niedziela, 20 września 2015

49. Gorąca noc po upalnym dniu

Hauru

   Wieczór był równie upalny i duszny, co cały dzisiejszy dzień. Jednak nie przeszkadzało mi to ani trochę. Siedziałem na murku pod domem Ciris czekając, aż wyjdzie. Miałem nadzieję, że się nie rozmyśliła.
 - Już jestem! - usłyszałem jej wołanie, jeszcze zanim zdążyła otworzyć drzwi na tyle, abym mógł ją zobaczyć.
 - Cześć Ciris. - zaśmiałem się patrząc, jak przebiega ulicę i zbliża się do mnie. - Chyba o czymś zapomniałaś.
 - O czym? - dziewczyna zaczęła przeszukiwać swoją torebkę - Mam dokumenty, telefon...
-  Miałem na myśli to. - uniosłem rękę i wyciągnąłem z jej włosów wałek.
 - Oj... - Ciris się zaczerwieniła. - Przysięgam, że w końcu zainwestuję w lokówkę...
 - To całkiem urocze. - uśmiechnąłem się do niej biorąc ją pod rękę. - Idziemy?
 - Jasne.
   Ruszyliśmy w stronę przystanku. Nie musieliśmy długo czekać, a już podjechał autobus, zmierzający w stronę centrum. Wsiedliśmy do niego ciągle rozmawiając o najbardziej szalonych fryzurach, jakie zdarzyło się nam mieć na głowie.
 - To musiało być przekomiczne, jak Ci farbowali włosy! - Ciris skomentowała moją mrożącą krew w żyłach historię o napaści na moją głowę we własnej łazience. - Szkoda, że mnie przy tym nie było...
 - Dobra, koniec nabijania się! - uciąłem temat. - Gdzie tak właściwie idziemy? Jesteś głodna? Możemy skoczyć do pizzerii, albo jeśli miałabyś ochotę, to do tego nowego klubu przy Wawelskiej.
 - No nie wiem... Tuż przed wyjściem jadłam kolację, więc nie jestem głodna, ale z drugiej strony, nie chcę wchodzić do klubu. Wszyscy tam palą i oddychać się nie da...
 - Nie na parkiecie. - zaprotestowałem. - Możemy wejść i trochę potańczyć, a jeśli Ci się nie spodoba, to wyjdziemy.
   Kiwnęła głową na znak zgody, choć nadal nie wyglądała na przekonaną.
   Na miejscu zastaliśmy już sporą grupkę ludzi, jednak na parkiecie tańczyła tylko jedna para. Znając nieśmiałą naturę Ciris zaprowadziłem ją więc do stolika w rogu, a sam poszedłem kupić drinki. Gdy wróciłem, dziewczyna pisała coś na telefonie, jednak kiedy mnie zobaczyła, szybko schowała go do kieszeni.
 - Porachunki mafii? - zażartowałem.
 - Nie... to mama.
 - Dla mnie różnica jest chyba niewielka. I mafia i twoja mama by mnie zabiły, gdyby coś Ci się przy mnie stało. - podałem jej szklankę.
   W czasie, gdy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, w sali przybywało osób, a muzyka stawała się coraz głośniejsza. Musieliśmy bardzo się do siebie zbliżyć, aby słyszeć siebie nawzajem. Jednak w pewnym momencie, mimo usilnych starań i tak nie rozumiałem, co do mnie mówiła. Wstałem i wyciągnąłem do niej rękę. Chwyciła mnie za nią i poszliśmy na parkiet.
   Z początku tańczyliśmy oddzielnie utrzymując między sobą spory dystans. Ciris była piękną dziewczyną. Jej sukienka unosiła się w rytm muzyki ukazując opalone uda. Loki wokół jej twarzy wracały do swojego naturalnego, prostego ułożenia, a jej oczy... Jej oczy wciąż były utkwione we mnie. Utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy, który z każdą mijającą sekundą stawał się coraz bardziej intensywny i wzbudzał mieszaninę skrajnych emocji...
   Pragnąłem jej. Jakaś siła ciągnęła mnie w jej kierunku, a ona nie oddalała się, gdy coraz bardziej się do niej zbliżałem. Zdawało mi się, że czuję jej narastające podniecenie. A jednak nie byłem w stanie jej teraz dotknąć. Widziałem tylko jej hipnotyzujące oczy, w których odbijały się uczucia, których nie potrafiłem zinterpretować...
   Chciałem, żeby muzyka się zatrzymała, żeby ktoś wyrwał mnie z tego transu, wzbudzającego tyle niepewności, a jednocześnie nie mogłem pogodzić się z tym, że ta chwila zapomnienia przeminie.
Nasze twarze prawie się stykały. Nasz taniec coraz bardziej zwalniał nie bacząc na rytm muzyki.
   Teraz albo nigdy - pomyślałem i pocałowałem Ciris.
   Przez jedną, przerażającą sekundę, zdawało mi się, że nie odda pocałunku. Jednak myliłem się. Jej rozgrzane usta naparły na mnie z gwałtownością, której się po niej nie spodziewałem. Nasze oddechy łączyły się znów w jeden oddech, jak wieki temu, kiedy ze sobą chodziliśmy.
   Zatraciłem się w tym pocałunku. Była w tym jakaś masochistyczna przyjemność połączona z poczuciem winy i cichym głosikiem z tyłu głowy podpowiadającym, że nie powinienem tego robić. Ale miałem to gdzieś.


Antiochis 
   Słońce zachodziło wyjątkowo leniwie, zostawiając po sobie południową duchotę. Stojące powietrze niczym woda stawiało mi opór, gdy szłam w stronę domu Ciris, gdzie miał przyjść po nią Hauru. A może to były moje wątpliwości? W końcu po tylu kłamstwach, którymi zatrułam już i tak osłabione relacje w naszej grupie, szłam szpiegować swoją najlepszą przyjaciółkę. Osobę, której powierzałam wszystkie swoje myśli, której bezgranicznie ufałam, a u której teraz wyczułam nutę nieszczerości w głosie. O tym wieczorze i o Hauru mówiła mi tonem sugerującym: „niekoniecznie musisz to wiedzieć, to moja prywatna sprawa”. To była nowość w naszych stosunkach i to taka, która wzbudziła mój niepokój.
   Zamęt w mojej własnej głowie sprawił, że przegapiłam moment ich powitania. Na szczęście nigdy nie wyróżniałam się w tłumie i gdy ruszyli w stronę przystanku autobusowego, po prostu poszłam za nimi z mocnym postanowieniem, że nie pozwolę sobie na dekoncentrację. Że będę chłonąć wszystkie bodźce, obserwując Ciris bez przerwy i nie wyciągając pochopnych wniosków, że postaram się poskładać wszystkie elementy układanki, aż ją zrozumiem i jej wybaczę. Bo czułam się bardzo dotknięta faktem, że moja przyjaciółka ma przede mną tajemnice, nawet pomimo tego, że gdzieś z tyłu głowy tliła się we mnie myśl, że to wszystko może być wytwór mojej wyobraźni.
    Okoliczności nie sprzyjały rozwianiu moich wątpliwości. Nigdy wcześniej nie byłam w centrum o tej porze. Wszystkie miejsca dobrze znane za dnia, teraz wydawały się obce i niedostępne. Wśród modnie ubranych ludzi, starannie uczesanych mężczyzn i kobiet z mocnym makijażem, przestałam być niewidzialna. Czułam, że nie powinnam tutaj trafić, jednak podążając wciąż za Ciris i Hauru, pokonałam jeszcze jeden zakręt i wślizgnęłam się do upatrzonego przez nich klubu.
   W środku owionął mnie dym papierosowy i w uszach zaczęła huczeć muzyka. Na moment zaszumiało mi w głowie i straciłam ich z oczu. Otaczali mnie ludzie podobni do tych z ulicy, siedzący na porysowanych krzesłach przy barze albo strzepujący popiół do podświetlonych na niebiesko popielniczek. Ostrożnie stawiając stopy, na ślepo podążyłam w stronę migających kolorowych lamp. Usiadłam na jakiejś wolnej pufie z łuszczącego się skaju i zaczęłam obserwować parkiet.
   Niewiele osób tańczyło, więc bez trudu wypatrzyłam najpierw błyszczące włosy Hauru, a potem szczupłą sylwetkę Ciris. Tańczyli jakby byli zahipnotyzowani swoim widokiem. Ich ruchy były miękkie, a zarazem dynamiczne. Źrenice w ciemności mieli rozszerzone bardziej niż zwykle, a ich klatki piersiowe poruszały się szybkim, jakby urywanym ruchem. Nie rozmawiali, ale ich twarze zmieniały wyraz z każdą minutą. Tłum na parkiecie gęstniał, zmuszając ich do przysuwania się coraz bliżej siebie.
   Aż nagle coś jakby szarpnęło nimi. Hauru złapał Ciris i przyparł ustami do jej ust, a ona jakby się tego spodziewając, objęła jego twarz i oddawała pocałunek coraz gwałtowniej. Teraz już rozumiałam. Nie spodziewałam się tego. Nie po tym wszystkim, co słyszałam o nim od niej. Faktom nie sposób było jednak przeczyć. Jego ręce błądziły po jej plecach, których mięśnie reagowały na każdy dotyk. Nie wiedziałam, co mam myśleć ani co zrobić z tą wiedzą. Jej palce wplatały się w jego włosy, a ja traciłam pewność, że to co widzę, jest rzeczywistością. W jakiejś obłąkańczej dezorientacji wstałam i na miękkich nogach wytoczyłam się z klubu, nie widząc nic poza białym dymem i nie słysząc nic poza gniotącym żebra basem z głośników.
   Moje myśli wirowały, a ja nawet nie próbowałam ich uspokoić, nie miałam na to siły. Nie chciałam tego analizować, może później, może w ogóle. Szłam prosto przed siebie, dopóki nie uderzyła mnie myśl, że pewnie powinnam wrócić do domu. Znalazłam najbliższy przystanek i wsiadłam w pierwszy autobus, którego numer wyglądał znajomo. Usiadłam przy oknie i zaczęłam patrzeć na przesuwające się za oknem obrazy. Ciemne okna. Nieznane skrzyżowania. Kałuże na betonie i żółte migające światło pogotowia wodociągowego. To mnie trochę otrzeźwiło.
   I nagle poczułam spokój. Jakby to wszystko, co widziałam, było czymś zupełnie oderwanym od mojej rzeczywistości i jakby nie miało mieć na nią żadnego wpływu. Jakby działo się w jakiejś innej przestrzeni, niemającej połączenia ze znanym mi światem. Światem do którego teraz powoli wracałam. Ulice za szybą stawały się coraz bardziej znajome, aż przyszło mi do głowy, że dojechałam już całkiem blisko domu, i wysiadłam z autobusu.
 - Anti? Co ty tutaj robisz o tej porze?!
   Odwróciłam się i zobaczyłam zaskoczoną twarz Kalipso.
 - A... Nic takiego...
 - Mhm. - potaknęła w ten charakterystyczny sposób mówiący: i tak Ci nie wierzę ale okej. - Bardzo ci się spieszy? Może chcesz ze mną trochę posiedzieć?
 - W sumie czemu nie? - przytaknęłam i usiadłam cicho.
 - No... - zaczęła po krótkiej pauzie ruda. - to nie powiedziałaś mi w końcu, gdzie byłaś.
 - Byłam w centrum. - odpowiedziałam bez zastanowienia.
 - Jakaś randka? Nie mówiłaś, że kogoś masz.
 - Nie. - odparłam, czując gorąco na twarzy, po czym zawahałam się chwilę. Coś mi mówiło, że nie powinnam w to wtajemniczać Kalipso, ale chwilowo nie widziałam innego wyjścia. - Szłam za Ciris i Hauru.
 - Doooobra... to brzmi całkiem ciekawie. Powiesz coś więcej?
 - No, nie wiem, czy powinnam... - szepnęłam bawiąc się palcami, ale widząc jej wzrok, pospieszyłam z odpowiedzią. - Poszli do klubu, tańczyli...
 - Szkoda, że nie powiedzieliście reszcie, że robicie wieczorny wypad.
 - Nie, to nie tak... Ale ty przecież rozumiesz, co mam na myśli, prawda? - zapytałam patrząc jej w oczy. 
   Czaił się w nich strach i niedowierzanie.
 - Chyba nie rozumiem. Mogłabyś mówić jaśniej?! Bo przychodzą mi do głowy pomysły, w które nawet nie chcę wierzyć. - podniosła lekko ton.
   W jej twarzy było coraz więcej rozdrażnienia.
 - Wydaje mi się, że raczej to ich spotkanie przypominało randkę, o którą mnie podejrzewałaś.
 - Cholera! Przecież on z nią zerwał! Wrócili do siebie?! - jej wybuch był tak nagły, że na początku przestraszyłam się jej i miałam ochotę odejść, ale przecież nie mogłam jej tak zostawić. Nigdy nie wiedziałam, co robić, gdy ktoś coś tak przeżywa. Z drugiej strony dawno nie widziałam w niej takiej energii, nie pozytywnej, ale szukającej ujścia w działaniu.
   Położyłam jej rękę na ramieniu i powiedziałam już trochę zmęczona:
  - Chodźmy po prostu do domu. Może mi się tylko wydawało?
 - Nie. To nie jest coś, co może się wydawać... - powiedziała bardziej do siebie, niż do mnie. - Dziękuję, że mi powiedziałaś. Chyba zaczyna mi się robić lepiej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz