wtorek, 7 maja 2013

4. Ruszamy na miasto!

 Benvolio

   Tradycji stało się zadość. Trochę zdenerwowany, a trochę podniecony grą, którą mieliśmy dzisiaj rozpocząć wsiadłem w nie ten autobus i w efekcie spóźniłem się do parku parę minut. No niech będzie - paręnaście.
   - Wiedziałam, że tak będzie! - westchnęła Ciris. - Dłużej się nie dało?
   - Ciesz się, że w ogóle dotarł. - powiedział Hauru.
   Uśmiechnąłem się lekko, aby pokryć zażenowanie, i usiadłem pod jednym ze świerków.
   - No to zaczynajmy! - przerwała ciszę Kalipso, wyjmując z torby butelkę. - Ja kręcę, żeby dać przykład, jakiego rodzaju zadań potrzebujemy do gry!
   Położyła przedmiot na ziemi i zakręciła nim zdecydowanym ruchem. I padło na mnie!
   - No nie! - jęknąłem.
   Hauru zaczął się śmiać:
   - Już po tobie! Jesteś zdany na chorą wyobraźnię Kalipso.
   - Przymknij się. - warknęła ruda. - Benvolio, Benvolio, Benvolio... hmmm....
   Trzymała mnie w napięciu, jakby jeszcze było mi go mało. Miałem ochotę ją zamordować, ale przecież wszyscy mimowolnie daliśmy jej taką "władzę".
   - No, zdecyduj się wreszcie. - odezwała się Antiochis. - Przecież widzisz, jak się biedak męczy.
   Opuściła wzrok, powoli przejechała czubkiem palca po butelce. Kiedy go podniosła i spojrzała mi prosto w oczy, powiedziała:
   - Pójdziesz teraz na śmietnik. Wygrzebiesz z niego jakieś stare, popsute, obciachowe ciuchy i je założysz...
   Patrzyłem na nią jak na przybysza z kosmosu, zupełnie nie przyjmując do wiadomości, że mam zrobić właśnie to, o czym mówi.
   - Ale to jeszcze nie koniec! O nie, nie, mój Benvolio...
   Znowu zaczęła bawić się butelką i kontynuowała opis moich przyszłych katorg pełnym prawie sadystycznej przyjemności tonem.
   - Potem w tych ciuchach wsiądziesz w autobus i pojedziesz do centrum. Pochodzisz tam trochę między ludźmi, na głównym placu. A jakbyś próbował się wykręcić, to wiedz, że któreś z nas cały czas będzie cię pilnowało.
   - Do dzieła, mistrzu! - krzyknął Rod ze swoim złośliwym uśmieszkiem, a ja zrozumiałem, że to tak będzie wyglądał mój wielki koniec.
   Ale cóż, zgodziłem się, a ja za nic nie chciałem rezygnować - nie byłem jakimś dzieciuchem, żeby usiąść rozpłakać się i powiedzieć, że "tak się nie bawię". Wstałem i razem z resztą wyszedłem z parku.
   Rozejrzałem się, czy nikt nie idzie i podszedłem do najbliższego śmietnika.
   - Wybacz, muszę zrobić zdjęcie! - usłyszałem za plecami śmiech Ciris i błysk flesza.
   - Hej! - krzyknąłem, zasłaniając nieudolnie twarz przed aparatem. Po chwili uprzytomniłem sobie jednak, że lepiej nie zwracać na siebie uwagi w takim momencie i ciszej dodałem: - Nie mówiłaś, że masz aparat! Myślałem, że to zostanie między nami!
   - Zostanie między nami - zapewniła. - Ale stwierdziłam, że musimy zrobić dokumentację. Pod koniec wakacji wszyscy dostaniemy te zdjęcia.
   - To świetny pomysł! - poparła ją Kalipso - W ten sposób wszyscy będziemy mieć motywację, żeby nie zdradzić, co się tu działo. Jeśli ktoś coś piśnie, to zaraz roześlemy jego upokarzające zdjęcia.
   Tymczasem znalazłem jakiś śmierdzący, poplamiony płaszcz i automatycznie go założyłem. I miałem ochotę natychmiast go zdjąć. Postanowiłem jednak robić dobrą minę do złej gry - w końcu takie lato raczej się już nie powtórzy! Wiele bym dał, żeby zobaczyć teraz w swojej roli takiego Roda albo Hauru. Ale przecież jeszcze miałem zobaczyć!
   - Tadaaam! - odwróciłem się do reszty, przybierając dziwną pozę i uwidoczniając w ten sposób swój nagły przypływ entuzjazmu.
   - Świetnie wyglądasz. Serio... - Powiedział Hauru tłumiąc kolejny atak śmiechu.
   Bez zastanowienia kontynuowałem przedstawienie, mając nadzieję, że utrzymam taki nastrój do końca dnia. Na szczęście im bardziej wchodziłem w to błaznowanie, tym więcej frajdy z niego miałem
   - No to teraz ruszaj w miasto! - powiedziała radośnie Anti, bez przerwy chichocząc.
   Marszowym krokiem ruszyłem w stronę przystanku autobusowego, a za mną w pewnej odległości podążyli inni. Nie ma co, zapowiadał się ciekawy dzień...

   Na autobus nie musieliśmy czekać długo. Wszedłem do niego ostatnimi drzwiami i zająłem miejsce na samym tyle, obserwując tłumiących śmiech przyjaciół, którzy weszli do pojazdu z innej strony.
   Oprócz nich byli jednak jeszcze inni pasażerowie - niezbyt wielu, ale w tamtym momencie nawet obecność patrzącej na mnie spode łba babci powodowała u mnie wystrzał adrenaliny. Na następnym przystanku weszła jeszcze jakaś parka, która nie zwróciła na mnie uwagi, pani po czterdziestce z siatkami pełnymi warzyw, która kiepsko udawała, że mnie nie widzi, oraz otyły biznesmen z teczką. Jego reakcja przebiła wszystkie inne!
   Najpierw usiadł obok mnie, jakby nie był świadomy mojego istnienia, a co dopiero stanu. Gdy już mnie zauważył, powoli podniósł wzrok i bezczelnie patrzył na mnie jak na jakiś... nie wiem... jak na zwierzę w klatce albo eksponat na wystawie. Ostatecznie przesiadł się, udając, że chce oglądać widoki za oknem z innej perspektywy. Na szczęście się nie zaśmiałem, a było blisko! Ta sytuacja wynagrodziła mi nawet nieprzyjemne uwagi ze strony kilku dresowatych gimbusów.
   Wkrótce dojechaliśmy do centrum i wysiedliśmy z autobusu, oczywiście udając, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. Chodziliśmy tak po mieście przez cały dzień, więc żeby się za bardzo nie nudzić, musiałem sobie znaleźć jakieś zajęcie. Jakie - to oczywiste, podchodziłem w pobliże przypadkowych ludzi i zachwycałem się ich reakcjami. Miny, jakie robili na mój widok, były fantastyczne: od dziwnego obrzydzenia przez udawanie, że nie istnieję aż do zachowania jakichś dziwnych turystów, którym spodobały się moje ciuchy (twierdzili, że mają na sobie podobne) i robili sobie ze mną zdjęcia.
   Dopiero późnym popołudniem zrobiłem się głodny i stwierdziłem, że pora kończyć tę zabawę.
    - I jak wam się podobało? - zapytałem wesoło, podszedłszy do reszty.
   - Stary, byłeś zarąbisty! - wykrzyknął Hauru, klepiąc mnie po plecach. - Ale zmień już te ciuchy. - dodał po chwili, wycierając sobie rękę w spodnie.
   - A ty pewnie miałeś jeszcze lepszą zabawę niż my. - odezwał się Rod, chyba nawet bez złośliwości.
   - No, niezła to ona była, to fakt. - potwierdziłem, ściągając z siebie płaszcz i wrzucając go do najbliższego kosza na śmieci. Dopiero teraz poczułem, jak okropnie śmierdzi. I jak ja przez niego śmierdzę.
   - To u kogo mogę się wykąpać? - zapytałem.
   Wszyscy niemrawo zaśmiali się, jakby nie wiedząc, czy mówię to na serio czy dla zabawy.
   - Wracajmy już. - westchnęła Antiochis.
   - Właśnie. Zrobiło się późno, a jutro kolejny dzień pełen wrażeń... - poparła ją Ciris.
   - Tylko wymyśl jakieś ciekawe zadanie, Benvolio. - mrugnęła do mnie Kalipso.
   Uśmiechnąłem się tylko. Wymyślę coś, bez obaw!
   Za chwilę zgodnie poszliśmy na przystanek i po niedługim oczekiwaniu wsiedliśmy do autobusu. Czasem ktoś rzucił jakąś uwagę, czasem ktoś się zaśmiał, przypominając sobie jakąś sytuację, ale przeważnie panowała cisza. To było naprawdę dziwne - musieliśmy być niesamowicie zmęczeni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz