Rod
Niedziela upłynęła niezwykle
spokojnie. Jeszcze niedawno nie wierzyłem, że tak szybko wszystko
wróci do normy po tym całym zamieszaniu, ale teraz nie mogłem
zaprzeczać faktom - nie działo się absolutnie nic. Chociaż
może... Ale to sam wywołałem: zadzwoniłem do Rafaeli i zaprosiłem
ją na następny dzień na butelkę. Ten pomysł przyszedł mi do
głowy znienacka, zupełnie znikąd i zrealizowałem go kompletnie
spontanicznie co, umówmy się, nie zdarza się za często.
Dlaczego? A kto to wie! Ważne, że następnego
dnia znowu siedzieliśmy w kręgu między świerkami, żartując i
rozmawiając na luzie, żeby umilić sobie oczekiwanie na Kalipso.
Pojawiła się dość szybko, lekko
zdyszana, z cudnie rozwianymi lokami. Wstałem i krótko
przedstawiłem jej Rafaelę - bo już wtedy tylko ona jej nie znała
- i usiedliśmy znowu na ubitej ziemi. Porysowane szkło leżącej
przed nami butelki lekko załamywało podające na nie promienie
słońca, malując dookoła dziwne kształty.
- To kto był ostatnio? - zapytał
Hauru, pochylając się do przodu i opierając łokcie na kolanach.
- A może by tak ustąpić
pierwszeństwa gościowi? - zaproponowała ruda.
- Nie chciałabym wam psuć kolejki...
- moja kuzynka odezwała się lekko speszona.
- Jakbyśmy mieli jakąś kolejkę... i
tak nikt nie pamięta, kto był ostatnio.
- No dobrze. - zgodziła się i
nieśmiało podnosząc się na kolanach, wprawiła butelkę w ruch.
Ta obracała się dość szybko i
długo, ale ostatecznie stanęła, wskazując na zaskoczonego
Benvolia.
- Dlaczego nigdy nie przestanie mnie to
dziwić... - wymamrotał, wgapiając się w wylot butelki.
- Pytanie czy wyzwanie? - spytała moja
kuzynka.
- Wyzwanie. - odparł pewniej. -
Wczoraj dość już było pytań.
- Wyzwanie powiadasz... - szepnęła i
zaczęła się zastanawiać, rozglądając się trochę na boki.
Najwidoczniej jednak bezskutecznie, bo trwało to dość długo. W
końcu postanowiłem trochę jej pomóc.
- Ostatnio Benvolio napomknął, że
gotowanie nie idzie mu za dobrze. - powiedziałem. - Może zadbamy o
jego rozwój i zmobilizujemy go do jakichś ćwiczeń...?
- Ahaaa, chyba wiem, co masz na myśli.
- uśmiechnęła się półgębkiem. - Przygotujesz nam obiad. Jest
chyba na tyle wcześnie, że zdążysz, prawda?
- Eee... No raczej... - zaczął się
zastanawiać.
- Zrób lasagne. Nie wiem jak wy,
ale ja dawno nie jadłem lasagne. I jeszcze ciasteczka na deser! -
rozkręciłem się. To było niezłe zadanie na dziś.
- O! Koniecznie! - poparła mnie
Rafaela.
- I sok z wyciskanych owoców.
Pić też coś trzeba! - wtrącił swoje trzy grosze Hauru.
- No już! Starczy! Przecież jestem
sam jeden, a was jest... - zatrzymał się na chwilę, żeby policzyć
nas i kontynuował: - piątka! I ja mam was wszystkich dzisiaj
wyżywić!
- Dasz sobie radę. Już nie rób
z siebie ofiary losu - uśmiechnął się blondyn.
- Którą jesteś. - dodałem pod
nosem z czystej przekory.
Benvolio westchnął jednak tylko i
wstał, zwracając się do nas:
- Chodźmy. Lepiej, żebym zaczął jak
najszybciej, skoro mam to skończyć jeszcze dziś.
- Gdzie chodzisz do szkoły? - Kalipso
zapytała Rafaelę.
Siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy,
starając się nie zwracać uwagi na dochodzące nas stuki, brzęki i
łomoty, towarzyszące przygotowaniom Benvolia do wykonywania
zadania.
- Do Balzaca, pod miastem. - odpowiedziała jej brunetka.
-
I w tym samym roczniku co my?
- Tak. - potwierdziłem. - W ogóle
to urodziliśmy się z Rafaelą w tym samym tygodniu - ja w
poniedziałek, a ona w środę. Pół rodziny szalało w tamtym
czasie.
- No nieźle...
- Ale długo się nie widzieliśmy. -
zaznaczyła Rafaela.
- Jak to możliwe? Jak się mieszka w
jednym mieście... chodzi do jednej szkoły... - dziwił się Hauru.
- Źle się wyraziłam. Widywaliśmy
się na korytarzu, ale każde ma własne grono znajomych. Czasem chce
się odetchnąć od rodziny. - zaśmiała się.
- Ale tyle lat, to chyba nie musiałaś.
- wypomniałem jej.
- Sam się mogłeś odezwać. Nic nie
mówiłeś, to myślałam, że ci to pasuje.
Przyjaciele zaczynali już chichotać,
jednak naszą niby-sprzeczkę przerwał Benvolio, który ni
stąd ni zowąd pojawił się za moimi plecami.
- Chyba mam wszystko. Jak chcecie
patrzeć, kibicować mi albo może nawet pomóc, to zapraszam
do kuchni.
- Można kręcić filmy? - zapytał
Hauru. - Ludzie robią majątki na programach kulinarnych!
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał
to oglądać... - mruknął zrezygnowany, ale po chwili jakby
poprawił się: - Mój geniusz jest zbyt wielki, aby zrozumieli
go zwykli zjadacze chleba.
Wstaliśmy bez pośpiechu i całą
grupą pociągnęliśmy za gospodarzem do kuchni.
W środku panował pozorny chaos. W
jednym kącie stały jakieś brudne naczynia, prawdopodobnie jeszcze
ze śniadania, a na reszcie blatów stały rozmaite naczynia,
sprzęty i produkty, najwidoczniej ułożone w nieprzypadkowy sposób. Usiedliśmy w jedynym wolnym kącie,
zajmując jakiś blat i ociekacz koło zlewu (który nie był
zbyt wygodny), a Benvolio rozpoczął swoje show.
- Zaczniemy od ciastek, bo kiedy będą
się piec, będzie czas na zrobienie lasagne. Bierzemy mąki na oko,
cukru na oko, proszku do pieczenia ze dwie łyżeczki, trochę mleka,
olej...
- Jesteś pewien, że robisz to
właściwie? - zapytała go Kalipso, patrząc, z jaką nonszalancją
szafuje składnikami i jak zamaszyście miesza wszystko w za małej
misce. Dodatkowo komizmu dodawał kontrast między jego miną znawcy
a latającą naokoło mąką, która lądowała nam we włosach.
- Oczywiście! - odparł, rzucając do
zlewu łyżkę i brudząc wszystko po drodze. Następnie dopadł
lodówki, wyjął z niej jakiś olejek do ciasta i wlał całą
zawartość buteleczki do misy. - Dlaczego wątpisz w moje
umiejętności?
- Ależ nikt w nie nie wątpi! -
zaśmiała się Rafaela. Zaraz potem jednak krzyknęła, obsypana z
zaskoczenia kakaem. - A może jednak...
Tak w ramach wyrażenia współczucia
wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. I robiliśmy to już co chwila, bo
nasz mistrz kuchni a to poplamił komuś ubranie, a to obsypał
wszystkich jakimś proszkiem... Naprawdę nie wiem, jak on to robił,
że wszystko, czego się dotykał zaraz trafiało wszędzie, tylko
nie tam, gdzie powinno. To się nazywa sprawność manualna.
W końcu jednak udało mu się
doprowadzić do wypełnienia kilkunastu foremek na babeczki gęstą,
tłustą cieczą, która nawet ładnie pachniała. Benvolio
zapakował ten komplet do piekarnika, po czym brudne naczynia
dorzucił do sterty ze śniadania i zabrał się do przygotowywania
lasagne.
- Nie wiem, czy mamy ten makaron...
takie płaskie płaty... - mamrotał, przekopując się przez tony
ryżu, kaszy i płatków owsianych, które raz po raz z
impetem lądowały na naszych kolanach i głowach.
- Weź spaghetti. Efekt ten sam. -
poradził mu Hauru.
- Odezwał się kolejny ekspert. - mruknąłem.
Benvolio jednak z rezygnacją
przytaknął mu:
- Chyba nie mamy wyjścia.
Zdjął z półki jakiś
przypadkowy makaron, który nie był ani tym do lasagne, ani
spaghetti, z innej półki wyjął jakieś przyprawy, z lodówki
mięso, a zza niej - puszkę pomidorów. A potem stał nad tym
z zafrasowaną miną dopóki kolejny raz nie wybuchnęliśmy
śmiechem.
- Może jakoś pomóc? -
zaoferowała się Anti. - O ile nie jest to niezgodne z zasadami
gry... - zaczęła zezować na mnie.
- Skoro mamy dzisiaj coś zjeść...
- Kalipso wciąż nie mogła przestać się śmiać.
Na taki sygnał Anti z pobłażliwym
uśmiechem przeszła na drugą stronę pola bitwy, zakasała rękawy
i wzięła się do roboty.
- A ty weź jakieś naczynie
żaroodporne i wyłóż je tym makaronem. - rozkazała
niedoszłemu szefowi kuchni, a ten spokojnie wykonał rozkaz.
- Ej, ej, ej... szefem nadal jest
Benvolio! Nie zmieniaj mi konwencji filmu edukacyjnego "Jak NIE
gotować"! - zaśmiał się blondyn, który przez cały
czas kręcił poczynania Benvolia oraz nasze rozmowy.
- Daj spokój. Przecież będziesz
musiał to jeszcze jakoś zjeść. - odparła, podchodząc do niego i
ochlapując go sokiem z pomidorów z łyżki takim ruchem,
jakby trzymała w ręku raczej różdżkę. To nie wróżyło
nic dobrego dla dalszego ciągu gotowania. Ale przynajmniej było
zabawnie.
- Zawsze można zamówić pizzę.
- odpowiedział blondyn biorąc garść żółtego sera tartego
właśnie przez Benvolia i rzucił go w Atiochis.
A potem się zaczęło!
Oczywiście,
ochlapywanie się rozmaitymi substancjami nie jest najbardziej
inteligentną zabawą, ale wtedy jakoś nam to nie przeszkadzało. Łyżki zaczęły pełnić funkcję
katapult, mąka non stop unosiła się w powietrzu, a włosy chyba u
nikogo nie pozostały nietknięte. Ubrania również nadawały
się tylko do prania.
- Ciasteczka się palą! - krzyknęła
w tym zamieszaniu moja dziewczyna uchylając się przed kolejną porcją rozmarynu przelatującego przez kuchnię.
Benvolio doczołgał się po podłodze
do piekarnika, wysmarowując po drodze całą bluzkę resztkami
potłuczonych jajek i otworzył piec. Ze środka buchnęło gorąco i lekki
zapach spalenizny.
- Uhuu... Chyba nie jest tak źle! -
zawołał.
- Benvolio, zostaw! - podeszła do
niego Antiochis. - To trzeba wyjąć w rękawiczkach!
Odepchnęła go od kuchenki i
wyciągnęła z niej blachę ze zwęglonymi bryłkami, a następnie
wrzuciła naczynie z naszym obiadem.
- Oby z tym poszło lepiej. -
westchnęła Rafaela.
- Nie przejmuj się. - zwrócił
się do niej Benvolio. - U nas to tak zawsze wychodzi.
- Marne pocieszenie. - odpowiedziała,
ale się do niego uśmiechnęła.
W tym momencie usłyszałem za sobą
głośny wybuch śmiechu. W drzwiach do kuchni stał nie kto inny jak
młodszy brat naszego przyjaciela.
- A ty co się chichrasz, młody? -
Benvolio zwrócił się do Romea próbując przybrać
groźną minę, ale efekt zepsuła mąka we włosach, wielka plama
ketchupu pod okiem i jajka rozmazane na podkoszulku.
Zamiast odpowiedzi, chłopak wyjął
komórkę i zaczął pstrykać nam zdjęcia.
- O nie! Co to to nie, kolego! -
podszedłem do niego, starając się uśmiechać półgębkiem,
żeby do reszty nie wyglądać jak kretyn, i usiłowałem odebrać mu
telefon.
- Tylko spróbuj go dotknąć
tymi brudnymi łapami! - Romeo przeskoczył wgłąb kuchni unikając
spotkania ze mną.
Nie zamierzałem latać za nim jak
debil. Reszta z kolei nie bardzo kwapiła się, żeby mi pomóc
- do czasu, aż po jednym porozumiewawczym spojrzeniu Hauru, Kalipso
i Anti przypuścili na niego wspólny atak.
Gdy Romeo miał już we włosach
wystarczająco dużo sera, a ubranie - wystarczająco mokre, w końcu
odłożył komórkę na bok.
- I tak mam te parę zdjęć, to
wystarczy. - uśmiechnął się złośliwie.
Blondyn porwał jego telefon i zaczął
przeglądać w poszukiwaniu kompromitujących zdjęć.
- Ej! Tak nie można! - zawołał Romeo
próbując odzyskać swoją własność, ale reszta go
powstrzymała.
- No no... niezła galeria... -
podgwizdywał pod nosem blondyn.
- Skasuj co chcesz i oddaj! -
odpowiedział młodszy brat Benvolia szamocząc się.
Pozostali nachylali się nad telefonem
tak, że Hauru pewnie mało co widział na ekranie.
- Nawet ona? - chłopak był oburzony.
- Nie no to jest niemoralne... I rodzice nie sprawdzają ci
telefonu?! Powinni założyć jakąś blokadę!
- Odwal się.
- Dobra... - podał mu komórkę.
- Masz. Ale wiesz, że to jest obrzydliwe? Chyba czas puścić parę
plotek, żeby zepsuć ci reputację... tak tylko ostrzegam.
Chłopak zrobił się czerwony na
twarzy jak piwonia i wybiegł z pomieszczenia.
Na moment zapadła cisza. Przerwał ją
dopiero cichy głos Anti:
- Lasagne chyba już gotowa.
- No, to bierzmy się do jedzenia! -
uśmiechnął się Benvolio.
- A już miałam nadzieję, że też
się spaliła... - jęknęła Kalipso.
- Tak dobrze być nie może. -
zaśmiałem się, obejmując ją ramieniem.
Anti wyciągnęła lasagne z piekarnika, a Benvolio kompletował talerze i sztućce. Wkrótce
po tym, jak siedliśmy przy stole, doszli do nas, przynosząc ze sobą
całkiem ładny zapach warzyw, przypraw i mięsa. Szkoda tylko, że
ilość tej lasagne nie powalała. Szczerze mówiąc, nikt z nas się
nie najadł, ale na ciasteczka też już nie mieliśmy ochoty. Nie po
tym, jak je zobaczyliśmy w pełnej krasie: małe, czarne kulki
uważam od tamtej pory za największy obraz nędzy i rozpaczy.
- Ktoś chce coś powiedzieć na koniec
filmu, zanim się okaże, że wszyscy umrzemy, ponieważ w lasagne
była trucizna? - spytał Hauru. - Chętnie wysłucham waszej ostatniej
spowiedzi!
- Piłem, paliłem, kłamałem, chcę
więcej lasagne. - odezwał się Benvolio.
- Amen! - krzyknęło parę osób,
chichocząc.
- Serio? Ty? - zapytała Anti.
- Nie. - odparł krótko,
wywołując wśród nas jęk zawodu. - A tak serio, nigdy więcej nie będę
z wami gotował. Kto to teraz posprząta?!
- E... ja jestem umówiony... -
zaczął Hauru udając, że chce wstać od stołu.
- O nie, nie, nie. Tak szybko mi nie
uciekniecie. - zaprotestował gospodarz. - Kompania marsz do kuchni!
Zgodnie jęknęliśmy, ale nie wypadało
zostawić go z tym bałaganem, zwłaszcza, że dopiero co skończył
mu się jeden szlaban, a nie chcieliśmy zapewnić mu kolejnego. Za dobrze się to wszystko układało,
żeby teraz to tak szybko rozpieprzyć.
Sprzątanie poszło nam dość
sprawnie. Co prawda nie bawiliśmy się przy nim tak dobrze, jak przy
robieniu tego bajzlu, ale przynajmniej byliśmy skuteczni. Jedyne
czego nam zabrakło to porządne umycie się i przebranie, ale
zgodnie uznaliśmy, że chyba lepiej nie robić rozróby w
kolejnym pomieszczeniu.
Wyszliśmy więc z poplamionymi,
klejącymi się ubraniami, brudnymi twarzami i rozmaitymi maziami we
włosach, ale jakoś się tym nie przejmowaliśmy - już nie takie
rzeczy się robiło! Chociaż Rafaela radziła sobie i bez
wcześniejszego doświadczenia w tej dziedzinie - przynajmniej tak mi
się wydaje... Nieważne, grunt, że jej się podobało. To
wiedziałem na pewno.