Hauru
Wieczór był równie
upalny i duszny, co cały dzisiejszy dzień. Jednak nie przeszkadzało
mi to ani trochę. Siedziałem na murku pod domem Ciris czekając, aż
wyjdzie. Miałem nadzieję, że się nie rozmyśliła.
- Już jestem! - usłyszałem jej
wołanie, jeszcze zanim zdążyła otworzyć drzwi na tyle, abym mógł
ją zobaczyć.
- Cześć Ciris. - zaśmiałem się
patrząc, jak przebiega ulicę i zbliża się do mnie. - Chyba o czymś
zapomniałaś.
- O czym? - dziewczyna zaczęła
przeszukiwać swoją torebkę - Mam dokumenty, telefon...
- Miałem na myśli to. - uniosłem
rękę i wyciągnąłem z jej włosów wałek.
- Oj... - Ciris się zaczerwieniła. -
Przysięgam, że w końcu zainwestuję w lokówkę...
- To całkiem urocze. - uśmiechnąłem
się do niej biorąc ją pod rękę. - Idziemy?
- Jasne.
Ruszyliśmy w stronę przystanku. Nie
musieliśmy długo czekać, a już podjechał autobus, zmierzający w
stronę centrum. Wsiedliśmy do niego ciągle rozmawiając o najbardziej
szalonych fryzurach, jakie zdarzyło się nam mieć na głowie.
- To musiało być przekomiczne, jak Ci
farbowali włosy! - Ciris skomentowała moją mrożącą krew w
żyłach historię o napaści na moją głowę we własnej łazience.
- Szkoda, że mnie przy tym nie było...
- Dobra, koniec nabijania się! -
uciąłem temat. - Gdzie tak właściwie idziemy? Jesteś głodna?
Możemy skoczyć do pizzerii, albo jeśli miałabyś ochotę, to do
tego nowego klubu przy Wawelskiej.
- No nie wiem... Tuż przed wyjściem
jadłam kolację, więc nie jestem głodna, ale z drugiej
strony, nie chcę wchodzić do klubu. Wszyscy tam palą i oddychać
się nie da...
- Nie na parkiecie. - zaprotestowałem.
- Możemy wejść i trochę potańczyć, a jeśli Ci się nie
spodoba, to wyjdziemy.
Kiwnęła głową na znak zgody, choć
nadal nie wyglądała na przekonaną.
Na miejscu zastaliśmy już sporą
grupkę ludzi, jednak na parkiecie tańczyła tylko jedna para.
Znając nieśmiałą naturę Ciris zaprowadziłem ją więc do
stolika w rogu, a sam poszedłem kupić drinki. Gdy wróciłem, dziewczyna
pisała coś na telefonie, jednak kiedy mnie zobaczyła, szybko
schowała go do kieszeni.
- Porachunki mafii? - zażartowałem.
- Nie... to mama.
- Dla mnie różnica jest chyba
niewielka. I mafia i twoja mama by mnie zabiły, gdyby coś Ci się
przy mnie stało. - podałem jej szklankę.
W czasie, gdy zaczęliśmy ze sobą
rozmawiać, w sali przybywało osób, a muzyka stawała się
coraz głośniejsza. Musieliśmy bardzo się do siebie zbliżyć, aby
słyszeć siebie nawzajem. Jednak w pewnym momencie, mimo usilnych
starań i tak nie rozumiałem, co do mnie mówiła. Wstałem i wyciągnąłem do niej rękę. Chwyciła mnie za nią i poszliśmy na parkiet.
Z początku tańczyliśmy oddzielnie
utrzymując między sobą spory dystans. Ciris była piękną dziewczyną.
Jej sukienka unosiła się w rytm muzyki ukazując opalone uda. Loki
wokół jej twarzy wracały do swojego naturalnego, prostego
ułożenia, a jej oczy... Jej oczy wciąż były utkwione we mnie. Utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy, który
z każdą mijającą sekundą stawał się coraz bardziej intensywny
i wzbudzał mieszaninę skrajnych emocji...
Pragnąłem jej. Jakaś siła ciągnęła
mnie w jej kierunku, a ona nie oddalała się, gdy coraz bardziej się
do niej zbliżałem. Zdawało mi się, że czuję jej narastające
podniecenie. A jednak nie byłem w stanie jej teraz dotknąć.
Widziałem tylko jej hipnotyzujące oczy, w których odbijały się uczucia,
których nie potrafiłem zinterpretować...
Chciałem, żeby muzyka się
zatrzymała, żeby ktoś wyrwał mnie z tego transu, wzbudzającego
tyle niepewności, a jednocześnie nie mogłem pogodzić się z tym,
że ta chwila zapomnienia przeminie.
Nasze twarze prawie się stykały. Nasz
taniec coraz bardziej zwalniał nie bacząc na rytm muzyki.
Przez jedną, przerażającą sekundę,
zdawało mi się, że nie odda pocałunku. Jednak myliłem się. Jej
rozgrzane usta naparły na mnie z gwałtownością, której się
po niej nie spodziewałem. Nasze oddechy łączyły się znów
w jeden oddech, jak wieki temu, kiedy ze sobą chodziliśmy.
Zatraciłem się w tym pocałunku. Była
w tym jakaś masochistyczna przyjemność połączona z poczuciem
winy i cichym głosikiem z tyłu głowy podpowiadającym, że nie
powinienem tego robić. Ale miałem to gdzieś.
Antiochis
Słońce zachodziło wyjątkowo
leniwie, zostawiając po sobie południową duchotę. Stojące
powietrze niczym woda stawiało mi opór, gdy szłam w stronę
domu Ciris, gdzie miał przyjść po nią Hauru. A może to były
moje wątpliwości? W końcu po tylu kłamstwach, którymi
zatrułam już i tak osłabione relacje w naszej grupie, szłam
szpiegować swoją najlepszą przyjaciółkę. Osobę, której
powierzałam wszystkie swoje myśli, której bezgranicznie
ufałam, a u której teraz wyczułam nutę nieszczerości w
głosie. O tym wieczorze i o Hauru mówiła mi tonem sugerującym:
„niekoniecznie musisz to wiedzieć, to moja prywatna sprawa”. To
była nowość w naszych stosunkach i to taka, która wzbudziła
mój niepokój.
Zamęt w mojej
własnej głowie sprawił, że przegapiłam moment ich powitania. Na
szczęście nigdy nie wyróżniałam się w tłumie i gdy
ruszyli w stronę przystanku autobusowego, po prostu poszłam za nimi
z mocnym postanowieniem, że nie pozwolę sobie na dekoncentrację.
Że będę chłonąć wszystkie bodźce, obserwując Ciris bez
przerwy i nie wyciągając pochopnych wniosków, że postaram
się poskładać wszystkie elementy układanki, aż ją zrozumiem i
jej wybaczę. Bo czułam się bardzo dotknięta faktem, że moja
przyjaciółka ma przede mną tajemnice, nawet pomimo tego, że
gdzieś z tyłu głowy tliła się we mnie myśl, że to wszystko
może być wytwór mojej wyobraźni.
Okoliczności nie sprzyjały rozwianiu
moich wątpliwości. Nigdy wcześniej nie byłam w centrum o tej
porze. Wszystkie miejsca dobrze znane za dnia, teraz wydawały się
obce i niedostępne. Wśród modnie ubranych ludzi, starannie
uczesanych mężczyzn i kobiet z mocnym makijażem, przestałam być
niewidzialna. Czułam, że nie powinnam tutaj trafić, jednak
podążając wciąż za Ciris i Hauru, pokonałam jeszcze jeden
zakręt i wślizgnęłam się do upatrzonego przez nich klubu.
W środku owionął mnie dym
papierosowy i w uszach zaczęła huczeć muzyka. Na moment zaszumiało
mi w głowie i straciłam ich z oczu. Otaczali mnie ludzie podobni do
tych z ulicy, siedzący na porysowanych krzesłach przy barze albo
strzepujący popiół do podświetlonych na niebiesko
popielniczek. Ostrożnie stawiając stopy, na ślepo podążyłam w
stronę migających kolorowych lamp. Usiadłam na jakiejś wolnej
pufie z łuszczącego się skaju i zaczęłam obserwować parkiet.
Niewiele osób tańczyło, więc
bez trudu wypatrzyłam najpierw błyszczące włosy Hauru, a potem
szczupłą sylwetkę Ciris. Tańczyli jakby byli zahipnotyzowani
swoim widokiem. Ich ruchy były miękkie, a zarazem dynamiczne.
Źrenice w ciemności mieli rozszerzone bardziej niż zwykle, a ich
klatki piersiowe poruszały się szybkim, jakby urywanym ruchem. Nie
rozmawiali, ale ich twarze zmieniały wyraz z każdą minutą. Tłum
na parkiecie gęstniał, zmuszając ich do przysuwania się coraz
bliżej siebie.
Aż nagle coś jakby szarpnęło nimi.
Hauru złapał Ciris i przyparł ustami do jej ust, a ona jakby się
tego spodziewając, objęła jego twarz i oddawała pocałunek coraz
gwałtowniej. Teraz już rozumiałam. Nie spodziewałam się tego.
Nie po tym wszystkim, co słyszałam o nim od niej. Faktom nie sposób
było jednak przeczyć. Jego ręce błądziły po jej plecach,
których mięśnie reagowały na każdy dotyk. Nie wiedziałam,
co mam myśleć ani co zrobić z tą wiedzą. Jej palce wplatały się
w jego włosy, a ja traciłam pewność, że to co widzę, jest
rzeczywistością. W jakiejś obłąkańczej dezorientacji wstałam i
na miękkich nogach wytoczyłam się z klubu, nie widząc nic poza
białym dymem i nie słysząc nic poza gniotącym żebra basem z
głośników.
Moje myśli wirowały, a ja nawet nie
próbowałam ich uspokoić, nie miałam na to siły. Nie
chciałam tego analizować, może później, może w ogóle.
Szłam prosto przed siebie, dopóki nie uderzyła mnie myśl,
że pewnie powinnam wrócić do domu. Znalazłam najbliższy
przystanek i wsiadłam w pierwszy autobus, którego numer
wyglądał znajomo. Usiadłam przy oknie i zaczęłam patrzeć na
przesuwające się za oknem obrazy. Ciemne okna. Nieznane
skrzyżowania. Kałuże na betonie i żółte migające światło
pogotowia wodociągowego. To mnie trochę otrzeźwiło.
I nagle poczułam spokój. Jakby
to wszystko, co widziałam, było czymś zupełnie oderwanym od mojej
rzeczywistości i jakby nie miało mieć na nią żadnego wpływu.
Jakby działo się w jakiejś innej przestrzeni, niemającej
połączenia ze znanym mi światem. Światem do którego teraz
powoli wracałam. Ulice za szybą stawały się coraz bardziej
znajome, aż przyszło mi do głowy, że dojechałam już całkiem
blisko domu, i wysiadłam z autobusu.
- Anti? Co ty tutaj robisz o tej porze?!
Odwróciłam się i zobaczyłam
zaskoczoną twarz Kalipso.
- A... Nic takiego...
- Mhm. - potaknęła w ten
charakterystyczny sposób mówiący: i tak Ci nie wierzę
ale okej. - Bardzo ci się spieszy? Może chcesz ze mną trochę posiedzieć?
- W sumie czemu nie? - przytaknęłam i
usiadłam cicho.
- No... - zaczęła po krótkiej
pauzie ruda. - to nie powiedziałaś mi w końcu, gdzie byłaś.
- Byłam w centrum. - odpowiedziałam
bez zastanowienia.
- Jakaś randka? Nie mówiłaś,
że kogoś masz.
- Nie. - odparłam, czując gorąco na
twarzy, po czym zawahałam się chwilę. Coś mi mówiło, że
nie powinnam w to wtajemniczać Kalipso, ale chwilowo nie widziałam
innego wyjścia. - Szłam za Ciris i Hauru.
- Doooobra... to brzmi całkiem
ciekawie. Powiesz coś więcej?
- No, nie wiem, czy powinnam... -
szepnęłam bawiąc się palcami, ale widząc jej wzrok, pospieszyłam
z odpowiedzią. - Poszli do klubu, tańczyli...
- Szkoda, że nie powiedzieliście
reszcie, że robicie wieczorny wypad.
- Nie, to nie tak... Ale ty przecież
rozumiesz, co mam na myśli, prawda? - zapytałam patrząc jej w
oczy.
Czaił się w nich strach i niedowierzanie.
- Chyba nie rozumiem. Mogłabyś mówić
jaśniej?! Bo przychodzą mi do głowy pomysły, w które nawet
nie chcę wierzyć. - podniosła lekko ton.
W jej twarzy było coraz więcej
rozdrażnienia.
- Wydaje mi się, że raczej to ich
spotkanie przypominało randkę, o którą mnie podejrzewałaś.
- Cholera! Przecież on z nią zerwał!
Wrócili do siebie?! - jej wybuch był tak nagły, że na początku przestraszyłam się
jej i miałam ochotę odejść, ale przecież nie mogłam jej tak
zostawić. Nigdy nie wiedziałam, co robić, gdy ktoś coś tak
przeżywa. Z drugiej strony dawno nie widziałam w niej takiej
energii, nie pozytywnej, ale szukającej ujścia w działaniu.
Położyłam jej rękę na ramieniu i
powiedziałam już trochę zmęczona:
- Chodźmy po
prostu do domu. Może mi się tylko wydawało?
- Nie. To nie jest coś, co może się wydawać... - powiedziała bardziej do siebie, niż do mnie. - Dziękuję, że mi powiedziałaś. Chyba zaczyna mi się robić lepiej...
- Nie. To nie jest coś, co może się wydawać... - powiedziała bardziej do siebie, niż do mnie. - Dziękuję, że mi powiedziałaś. Chyba zaczyna mi się robić lepiej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz