną szansą na ocalenie, dlatego będę czekał na Ciebie, ile tylko mi rozkażesz. Nie bądź jednak zbyt okrutny. Twój na wieki..."
  - Podpisz się swoim imieniem. - powiedziała Rafaela, która do tej pory milczała. - To część zadania.
 - Nie przesadzasz? - zapytał z już realnym powątpiewaniem?
 - Nie sądzę. Zbyt łatwo Ci szło.
 - Pfff... No dobra. - zamaszyście nakreślił parę linii u dołu kartki i podał ją Rafaeli.
 - Dzisiaj wyślę. - powiedziała wkładając ją do torebki. - mama trzyma w szafce koperty i znaczki.
 - Za łatwo dziś poszło. Pewnie za chwilę wyskoczy jakiś problem zza krzaka, jak wczoraj. - rzucił Rod, zerkając wymownie to na Benvolia, to na Rafaelę.
Odpowiedziała mu salwa śmiechu.
 - O nic się nie martw, Twój list trafi do tego, na kim Ci tak bardzo zależy! - zapewniła go kuzynka.
 - Miałaś na myśli NIE zależy...
 - Tak, oczywiście... - spochmurniała.
 - No to co? Chyba się zbieramy. - rzucił lekko Hauru.
   Wydawało mi się, że na ten sygnał wszyscy czekali. Zupełnie jakby byli już zmęczeni całą tą grą, swoim towarzystwem i wciąż związanym z tym napięciem mimo, że było przecież mniejsze niż wcześniej. A może tylko mi się tak wydawało... Kto wie! I tak mieliśmy się spotkać nazajutrz.

piątek, 3 stycznia 2014

28. Wianek, romanse, cierpienia... romantyzm!

 Rafaela

 - Och, nie... - szepnęłam prawie niedosłyszalnie, kiedy nieubłagana butelka wskazała moją kolej.
 - Ha! Rewanż! - wrzasnął Benvolio uradowany. 
   Na pewno nieczęsto zdarzało się to w tej grze.
 - Już się boję...
 - Spokojnie, Benvolio nic strasznego nie wymyśli. - pocieszył mnie Rod, uśmiechając się półgębkiem.
   Tamten w odpowiedzi pogroził mu palcem.
 - Zobaczymy, zobaczymy...
   Za chwilę zamyślił się, ale nie musieliśmy długo czekać, aż wykrzyknął:
 - Już wiem! Tam za ostatnimi budynkami miasta zaczynają się bardziej... wiejskie zabudowania. Wejdziesz do jednego z ogrodów i nazbierasz kwiatów. Tyle, żeby starczyło na wianek!
 - Mam ukraść kwiatki i zrobić z nich wianek? Serio? - spytałam rozbawiona. 
   Zadanie przypominało mi jakieś przedszkolne wybryki.
 - Jeszcze zobaczysz, że to nie takie proste. - spojrzał na mnie z miną profesjonalisty. - Ja zdobywałem doświadczenie w tych ogrodach przez całą podstawówkę, ale jak ty sobie poradzisz, to nie wiem...
 - Więc patrz uważnie. - zaśmiałam się i podniosłam z ziemi. 
   Reszta też wstała i razem ruszyliśmy w kierunku obrzeży miasta, które wskazał Benvolio.



   Chłopak chyba nie przemyślał tego zadania. Jeśli chciał, żeby było choć trochę niebezpieczne, powinien był powiedzieć, że mam skomponować jakiś bukiet. Wtedy potrzebowałabym mniej pospolitych kwiatków: róż, tulipanów, nawet może hortensji, które rosną w ogródkach przy domach bogatszych właścicieli przewrażliwionych na punkcie roślinek. Tymczasem na wianek najlepiej się nadają zwykłe mlecze czy stokrotki. Takie, które można znaleźć najczęściej na łąkach, przy drogach i w ogródkach opuszczonych domów, w związku z czym zadanie wcale nie wydało mi się trudne.
   Przechodziliśmy różnymi uliczkami, a ja zastanawiałam się, jak to wygląda z boku: grupa nastolatków rozmawiających o bzdurach idzie chodnikiem osiedla i przygląda się uważnie wszystkim ogródkom mijanym po drodze...
   W końcu wypatrzyłam jeden, który szczególnie mnie zauroczył: znajdował się koło parterowego, drewnianego domku ze sporą werandą, a na całej jego powierzchni kwitły różowe i białe koniczyny.
   Zatrzymałam się i odwróciłam do reszty:
 - To może tu. To zajmie tylko chwilkę. Jak chcecie, możecie szukać czterolistnej.
   Po czym nie czekając na odpowiedź przeskoczyłam przez drewniany płotek.
   Zebranie kwiatów szło mi całkiem sprawnie. Odwróciłam się do znajomych i pomachałam im pęczkiem, który zerwałam.
   Hauru uniósł kciuk do góry. Najwyraźniej bawiło go, że Benvoliowi nie powiódł się plan zemsty. Kalipso wydawała się prawie mnie nie dostrzegać, ciągle zerkała nerwowo na ulicę i w kierunku domku. Antiohis i Benvolio przycupnęli z boku przy furtce. Dostrzegłszy moje spojrzenie, chłopak przybrał pewny siebie wyraz twarzy jakby chciał pokazać, że coś jeszcze może się nie powieść, a wtedy to on będzie miał rację.
 - To niesamowite, Benvolio, jak dobrze znosisz porażki. - odezwał się Rod.
 - Jakie znowu porażki? - szczerze zdziwił się tamten. - Przecież to jeszcze nie koniec.
 - No jak nie? - odpowiedział mój kuzyn widząc, że do nich wracam.
 - Pierwsza część za nami. - oznajmiłam zadowolona. - Może chodźmy w jakieś bardziej ustronne miejsce, żeby zrobić ten wianek?
 - Nie no, myślałem, że będziesz go robić na bieżąco! - mina Benvolia należała teraz raczej do "kwaśnych". - Zostańmy tutaj. Miło tu, prawda?
 - Ty za wszelką cenę chcesz, żeby ktoś nas tu przyłapał, co? - spytałam chłopaka.
 - Nie jestem złośliwy, ale to jednak ja mam dbać o poziom trudności zadania...
 - To może od razu pójdę na tą werandę i tam będę robić wianek! - zażartowałam.
   Od razu po wypowiedzeniu tych słów, wpadło mi do głowy, że to w sumie nie głupi pomysł... Przecież w tym domku pewnie nikogo nie ma. Odwróciłam się na pięcie wracając do ogrodu i przysiadłam na schodkach biegnących do wejścia mieszkania. Spokojnie rozłożyłam obok siebie kwiatki i zabrałam się za splatanie ich ze sobą.
 - Nie mówiłeś, że masz szaloną kuzynkę, Rod. - usłyszałam jak zwrócił się do niego blondyn. - To znaczy, że może tylko twoje geny uległy uszkodzeniu...
 - Uważaj, żebyś ty nie uległ uszkodzeniu, jak będziesz obrażał rodzinę tej szalonej kuzynki. - odpowiedziałam mu.
 - Mmm... chętnie zaryzykuję... - Hauru puścił do mnie oko.
   Nie uszło to uwadze Kalipso, która natychmiast odwróciła się do wszystkich plecami i Roda, który wyglądał, jakby poczuł się przez to osobiście dotknięty.
 - Zostaw ją w spokoju. - warknął i zatopił się we własnych myślach.
   W tym momencie sobie przypomniałam. 
   Tamtego dnia, kiedy bez celu jeździłam autobusem po okolicy, widziałam na przystanku Kalipso i jakiegoś chłopaka. Był nim niewątpliwie Hauru - te blond włosy, sposób, w jaki spoglądał na dziewczynę mojego kuzyna i napięcie między nimi...
   Rod pewnie nic nie wiedział o ich schadzkach... ale wygląda, jakby się domyślał... Powinnam mu powiedzieć? A może porozmawiać o tym najpierw z Kalipso? O Boże... Biedny Rod... ruda była dla niego wszystkim... Pamiętam, jak raz mi o niej opowiadał.
   Leżał wtedy na ziemi w moim pokoju. Nigdy wcześniej nie widziałam w jego oczach takiego blasku i uśmiechu utrzymującego się stale na twarzy. Nie patrzył na mnie. Zdawało się, że przywołuje w myślach jej obraz. I mówił... Opowiadał o jej śmiechu, kolorze oczu, kompletnie odmiennym guście muzycznym i zakładaniu skarpetek nie do pary. Mówił, dopóki mu nie zaschło w gardle i wyszedł po szklankę wody, a ja szybko otarłam z policzka pojedynczą łzę. Wiedziałam, ze ją kocha. Był zafascynowany nią całą. Patrzył na nią tak uważnie... jak nigdy nie spojrzał na mnie.
   Wplotłam ostatnie koniczyny i wróciłam do reszty.
 - Gotowe! - zawołałam przybierając radosny ton, aby odpędzić wspomnienie.
   Uniosłam ręce w górę i założyłam wianek na głowę Benvolia.
 - Jednak udało ci się. - westchnął, przybierając rozczarowaną minę, na co Hauru zaśmiał się:
 - Nie tak wygląda chłopak, gdy dostaje kwiaty od ładnej dziewczyny.
 - Tak? - spytałam. - To może nam zaprezentujesz, jak powinien wyglądać?
 - O nie... - zaśmiał się blondyn. - Zarezerwuję to dla tej jedynej.
 - Może zanim na dobre się rozkręcicie z tą dyskusją, odejdziemy na bezpieczną odległość? - wtrąciła się niespodziewanie Anti, o której obecności zdążyłam zapomnieć. - Wydaje mi się, że ten dom nie jest jednak pusty...
   Jednocześnie wszyscy spojrzeliśmy w tamtym kierunku i ku ogólnemu zdziwieniu, zobaczyliśmy uchylające się drzwi wejściowe. Jak małe dzieci przyłapane na podkradaniu cukierków, rzuciliśmy się do ucieczki. Za rogiem wszyscy przystanęliśmy. Pierwsza wybuchłam śmiechem, a reszta zaraz do mnie dołączyła. 
   Benvolio był usatysfakcjonowany.
 - A widzicie? Jednak nie było tak beznadziejnie prosto!
 - A więc remis? - spytałam.
 - Niech ci będzie. - udał, że zgadza się niechętnie.
 - Koniec flirtów! - zażartował Hauru.
 - My nie flirtujemy! - wykrzyknęliśmy jednocześnie, co tylko wywołało kolejną salwę śmiechu.