Romeo
Przed
ogrodzeniem parku zostałem tylko ja i Rod. Mój brat próbował jakoś
ogarnąć ludzi, ale powiedzmy sobie szczerze, jemu nigdy nic się nie
udaje. Skończona z niego oferma... W sumie, co ja tu jeszcze robiłem?
Wszyscy się rozeszli, to może nie zauważą, że nie wykonałem zadania...
Nie chciało mi się robić z siebie idioty. No i co jeśli w pobliżu by
przechodziła straż miejska? Albo gdyby przechodnie zaczęli się gapić? O
nie... Bardzo chętnie mogłem pooglądać jak inni się wygłupiają, ale ja
nie zamierzałem.
Rod stał odwrócony do mnie tyłem. Idealna okazja. Wolnym krokiem ruszyłem chodnikiem w stronę najbliższego osiedla.
Biegłem
do puki starczyło mi tchu. Zdyszany spojrzałem za siebie. Dopiero wtedy
zorientowałem się, że Rod mnie nie goni. Nie wiedziałem, czy
zrezygnował po jakimś czasie, czy nawet nie chciało mu się ruszyć z
miejsca. Ale i tak nie miało to większego znaczenia. Najważniejsze, że
udało mi się uniknąć zadania i kłopotów.
Dużo
pilniejsze było przygotowanie się na spotkanie z resztą. Trudno o
bardziej napiętą atmosferę niż ostatnio, a ja byłam chyba jedyną osobą
jeszcze nie wplątaną w żaden konflikt. Chociaż nie, był jeszcze
Benvolio.
Kiedy weszłam pomiędzy świerki, okazało się, że to właśnie on jako pierwszy był już na miejscu.
- Cześć. - przywitał się bez entuzjazmu.
- Cześć.
- Myślisz, że ktoś jeszcze przyjdzie? - zapytał cicho, patrząc na kołyszące się przed nami gałęzie.
- Nie wiem. - odparłam szczerze.
Potem na długi czas zapadła cisza, czasem tylko przerywana szumem drzew przy większych podmuchach wiatru. Pogrążeni we własnych myślach nawet nie zauważyliśmy, kiedy na polanę wpadł Hauru.
Nikt jej nie odpowiedział. Jedynie Rod po chwili ciszy dodał:
- I co teraz?