czwartek, 31 października 2013

20. * * *

 Romeo
 
   Przed ogrodzeniem parku zostałem tylko ja i Rod. Mój brat próbował jakoś ogarnąć ludzi, ale powiedzmy sobie szczerze, jemu nigdy nic się nie udaje. Skończona z niego oferma... W sumie, co ja tu jeszcze robiłem? Wszyscy się rozeszli, to może nie zauważą, że nie wykonałem zadania... Nie chciało mi się robić z siebie idioty. No i co jeśli w pobliżu by przechodziła straż miejska? Albo gdyby przechodnie zaczęli się gapić? O nie... Bardzo chętnie mogłem pooglądać jak inni się wygłupiają, ale ja nie zamierzałem. 
   Rod stał odwrócony do mnie tyłem. Idealna okazja. Wolnym krokiem ruszyłem chodnikiem w stronę najbliższego osiedla.
 - Hej, a ty gdzie?! - usłyszałem za sobą głos zirytowanego Roda i przyspieszyłem kroku.
   Bez problemu dogonił mnie i chwytając mnie mocno za ramię, prawie zatrzymał.
 - Czego chcesz? - fuknąłem na niego.
 - A twoje zadanie?
 - Jakie zadanie?! Nie widzisz? Wszyscy się zmyli. Po zabawie.
 - Za chwilę wrócą, a ty wykorzystujesz tylko okazję, żeby się wywinąć.
 - A nawet jeśli, to co? Daj spokój...
 - Słuchaj, przez takie podejście do niczego nie dojdziemy. Chodź, wracamy do dziewczyn. - próbował zaciągnąć mnie z powrotem.
 - Puszczaj! - wyrywałem się. - Nie ma do kogo wracać! Hauru i Kalipso już sobie poszli, jakbyś nie zauważył!
 - Ale są jeszcze Se, Anti i twój brat. Chodź!
 - Co ci zależy?!
 - Chodzi mi o to, żebyśmy się nie olewali. - powiedział z naciskiem - Ale ty, jak widzę, nie umiesz inaczej...
   Dalsza dyskusja wydała mi się bezsensowna. Obrażony znów ruszyłem przed siebie oddalając się od Roda i parku.
 - Ej, przecież coś do ciebie mówię! - ruszył za mną.
   Co za irytujący typ. Odwróciłem się i z kpiącym uśmiechem powiedziałem:
 - O. Nagle przestałeś się izolować? Czyżby zaczęło ci zależeć? To dziwne... Bo jak dotąd to ty wszystkich lekceważyłeś.
 - Co? I ty też ześwirowałeś?
 - Mówienie prawdy nazywasz świrowaniem?
 - Od kiedy ja niby lekceważę przyjaciół?!
 - Od zawsze. Odezwałeś się kiedyś do mnie na korytarzu? Czemu gdy spotykamy się poza szkoła wszystko jest ok, a w niej już nie? Czasu nigdy dla nikogo nie masz... Nie to co Hauru!
   Stał przez chwilę, nie mogąc wykrztusić słowa, po czym odezwał się:
 - A więc to tak. Popierasz Hauru. Dlaczego? - zapytał powoli.
 - Boże! Od razu "popierasz Hauru". Nie traktuj mnie jak dziecko! Mam swoje własne zdanie.
 - Ale przecież zgadzasz się z nim, zajmujesz dokładnie takie samo stanowisko!
 - No to co?
 - Nic. Po prostu stajesz po jego stronie. To źle. Źle, że w ogóle stajesz po którejkolwiek.
 - Nie staję po żadnej stronie! A nawet gdybym stawał, to i tak wolę Hauru od ciebie, więc jeśli próbowałeś jeszcze mnie obrazić, to ci nie wyszło!
 - Gubisz logikę. Zacznij mówić szczerze, bo tak się nie dogadamy.
 - Phi. Znalazł się ten szery...
 - Co znowu?! Staram się porozumieć, być cierpliwy, a ty wyjeżdżasz mi z czymś takim! Ludzie, litości... - przewrócił oczami.
 - Tracisz czas. Lepiej byś poszukał swojej dziewczyny...
 - Pilnuj własnego nosa!
 - Drażliwy temat, co? - uniosłem kącik ust w mimowolnym uśmieszku.
   Rod wyglądał jakby miał się zaraz na mnie rzucić.
 - Powiedziałem: pilnuj własnego nosa!
   Trochę się wystraszyłem, że zabrnąłem za daleko. Powinienem się bardziej hamować. Nie chcąc zarobić siniaka odpowiedziałem: 
 - Dobra... człowieku, wyluzuj... Już sobie idę...
 - Coś ci się chyba kierunki pomyliły!
 - Wcale nie! - krzyknąłem i rzuciłem się do ucieczki.  Nie zaciągnie mnie z powrotem do tego parku!
   Biegłem do puki starczyło mi tchu. Zdyszany spojrzałem za siebie. Dopiero wtedy zorientowałem się, że Rod mnie nie goni. Nie wiedziałem, czy zrezygnował po jakimś czasie, czy nawet nie chciało mu się ruszyć z miejsca. Ale i tak nie miało to większego znaczenia. Najważniejsze, że udało mi się uniknąć zadania i kłopotów.

 
 
Antiochis
 
   Po tym, co stało się wczoraj, nie byłam pewna niczego. Od słów przeszliśmy do czynów, urzeczywistniając moje wcześniejsze obawy. Mimo to, z samego przyzwyczajenia wstałam rano i poszłam w stronę naszego parku. Dopiero przy wejściu uświadomiłam sobie, że być może nikt dziś nie zdecyduje się przyjść na butelkę. Zatrzymałam się na chwilę, jednak ostatecznie weszłam do środka. "Nie przekonam się, czy ktoś jest, dopóki nie sprawdzę. Co z tego, że to nieprawdopodobne!" - pomyślałam, wzdychając. Przeszło mi przez myśl, że może to dobry moment, żeby zakończyć grę, która i tak zupełnie mimochodem zaczęła się rozlatywać, ale coś bliżej nieokreślonego nie pozwalało mi się z tym w pełni zgodzić. Wielokrotnie próbowałam to ubrać w słowa, jednak nie udało mi się trafić w sedno. Może kiedy indziej przyjdzie lepszy pomysł...
   Dużo pilniejsze było przygotowanie się na spotkanie z resztą. Trudno o bardziej napiętą atmosferę niż ostatnio, a ja byłam chyba jedyną osobą jeszcze nie wplątaną w żaden konflikt. Chociaż nie, był jeszcze Benvolio.
   Kiedy weszłam pomiędzy świerki, okazało się, że to właśnie on jako pierwszy był już na miejscu.
 - Cześć. - przywitał się bez entuzjazmu.
 - Cześć.
 - Myślisz, że ktoś jeszcze przyjdzie? - zapytał cicho, patrząc na kołyszące się przed nami gałęzie.
 - Nie wiem. - odparłam szczerze.
   Potem na długi czas zapadła cisza, czasem tylko przerywana szumem drzew przy większych podmuchach wiatru. Pogrążeni we własnych myślach nawet nie zauważyliśmy, kiedy na polanę wpadł Hauru.
 - Heeeeej! Wstawać, wstawać! Co takie ponure miny? - Przywitał się ochoczo.
   Zdawał się zupełnie nie zauważać naszych zaskoczonych min.
 - Och.... to będzie piękny dzień! Już idzie Rod i Kalipso! Hej wam!
 - Idą? - wybąkał Benvolio z niedowierzaniem. - To świetnie!
 - O! Prawie pełny skład... - zauważyła Kalipso wchodząc między drzewa. - Czekamy jeszcze na kogoś? Co z Se i Romeem?
 - Romea nie widziałem od wczoraj. - powiedział poważnie Benvolio.
 - Mam nadzieję, że nic się nie stało... - zasmuciła się ruda.
   Nikt tego nie skomentował, za to odezwał się Hauru:
 - Dziwna sprawa z tym rodzeństwem... Ja też zgubiłem Se... Ale możliwe, że po prostu wciąż śpi. Denerwowało ją, że musi tak wcześnie wstawać, żeby się z nami spotkać.
   Zachichotałam. Oczywiście wzbudzając powszechną konsternację.
 - Och... czyli wam to się nie skojarzyło... wiecie... noc... i oni... no dobra. Przepraszam.
   Dopiero teraz na niektórych twarzach zaczął pojawiać się półuśmiech albo grymas zażenowania, aż w końcu wszyscy wybuchnęli nerwowym śmiechem.
 - Tak, to nie było śmieszne, ale to bez znaczenia. - odezwał się Rod.
 - Hmm... No to mamy zagwozdkę... Skoro nie ma Romea, to nie mamy osoby do kręcenia butelką... Swoją drogą przydało by się go ukarać za niewykonanie zadania... - powiedziała nagle Kalipso zmieniając temat.
   Nikt jej nie odpowiedział. Jedynie Rod po chwili ciszy dodał:
 - I co teraz?
 - Niech Kalipso kręci. - odpowiedział mu Hauru. - Przed Romeem to ona miała wyzwanie, więc chyba tak będzie sprawiedliwie.
   Cała reszta przytaknęła i wyjąwszy butelkę z torebki, Kalipso położyła ją na ziemi i zakręciła.
 - Anti! - zwróciła się do mnie, kiedy to na mnie wypadł "zaszczyt" wykonywania zadania. - Mam.... taki pomysł...
 - Już się boję...
 - Zdemoluj przystanek.
 - To żeś dowaliła. - wypaliłam po chwili.
 - Skąd ta nienawiść do przystanku, Kalipso? - spytał blondyn z uśmiechem.
 - Zaraz nienawiść... Dzięki temu, stanie się niepowtarzalny! - odpowiedziała dziewczyna. - Do dzieła, Anti!
 - Tylko... Ja nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. I chyba pora też nie jest najbardziej odpowiednia...
 - Oj taaaam... - zaśmiała się ruda, ale jej chłopak przyznał mi rację:
 - Co do techniki, twoja w tym głowa, ale środek dnia może rzeczywiście nie jest najpodpowiedniejszym momentem na taki wyczyn. Jeszcze jakaś staruszka zadzwoni po policję i wszyscy będziemy mieli... problemy.
 - Czyli widzimy się dziś o 20:00 na przystanku! - zarządziła Kalipso.
 - Ej, a co z meczem? - zaniepokoił się nagle Rod. - Wieczorem gramy z Hiszpanią!
 - Obejrzysz sobie powtórkę. - odpowiedziała ruda.
   Z nią nie było po co dyskutować, więc westchnął tylko ciężko i podporządkował się jej decyzji.
 - To... do zobaczenia! - powiedział Hauru i wyszedł z parku. Po chwili jednak zawrócił i zagadnął do Kalipso:
 - Wpadnij do mnie, jak będziesz miała chwilkę. Ami i Gri wciąż mnie pytają, kiedy przyjdziesz. Podobno obiecałaś im, że zrobisz im jakiś makijaż czy coś tam... Już szykują wyprawę krzyżową na twój dom, jeśli się nie zjawisz.
 - Prawie bym zapomniała! Powiedz im, że na pewno przyjdę
 - Jasne. - odpowiedział blondyn, a chwilę później już go nie było.
 - To ja też lecę. - Benvolio pomachał nam i odszedł, wpadając najpierw na poruszaną wiatrem wielką gałąź.
 - Chodźmy, odprowadzę cię. - zwrócił się Rod do Kalipso.
 - A wejdziesz na chwilę? Upiekłam ciasto!
 - Chętnie! - odparł i zniknęli międzydzrewami.

piątek, 25 października 2013

19. Przystanek

 Rafaela

   W wakacje dni zawsze się dłużą. Nie ma co robić w domu, a mieszkam daleko od miasta, więc nie mogę spotykać się z przyjaciółmi. Właściwie najbliżej mieszka mój kuzyn, ale on nigdy nie był nazbyt rozmowny. Z resztą z tego, co się orientowałam, wakacje spędzał ze swoją dziewczyną.
   Wyszłam z domu i włóczyłam się bez celu. Wsiadłam do pierwszego lepszego autobusu i po prostu gdzieś pojechałam. Za szybą widziałam przesuwające się obrazy drzew, pojedynczych domów... z czasem zabudowanie stawało się gęstsze. W pewnym momencie przed oczami mignęła mi jakaś dwójka dziewczyn chyba w moim wieku. Postanowiłam natychmiast wysiąść. W tej okolicy była tylko jedna szkoła więc szansa na to, że je znam, była spora. Czego to człowiek nie zrobi podczas wakacyjnej nudy?
   Wolnym krokiem ruszyłam w ich kierunku. W międzyczasie zorientowałam się, że osoba, która brałam za blondynkę, w istocie jest blondynem. Ups... może okulista miał rację... ale jak ja bym wyglądała w tych wielkich binoklach?!
   Nerwowo zaczęłam wymyślać milion scenariuszy, jak do nich zagadać i czy w ogóle podchodzić. Może tylko zrobię z siebie idiotkę?
  Zatrzymałam się parę metrów od nich na przystanku i udałam, że czekam na autobus. W ogóle nie zwrócili na mnie uwagi. Wpatrywali się sobie głęboko w oczy i milczeli. Pewnie byli parą. Głupio tak podchodzić do zakochanych. Żeby się nie skompromitować siedziałam dalej na przystanku i przeklinałam się w duchu za swoją głupotę.
   Nagle dziewczyna się odezwała:
 - Czyli te wszystkie kłótnie są przeze mnie?
 - Do listy wad przydałoby się dopisać "egocentryczna". - Odpowiedział chłopak lekko się uśmiechając. - To nie jest twoja wina tylko moja.
 - Nie wiem, co ci odpowiedzieć... czego się spodziewasz... nie zostawię Roda...
   Podsłuchiwałam. Wiem, że nie wypada, ale to taki ludzki odruch! A kiedy usłyszałam imię swojego kuzyna, doszłam do wniosku, że jest to wręcz mój obowiązek!
 - Nawet na to nie liczyłem. - Powiedział blondyn spuszczając wzrok. - Ale może teraz, kiedy nie mam już nic do ukrycia, będzie mi łatwiej pozbyć się tego uczucia.
 - Hauru...
 - Wiesz, nic nie musi się między nami zmieniać! Traktuj mnie tak, jak wcześniej. Gardź moimi prymitywnymi dowcipami i śmiej się z głupich żartów... Na prawdę nie chcę niczego więcej. Przecież to kiedyś minie.
   Widziałam, jak chłopakowi drżą ręce. Dziewczyna przysunęła się bliżej do niego i mocno go przytuliła. Kaptur, który miała na głowie, zsunął się i ukazał burzę rudych loków.
 - A co jeśli nie? - spytała.
 - To zostanę kolejnym Johnnym Deppem, a kobiety będą mnie błagać o choćby jedno spojrzenie i wtedy nawet ty mi ulegniesz!
   Dziewczyna się zaśmiała.
 - Wolę McGregora. Był świetny w "Moulin Rouge".
 - Masz na myśli to wycie? Też tak potrafię!
   Blondyn wskoczył na najbliższą latarnię trzymając się na niej jedną nogą i ręką. A potem, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, zaczął śpiewać do dziewczyny:
 - It's a little bit funny this feeling inside. I'm not one of those who can easily hide.
 - Hauru, złaź!
 - Anyway the thing is, what I really mean, Yours are the sweetest eyes I've ever seen
 - Zaraz przyjedzie autobus!
 - And you can tell everybody this is your song. It maybe quite simple but now that it's done
   Chłopak zeskoczył na ziemię i podszedł do rudej wciąż śpiewając. Chwycił ją za ręce i dokończył:
 - I hope you don't mind that I put down in words: How wonderful life is now you're in the world...
   Stali ze sobą twarz przy twarzy. Blondyn przejechał powoli dłonią po jej włosach. W następnej chwili już się całowali. 

piątek, 18 października 2013

18. Powinienem.

Benvolio

 - Kto ci pozwolił założyć moje buty?! - usłyszałem nad sobą wrzask. Byliśmy już praktycznie spóźnieni, zbierałem się właśnie do wyjścia, ale wyglądało na to, że jeszcze chwilę nigdzie nie pójdę.
 - Okej, okej. Zagapiłem się. - niechętnie zacząłem ściągać z nóg adidasy. Niestety, niebieski pasek wzdłuż podeszwy jednoznacznie wskazywał, kto ma rację.
 - Czy ty zawsze musisz się tak obijać?!
 - I kto to mówi?! Stroiłeś się jak jakaś dziewczyna, a teraz mnie jeszcze popędzasz.
 - Ohoho. Już wolę wyglądać jak dziewczyna niż się jak dziewczyna zachowywać!
   Popatrzyłem na niego z wyższością i popukałem się w czoło.
 - A weź się udław tym butem. - chwycił adidasa i rzucił we mnie.
 - Spierdalaj z tym! - wrzasnąłem i wyszedłem z domu.
 - No ej! Poczekaj! - krzyknął za mną zakładając w pośpiechu buty.
   Oczywiście. Jak przychodzi co do czego, to jednak mu zależy na moim towarzystwie. Nawet teraz. Podły dwulicowiec. Pozer. Hipokryta.
 - No już jestem. Chodźmy. - powiedział podbiegając.
   Ręce w kieszeniach zacisnąłem w pięści. Czasami naprawdę miałem dość mojego brata. Co jednak mogłem poradzić? Jakoś trzeba z nim żyć. W domu zazwyczaj było nawet nieźle, ale kiedy wychodziliśmy gdzieś, zaczynał robić z siebie gwiazdę i wtedy był nie do wytrzymania. A teraz rozgrzewkę zrobił jeszcze przed wyjściem. Wolałem spędzić z nim sam na sam jak najmniej czasu, dlatego na miejsce dotarliśmy bardzo szybko.
 - Cześć, chłopaki! - przywitała się z nami Kalipso.
   Niemal jednocześnie jej odpowiedzieliśmy: Romeo radosnym, a ja raczej cichym "cześć".
 - Oj... skąd ten kiepski nastrój, Benvolio? Przecież jeszcze nie zakręciłam! - mrugnęła do mnie i wyjęła butelkę.
 - Czy mam to uznać za groźbę? O ja naiwny, wierzyłem, że nikt nie ustawia wyników losowania!
 - Ja i groźby? No proszę cię... - zaśmiała się ruda.
   Na wpół wyschniętym błocie butelka obracała się bardzo wolno, wzbudzając jeszcze więcej emocji. W pewnym momencie zwolniła tak bardzo, że kolejne osoby zaczęły na moment wstrzymywać oddech. Seserakh, Antiochis, ja... Uff! Na szczęście zatrzymała się kawałeczek dalej, wskazując na mojego brata.
 - Romeo... - uśmiechnęła się chytrze Kalipso.
 - To nie fair! Wskazało na Benvolia! - zaprotestował.
 - Wyraźnie widać, że twoja kolej. - powiedziała Seserakh. - Czyżby kogoś strach obleciał?
 - Poproszę bez docinków chociaż dzisiaj. - jęknęła Kalipso. - Romeo! Mam dla ciebie banalnie proste zadanie. Zaśpiewasz serenadę pod najwyższym blokiem w mieście tak, żebyśmy cię usłyszeli wychylając się z okna na najwyższym piętrze!
 - To nie jest zabawne. - mruknął mój brat. - Boże.... czemu wszyscy czytają Shakespeare'a....
 - Masz coś przeciwko kulturze wysokiej? - zapytałem retorycznie.
 - Przymknij się. Ty przynajmniej masz prawie normalne imię, które kojarzą tylko nieliczni.
 - Czyli jednak Shakespeare'a nie czytają...
   Popatrzył na mnie spode łba, na co odpowiedziałem mu szczerym wyszczerzem.
 - Doooobra.... to może już chodźmy? - zaproponowała Antiochis.
 - Racja. Nie ma co dnia marnować. - zgodził się Hauru. Wstał i wyszedł z parku, nie czekając na resztę.
   Zresztą, na kogo miałby czekać? Myślę, że w ogóle ostatnio się tylko z nami męczył. Ta kłótnia z Rodem to było apogeum, ale zamiast rozluźnić atmosferę, tylko zwiększyło napięcie i je uwidoczniło. Bardzo mi się to nie podobało - przestaliśmy funkcjonować jako całość. Już dawno czegoś takiego nie doświadczyliśmy.
 - Ktoś powinien z nim porozmawiać... - westchnęła Anti i spojrzała z wyrzutem na siostrę blondyna.
 - Próbowałam. Nic do niego nie dociera.
 - A z Rodem ktoś już gadał?
 - A czego konkretnie chciałabyś się ode mnie dowiedzieć? - odezwał się ni stąd ni zowąd Rod.
   Anti, jak zwykle w takich sytuacjach, zupełnie się nie speszyła, tylko wprost zapytała:
 - Czy pogodziliście się już z Hauru?
   Rod zirytował się.
 - To chyba widać.
 - Lepiej pośpiesz się z tym godzeniem., bo potem możesz mieć problem... - poradziła Seserakh z półuśmieszkiem.
 - Co masz na myśli? - Antiochis szybko odwróciła się do niej.
 - Nic konkretnego...
 - W takim razie chodź, musimy porozmawiać! - wzięła ją pod rękę i energicznie pociągnęła w stronę wyjścia, najpewniej żeby potem zasypać ją gradem pytań. W tyle zostaliśmy sami - ja, Romeo i Rod.
   Po takim dialogu cisza była nieco niezręczna. Bardzo chciałem odezwać się, powiedzieć jakąkolwiek głupotę, ale w głowie miałem zupełną pustkę. Na szczęście po niespełna minucie wpadła między nas Kalipso.
 - No i co tak siedzicie?! Biegniemy szukać Hauru!
   Zaczęliśmy się zbierać, synchronicznie jęcząc i dając się popędzać i podnosić przez rozentuzjazmowaną Kalipso, po czym w wielkim nieładzie przedarliśmy się przez park i wyszliśmy na ulicę.
 - Przecież jeśli poszedł już w miasto, nigdy go nie znajdziemy. - zaczął narzekać Romeo.
 - Nic mnie to nie obchodzi. Musimy go znaleźć! - sprzeciwiła się Kalipso. - Nie wiem, co się z nim ostatnio dzieje, ale znajduje się w takim stanie, że gotów jest wpakować się pod samochód bez czyjejś opieki.
 - Jakie to miłe, że się o mnie martwicie... - odezwał się głos gdzieś z boku - to Hauru stał oparty o ogrodzenie, z rękami w kieszeniach i na wpół spuszczoną głową.
 - Hauru... 
 - Dajcie mi ze trzy dni, to się ogarnę i wszystko będzie po staremu...
 - Jak mamy ci pomóc?! Hauru! O co chodzi?! - zdenerwowała się ruda.
 - Idę do domu. - szepnął blondyn, nie patrząc jej w oczy. Odwrócił się i odszedł.
 - Rod, idź za nim i natychmiast się pogódźcie! - rozkazała Kalipso. Jej ton nie znosił sprzeciwu.
 - Co mogę zrobić? Przecież go nie zmuszę.
 - Postaraj się! Nie wytrzymam dłużej tych kłótni...
 - Kalipso, to dorosły człowiek, wie, co jest dla niego dobre.
   Ruda spojrzała po naszych twarzach. Pierwszy raz w jej oczach zobaczyłem prawdziwy strach. Potem skierowała wzrok ku odchodzącemu chłopakowi. 
 - Benvolio, przypilnuj, żeby Romeo wykonał zadanie. - powiedziała, po czym pobiegła za blondynem.
   Rod wyglądał jakby ktoś go kopnął w brzuch. Ale nie było w tym żadnej złości - raczej poczucie winy. Znowu atmosfera zaczęła się robić nieprzyjemna.
 - Pójdę znaleźć dziewczyny. - rzuciłem i wbiegłem z powrotem do parku.
   Znalazłem je w tym samym kręgu świerków, w którym zawsze się spotykaliśmy. Anti siedziała po turecku, pochylając się i ze skupieniem na twarzy słuchając Seserakh, która opierała się plecami o drzewo i zapatrzona w bliżej nieokreślony punkt w dali mówiła coś półgłosem. Gdy tylko mnie zauważyły, natychmiast przerwały rozmowę i spojrzały na mnie wymownie. Co jednak mogłem zrobić? Na pewno znajdą jeszcze okazję do wyjaśnienia tych paru spraw.
 - Chodźcie, musimy już iść.
 - Niezłe wyczucie czasu... - mruknęła Seserakh i podniosła się z ziemi.
   Anti wstała zaraz po niej i dodała:
 - Myślę, że trzeba też będzie znowu pogadać z twoim bratem.
 - Oj, chodźcie już, bo zaraz gdzieś uciekną albo się pokłócą... - popędziłem je.
  Niestety, moje słowa okazały się prorocze. Przy wyjściu z parku nie było nikogo. Chodziłem w tę i we w tę, rozglądając się, zupełnie zdezorientowany i niepewny, co mam robić. I co powiedzieć dziewczynom.
 - Taa... - odezwała się siostra Hauru. - Świetne zgranie... Umówiliście się gdzieś, czy każdy sam sobie polazł gdzie chciał?
 - Eeee....
 - Tak myślałam. Dobra. To ja w takim razie też się zwijam.
 - Hej! Wszystko się teraz psuje, nie pomożesz nam?
 - A co mnie to tak w sumie obchodzi? Mam też innych znajomych.
 - Ja nie mogę... Co to ma być? Czy naprawdę tylko mnie na tym zależy?!
   Bez pożegnania odeszła, a ja poczułem bezsilność, taką bezsilność, jakiej dawno nie czułem. Sypało się coś więcej niż gra.
   Nagle coś dotknęło mojego ramienia. A właściwie ktoś - to była Antiochis. Odwróciłem się w jej stronę i zobaczyłem, jak wpatruje się we mnie milcząco, jak zwykle kiedy chciała mnie uspokoić. Westchnąłem. Chyba znowu musiałem się zdać na przyjaciółkę.

   Kostka chodnikowa była potwornie połamana. To jest coś, co zawsze pamiętałem i co zawsze kojarzyło mi się z rozmowami z Antiochis w ciężkich sytuacjach. W ciszy szliśmy do kawiarni wypić gorącą czekoladę i wygadać się. Jak zwykle, kiedy zaistniała jakaś trudna sytuacja. Zawsze tak samo od wielu lat.
   Usiedliśmy przy stoliku w kącie i złożyliśmy zamówienie. Po spędzonej w milczeniu minucie doniesiono nam czekolady - orzechową dla Anti i mleczną dla mnie. Poprosiłem jeszcze o dodatkową bitą śmietanę i zaczęliśmy zwykłą "sesję terapeutyczną".
 - Beznadziejnie wyszło. - westchnąłem, nie czekając na pytanie. I tak nie byłoby zbyt inspirujące.
 - To prawda.
 - Wkurza mnie to. Wszyscy gdzieś się rozleźli, jakby nie wiedzieli, co się dzieje i o co mi chodzi.
   Przytaknęła, bawiąc się długą, kawiarnianą łyżeczką, a ja wziąłem duży łyk swojego napoju.
 - Benvolio?
 - Tak?
   Pokazała, że mam coś na nosie. No jasne - bita śmietana. Szybko wytarłem twarz i kontynuowałem myśl.
 - Czy im naprawdę nie zależy? Przecież to Kalipso wymyśliła tę grę. Reszta przyjęła to z entuzjazmem. To ja poszedłem na pierwszy ogień, to ja powinienem tej gry nienawidzić.
 - Wciąż nie zauważasz jednej rzeczy.
 - Jakiej? O co chodzi? - zmarszczyłem brwi.
 - Przecież tu nie chodzi o grę. Jest gorzej. Mamy kryzys.
   Fakt. To jest coś większego, ale dotychczas nie sformułowałem tego tak... na głos.
   Jęknąłem.
 - Masz rację. To wygląda zbyt poważnie jak na drobny konflikt. Tylko dlaczego wszyscy się odwracają, rozchodzą zamiast zrobić z tym porządek? Mnie to wkurza.
 - Widzę. Ale myślę, że im też jest trudno.
 - No ale... Hauru ciągle obraża się nie wiadomo, o co, i do tego nikomu nic nie tłumaczy. Rod nie jest lepszy, żeby cokolwiek zrobił, Kalipso musi mu pewnie grozić. A ona z kolei zupełnie bez pomysłu lata od jednego do drugiego. No i Seserakh - tej to nie wiem, co dziś strzeliło do głowy...
 - Są tak samo zdezorientowani jak ty. Przecież też nie wiesz co z tym wszystkim zrobić.
   Spuściłem głowę. Jak zwykle po krótkim namyśle musiałem przyznać jej rację.
 - Taaak... Tylko to niczego nie rozwiązuje.
 - To inna sprawa.
 - Masz jakiś pomysł? - zapytałem, kierując rozmowę na jej opinię.
 - Póki co, nie. - powiedziała, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem.
 - Ale damy radę. - dodała i uśmiechnęła się pocieszająco.
   Na chwilę zapadła cisza. Machinalnie przelewałem czekoladę z łyżeczki do kubka, rozchlapując ją dokoła na blacie stołu. 
 - Przecież już bywało między nami kiepsko... Pamiętasz jak dołączył do nas Hauru? - odezwała się Anti.
   Jasne, że pamiętałem.
   Trudno byłoby zapomnieć całe to zamieszanie, jakie nastąpiło, gdy się poznawaliśmy. A zaczęło się od niewinnego podrywu Ciris... No dobra, może nie tak niewinnego, Hauru nigdy nie zachowywał się jak książę na białym rumaku, a Ciris dawała się beznadziejnie wykorzystywać. Naprawdę nie wiem, dlaczego tego nie widziała, ale oczywiście zauważyła to Antiochis. Za wszelką cenę chciała odciągnąć ją od tego casanowy, ale przyczepił się jak rzep do psiego ogona i zamiast dać spokój Ciris, wszedł do naszej paczki. Znaczy oczywiście potem odpuścił, co Ciris bardzo przeżywała i co doprowadzało Anti do rozpaczy, ale grupy już nie opuścił. 
   Może to i dobrze - kłótni wcale nie było przez to mniej (bo wtedy nie byliśmy jeszcze tak zgrani), ale zaczęły nareszcie doprowadzać do jakiegoś konkretnego wniosku. Świeże spojrzenie Hauru, jego cierpkie komentarze i dystans, z którego musieliśmy wydawać się śmieszni, sprawiły, że przestaliśmy ciągle unosić się dumą i zaczęliśmy naprawdę rozmawiać. To wyszło nam na zdrowie.
   Teraz Hauru był już integralną częścią grupy. I był wplątany w spór, od którego się wszystko zaczęło. Już nie mógł zachować się tak, jak kiedyś.
 - Zgraliśmy się dzięki niemu, a teraz... to chyba on najbardziej świruje. - powiedziałem z żalem.
 - Rozmawiałam o tym z Seserakh... Ale właściwie niewiele z tego wyszło. Wydaje mi się, że nie lubi rozmawiać o swoim... bracie... W sumie nie są rodzeństwem, to nie ma co mieć pretensji...
 - Nawet gdyby byli, to pewnie niewiele by to pomogło. Rodzeństwo bywa potwornie upierdliwe... Właśnie! Muszę się zabrać za szukanie Romea! Mam nadzieję, że poszedł do domu, a nie zaszył się gdzieś w jakiejś... Do jutra!
 - Do jutra!
   Wygramoliłem się z kąta, szurając potwornie krzesłem. Oczywiście zwróciłem tym na siebie uwagę połowy kawiarni... Przy tych wszystkich problemach to naprawdę mnie nie obchodziło.

 Hauru

   Powinienem wziąć się w garść. Co się ze mną porobiło?! Zawsze trzymałem negatywne emocje na wodzy. Przecież nie warto marnować na nie czasu! W końcu życie to 10% tego, co nam się zdarza i 90% tego, jak na to reagujemy (przeczytałem to kiedyś na Wiedzy Bezużytecznej) więc po co zmieniać sobie życie w melodramat? 
 - Zatrzymaj się! - usłyszałem z tyłu wołanie Kalipso.
   Podniosłem ręce do góry, obróciłem się i odpowiedziałem żartem:
 - Masz mnie. Już nie uciekam. Mam położyć broń na ziemię?
 - Fajnie, że wrócił ci humor. 
 - Kiedyś odchodził? Nie zauważyłem... 
 - Ale my zauważyliśmy. 
 - Może coś wam się przyśniło...
 - Hauru.
   Przyznaję - taktyka udawania przed Kalipso, że problem nie istnieje, była idiotyczna. Ta dziewczyna miała niesamowity dar wykrywania kłamstw i prawdziwych emocji ludzi. Nie dało się przed nią nic ukryć... prawie. 
   Wpatrywała się we mnie uważnie, nie spuszczając wzroku. Pfff. Może na innych to działało, ale mnie nie ruszy. Nie dam jej przejrzeć moich myśli. Nie narzuci mi swojego zdania. Niech sobie rozkazuje Rodowi i reszcie. Ja nie pozwolę sobą pomiatać. 
 - Czy ty jesteś na mnie zły? - spytała. 
 - Skądże znowu...
 - Nie rozumiem, czemu jest w tobie tyle nienawiści. Najpierw pokłóciłeś się z Rodem, teraz chcesz ze mną?
 - Nie nazwałbym tego kłótnią... raczej... różnicą poglądów. 
 - Nie zauważyłeś, że przez wasze zachowanie grupa się rozpada? 
 - Dramatyzujesz. Uśmiechnij się i przestań się martwić. Hakuna matata!
 - Rozmawiałam z Rodem. Jest gotowy się z tobą pogodzić. 
 - Bo go do tego zmusiłaś? Bo mu zagroziłaś?!
 - Przestań. Nie jestem jakimś tyranem.
 - Owszem jesteś, Kalipso. Chwilami jesteś. Za wszelką cenę chcesz mieć nad wszystkimi kontrolę, zmuszasz ludzi do robienia rzeczy, których wcale nie chcą, narzucasz własne zdanie i nie znosisz sprzeciwu, zagłuszasz uwagi innych, wyłamujesz się przed szereg. A to dopiero początek! Wcale nie jesteś tak idealna, jak ci się wydaje.
   Na chwilę wstrzymałem oddech. Znów powiedziałem zbyt dużo. Zamiast pomyśleć, zdałem się na emocje i zaraz za to zapłacę... Nie chciałem, żeby ją zabolało... A może chciałem? Może podświadomie pragnąłem odpłacić się jej za cierpienia, które mi sprawiła? Widziałem jak marszczy brwi i przygryza dolną wargę. Zapragnąłem podejść do niej i ją przytulić, przeprosić za te okropne słowa, powiedzieć, że wcale tak nie myślę. Ale wtedy się odezwała:
 - Dlaczego to powiedziałeś?
 - Nie wiem... Nie zastanowiłem się nad tym, co mówię...
 - Czyli byłeś szczery.
   Poczułem ukłucie wstydu. Jak mogłem tak ją zranić? Powinienem się wytłumaczyć, zanim będzie za późno i naprawdę mnie znienawidzi.
 - Kalipso... Nie miałem nic złego na myśli... znaczy... No dobra. Może trochę miałem. Ale nikt nie jest doskonały. Ja... mimo wszystko podziwiam twoją charyzmę... Podziwiam ciebie... Ale chwilami nie jestem w stanie tego znieść...
   Zamilkłem. Idiota. Znów zacząłem paplać i teraz na pewno wszystko zrozumie. A przecież miałem to przed nią ukryć. Miałem jej nie martwić. Chronić. 
 - Czego nie jesteś w stanie znieść?
   Milcz, Hauru. Nie waż się stawiać jej w takiej sytuacji. Wystarczy, że ty cierpisz. Po co ona ma jeszcze zawracać sobie tym głowę? Teraz jest szczęśliwa. Powinieneś o nią dbać, jeśli naprawdę ci zależy. Powinieneś się ogarnąć, pogodzić z jej chłopakiem i dać im żyć. I tak nie jesteś jej wart. Ona nigdy nie poczuje tego samego, co ty.
   Zamknąłem oczy i odpowiedziałem:
 - Tego, że cię tak bardzo kocham.

czwartek, 10 października 2013

17. Co myśleć?

 Kalipso

   Tata był naprawdę kochany. Zawsze, kiedy byłam chora poświęcał mi cały swój czas. Mogłabym tak spędzić cały  kolejny tydzień... Tak rzadko poświęcał mi tyle uwagi... Ale nie mogłam wystawić przyjaciół. Już i tak czułam się trochę winna, że nie było mnie na poprzednim spotkaniu. 
   Oszukałam tatę z ciężkim sercem. Kiedy podał mi termometr, zacisnęłam palce na końcówce i puściłam dokładnie wtedy, gdy wskazał 36.6. Sztuczka stara jak świat. Mogłam wyjść z domu. Gdy stałam już w drzwiach, tata zawiązał mi wokół szyi nową chustkę i pocałował w policzek.
 - Uważaj na siebie. - powiedział. 
   Po chwili dodał: 
 - Wiem, że nie będziesz...
   Zamknął drzwi, a mi zrobiło się go żal. Może i nie był idealnym ojcem ale i ja nie byłam idealną córką... Wszystko nam się popsuło. Nie wiedziałam jak to naprawić.
   W nie najlepszym humorze doszłam do parku.
 - Hej! - przywitała się siedząca tam pewnie już od jakiegoś czasu Antiochis.
 - Hejka. - odpowiedziałam odganiając smutne myśli na bok. - Jak tam było wczoraj? Dużo przegapiłam?
 - Zadanie nie było aż tak szalone... Zresztą, wypadło na Roda. Pewnie sam wolałby ci to opowiedzieć. - skłamała.
 - O! Nie chwalił się... Zaraz go o wszystko wypytam.
   Jak na zawołanie spomiędzy drzew wyszedł mój chłopak, Benvolio i Romeo.
 - Jesteś już! - zawołał zaskoczony Benvolio.
 - Jak się czujesz? - zapytał mnie troskliwie Rod.
 - Już dobrze. Nigdy długo nie choruję. -skłamałam gładko, choć od gorączki kręciło mi się w głowie. - Słyszałam, że wczoraj miałeś ciekawy dzień!
  - To prawda. - odpowiedział nieco chłodniej. - Myślę, że musimy porozmawiać po południu.
   Trochę zdziwiła mnie jego reakcja. Aż tak go upokorzyli? Miałam nadzieję, że nie zamierza wycofać się z gry.
 - No chodź, Hauru! Jesteśmy ostatni! - usłyszałam głos Seserakh zanim jeszcze ją zobaczyłam.
 - Cześć wam! - zawołałam ucieszona na widok rodzeństwa.
 - Kalipso... cześć... - jęknął blondyn.
   Spojrzałam na niego podejrzliwie. Zachowywał się jakoś dziwnie. Zbyt cicho.
 - No dobra! Zaczynajmy! - powiedziałam wyjmując butelkę i podając ją Rodowi.
   Zakręcił nią od niechcenia. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście, gdy wskazała na mnie. Rod uśmiechnął się do mnie. Spojrzałam po przyjaciołach. Ich miny wyrażały głęboką konsternację.
 - Czy to nie jest wbrew zasadom? - spytał Romeo. - Przecież zadanie, które teraz dostanie Kalipso, nie może być trudne...
 - Kto wie, kto wie... - szepnął mój chłopak z przebiegłym uśmiechem.
 - Z drugiej strony im więcej się o kimś wie, tym bardziej można mu zaszkodzić. - dodała Seserakh. Coś w jej głosie mówiło mi, że ma w tych sprawach duże doświadczenie...
 - No to słucham. - zwróciłam się do Roda.
 - Daj mi chwilkę....
   Przyłożył rękę do ust w geście przypominającym rzeźbę "Myśliciela" Rodlina.
 - Myślę, że nie uda mi się cię zamęczyć. No chyba, że psychicznie. Na przykład poprzed unieruchomienie cię na długi czas w bardzo nudnym, odludnym miejscu. Tak, to jest to! Spędzisz cały dzień w tamtej leśniczówce przy trasie, którą zawsze jeździmy rowerami na południe. Nie będziesz mogła mieć ze sobą żadnych książek, empetrójek, telefonu, dosłownie nic. Co ty na to?
 - No nieeee! Nie mogłeś wymyślić czegoś ciekawszego?! Wszyscy dostają jakieś ekstremalne zadania! Też chcę!
 - Nie spodziewałem się, że tak szybko osiągnę efekt...
 - Rooood! Zmień to!
 - Właśnie nie zmienię.
 - Zmień!
 - Ani myślę.
 - Cóż, Kalipso. Chyba padłaś ofiarą własnych reguł. Nie można zmieniać wyzwań i mają trwać cały dzień. - zaśmiał się Romeo znad klawiatury telefonu.
 - Tylko kto teraz podejmie się pilnowania jej przez cały dzień? - zapytała Anti.
 - A jest tam zasięg? - spytał brat Benvolia.
 - Z tego co wiem, nie ma. - powiedział powoli jego brat.
 - A to na mnie nie liczcie. - i wrócił do sms-owania.
 - I taki to pożytek z rodzeństwa. - westchnął Benvolio.
 - Co do rodzeństwa, to rodzice dziś wychodzą po południu i ktoś musi się zająć Amadeą i Gracją. - wykręciła się Seserakh.
 - Nooo myślę, że ja prędzej się tym zamknięciem zmęczę niż Kalipso. Nie nadaję się na ochroniarza. - stwierdził drugi z braci.
 - A ja nie chcę się kłócić, więc po prostu pójdę do domu i zamknę się w sobie. - dodał Hauru starając się, aby zabrzmiało to jak dowcip. - Proszę bardzo, Rod. Wygrałeś los na loterii.
   Rod popatrzył na niego, jakby chciał go udusić.
   Sytuacja nagle zrobiła się napięta, choć nie miałam pojęcia dlaczego. Czy coś między nimi zaszło? Nie podobało mi się, że Romeo i Benvolio wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, a Anti głośno wciągnęła powietrze zamierając. Chłopcy mierzyli się wzrokiem, a ja zaczynałam pojmować, że w naszej grupie dochodzi do rozłamu. Nie mogłam tylko pojąć, co jest jego przyczyną i czułam, że nikt mi tego nie powie.
 - Dobra, braciszku. Starczy tej depresji. - odezwała się Seserakh. - Przecież już ci mówiłam, że ten aparat był do niczego. Nawet dobrze się stało, że Rod go zniszczył.
   Ledwie zauważalnie Anti odetchnęła z ulgą.
 - To my się zbieramy. - dokończyła siostra blondyna. - Do jutra!
   Chwyciła Hauru za rękę i bezceremonialnie wyciągnęła go z parku. Wyglądało to bardzo podejrzanie.
 - Nie ufam wam, ale niech i będzie. - odezwał się Benvolio. - Bawcie się dobrze!
 - Ze szczególnym uwzględnieniem słowa "bawcie" - dodał złośliwie Romeo.
   Wstał, a za nim jego brat i zniknęli za drzewami. Rozejrzałam się dookoła i zdałam sobie sprawę, że zostaliśmy z Rodem sami.
 - Kiedy Anti poszła? - spytałam zdezorientowana.
 - Poszła? Nie zauważyłem tego... - zmarszczył brwi.
 - Hm... no to... idziemy?
 - Chodźmy!
   Przeszliśmy przez ogrodzenie i ruszyliśmy drogą w kierunku przeciwnym niż do miasta. Asfalt ciągnął się tutaj jeszcze tylko kawałek. Potem jego miejsce zajmował żwir. W pewnym momencie skręciliśmy w dobrze nam znaną polną drogę wysypaną piaskiem, która prowadziła prosto do lasu. Mimo chłodu dzisiejszego dnia i mojej gorączki, spacer był bardzo przyjemny. Pozwoliłam swoim myślom pobiec własną drogą wśród kwiatów, liści i traw. Krótką chwilę czułam się jak we śnie, jednak przez ten idealny obraz powoli przebijała się rzeczywistość. 
   Spojrzałam na Roda. Nadal wyglądał na lekko poirytowanego. Zapewne przez tę dziwną uwagę Hauru... Ale właściwie dlaczego utworzyło się między nimi takie napięcie? Okej. może i nie zawsze się świetnie dogadywali... właściwie to różnili się od siebie wszystkim... ale zwykle udawało im się dojść do porozumienia. No przecież kumplowali się już tyle lat! Nie... chyba to wszystko wyolbrzymiłam. Mój chłopak pewnie znów ma jeden z tych dni, kiedy wszystko go denerwuje. Tylko jak wyjaśnić zachowanie Hauru? Może ma jakieś kłopoty i dlatego tak dzisiaj przycichł? Tak... Pewnie o to chodzi... Niewłaściwy czas i niewłaściwe miejsce.
 - O czym myślisz? - usłyszałam nagle ciche pytanie Roda.
 - Szczerze? - odpowiedziałam pytaniem. Wszystko w jego rękach. Nie wiedziałam, czy chcę drążyć temat, ale skoro mam okazję...
 - Chyba nigdy inaczej nie odpowiadasz, prawda? - uśmiechnął się.
 - Masz rację. - westchnęłam - Myślałam o tobie i Hauru... Może to głupie pytanie ale... Czy coś się stało, kiedy mnie nie było?
   Od razu jego uśmiech zniknął, a brwi zmarszczyły się.
 - Nic wielkiego. Mała sprzeczka.
 - Mogę wiedzieć o co?
 - O wczorajsze zadanie dla mnie - to błahostka, już nieaktualna.
 - A właśnie! Nie opowiedziałeś mi jeszcze co to było!
 - Kazali mi tańczyć na środku dzielnicy. - odparł, siląc się na uśmiech.
 - I ja to przegapiłam... - zaśmiałam się i do niego przytuliłam. - Kiedy ostatnio ze mną tańczyłeś?
 - Oj... To musiało być bardzo dawno. Szkoda.
 - Jeszcze to nadrobimy.
 - Chciałabyś teraz?
 - Tak.
   Chwycił mnie za rękę, drugą położył na talii. Znów się roześmiałam. Uwielbiałam te jego spontanicznie-romantyczne zrywy, gdy byliśmy sami. Tańczyliśmy na leśnej drodze za muzykę mając jedynie szum drzew. Deptaliśmy sobie nogi i śmialiśmy się z chwilowych braków równowagi. Powoli się zatrzymaliśmy. Zbliżyłam się do niego i zaczęłam całować. Poczułam, jak mocniej mnie obejmuje. 
   Nagle coś mi wpadło do głowy. 
 - Jeśli pokłóciliście się o głupotę, to czemu wciąż się wściekasz?!
 - Kalipso... Psujesz taki moment... - zrobił obrażoną minę.
 - No przepraszam... Ale powiedz, czemu?!
 - Wiesz, jak to jest... Zaczyna się od drobnostki, a wychodzi wielka afera... To tylko sprawia wrażenie, że jest takie ważne.
 - Mmm... No niby tak, ale... trochę się martwię. Nigdy nie widziałam Hauru w takim stanie...
 - Niepotrzebnie, minie mu.
 - Mam nadzieję... A czy u ciebie już wszystko gra?
 - Tak... Dlaczego miałoby nie grać?
 - W parku nie wyglądałeś tak, jakby wszystko było w porządku. A kiedy tu szliśmy, wciąż zaciskałeś pięści... Nie jestem ślepa.
   Przewrócił oczami i patrząc gdzieś za mnie, odparł:
 - Mi też minie. Przecież kłótnie się zdarzają...
 - Nie rozumiem tylko, jak kłótnia o taniec mogła aż tak na was wpłynąć.
   Na ten zarzut nic nie odpowiedział.
 - A więc poszło o coś więcej, tak? Rod, proszę, powiedz mi, co się dzieje.
   Jego milczenie zaczęło mnie irytować, ale on nie miał najwidoczniej zamiaru się teraz odezwać.
 - Rod! - krzyknęłam. - Jeśli mi nie powiesz w tym momencie, wejdę na któreś drzewo i specjalnie z niego spadnę!
 - Kalipso... - oprzytomniał trochę. - Przepraszam. Zaraz wszystko wytłumaczę. Tylko ja tego sam jeszcze nie przemyślałem. Pozwól, że najpierw to jakoś ogarnę.
 - No dobrze... To może chodźmy usiąść w tej leśniczówce i tam mi wszystko opowiesz.
 - Okej...
   Chwyciliśmy się za ręce i weszliśmy w las. Przez korony drzew przeświecały promyki słońca. Gdzieś w górze śpiewały ptaki. Dróżka była kręta i z czasem zaczęła się zwężać. Kiedy była już tak cienka, że musieliśmy się puścić, wiedziałam, że jesteśmy prawie na miejscu. Chwilę potem naszym oczom ukazał się niewielki, drewniany domek o spadzistym dachu porośniętym mchem. W jednym oknie brakowało szyby, a drzwi były lekko uchylone. Chyba od dawna nikt nie odwiedzał tego miejsca.
   Weszłam do środka. Wnętrze nie wyglądało aż tak źle... Na podłodze zaległ kurz i wpadło parę liści, ale znajdowało się tu jakieś biurko, krzesło i parę koców rzuconych pod ścianę, a całe pomieszczenie było oświetlone przez słońce wpadające przez okno.
 - Chodź! - zawołałam do Roda, stojącego na zewnątrz, siadając na blacie biurka. - Całkiem tu przytulnie!
 - Cieszę się, że ci się podoba. Jak by nie było, spędzimy tu trochę czasu. - odparł bez entuzjazmu.
 - Hej, skąd ten ton? Wyprostujemy parę spraw i jeszcze będzie fajnie! Ta chatka przypomina trochę domek z tego francuskiego opowiadania o duszku zakochanym w dziewczynie...
 - Nie kojarzę go zupełnie.
 - A mówiłeś, że przeczytałeś tę książkę, którą ci pożyczyłam na ferie zimowe!
 - A to tamta! Prawda, jakoś wyleciało mi z głowy.
 - Aha, akurat!
 - Naprawdę! Nie wierzysz mi, a ja po prostu... dużo spraw mam na głowie i tak wychodzi...
 - Więc opowiedz mi o tych sprawach.
 - Właściwie to chodzi przede wszystkim o tę kłótnię... Ale najpierw chcę to przemyśleć sam.
 - Czy nie miałeś dosyć czasu, gdy tutaj szliśmy? Powiedz to, co myślisz w tej chwili.
   Westchnął ciężko. Nie lubił mówić o swoich emocjach. Trochę go już pomęczyłam i myślałam, że jakoś się rozrusza, ale chyba to nie działało w ten sposób.
 - Tak jak już mówiłem, od jakiejś głupoty przeszliśmy do kłótni o całokształt, wypominania sobie różnych... Zresztą, może powinniśmy byli dać sobie po mordzie i wszystko wróciłoby do normy.
 - Wypominania?
 - Ogólnych kwestii.
 - Takich jak...?
 - Oj... Od czego by tu zacząć...
 - Aż tyle tego było?!
 - Nie no, po prostu to wymagałoby jakiegoś rozwinięcia... Ale chyba już przez Hauru.
 - Więc mam się z nim spotkać i to przedyskutować?
 - Nie musisz...
 - Więc opowiedz mi dokładniej. Wiesz, że nie znoszę niedomówień.
   Jeszcze raz westchnął, po czym wypalił:
 - Twierdzi, że nic i nikogo nie szanuję, że jestem złośliwy i nieszczery, że izoluję się od reszty, a tak w ogóle to... a, nieważne...
 - On coś takiego powiedział?! - Oburzyłam się. 
   Jak mógł! W ogóle się tego po nim nie spodziewałam! Choć w sumie... dlaczego? 
   W ostatnich dniach odkryłam, że tak na prawdę nic nie wiem o Hauru. Kiedyś miałam go za chłopaka, który musi się popisywać i zwracać na siebie uwagę, bo jest pusty w środku. Przecież znałam sporo takich osób. Dlaczego on miałby być inny? Potem zdałam sobie sprawę, że uległam stereotypom... Zaczęłam uważniej się mu przyglądać, dostrzegać kolejne jego zalety i cechy, o których nie miałam pojęcia. To jak cytował Shakespeare'a czy Austen, jak się zajmował swoją rodziną, jaką miłością darzył dwie małe siostrzyczki, jak zaryzykował, żeby uratować mnie przed upadkiem... Poznawałam go na nowo. Wydawało mi się, że dostrzegłam prawdziwego Hauru... Ale chyba ponownie popełniłam błąd...
   Rod nie dał mi zupełnie pogrążyć się w takich myślach.
 - Zostawmy ten temat. - odezwał się w miarę normalnym tonem. - Zajmijmy się czymś przyjemniejszym.
 - Masz rację... dosyć tego gadania!
   Uśmiechnęłam się do niego zalotnie.
 - To... Co od czego chciałabyś zacząć wypełnianie tego wspaniałego zadania?
 - Mmm... Może od tego? 
   Przyciągnęłam go do siebie i delikatnie zaczęłam obsypywać pocałunkami. Rod nie pozostawał mi dłużny i po chwili już całowaliśmy się zapominając o wszystkich problemach. Położyłam się na trzeszczącym biurku zmuszając chłopaka, żeby również na nie wszedł.
 - Jeśli się złamie... - jęknął Rod.
 - Niech się złamie!