czwartek, 10 lipca 2014

48. Mickiewicz

Nastąpiła mała zamiana imion ;) Zosia, poznana przez Ciris we Francji stała się Talią. Mam nadzieję, że nie przeszkodzi to w ogarnięciu akcji, ale tak mi ładniej brzmi <3 /A
______________________________________________________________________


Ciris


   Na zegarze właśnie wybiła północ - koniec godziny przestrogi z IV części "Dziadów". Gustaw odszedł na spoczynek, ale ja wciąż nie mogłam zmrużyć oka. Tak, jak każdego wieczora od powrotu z Francji, siedziałam na Facebooku pisząc z Talią. Cieszyłam się jak dziecko za każdym razem, gdy po powrocie do domu zastawałam wiadomość od niej, nawet, gdy było to zwykłe "Hej". 
   Uwielbiałam sposób, w jaki prowadziłyśmy rozmowy, jak abstrakcyjne tematy poruszałyśmy i z każdym dniem ukazywałyśmy sobie nawzajem coraz pełniejszy obraz siebie...
   Bolało mnie jednak, że nie możemy się znowu spotkać. 60 km było pewnego rodzaju przeszkodą... Poza tym, nie chciałam znowu zostawiać przyjaciół. To byłoby wobec nich niesprawiedliwe. Czułam też, że sprawy między niektórymi jeszcze nie do końca się poukładały i mimo, że nie była to moja sprawa, powinnam być obok, aby w razie czego mieli możliwość zwrócić się do mnie o pomoc. Skoro to ja ich pogodziłam, to nie powinnam się teraz wycofywać...
   Westchnęłam. 
   Nie podobało mi się to, co działo się z Kalipso. To jej rolą było doprowadzanie nas do porządku, kiedy sprawy wymykały się spod kontroli! Ja sobie z tym nie poradzę... Rozumiem, że Hauru namącił jej w głowie, ale ostatnio nie widziałam, aby specjalnie się jej narzucał...
   Usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a, który wyrwał mnie z zamyślenia. To Talia pytała, czy wszystko w porządku, bo przestałam jej odpowiadać... I rzeczywiście w okienku na stronie internetowej zobaczyłam długą listę nowych wiadomości. 
   Przetarłam oczy, wzięłam łyk wody i odpisałam.
  


 Rod


   Z jakiegoś powodu, którego nie potrafiłem, a nawet za bardzo nie chciałem, ubrać w słowa, pragnąłem jak najszybciej zapomnieć o wczorajszym dniu i skierować myśli na nowe tory. Żeby zrobić coś nowego, zrealizować jakiś świeży pomysł. Albo po prostu skierować uwagę reszty na cokolwiek poza moją osobą. I może dlatego miałem wrażenie, że na wilgotnej ziemi butelka kręci się jakby wolniej i jednocześnie dłużej niż zwykle. "Niech już skończy, starczy!" - myślałem. - "Najlepiej niech zatrzyma się na... Antiochis albo Benvoliu."
   Nic z tego.
   Po jeszcze dwóch leniwych obrotach butelka stanęła, wskazując wylotem gdzieś między Ciris a Hauru. A tam siedziała Kalipso i lekko zdumiona unosiła brwi.
 - A więc coś dla ciebie... - wymruczałem w rozkojarzeniu.
   Aby pokryć zmieszanie udałem zamyślenie. Podniosłem głowę i marszcząc brwi, zacząłem rozglądać się po otoczeniu, niby to szukając inspiracji. Wiatr lekko delikatnie kręcił liśćmi, nie poruszając nawet najmniejszych gałązek. Gdzieś w głębi parku świergotały ptaki, zagłuszając szum przejeżdżających zaraz za płotem samochodów.
   Bardzo mi zależało na tym, żeby zadanie dla Kalipso było neutralne, przezroczyste, nie kojarzyło się z niczym, nie aspirowało do tego, żeby być czymś, czym nie było. Nie byłem pewien czy po tym, co przeżyliśmy razem sformułowanie takiego zadania jest możliwe, ale zawsze mogłem próbować. No, i nie chciałem Kalipso w żaden sposób ranić, mścić się na niej. I chciałem, żeby to wiedziała.
 - Spróbujmy tak. - zacząłem w końcu. - Weźmiesz gitarę i będziesz grać i śpiewać gdzieś, gdzie będzie cię dobrze widać. O, mam: na schodach przy pomniku Mickiewicza.
   Zerknąłem na nią ciekawy jej reakcji.
 - Jak długo? - spytała uśmiechając się.
 - Tak z dwie godzinki. - odparłem odwzajemniając uśmiech.
 - Nie ma sprawy. Super zadanie! Poczekacie pod pomnikiem? Skoczę szybko do domu i zaraz do was dołączę.
   Bez zastanowienia przytaknąłem i zerknąłem na pozostałych. Zbierali się, żeby tam pójść, ale wyglądali dość sennie, jakby zupełnie ich nie ruszało, kto i czego ma się dziś podjąć. W niewielkim stopniu zmieniło się to, gdy wyszliśmy na miasto. Uliczny gwar nieco ich ożywił, ale jakoś nie było po nich widać szczególnej chęci do działania. Nie mogłem jednak narzekać, sam prezentowałem się tego dnia dokładnie tak samo. Wczorajsze przeglądanie zdjęć raczej nie mogło wywołać melancholii u nikogo poza mną i Rafaelą. Zresztą to nie wyglądało jak melancholia. Może to wina upałów? Tak czy inaczej snuliśmy się noga za nogą ulicami, mając nadzieję, że ci, którzy idą przed nami znają drogę.
    Nikt z nikim nie rozmawiał, nie droczył się, nie śmiał się. Aż w pewnym momencie usłyszałem za sobą cichy głos Hauru.
 - No nie daj się prosić...
 - Nie mam czasu... - odpowiedział mu przyciszony głos Ciris.
 - Są wakacje! Na pewno znajdziesz dla mnie chwilkę...
 - Ale...
 - Tak za stare, dobre czasy...
 - Niech ci będzie.
   Wielkim wysiłkiem woli powstrzymywałem się, żeby nie odwrócić do nich głowy. Nie miałem bladego pojęcia, co mogli przez to rozumieć, ale pewnie to i po ich myśli. Zresztą docieraliśmy właśnie do pomnika. Kalipso czekała już na nas, siedząc na wysokim krawężniku.
 - Hej, co z wami? - spytała, gdy się zbliżyliśmy. - Śpicie, czy co?
 - Twoja w tym głowa, żeby nas rozruszać. - odparłem.
 - Albo zupełnie uśpić i zwinąć manatki. - mrugnęła okiem.
 - To też jakaś opcja. Zatrzymamy się gdzieś po drugiej stronie ulicy, okej?
 - Czyli nie będę miała chórków... No trudno.
 - Powodzenia!
   Odeszła w stronę pomnika i powoli wchodziła na stopnie, uważając aby nie uderzyć o nie pudłem gitary.
   Odwróciłem się spokojnie i razem z resztą obsiedliśmy ławkę dokładnie naprzeciwko.
 - Przedstawienie czas zacząć! - rzucił Hauru.
   Pospieszył się z tym trochę, bo ruda najspokojniej w świecie wyjmowała gitarę z pokrowca i sprawdzała, czy jest dobrze nastrojona. Dopiero potem spojrzała w górę, zastanowiła się chwilę i zaczęła grać "All i want" Kodaline.
   Jej podejście do tego zadania z pewnością zasługiwało na miano profesjonalnego. Zupełnie nie przejmowała się obecnością przechodniów, czy to obojętnie ją mijających, czy to przystających i zastanawiających się, czy zbiera pieniądze, a jeśli tak, to czemu nie ma na nie kapelusza czy kubeczka.
   Jej głos był silny i czysty, a palce pewnie uderzały w struny, stopa lekko stukała w marmur. Próżno by było szukać u niej uśmiechu, ale i tak zdawała się być w pogodnym nastroju. Zamknęła oczy i wyciągnęła twarz do słońca.
   W południowym słońcu opadające jej na ramiona gęste loki błyszczały prawie pomarańczowo. Luźne rękawy bluzki zsunęły się jej z przedramion, odsłaniając bladą, gładką skórę. Kalipso nigdy nie lubiła się opalać, uważała to za stratę czasu. Nie mogła też usiedzieć na miejscu. Zawsze musiała wszystkiego spróbować, mieć o tym własne zdanie, a gdy już się czegoś podejmowała, wkładała w to całe serce. Jak teraz, to zupełnie się nie zmieniło. Tak samo jak to, że jest piękną dziewczyną.
   I pewnie wiele innych rzeczy zostało po staremu, tylko wszystko, co mnie z tym wiązało, zniknęło. Nie umiałbym opisać, w jaki sposób. Wszystko między nami było skończone i nawet nie czułem już ani bólu, ani tęsknoty. Nie było też zupełnej pustki, nie była dla mnie obcą osobą, ale nie do wszystkich wspomnień chętnie bym wracał. Czy można by to było określić jako stan wyjściowy? Może. Przynajmniej z mojej strony.
   Kalipso skończyła właśnie grać kolejną piosenkę i zrobiła sobie przerwę, żeby rozmasować opuszki palców. Pewnie przez butelkę długo nie miała gitary w rękach. Widząc, że wciąż jej się przyglądamy, pomachała do nas, a my jej odmachaliśmy - wszyscy z wyjątkiem Rafaeli. Ona tylko prychnęła cicho. Wciąż była niechętna wobec Kalipso i żadne zapewnienia z mojej strony, że nie mam żalu do swojej byłej dziewczyny, nie były w stanie jej przekonać do zmiany nastawienia. Wzruszyłem ramionami i znowu wsłuchałem się w dźwięki gitary. Byłem niemalże pewien, że kiedyś zweryfikuje swoje pretensje. Znałem ją na tyle dobrze, że nie martwiłem się o to. Zawsze kierowała się emocjami, przez co łatwo myliła się w ocenie ludzi i spraw. Wiele razy dyskutowaliśmy na błahe tematy i udawało mi się w końcu wskazać jej błąd w rozumowaniu. Prawdę mówiąc, dzięki tym dyskusjom dogadywaliśmy się naprawdę nieźle. To było coś zupełnie innego niż Benvolio z Romeem. Nie było rywalizacji, złośliwości, mogliśmy liczyć na szczerość i zrozumienie. Aż żałowałem, że nie jest moją rodzoną siostrą. I gdy po umówionym czasie podeszliśmy pod pomnik, by spotkać się ze zmęczoną Kalipso, nie miałem oporów, żeby dołączyć się do szczerych słów zachwytu reszty grupy. Bez wątpienia zasługiwała na nie, a Rafaela na pewno jeszcze się przekona.

47. Rewanż

 Rod
 

 - Cześć! Jak wam poszło z tym rysowaniem? - rzuciłem w kierunku Ciris, gdy na zegarku pokazała się godzina jedenasta. Wciąż czekaliśmy na Rafaelę i Kalipso, ale miały nadejść lada chwila.
 - Bez problemów! - odparł Hauru obejmując dziewczynę ramieniem. - Ciris jest absolutnym mistrzem w swoim fachu!
 - Nie przesadzaj. - zaczerwieniła się.
 - Ale wiecie, że będziecie musieli pokazać ten rysunek? - odezwał się Benvolio, jakby wyczuwając kiepską próbę ominięcia problemu.
 - Pierwsze słyszę! - chłopak udał oburzonego.
 - Już idą dziewczyny, czas na was. - powiedziała Anti, wychylając się w kierunku ścieżki. 
   I rzeczywiście za chwilę przedarły się przez iglaste gałęzie i przywitawszy się, jedna za drugą cicho usiadły na ziemi.
 - Możemy zaczynać. - ogłosił i zwrócił się wyczekująco w stronę Ciris i Hauru.
 - Przepraszam, że sam szkic, ale bałam się, że źle dobiorę kolory... - Ciris zaczęła się pospiesznie tłumaczyć szukając w teczce pracy, po czym wyciągnęła kartkę i podała siedzącej najbliżej niej Antiochis.
   Ta pospiesznie zerknęła na nią i przekazała ją dalej do Benvolia.
   W ten sposób rysunek przeszedł przez wszystkie ręce i dość szybko wrócił do Ciris.
- Nie doceniliście dzieła sztuki... - westchnął Hauru komentując tę sytuację. - A co z kontemplacją?!
 - Może trwałaby dłużej, gdybyśmy nie znali modela. Wtedy można by było przeprowadzić jakąś analizę uczuć, emocji... - zaczęła Kalipso.
 - Ej! Teraz możesz robić analizę porównawczą, skoro znasz oryginał! - zażartował Hauru.
 - Bez sensu. Ciris za dobrze rysuje! - stwierdził Benvolio.
 - Dziękuję. - uśmiechnęła się dziewczyna. - Czyli zadanie zaliczone?
 - Na to wygląda. - przytaknąłem. - Kręć.
   Do tego nie trzeba było jej namawiać, tylko czekała, aż będzie mogła odwrócić od siebie uwagę i skierować ją na nową ofiarę. No i niestety, w tym wypadku na mnie.
 - Słucham cierpliwie.
 - Wolałabym się zrewanżować na Rafaeli... - westchnęła Ciris. - Ale zaraz! Tak! Mam pomysł!
 - Chyba nie jest dobrze... - szepnęła mi na ucho kuzynka.
 - Chciałabym... - mówiła z uśmiechem na ustach. - Abyś zaprowadził nas do siebie do domu, pokazał wasze wspólne zdjęcia z dzieciństwa i opowiedział do nich jakieś historie!
   Zatkało mnie. Chociaż mogłoby się wydawać, że w tej grze już wszystkie granice zostały przekroczone, poczułem, że to zadanie jest wyjątkowo perfidne.
 - A więc tak daleko już zaszliśmy... - westchnąłem.
 - O Boże... - wybuchnął śmiechem Hauru. - Nigdy bym nie pomyślał, że usłyszę od ciebie takie słowa rzucone w naszym kierunku!
 - A oto Hauru i jego skojarzenia... - skomentowała Ciris, ale też zaczęła chichotać.
   Widać mimo treści wczorajszego zadania zaczęli się trochę lepiej dogadywać. Może i mi uda się wyjść bez szwanku...

 
   Wystrój wnętrza mojego domu był mi zawsze obojętny, ale widok naszej wesołej hałastry przetaczającej się hałaśliwie na tle tej geometrycznej harmonii ścian i mebli, jaka tu zawsze panowała, spowodował lekki dyskomfort.
 - Siądźcie gdzieś, a ja przyniosę coś do picia. - rzuciłem, zaprowadziwszy ich do pokoju, odwróciłem się na pięcie i poszedłem do kuchni. Postanowiłem jak najdłużej odwlekać moment upokorzenia, a że przy okazji mogliśmy miło spędzić dzień... Może nie będzie aż taki straszny.
   Niespiesznie zebrałem odpowiednią liczbę kubków, wybrałem sok spośród stojących za lodówką, ustawiłem wszystko na tacy i ostrożnie, spacerowym krokiem ruszyłem do pokoju.
 - Ciekawe, ile to zbierał... - usłyszałem głos Hauru, zanim jeszcze otworzyłem drzwi.
   Kiedy wszedłem do pokoju zastałem całą paczkę zgromadzoną nad pudełkiem z moją kolekcją słomek.
 - O! Rod, już jesteś.... - Hauru podniósł ręce do góry. - Ja im mówiłem, żeby nic nie ruszali....
 - Kłamca! - zakrzyknęły jednocześnie Kalipso i Ciris
 - I kto tu jest bardziej wiarygodny? No nie wiem... - drażniłem się z nim.
 - Spójrz mi w oczy! Toż to ja przenigdy nie kłamię! - zapierał się Hauru
 - Czy te oczy mogą kłamać... - zaintonowała rozbawiona Antiochis.
 - Anti, to nie jest śmieszne! Oni posądzają mnie o zbrodnię!
   Korzystając z okazji, bez protestów z ich strony zabrałem pudełko, a na jego miejsce położyłem przyniesioną tacę.
 - Czegoś jeszcze sobie życzycie? - zapytałem kurtuazyjnie.
 - Śniadania do łóżka jutro między godziną 10:00 a 10:15. Najlepiej jajka sadzone, mocno wysmażone. Dziękuję. - odparł Hauru.
 - Tylko się nie zdziw. - zaśmiałem się, ale rozumiejąc, że więcej czasu nie ugram, kucnąłem przy komodzie i uchyliłem jej drzwiczki. Chciałem, żeby wyglądało to, jakbym szukał albumu, ale tak naprawdę zastanawiałem się, który wybrać. Najlepszy byłby ten, w którym jest mnie najmniej... Wziąłem drugi od lewej, z okładką imitującą art deco.
   Usiadłem na łóżku i już lekko zdenerwowany, a nawet poirytowany, otworzyłem go na pierwszej stronie. Zanim jeszcze zorientowałem się, co właściwie jest na zdjęciu, usłyszałem pierwsze dźwięki wydawane przez przyjaciół, którzy błyskawicznie obsiedli łóżko i właśnie patrzyli mi przez ramię.
 - Ej! Co to miało być? - żądałem wyjaśnień, odwracając się do nich. Nie wiedziałem, czy to co usłyszałem, to objaw zachwytu, zniesmaczenia, zdziwienia czy jeszcze czegoś innego.
   Nikt nic nie odpowiedział, ale nawet nie było to konieczne, gdy zerknąłem na zdjęcie: przedstawiało mnie, gdy miałem jakieś 6 lat. Byłem ubrany w czerwoną koszulkę polo i sztruksowe spodnie trzymające się na mnie tylko dzięki szerokim szelkom. Szeroki uśmiech prawdopodobnie był spowodowany znalezieniem wielkiego karaczana, którego trzymałem na wyciągniętej do aparatu ręce.
 - A. Rozumiem. Przejdźmy dalej. - zasugerowałem i przewróciłem stronę.
 - O nie... - jęknęła Rafaela.
   Tym razem dostało się jej. Na kolejnej fotografii siedmio- czy ośmioletnia Rafaela stała nad przewróconą na podłogę choinką z kablem od lampek w garści i pomarańczowym łańcuchu we włosach.
 - To wydaje się świetnym materiałem na historię z dzieciństwa. - zasugerowała Ciris.
 - To wszystko jego wina! - wykrzyknęła moja kuzynka.
 - Ja tylko proponowałem! - zaprotestowałem, przypominając sobie całą sytuację.
 - A kto mi groził, ze jak tego nie zrobię, to wrzuci mi pająka do pokoju?!
 - Oj, to był tylko żart!
 - A skąd mogłam o tym wiedzieć?
 - Ej, ej... spokojnie... o co chodzi? - wtrąciła się Anti
 - Założyliśmy się wtedy, że jeszcze przed pierwszą gwiazdką Rafaea ściągnie z choinki wszystkie lampki. - wyjaśniłem. - Prawie jej się udało!
   Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
 - A to z jakiej okazji? - zapytał Benvolio, wskazując na zdjęcie obok. Ubrany na galowo, siedziałem na nim w ławce obok jakiejś dziewczyny i starałem się uśmiechnąć do obiektywu.
 - Rozpoczęcie roku szkolnego w pierwszej klasie. Tyle stresu...
 - ...bo rodzice przyłapali cię z dziewczyną? - wtrącił Hauru.
 - Sami mnie tam usadzili! Do pewnego momentu w ogóle się nie interesowałem dziewczynami.
 - Nie interesował się dziewczynami, a w jego albumie z dzieciństwa tylko on i dziewczyny... - mruknął Benvolio.
 - Do bitki i do wypitki. - zaśmiałem się.
 - A kolejne... - Benvolio próbował przerzucić stronę, ale pacnąłem go po rękach.
 - Spokojnie, dojdziemy do tego...

   Następne zdjęcia spotykały się z podobną reakcją i moją, i reszty, a nie przedstawiały już niczego, co mogłoby mnie jakoś szczególnie pognębić. Widać strach ma wielkie oczy. Miałem tylko cichą nadzieję, że przyjaciele niczego konkretnego nie zapamiętają i nie będą się do tego potem odnosić. W końcu to było już tak dawno...

poniedziałek, 7 lipca 2014

46. Jakaś paranoja

 Rafaela


   Było niedzielne popołudnie.
   Ponieważ tego dnia nie spotykaliśmy się na grze w butelkę, Benvolio zaproponował mi wspólne oglądanie filmu. Znał ich całkiem sporo, a jako że uwielbiam dyskusje na temat kinematografii, chętnie się zgodziłam. Tym bardziej, że Rod jechał dziś ze swoimi rodzicami po nowe biurko, więc i tak byśmy się nie spotkali. 
   Komedia właśnie dobiegła końca i odruchowo zaczęłam rozważać, jaką ocenę wystawić jej na Filmwebie. 
 - Co za idiota! - wykrzyknął Benvolio znienacka. 
   W jego głosie pobrzmiewał zawód. 
 - No... - przytaknęłam. - Jak można wybrać Cameron Diaz grającą głupią, rozwrzeszczaną blondynkę, zamiast roześmianej Julii Roberts?! 
 - Co on w niej w ogóle widział?
 - Nie mam pojęcia! Nawet ich związek był bez sensu - ledwo się poznali, a już ślub. Mulroney musiał być mocno pijany, żeby poprosić ją o rękę... 
 - To chyba jedyna możliwość. Pijany zawsze widzi świat inaczej... 
 - Mówisz z własnego doświadczenia? - uśmiechnęłam się kpiąco. 
 - Jeśli tak można określić obserwowanie pijanych kolegów... - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
 - Jak można się w kimś zakochać od pierwszego wejrzenia? Zupełnie się nie znając... Nic o sobie nie wiedząc... Jak można chcieć związać się z obcą osobą? - spytałam po chwili ciszy.  
 - A czemu nie? - chłopak zaczął polemizować. - W końcu nie da się "zupełnie" poznać człowieka, poznajemy się całe życie. Gdzie byłaby granica, za którą ktoś nie jest już obcy?
 - Nie mam pojęcia, gdzie byłaby granica, ale nie wmówisz mi, że da się zakochać w jeden dzień! 
 - Myślę, że trochę na tym polega zakochanie, że kogoś nie znamy za dobrze, ale i tak coś nas do niego ciągnie. 
 - Wydaje mi się, że najpierw powinna pojawić się przyjaźń, a dopiero potem miłość. A na przyjaźń potrzeba czasu.
 - Ale przyznasz, że przyjaźń to jednak coś innego niż miłość. - obstawał przy swoim. - W końcu nawet w tym filmie to widać.
 - Ze strony faceta tak, ale dla Julii przyjaciel jest też ukochanym. Więc różnica między tymi uczuciami chyba nie może być aż tak duża.
 - A jednak dla większości ludzi to jest rozróżnia! Może tylko jej się wydawało, że to przyjaźń, a potem zdała sobie sprawę, że to co innego?
 - Czym więc, według ciebie, przyjaźń damsko-męska różni się od miłości?
   Z zapałem zaczął wymieniać:
 - Przede wszystkim chemią. Przyjaciele znają wszystkie swoje słabości, tajemnice, przewidują swoje reakcje, zakochani, mimo bliskości, mogą mieć przed sobą tajemnice, ciągle się poznają i na nowo odkrywają. Rutyna i czas wzmacniają przyjaźń, a związek rozkładają, zabijają uczucie. Poza tym, czy przyjaciele zachowują się tak wobec siebie jak para? Czy obejmują się cały czas jak dawniej Rod i Kalipso? Czy szepczą coś sobie cały czas, muskając się ustami, jak wieki temu Ciris i Hauru? Czy patrzą sobie w oczy jak ja patrzę teraz?...
   Pod koniec głos mu zadrżał, jakby zabrakło mu powietrza.
 - Pójdę po coś do picia. - szepnął i szybko wyszedł z pokoju.
   Chwilę trwało, zanim dotarł do mnie sens jego słów. Natychmiast potrząsnęłam głową w geście samo-zaprzeczenia. Musiałam się przesłyszeć... Zakręciło mi się w głowie i zapragnęłam jak najszybciej wydostać się z tego pomieszczenia.
   Nie było mi to jednak dane ponieważ w progu pojawił się Benvolio, niosąc w rękach szklanki soku pomarańczowego. Był cały czerwony na twarzy, a wzrok wbijał w podłogę, jakby obawiał się, że się pośliźnie.
 - Chciałabyś obejrzeć jeszcze jakiś film? - zapytał cicho, podając mi napój.
 - Nie, chyba mi wystarczy na dziś... - odparłam, a kiedy brałam od niego szklankę, koniuszki naszych palców się zetknęły.
   Benvolio odskoczył jak poparzony, uderzając ręką w kant stojącego przy kanapie stolika, po czym jeszcze bardziej się zaczerwienił i pochylił.
 - Nic ci nie jest? - spytałam zakłopotana.
 - Nie, wydawało mi się, że widziałem tu komara...



Kalipso


   Żałowałam, że dzisiejsza gra została odwołana. Mimo, że śród przyjaciół nie czułam się już tak pewnie jak kiedyś, nadal ich towarzystwo było lepsze od pustych ścian domu, albo obecność ojca w pokoju obok...
   Był tez jeszcze jeden powód, dla którego z taką chęcią chodziłam na te spotkania - Hauru.
   Coraz częściej przyłapywałam się na wodzeniu za nim wzrokiem. Potrafiłam całymi dniami obserwować, jak przeczesuje palcami ciemne włosy, między którymi już od jakiegoś czasu pojawiały się blond odrosty, jak żartuje sobie z innymi i śmieje się ze swoich własnych żartów, nawet jeśli innym wydają się nie na miejscu, jak gwiżdże pod nosem wpatrując się w chmury, jak... stop! 
   Chyba nadszedł czas, abym szczerze przyznała sama przed sobą, że ten irytujący bałwan naprawdę mi się podobał...
   Nic to jednak nie zmieniało. Hauru nie patrzył już na mnie jak dawniej. Tak, jak przypuszczałam od samego początku, byłam dla niego tylko zabawką. Znalazł sobie cel i robił wszystko, aby go zdobyć. Nie udało mu się, więc odpuścił zapewne aby znaleźć sobie kolejny... Cały on! Czy z Ciris było inaczej?! Hauru się nią znudził, rzucił i przestał zwracać na nią uwagę. To samo spotkało mnie... Chłopak jedynie co jakiś czas rzucał mi zaniepokojone, albo smutne spojrzenie. Sama nie wiem, co chciał tym osiągnąć...
   To, co mogło być między nami, nigdy się już nie zdarzy. I może tak powinno być... Skoro dla niego to jest tylko rozrywka, to powinnam się cieszyć, że nie dałam mu szans na złamanie mojego serca... A jednak wcale nie było mi do śmiechu. Wręcz żałowałam. Żałowałam, że nie spróbowaliśmy... Może gdybym wtedy zaryzykowała, nie miałabym poczucia, że omija mnie coś bardzo ważnego...

środa, 2 lipca 2014

45. Czemu nie Dawid?! :D

Hauru


 - Ciris! - zaśmiałem się widząc ogromne zdziwienie na twarzy przyjaciółki.
 - Ale jak to...? - wyjąkała niezadowolona nadal wpatrując się we wskazującą na nią butelkę.
 - Dawno już nie wykonywałaś zadania. Nie masz co narzekać. - uśmiechnęła się do niej Kalipso.
 - Hmm... Tym bardziej, że nie mam pojęcia, jakie wyzwanie mogłoby sprawić ci kłopot... - zamyśliła się Rafaela.
 - Nie martw się, pomożemy. - odezwał się Rod nadzwyczaj życzliwie.
 - Ja bym proponował... - zacząłem, ale nie udało mi się dokończyć zdania, bo Ciris uciszyła mnie groźnym spojrzeniem.
 - Ty już lepiej nic nie mów! Nadal bardzo źle wspominam tę siłownię!
 - Tak... może czas na coś mniej wymagającego. - poparła przyjaciółkę Antiochis.
 - Cisis ślicznie rysuje. Jest ze mną w klasie humanistyczno-plastycznej. - zwróciła się do Rafaeli ruda. - Może to ci pomoże w wymyśleniu zadania.
   Dziewczyna przez chwilę siedziała w ciszy marszcząc brwi przetrawiając usłyszaną informację, po czym oświadczyła:
 - Chyba wymyśliłam. Umiesz malować z natury?
 - Tak lubię najbardziej. - odpowiedziała ucieszona Ciris.
 - W takim razie poproszę o namalowanie aktu.
 - Chyba nie mówisz poważnie?! - zakrzyknęła nasza przyjaciółka, a uśmiech zniknął z jej twarzy równie szybko, co się wcześniej pojawił.
   Anti siedząca tuż obok niej zastygła w miejscu w kompletnym szoku. U Kalipso natomiast zagościł półuśmieszek, jakby bardzo spodobał jej się ten pomysł. Pewnie żałowała, że sama na to nie wpadła.
 - Nie uda mi się. - powiedziała stanowczo Ciris odzyskując równowagę. - Niby skąd mam wziąć modela czy modelkę?!
 - No właśnie. Przecież to niewykonalne! - natychmiast zaoponował Benvolio.
 - Można by rozwiesić ogłoszenia i zrobić casting... - podsunąłem. - Chętnie zasiądę w jury!
 - Hauru... Nikt się na to nie zgłosi... - załamała ręce Anti.
 - W takim razie widzę jedno wyjście. - odezwał się Rod, po którym już było widać, że planuje coś... co nie każdemu się spodoba. - Modelem zostanie sam Hauru. Skoro już się wyrwał z inicjatywą... Zresztą byliście kiedyś razem, jeśli się nie mylę?
   Spojrzenia moje i Ciris się spotkały, a dziewczyna natychmiast oblała się rumieńcem.
 - To nie ma nic do rzeczy... - wyszeptała.
 - To wręcz niehumanitarne. - odezwała się cicho Antiochis i dyskretnie opuściła krąg.
 - Rod, nie uważasz, że ciekawiej by się oglądało dziewczynę? - spytałem.
 - Nam tak, ale jesteśmy w mniejszości, nie przeforsujesz tego.
 - A może bym wam przerysowała Dawida Michała Anioła? - zaproponowała Ciris.
 - Zadania nie zmienię. - postanowiła Rafaela.
 - Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał ją zmartwiony Benvolio.
 - Co w tym złego? - odpowiedziała mu pytaniem.
 - Stawiasz ich w niezręcznej sytuacji! Bardzo niezręcznej!
 - Czy nie o to wam chodzi w tej grze?
 - Ale... To nie jest jednorazowy wygłup przed obcymi ludźmi.
 - Chyba dobrze, że nie angażuję w to obcych ludzi, prawda? Nie każę tego wywieszać na mieście ani rozsyłać w internecie. Dramatyzujesz, Benvolio.
 - Ej, dobra... - przerwałem im. - Nie kłóćcie się już o to. Mi w sumie to nie przeszkadza, do póki zostaje między nami.
 - Widzisz? Problem rozwiązał się sam. - szepnął Rod, nie zauważyłem do kogo.
 - Ale jeśli mam to zrobić... - odezwała się Ciris - to żadnego z was nie chcę widzieć podczas pracy. Idźcie do domu, jutro na spotkanie przyniosę rysunek.
 - Ja jutro nie będę mógł przyjść. - odezwał się Rod. - Starzy chcą gdzieś jechać...
 - Może zrobimy dzień przerwy? - zaproponowała Rafaela.
 - Niech będzie... - westchnęła Kalipso.



   Pokój Ciris niewiele zmienił się od mojej ostatniej wizyty... która miała miejsce, kiedy jeszcze byliśmy parą (może Anti miała rację, że trochę źle się zachowywałem wobec jej przyjaciółki...?). Ściany i meble miały biały kolor, jednak w żadnym razie nie czuło się tu jak w jakimś szpitalu, a to za sprawą licznych zdjęć zajmujących całą ścianę pokoju dziewczyny. Na półkach stały książki (głównie o historii sztuki i fantastyka) oraz całe sterty farb, bloków rysunkowych, flamastrów, kredek, pasteli i innego rodzaju przyborów, które nawet nie wiedziałem, jak się nazywały.
   Ciris podeszła do biurka pod oknem, na którym było porozrzucane parę ołówków, zdjęć, kopert i zeszytów, jednak bez wątpienia panował tu większy porządek niż u Kalipso. Dziewczyna schyliła się i zaraz trzymała w ręku sztalugi, szkicownik i ołówek.
 - No to... - wyjąkała. - Chcesz się najpierw czegoś napić? Albo...
   Była urocza z tą swoją nieśmiałością. Uśmiechnąłem się do niej odgarniając jej kosmyk miodowych włosów za ucho.
 - Hej, spokojnie. To tylko rysunek, a nie pierwszy raz. - powiedziałem łagodnie.
   Jeszcze bardziej się zaczerwieniła nie wiedząc, gdzie podziać wzrok.
 - Wiem, ale... - ucięła.
 - Powiedz mi, jak mam się ustawić. - odezwałem się po chwili ciszy.
 - Myślisz, że się wkurzą jeśli narysowałabym cię siedzącego w takiej pozycji, że wiesz... nie byłoby nic widać...
 - Ryzykujemy zadanie karne?
 - Mogę narysować dwa obrazki i najpierw pokażemy im ten pierwszy, a jeśli wymyślą jakąś straszną karę, to wyjmiemy ten drugi...
 - Jesteś geniuszem! - uśmiechnąłem się do niej, a i ona w końcu spojrzała mi prosto w oczy.
 - To... Na pewno nie chcesz się najpierw czegoś napić? Nie wiem, ile mi to zajmie.
 - Nie dzięki. - odpowiedziałem. - Ale mogłabyś puścić jakąś muzykę... o ile to nie przeszkodzi ci w pracy.
   Odwróciła się w stronę radia, a ja tymczasem ściągnąłem z siebie koszulkę, jeansy i bokserki. Tak przygotowany usiadłem w fotelu z nogą założoną na nogę i rękami skrzyżowanymi za głową przypatrując się krzątającej się Ciris.
   Od powrotu z Francji zmieniło się w niej coś więcej niż tylko opalenizna. Wydawała się pewniejsza siebie, choć miło było się przekonać, że jednak nadal pozostało w niej coś z tej niewinnej dziewczynki. Nadawało jej to specyficznego wdzięku.
   Pokój wypełniła muzyka. Naturalnie instrumentalna. Ciris nie lubiła natłoku wyrazów w piosenkach, uważała, że czysta melodia ma w sobie ukryte emocje, których nie da się wyrazić jakimkolwiek słowami - niezupełnie się z nią zgadzałem w tej kwestii.
   Kiedy odwróciła się w moim kierunku, natychmiast zakryła oczy rękami.
 - Nie przesadzaj! Ostatnio przypakowałem! - powiedziałem z udawanym oburzeniem.
   Dziewczyna powoli odsunęła dłonie i otworzyła oczy.
 - To się nie dzieje naprawdę...
 - A jednak! - zaśmiałem się.
   Ciris podeszła do sztalug zmieniając ich kąt ustawienia. Grzebała przy nich trochę za długo, jak na mój gust.
 - Co wyście robili w tej Francji, skoro masz problemy z takim zadaniem? - zapytałem szczerze zdziwiony.
 - Malowaliśmy martwą naturę!
 - Żadnych przystojnych Francuzów na zajęciach? Albo pięknych Francuzek?
 - Nie. To był kurs dla młodzieży. Może na tym dla dorosłych fundowano takie atrakcje. - dziewczyna wyprostowała się.
 - Szkoda... - westchnąłem.
   Ciris w końcu zabrała się za rysowanie, a ja poczułem, że zrobiłem błąd siadając akurat w ten sposób. Krew zaczęła mi odpływać z rąk... ale było już za późno, żeby ustawić się inaczej. Musiałem wiec szybko zająć czymś myśli, żeby zapomnieć o niewygodzie.
   Spojrzałem na ścianę ze zdjęciami. Sporo z nich przedstawiało naszą paczkę, ale im bliżej podłogi, tym więcej było w nich samej Kalipso. Przypomniałem sobie, że przecież dawno temu, na samym początku, razem z Ciris były nierozłączne.
   Poczułem ukłucie w sercu na to wspomnienie. Tyle się od tamtego czasu zmieniło... Jednak nie to bolało mnie najbardziej, lecz to, co czas zrobił z naszą rudą przyjaciółką.
   Kiedyś tak niesamowicie charyzmatyczna, kreatywna, szalona... Nie dało się z nią dyskutować, była niereformowalna i potwornie irytująca, a przez to tak pociągająca... Teraz zachowywała się, jakby nie była sobą, a jednocześnie nawet nie chciała przyjąć naszej pomocy. Może i uśmiechała się na spotkaniach, ale... Wiedziałem, że coś nadal ją gryzie. Wkurzała mnie tym swoim zamknięciem w sobie! Rozumiem, wybrała Roda, a on ją zostawił. Może głupio jej było teraz się do mnie odezwać? Ale proponowałem jej przyjaźń! Jak to jej też nie pasuje, to trudno! Ja nie będę się już starał. Też mam swoje potrzeby, które zaniedbałem specjalnie dla niej...
   Zdenerwowany oderwałem wzrok od fotografii w poszukiwaniu nowego punktu, na którym mógłbym zatrzymać wzrok, napotkałem na spojrzenie Ciris. Szybko schowała twarz za sztalugami, jednak ten ułamek sekundy sprowadził moje myśli w innym kierunku.
   Czy ona była taka zawstydzona dlatego, że zachowałaby się tak przy każdym, czy może istniał jeszcze jakiś inny powód? Anti wspominała mi w tajemnicy, że Ciris nadal na mnie zależało. Jej zachowanie też na to wskazywało. Niepewne uśmiechy, jakie mi posyłała podczas spotkań, to jak się martwiła o to, jak wyjdę na obrazie, i że chciała abyśmy zostali sami...
 - Chyba skończyłam. - wyrwała mnie z zamyślenia Ciris. - Chcesz podejść zoba... albo może ja podejdę.
   Podała mi kartkę w zdrętwiałe dłonie.
 - Nie wmówisz mi, że nigdy wcześniej nie rysowałaś aktów, bo to jest genialne... - powiedziałem pełen podziwu.
 - Noga mi trochę krzywo wyszła.
 - Nie marnuj talentu dla architektury, dziewczyno!
   Nie odpowiedziała mi, tylko podeszła z powrotem do sztalug.
 - Mam robić następny? - spytała niepewnie.
 - Wiesz co... Może wsadź im tego Dawida i dorysuj moją twarz z tego pierwszego obrazka. I tak się nie poznają, a widzę, że ci niezręcznie.
 - Dziękuję, Hauru. - odpowiedziała z wyraźną ulgą odwracając się, abym mógł się ubrać, co też natychmiast uczyniłem. Podszedłem do niej od tyłu, obróciła się w moją stronę.
 - Nie było tak źle, co? - pogładziłem ją po policzku żeby sprawdzić, czy odtrąci moją rękę.
   Nie zrobiła tego.
 - Oby w poniedziałek też poszło nam tak dobrze, kiedy reszta to zobaczy...