Benvolio
Zgodnie z zasadą, że nie można mieć
cały czas tylko szczęścia, nieśmiało spodziewałem się, że
kolejny dzień nie będzie należał do najlepszych - moglibyśmy się
posprzeczać o jakąś głupotę, zadanie mogłoby nie wyjść
albo przynajmniej mógłby zacząć padać deszcz. Ku mojemu
zdziwieniu okazało się jednak, że nastroje wcale się nie popsuły
i najprawdopodobniej, jakie by nie było następne zadanie, i tak
będziemy bawić się w najlepsze.
Oczywiście nie muszę chyba dodawać,
że przyszedłem jako ostatni i że reszta czekała już tylko na
mnie. Jedyne co w tym wszystkim zwróciło moją uwagę to to,
że nikt się tym nie przejmował - nawet Rod przywitał się ze mną
z pogodną miną i jak gdyby nigdy nic wrócił do rozmowy z
Rafaelą.
- Umówcie się, kto kręci, bo
razem pewnie będziecie mieć problem. - zaleciła na początek Anti,
gdy tylko Kalipso sprawnym ruchem wyjęła butelkę.
- Paniom się ustępuje. - zażartował
Hauru podając mi przezroczysty przedmiot.
- Jak ma być szarmancko, to może
jeszcze pani płaszcz pod nogi położyć? Chyba mam tylko bluzę,
ale od biedy się nada, nie?
- Niezupełnie o to mi chodziło, ale
jeśli dojdziecie do kompromisu, to może być. - uśmiechnęła się
pobłażliwie Anti.
- To może jednak spróbujemy
zakręcić razem? - zaproponowałem.
- Już daj spokój i kręć. -
zaśmiał się Hauru.
Posłusznie zastosowałem się do
polecenia i już chwilę później usłyszeliśmy jęk Rafaeli.
- Ty to robisz specjalnie, co? Znowu trafiłeś na mnie!
- Nawet jeśli, to co? - rzuciłem bez
namysłu.
- To przynajmniej mógłbyś
wymyślić przyjemne zadanie.
- Nie zapominajcie o mnie, gołąbeczki!
- wciął się Hauru. - Ja też mam tu coś do powiedzenia w tej kwestii!
- Nie ma obaw, co dwie głowy to nie
jedna. - zapewniłem.
- Chodź, naradzimy się... - zwrócił
się do mnie konspiracyjnym szeptem chłopak i zaciągnął w krzaki.
- Masz jakiś pomysł?
- Ja miałbym nie mieć?! - zaśmiał
się po czym spoważniał i powiedział: - E... nie.
- Ha!
Nawet Hauru nie daje rady cały czas
trzymać fasonu - wydało mi się to niezwykle pocieszające. Mimo to
musieliśmy coś wymyślić. Rozejrzałem się dookoła.
- Nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę
pobiegać po mieście. Może każmy jej zaczepiać przechodniów
czy coś w tym stylu?
- Albo chodzić po ulicy i żebrać o
cukierki. - przedrzeźniał mnie Hauru, po czym na chwilę zamarł.
- Mam pomysł! - klasnął w dłonie. -
Każmy jej chodzić w przebraniu na Halloween i zbierać słodycze w
ciągu dnia!
- Myślisz, że się zgodzi? -
zapytałem, bezskutecznie próbując wyobrazić sobie Rafaelę
w takich okolicznościach.
- A może się nie zgodzić? - odpowiedział pytaniem Hauru.
- Może postawić weto. Albo próbować
negocjować, ale efekt tego zależy już od nas.
- Veto zniesiono w 1791. Będzie
fajnie!
- Dobra, lećmy z tym. - machnąłem
ręką.
Wyszliśmy do reszty pewnym krokiem niczym Morfeusz i Neo na początku II części Matrixa i zanim Rod zdążył wygłosić jakąś
złośliwą uwagę (a ewidentnie miał zamiar), przedstawiliśmy im
plan. Jak można było się spodziewać, główna
zainteresowana nie była zachwycona.
- Dobra, czyi to był pomysł?! Już wolałabym sprzedawać
ciasteczka czy robić za świadka Jehowy!
- Serio? To może jednak to ze świadkami
Jehowy? - zwróciłem się do Hauru z "przebiegłym"
uśmiechem.
- Mmm... Nie! Lekka zmiana: świadek
Latającego Potwora Spaghetti!
- Świetnie! Podoba się? - zapytałem
Rafaeli.
- Super... - mruknęła. - Nieźle mnie
urządziliście...
- Oooj, przecież tak ci chcieliśmy
dogodzić...
- Chyba mamy odmienną definicję słowa
"dogodzić".
- Język zawsze był źródłem
nieporozumień...
- Znów czuję się jak między
tymi szalonymi humanami z mojej klasy. Skończcie! - przerwał nam
Hauru.
- Dokładnie... - poparła go Kalipso. -
Wystarczy, że cały kolejny rok spędzimy na kuciu do ustnej matury z polskiego. Chodźmy już stąd.
- Popieram. - odezwała się Anti. - I
niech chłopaki idą pierwsi wskazać miejsce.
- Nie trzeba, w tej kwestii Rafaela ma
pełną dowolność... - zapewniłem.
Antiochis wzruszyła tylko ramionami i
wyszliśmy z parku.
Na zewnątrz zatrzymaliśmy się na
chwilę, czekając aż Rafaela wybierze, w którym kierunku
pójdziemy.
- Rozumiem, że jesteście moją świtą
pastafarian? - spytała.
- Eee...
- Chyba rozsądnie będzie chodzić po
tych mieszkaniach we dwie czy trzy osoby... - wytłumaczyła.
- Racja. To proponuję pomysłodawców
na początek. - odezwał się Rod.
- Juhuhu! - zawołał Hauru. - Zawsze o
tym marzyłem!
Ani się obejrzeliśmy, jak Rod, Anti i
Ciris zniknęli nam z pola widzenia, a Rafaela ciągnęła nas w
stronę najbliższych szeregowców.
W dźwięku dzwonka do drzwi było coś
nieodwołalnego. Już nie mogliśmy się cofnąć. Staliśmy we
trójkę, cali spięci, czekając aż pierwsza ofiara naszego
własnego zadania otworzy nam drzwi (albo aż stwierdzimy, że nikogo
nie ma w domu - jak cudnie by było!). Zacząłem żałować, że nie
wymyśliliśmy czegoś w stylu sprzedawania lemoniady na osiedlu albo
nawet drażnienia się ze zwierzętami w zoo.
Ku naszemu rozczarowaniu zamek jednak zgrzytnął i otworzyła nam krótko obcięta
pani po czterdziestce. Było to tak nieoczekiwane (wszystko
przez ten stres!), że z początku nikt z nas nie mógł z
siebie wydusić nawet słowa. Patrzyliśmy tylko na panią za
progiem, a ona patrzyła na nas, unosząc coraz wyżej brwi. W końcu
Hauru przełamał się:
- Czy chciałaby pani porozmawiać o
bogu?
- Bo może pani jeszcze nie słyszała
o nas, jesteśmy ze Stowarzyszenia Transcendencja. - wykrztusiłem,
uświadamiając sobie, że żadne z nas w ogóle się nie
przywitało. - Niedawno otworzyliśmy nową siedzibę w okolicy i
chcielibyśmy poznać sąsiadów i zaprosić do wspólnej
rozmowy. Może miałaby pani chwilkę...
Już w połowie swojej mowy widziałem,
że nie polepszyłem sytuacji. Brwi naszej rozmówczyni tym
razem ściągnęły się i za moment zniknęły za dębowymi
drzwiami. Nawet nie próbowaliśmy ich blokować stopą - dużo
większą mieliśmy ochotę westchnąć z ulgą.
- Sorry... - odezwała się Rafaela. -
Trochę spanikowałam i się nawet nie odezwałam... Nie mówcie
reszcie!
- Spoko, pierwsze koty za płoty. -
uśmiechnąłem się do niej.
Była cała czerwona na twarzy i
zdecydowanie nie wyglądała, jakby chciała próbować tego
wyczynu jeszcze raz.
- Kolejne drzwi? - spytał Hauru i
natychmiast zadzwonił, zanim zdążyliśmy zaprotestować.
- A co ze zmianą warty? - szepnąłem,
ale nie miałem okazji usłyszeć odpowiedzi: sąsiad krótkowłosej
pani był od niej dużo szybszy.
- D-dzieńdobry. - zająkała się
Rafaela. - Czy ma pan chwilkę?
Mężczyzna podejrzliwie zerkający na nas zza
lekko otwartych drzwi zdawał się nie być pewnym odpowiedzi.
- A do czego wam to potrzebne? -
zapytał głośno.
- To jest panu potrzebne! - powiedział
z przekonaniem Hauru. - Chcielibyśmy poruszyć temat wiary!
- Wiary?! - wykrzyknął, otwierając
drzwi nieco szerzej, jednak bynajmniej nie z zamiarem wpuszczenia nas
do środka. - Znowu ci jehowi?! Czy wy już naprawdę nie macie co w
życiu robić? Tylko spokojnym ludziom w głowach mieszać?
- Jesteśmy wyznawcami Latającego
Potwora Spaghetti. - odezwała się Rafaela.
- Co?! Powariowali?! - wrzasnął facet, po czym z impetem zatrzasnął nam drzwi przed nosami.
- Tym razem było prawie śmiesznie. -
zwróciłem uwagę, mimo wszystko wciąż zestresowany.
- Ta... - westchnęła dziewczyna.
- No. Miło było... - powiedział
Hauru. - Ale chyba pozwolę komuś innemu nacieszyć się tym
wspaniałym przeżyciem.
Odczytałem to jako zarządzenie
odwrotu i bez zbędnych ceregieli odeszliśmy spod szeregowca,
rozglądając się za resztą.
- Tutaj! - pomachała do nas Kalipso
spod pobliskiego trzepaka
Podbiegliśmy do niej, a w kierunku, z
którego przyszliśmy, ruszyli Ciris i Rod, najwyraźniej
wybrani wcześniej.
- I jak jej idzie? - spytała Kalipso.
- Całkiem nieźle jak na pierwszy raz.
- odpowiedział natychmiast Hauru.
- A reakcje ludzi?
- Hmm... raczej do przewidzenia.
Trzaskanie drzwiami i wyzywanie od Jehowów. Zupełnie inaczej
by pewnie gadali, gdyby zakonnica przyszła.
- Mhmm.. - dziewczyna nagle straciła
cały entuzjazm. - Pewnie tak...
- Cholera. - Hauru zaklną i też
zmarkotniał. - Przepraszam, Kalipso. Wiesz, że nie chciałem...
Antiochis zauważyła
tę nagłą zmianę i jak to ona, chciała taktownie usunąć się,
mimo że to nie ona ją wywołała. Hauru na pewno by tak nie zrobił
- w jego stylu było raczej dążenie by wszystko odkręcić.
Zdecydowanie wolałem tę pierwszą strategię, dlatego cicho
odszedłem trochę na bok, za róg bloku, tak by nie
przeszkadzać Hauru i Kalipso w rozmowie. Tym sposobem wyszło na to, że kolejny
kwadrans miałem spędzić stojąc naprzeciwko Anti i gapić się w
przestrzeń.
To nie było nic niekomfortowego, ale
jakoś nigdy w takich sytuacjach nie umieliśmy zabawiać siebie
nawzajem rozmową - przecież zawsze kiedy było coś do obgadania po
prostu się spotykaliśmy... Standardowo więc znalazłem sobie w
miarę wygodne miejsce na ziemi, usiadłem i zacząłem się bawić
ździebełkami trawy.
Nie trwało jednak długo, zanim
zorientowałem się, że Antiochis ma mi coś do powiedzenia. Tylko
nie wiedziała, jak zacząć.
- Coś się stało? - zapytałem,
starając się utrzymać bezbarwny ton głosu.
- Nie, skąd! - odparła troszkę
zaskoczona, ale mimo tej negatywnej odpowiedzi, kucnęła naprzeciwko
mnie.
Zapadła cisza - nie ta niezręczna,
gdy gadka-szmatka z kimś nowo poznanym nie wychodzi, tylko taka
zapowiadająca ciąg dalszy. I nie trzeba było czekać na niego
długo.
- Mam nadzieję, że nie byłeś
wczoraj zawiedziony tym, że w końcu nie zbudowaliście żadnego
domku na drzewie.
- A gdzie tam! - próbowałem się
roześmiać. - Nie potrafiliśmy nawet zebrać narzędzi, a co
dopiero zbudować takie cudo.
- Czyli nie podobało ci się to
zadanie?
- No wiesz, taka gra, że mają się
nie podobać tym, co je wykonują. Ale to, że nie było zadania
zastępczego - to już powód do zadowolenia.
- A stres? - zapytała tonem
telewizyjnego eksperta.
- Chyba lepszy niż wasza nuda. Chociaż nie sprawialiście wrażenia specjalnie znudzonych z tego co widziałem... prawda?
- Czy ja wiem... Ja to nie za dużo
miałam do roboty. Ale reszta...
Odrobinę zaskoczyło mnie to
stwierdzenie.
- Wydawało mi się, że świetnie
się bawiliście.
- Może co najwyżej Rafaela i Rod.
- Czemu akurat oni?
- No, chyba widziałeś, jak się
zachowywali.
- Tak, to wiem. - przerwałem jej. -
Ale... nie o to mi chodziło. Raczej...
- Czemu właśnie tak się zachowywali?
Nie wiem. Chciałam spytać, co ty o tym sądzisz.
- No to już chyba widzisz, że nie mam
pojęcia. - odparłem po chwili ciszy.
To rzeczywiście była ciekawa
sprawa. I dziwnie irytująca.
- Hej, Anti! - usłyszeliśmy głos
Hauru. - Chodź, bo przegapisz okazję życia aby głosić
słowo spaghetti!
- Udało wam się kogoś zagadać? -
dziewczyna zupełnie zmieniła ton.
- No powiedzmy... - odparła Ciris. -
Taka rada na przyszłość: jak na drzwiach jest wypisane "K + M + B" to nie
dzwońcie.
- Przepędzili was?
- Powiedzieli, że będą się modlić
za nasze zagubione dusze...
- Może nie rozpoznałaś ironii. -
skomentowałem pozostając wciąż w niezbyt radosnym nastroju.
Chyba jednak nie przemyślałem dobrze
tego, co powiedziałem (a raczej na pewno nie przemyślałem, nigdy
tego nie robię), bo zapadła na moment pełna konsternacji cisza.
Antiochis wykorzystała ją, żeby jeszcze raz zerknąć na mnie
niepewnie, wstać i odejść w kierunku domów, a Ciris bez
wahania zajęła jej miejsce.
Nie zauważyłem, kiedy Hauru się ulotnił, ale najwidoczniej tak się stało, bo bez większych ceregieli
zaczęła:
- Albo tak dawno się z tobą nie
widziałam, że zapomniałam jak się normalnie zachowujesz, albo coś
się w tobie zmieniło.... tylko cały czas nie mogę dociec, co.
- Serio? - odparłem wyrwany z
zamyślenia.
- Mhm... - przekręciła głowę na bok
i uważnie mi się przyjrzała, jakby zastanawiała się z którego
profilu powinna namalować mój portret. - O czym rozmawialiście z
Anti?
- O... - zawahałem się. - Właściwie
tylko plotkowaliśmy.
- O kim? Coś ciekawego? - dziewczynie
zaświeciły się oczy.
- Aaa tam... Takie bieżące sprawy.
Przecież byłaś z nami wczoraj, prawda?
- Byłam, ale może czegoś nie
zauważyłam!
- No, zachowania Rafaeli i Roda ciężko
nie zauważyć.
- A co w nim dziwnego? Przepraszam, ale
zupełnie nie znam Rafaeli... trochę dłużej z nią przebywasz,
opowiedziałbyś, coś o niej!
- Oj... To wymyśliłaś... -
westchnąłem i zacząłem poważnie myśleć nad tym pytaniem. - Daj
mi chwilę...
- Nigdzie mi się nie spieszy. -
odparła Ciris i oparła się wygodnie o murek.
Zacząłem więc niespieszną myślową
podróż w czasie.
Kiedy Rod przedstawił nam ją przy
którymś spotkaniu nad butelką, wydała mi się bardzo
nieśmiała i ugodowa i jakoś... zwyczajna. Może wynikało to
jednak z mojego własnego przejęcia zadaniem (notabene formalnie
przez nią wybranym), bo gdy przyszło do rewanżu, zauważyłem...
że ma swój urok. Że wcale nie jest taka sztywna i do bólu
grzeczna. I że ma w sobie nutkę fantazji, ale chyba trochę innej,
subtelniejszej niż Kalipso.
Potem, gdy przyszło mi się wygłupiać
w kinie, okazało się, że jest jedną z niewielu osób, z
którymi można sensownie porozmawiać o filmach - nie dość,
że sporo ich oglądała (i to nie byle jakich), to jeszcze jest
niesamowicie spostrzegawcza i zauważa szczegóły, które
często nawet mi umykają (a to nie zdarza się często). Spędziliśmy
razem cudowne popołudnie, dyskutując i śmiejąc się z głupot.
A wczoraj, gdy spadała z drzewa i
próbowałem jakoś ją złapać czy chociaż zamortyzować
upadek... Nie, to nie było coś, o czym chciałbym mówić.
Nawet z Ciris. Nawet z Anti. Czułem się jakby było to coś
nieprzyzwoitego. Miałem wielką ochotę machnąć ręką i
powiedzieć "nieważne".
- No więc? - spytała najwyraźniej
już zniecierpliwiona dziewczyna.
- Aaa... No, wiesz przecież, że jest
kuzynką Roda, że znają się od wczesnego dzieciństwa... Mieli
jakiś okres przerwy, długo się nie widzieli, ale teraz dobrze się
dogadują. Bardzo dobrze. - zaakcentowałem niechętnie.
- Nie uważasz, że to dobrze, że Rod
ma z kim porozmawiać po tym, co się stało? - zdziwiła się moim
tonem.
- Mam wątpliwości, czy ich
pokrewieństwo nie stanowi jakiegoś problemu... - zaoponowałem, nie
mogąc powstrzymać ironicznego tonu.
Ciris zaśmiała się.
- Za dużo romansideł się od mamy
naczytałeś.
- Nawet jeśli coś mi się wdrukowało w mózg, gdy czytali mi "Romea i Julię" na dobranoc,
to faktom nie zaprzeczysz.
- Ale o jakich faktach ty mówisz... -
dalej bagatelizowała sprawę. - Takie rzeczy nie zdarzają się w realnym życiu. Anti też wierzy w takie bajki?!
- Więc jak ty to widzisz? -
odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Spędzili razem dzieciństwo, więc
nie mają jakichś specjalnych barier w kontaktach. Przyjaźnią się
i tyle... Tak się emocjonujesz tą sprawą, jakbyś był zazdrosny!
Wyluzuj.
- Nie no, to nie tak! Po prostu
widzieliśmy coś dziwnego i nie wiemy, co o tym sądzić. A to ty tu
jakieś teorie tworzysz.... - uśmiechnąłem się.
- Nie ja tworzę, tylko to właśnie
zasugerowałeś!
- Ech... Już zdążyłem zapomnieć,
jaka jesteś uparta...
Odpowiedziała mi szerokim uśmiechem
wyrażającym zwycięstwo. Nie było co dyskutować. To przegrana
sprawa. Na szczęście kontynuowanie jej
uniemożliwiło nam dotarcie Rafaeli z ostatnią grupą asystentów,
triumfalnie ogłaszającą wykonanie zadania - wszystkie domy w
okolicy były odfajkowane.
- Nigdy więcej... - westchnęła
kuzynka naszego przyjaciela.
- Nie ma co się martwić, zadania
nigdy się nie powtarzają. - pocieszyła ją Ciris.
- Zazwyczaj są coraz gorsze. -
potwierdziła Anti.
Nareszcie nowa notka!!!!! ^_^
OdpowiedzUsuń