Kalipso
Kiedy kolejnego ranka zebraliśmy się
w parku wszyscy mieli bardzo dobre nastroje. Nie posiadałam się z
radości, że w końcu udało nam się załagodzić nieporozumienia i
mogliśmy po prostu cieszyć się swoim towarzystwem i wakacjami.
- Jest już komplet? - spytałam
wyjmując butelkę z torebki.
- Nie wydaje mi się. - zwróciła
uwagę siedząca pod świerkiem Antiochis. - Znowu nie ma Rafaeli.
- Rod, wiesz co się z nią dzieje? -
spytałam.
- Nie, nie widzieliśmy się od
niedzieli, od przyjęcia rodzinnego.
- Myślicie, że powinniśmy po nią
pójść? - zastanawiała się na głos Ciris.
- W niedzielę wyglądało na to, że
wszystko jest w porządku. - tłumaczył się Rod. - Ale to
faktycznie dziwne, że jej nie ma, może coś stało się już potem.
- W takim razie przejdę się do niej.
- powiedział Benvolio, podnosząc się z ziemi. - Wybadam sprawę,
jeśli coś jest nie tak, to może trzeba będzie zareagować.
- Świetny plan! - natychmiast wypalił
Hauru.
- Ale to pewnie potrwa. - zwrócił
uwagę Rod. - Mamy czekać na ciebie z grą?
- Nie, bez przesady. - Benvolio machnął
ręką. - To byłby wyjątkowy niefart, gdyby znowu trafiło na mnie.
- No wiesz, teoretycznie to tak samo
prawdopodobne, jak to, że wypadnie na kogokolwiek innego. - roześmiał
się tamten.
Benvolio pokręcił tylko głową i
zniknął wśród gałęzi.
- Okej... - powiedziałam zagarniając
wszystkich do kręgu. - Zobaczmy, kto dziś padnie moją ofiarą...
- I właśnie dlatego Benvolio tak
szybko się ulotnił... - Hauru zwrócił się tonem znawcy
do Ciris i Talii siedzących po jego lewej.
- Przezabawne. - pokazałam mu język i
zakręciłam.
- To było kantowanie! - oburzył się
Hauru, kiedy wylot butelki wskazał w jego stronę. - To aż
nieprawdopodobne, żebyś trafiła akurat na mnie!
- Przeznaczenie mój drogi. -
puściłam mu oko.
- Prawdopodobieństwo 1/6 to nie aż
tak mało... - zauważył Rod. - Może jest nawet większe, tak się
rozparłeś na boki...
- Wypraszam sobie! Wcale się nie
rozpycham. - zaczął się wykłócać. - Następnym razem
przytulę się jakoś do ciebie. Prawie nigdy nie trafia na ciebie.
- Następnym razem ty będziesz kręcił.
- zwróciłam mu uwagę. - Na pewno nie będziesz wykonywał zadania. I nawet nie musisz się w tym celu do nikogo
przytula!
- Zazdrosna? - spytał Hauru ze
złośliwym uśmieszkiem.
- Nie. - zaśmiałam się i dla przekory dodałam: - Zawzięcie
shipuję cię z Rodem!
- I to dlatego poubierałaś nas
wczoraj w te kiece? Jaki ja byłem głupi... - Rod teatralnie spuścił
głowę.
Już chciałam mu odpowiedzieć, kiedy do naszej rozmowy
wtrąciła sie Anti:
- Myślę, że pewne rzeczy możecie
wyjaśnić sobie na osobności. Tak czy inaczej, Hauru czeka na
zadanie.
- No tak. - zamyśliłam się. -
Hauru... Co powiesz na rozpoczęcie kariery kaznodziei?
- Brzmi ciekawie. - odparł. - Mów
dalej...
- Chciałabym, żebyś poszedł pod
centrum handlowe i przepowiadał koniec świata. Zaczepiał
przechodniów, krzyczał, śpiewał... jak cię fantazja
poprowadzi! - dokończyłam bardzo z siebie zadowolona. Dawno nie
wymyśliłam tak dobrego wyzwania.
- Ostro. - skomentował Rod.
- Z wami nigdy nie zrobi się nudno...
- powiedziała z niedowierzaniem Ciris, po czym zebraliśmy się i
raźnie ruszyliśmy w kierunku przystanku, z którego odjeżdżał
autobus mający nas zabrać na miejsce.
Po drodze przepychaliśmy się i
żartowaliśmy. Dzień był pogodny, choć pochmurny. Hauru miał
nadzieję, że wkrótce spadnie deszcz, bo uważał, że
dodałoby to dramaturgi jego przepowiedniom o zbliżającej się
nieuchronnie apokalipsie. Jednak raczej nie było na to większych
szans, podobnie jak na spełnienie jego proroctw. Dotarłszy pod centrum handlowe
zajęliśmy strategiczne miejsce w kawiarni na wolnym powietrzu koło
głównego wejścia do galerii. Zamówiliśmy lemoniadę
i zaciekawieni przyglądaliśmy się, jak Hauru przygotowuje się do
swojego publicznego wystąpienia. Chłopak już po drodze zgarnął od
nas całą biżuterię. Teraz zakładał na siebie wisiorki i
bransoletki, a bandanę Talii obwiązał wokół ręki.
Pożyczonymi od Antiochis nożyczkami do paznokci rozciął sobie
przód koszulki tworząc dekolt a la Reytan i podwinął jedną
nogawkę od spodni... Właściwie nikt nie wiedział w jakim celu.
Zaczął przechadzać się po placu
wśród spieszącego się tłumu. Robił to powoli ze wzrokiem
utkwionym w niebo i ramionami rozwartymi na całą szerokość niczym Człowiek Witruwiański.
- Chyba jednak jest w swoim żywiole. -
pokręcił głową Rod.
- Ewidentnie. - przyznała mu rację
Ciris.
W końcu nasza dzisiejsza gwiazda
przemówiła:
- Zatrzymajcie się grzesznicy! - jego
głos był tak potężny, że usłyszelibyśmy go nawet z trzy razy
większej odległości. - Zaprawdę zaprawdę powiadam wam, że oto
nadchodzi rychły kres ludzkości! Ja który jestem zesłany tu
na ziemię przez anioła Razjela, jako syn jego pierworodny, zwiastuję wam
nadejście okrutnych plag za wasze winy!
- No to nieźle poleciał... -
skomentowała Talia.
- Żałujcie za grzechy! - krzyczał
dalej Hauru, a ja byłam pełna podziwu, że jeszcze się nie zraził
tymi wszystkimi spojrzeniami rzucanymi mu przez przechodniów.
Było kwestią czasu, kiedy ktoś w końcu zwróci mu uwagę.
Było kwestią czasu, kiedy ktoś w końcu zwróci mu uwagę.
- Albowiem nadchodzi kres cywilizacji!
A przez cywilizację należy rozumieć internet! Niebiosa ukarzą was
zagładą cybernetycznego świata! Upadną wasze serwery, ognie
piekielne pochłoną znajomych na Facebooku, a jeźdźcy apokalipsy
wytną w pień hejterów i nastanie nowy porządek świata!
Anti, która do tej pory się nie
odzywała, parsknęła śmiechem.
- Proszę pana! Proszę pana! - z
centrum handlowego wybiegł ochroniarz i stanął przed Hauru. Zaczął
coś do niego mówić i energicznie wskazywać w kierunku ulicy
najwyraźniej dając mu do zrozumienia, żeby sobie poszedł. Jednak
chłopak był nieugięty:
- Głoszę świadectwo prawdy! Niby
Mojżesz z góry Synaj schodzę między lud ogłosić nowe przykazania! Zaiste
wielki jest mój dar dla ludzkości wszystkich narodów! Drukujcie strony Wikipedii albowiem czas zrzynania prac domowych odchodzi w odmęty przeszłości!
- On jest niepoważny. - wszyscy
pokładaliśmy się ze śmiechu.
- Czekajcie. - uciszyłam resztę. -
Podchodzi do niego jakaś babka.
Mina Hauru na widok starszej pani
całkowicie się zmieniła. Momentalnie wyszedł z roli i z
zakłopotaniem próbował coś wyjaśnić. Zastanawiałam się, czy to nie jakaś jego ciocia albo mama kumpla, bo nie zachowywała się tak, jakby słowa chłopaka ją obraziły i dlatego do niego podeszła. Rozmawiali normalnie... W którymś momencie Hauru wskazał w naszym kierunku i wtedy ją
poznałam. Była to nasza nauczycielka historii. Pomachała nam na
przywitanie po czym poklepała Hauru po ramieniu i weszła do
galerii.
Chłopak podbiegł do nas. Był cały
czerwony na twarzy.
- Co powiedziała? - zapytam z
przejęciem nie mogąc uwierzyć w taki zbieg okoliczności.
- Że będzie miała o czym opowiadać
w pokoju nauczycielskim po wakacjach... - odparł Hauru. - Ładnie
mnie urządziłaś, Kalipso!
- Jakoś ci to wynagrodzę... -
zaśmiałam się. - Twoje przemówienie było genialne!
- Hauru, proszę, nie zostawaj nigdy
politykiem. - odezwał się Rod.
- A to niby czemu? - chłopak zdawał się wyraźnie zdezorientowany.
- Jeśli ktoś ci uwierzy, to nie
skończy się to dla nas dobrze. - roześmiał się tamten.
- Ty chyba właśnie mnie obraziłeś...
- powiedział Hauru marszcząc brwi.
- Właśnie tak. - odparł Rod z
satysfakcją i poklepał go przyjacielsko po łopatce.
- Nazwa shipu dla Hauru i Roda to Rouru
czy Hod? - spytałam konspiracyjnym szeptem Antiochis.
- To pierwsze, nie wiem czemu, kojarzy
mi się z jakimiś dzikimi zwierzętami... Brzmi jak ryk. - zamyśliła
się z uśmiechem.
- My ciągle was słyszymy! - zwrócił
nam uwagę Hauru otrząsając się z otępienia, jakie wywołało w nim nagłe spotkanie z nauczycielką. Wziął do ręki szklankę z moją lemoniadą i wychylił ją do dna. - Oj, chyba jednak potrzebuję trochę procentów... Ktoś wybiera się na imprezę do Kacpra?
Rafaela
Leżałam w łóżku przewracając
się z boku na bok. Od dwóch dni siedziałam w pokoju z
komputerem na kolanach nadrabiając zaległe odcinki moich seriali i
starając się ochłonąć po rozmowie z Rodem na złotych godach
dziadków. Nie chciałam go teraz widzieć. Jego słowa
wzbudzały we mnie mieszane uczucia i im dłużej analizowałam jego
zachowanie, tym bardziej zdezorientowana się czułam, a co najgorsze: nic nie mogłam na
to poradzić.
Czy zrozumiał co do niego czułam i mnie odepchnął, czy nadal był ślepy i zrobił to przez przypadek? A może wiedział i zrobił to celowo? A co, jeśli zrozumiał, że go kocham, ale się tego przestraszył i zrobił to, żeby zyskać czas na przemyślenie tej sytuacji?
Z resztą mniejsza o jego motywację... Czułam się okropnie. Nie wiedziałam, czy będę w stanie spojrzeć mu jeszcze kiedykolwiek w oczy i jak bardzo zmieniło to jego myślenie o mojej osobie.
Czy zrozumiał co do niego czułam i mnie odepchnął, czy nadal był ślepy i zrobił to przez przypadek? A może wiedział i zrobił to celowo? A co, jeśli zrozumiał, że go kocham, ale się tego przestraszył i zrobił to, żeby zyskać czas na przemyślenie tej sytuacji?
Z resztą mniejsza o jego motywację... Czułam się okropnie. Nie wiedziałam, czy będę w stanie spojrzeć mu jeszcze kiedykolwiek w oczy i jak bardzo zmieniło to jego myślenie o mojej osobie.
Z zamyślenia wyrwało mnie dzwonienie
do drzwi. Niechętnie wstałam i poszłam sprawdzić kto to. Ku
mojemu ogromnemu zdziwieniu zobaczyłam, że to Benvolio. On też
dostrzegł mnie przez szybę i pomachał mi ręką, więc nie mogłam już
udać, że nie ma mnie w domu. Otworzyłam mu.
- Cześć! - zaczął lekko
zakłopotany.
- Jeśli chcesz mnie wyciągnąć na
grę w butelkę, to sobie daruj. Wzięłam chorobowe. - mruknęłam
szykując się na walkę.
- Nie! Co ty! - zaraz zaczął się
wykręcać. - To nie tak! Przyszedłem tylko zapytać, co słychać,
dawno się nie widzieliśmy...
- Trzy dni to nie jest jakiś szmat czasu.
Wróć za dwa tygodnie to będzie o czym pogadać. - odparłam.
- Ej, no nie bądź taka... Pewnie
myślisz, że mnie tu przysłali, żebym cię wyciągnął na grę.
Nic z tych rzeczy!
- Wybacz, ale po spędzeniu z wami
jakiegoś czasu, znam już taktykę tych waszych "interwencji".
Wylosowali cię, żebyś tu przyszedł? Przegrałeś w papier, kamień,
nożyce?
Zaczął wywracać oczami.
- Nie! Co mam zrobić, żebyś mi
uwierzyła, że nikt mnie tu nie przysyłał? Skoro wczesna pora nie
wystarczy...
- Serio wpadłeś tak po prostu? -
nagle zaczęłam mieć wątpliwości, czy słusznie się na niego
złoszczę. - Czyli nie spieszy ci się z powrotem?
- Nie! Skąd! - zapewniał mnie. - Nie
po to przyszedłem, żeby zaraz wychodzić. - uśmiechnął się już
spokojniejszy.
- Chcesz wejść? - spytałam lekko zakłopotana postanawiając mu uwierzyć. -
Właśnie skończyłam odcinek "Shameless". Możemy puścić
jakiś film...
- Skoro proponujesz.... - uśmiechnął
się szeroko i nieśmiało wszedł do przedpokoju.
- Chcesz się czegoś napić? -
zamknęłam za nim drzwi. - Coś zjeść? Mogę zrobić popcorn.
- Nie musisz, właściwie to ledwo
śniadanie zjadłem... - wymamrotał niezbyt przekonująco.
- Co za przyjemność z oglądania
filmów bez podjadania? - zapytałam uśmiechając się do
niego. - Rozgość się u mnie w pokoju. Pierwsze drzwi po lewej. - Wskazałam mu drogę po czym sama poszłam do kuchni przygotować
przekąski.
Kiedy wróciłam, zastałam go przeglądającego filmy ustawione na półce nad moim łóżkiem.
Kiedy wróciłam, zastałam go przeglądającego filmy ustawione na półce nad moim łóżkiem.
- Całkiem ciekawa kolekcja, muszę
przyznać. - powiedział lekko speszony, że go na tym przyłapałam.
- Kilku nawet nie oglądałem.
- Których? - spytałam
rozkładając jedzenie i picie na szafce nocnej. - To
moje ulubione. Nie wyobrażam sobie bez nich życia.
- Nigdy na przykład nie miałem okazji
zobaczyć "Trafionego piorunem". Albo... Nie, będziesz się
śmiać...
- No dawaj! - zachęciłam go.
- "Perks of
Being a Wallflower". Nie wiem, jakim cudem mnie to ominęło...
- czerwony na twarzy zaczął się śmiać z zakłopotaniem.
- Trzeba szybko naprawić ten błąd! -
odparłam. - Zobaczysz, zrobi na tobie wrażenie. Zwłaszcza Ezra
Miller - podobno wziął udział w przesłuchaniu do roli Patricka przez
Skypa, ale był tak charyzmatyczny, że dostał angaż już po pięciu godzinach od rozpoczęcia castingu!
- Po jego popisie w "Musimy
porozmawiać o Kevinie" jestem w stanie uwierzyć ci na słowo,
ale i tak chętnie obejrzę. - odparł.
Szybko posłałam łóżko.
Usiedliśmy koło siebie biorąc laptopa na kolana i puściliśmy
film.
Od obrazu oderwałam uwagę tylko raz,
kiedy gdzieś po pół godziny Benvolio przysunął się bliżej
mnie tak, że stykaliśmy się teraz ramionami. Pomyślałam jednak,
że pewnie bolała go szyja od przechylania się w kierunku ekranu i
dlatego zmienił pozycję. Czy mogło to mieć coś wspólnego
z jego dziwnym zachowaniem po naszym ostatnim seansie filmowym...? Szybko odrzuciłam od siebie tę myśl.
- I jak wrażenia? - spytałam na
napisach końcowych odkładając komputer na bok.
- Łał. To było coś. - powiedział
zamyślony. - Zwłaszcza moment, kiedy po tamtej wpadce kumple
odwracają się od Charliego. Musiał się czuć potwornie samotny.
Najpierw się z kimś zaprzyjaźniasz, a potem jedna głupota i z
dnia na dzień zostajesz sam, odepchnięty, gdy stoisz pod ich
drzwiami.
- To nie była aż taka głupota.
Zranił uczucia wielu osób... - westchnęłam. - Miłość
jest do niczego.
- Nie no, niektórzy twierdzą,
że to najlepsze, co może się w życiu zdarzyć. - zaczął,
brzmiąc jakby teoretyzował. - Chociaż przydałaby się pewnie
jakaś sensowna instrukcja obsługi...
- Jak taką znajdziesz, to chętnie
pożyczę. - zaśmiałam się gorzko.
- Ej, skąd ten pesymizm? Przy którejś
próbie powinno się udać, nie? - uśmiechnął się. - Na
pewno nie można się zamykać na nikogo, jak tutaj Emma Watson.
- "Akceptujemy miłość, na którą
myślimy, że zasługujemy"... - zacytowałam melancholijnie.
Przypomniałam sobie wszystkich
chłopaków, których odrzuciłam czekając aż Rod się
mną zainteresuje. Wierzyłam, że tylko z nim będę szczęśliwa...
Ale może było to błędne założenie? Nie chciałam być wiecznie
samotna... Moja nadzieja, że kuzyn się mną zainteresuje upadła. Rodzina i tak by tego nie zaakceptowała. Czas
ruszyć dalej i przestać używać nieszczęśliwej miłości jako
wymówki na rezygnację z prób zaangażowania się w
jakikolwiek związek...
Poczułam dotyk Benvolia na moim
policzku. Dłonią delikatnie odgarnął mi kosmyk włosów za
ucho. W jego twarzy odbijało się zestresowanie ale i pewna czułość. Nie bardzo zdając sobie z tego sprawę
zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Powoli, ostrożnie,
niepewnie... W głowie miałam kompletną pustkę, a w brzuchu legendarne motylki,
które swoją drogą bardziej przypominają uczucie choroby niż
szczęścia. Drżałam ze zdenerwowania i nie mogłam się oprzeć
wrażeniu, że Benvolio przeżywa to samo co ja...
Kiedy poczułam jego usta na swoich, w pewien sposób się uspokoiłam. Byłoby niezręcznie, gdyby któreś z nas w takim momencie się wycofało. Ostrożnie muskaliśmy się ustami, stopniowo zabierając pewności w ruchach, jednak nie ośmieliłam się dotknąć go ręką czy objąć tak, jak to zwykle przedstawia się w komediach romantycznych. Napotykałam barierę wstydu, której nawet nie próbowałam obalać.
Kiedy poczułam jego usta na swoich, w pewien sposób się uspokoiłam. Byłoby niezręcznie, gdyby któreś z nas w takim momencie się wycofało. Ostrożnie muskaliśmy się ustami, stopniowo zabierając pewności w ruchach, jednak nie ośmieliłam się dotknąć go ręką czy objąć tak, jak to zwykle przedstawia się w komediach romantycznych. Napotykałam barierę wstydu, której nawet nie próbowałam obalać.
Kiedy się od siebie odsunęliśmy
miałam problem z uporządkowaniem myśli. Spojrzałam na Benvolia z
niewypowiedzianym pytaniem.
- Może coś jeszcze obejrzymy? -
zapytał, w końcu przerywając przedłużający się moment ciszy.
- "Trafionego piorunem?" -
spytałam otrząsając się z tego dziwnego stanu i sięgnęłam po płytę.
Kiedy znów zajęliśmy miejsca obok siebie, Benvolio trochę niezgrabnie objął mnie ramieniem, ale było to całkiem miłe z jego strony. I choć ten gest wprowadzał mnie w zakłopotanie, a ból w brzuchu nie tracił na intensywności, cieszyłam się, że jest tutaj ze mną.
Kiedy znów zajęliśmy miejsca obok siebie, Benvolio trochę niezgrabnie objął mnie ramieniem, ale było to całkiem miłe z jego strony. I choć ten gest wprowadzał mnie w zakłopotanie, a ból w brzuchu nie tracił na intensywności, cieszyłam się, że jest tutaj ze mną.