Benvolio
Tradycji stało się zadość. Trochę zdenerwowany, a trochę podniecony grą, którą mieliśmy dzisiaj rozpocząć wsiadłem w nie ten autobus i w efekcie spóźniłem się do parku parę minut. No niech będzie - paręnaście.
- Wiedziałam, że tak będzie! - westchnęła Ciris. - Dłużej się nie dało?
- Ciesz się, że w ogóle dotarł. - powiedział Hauru.
Uśmiechnąłem się lekko, aby pokryć zażenowanie, i usiadłem pod jednym ze świerków.
-
No to zaczynajmy! - przerwała ciszę Kalipso, wyjmując z torby butelkę. -
Ja kręcę, żeby dać przykład, jakiego rodzaju zadań potrzebujemy do gry!
Położyła przedmiot na ziemi i zakręciła nim zdecydowanym ruchem. I padło na mnie!
- No nie! - jęknąłem.
Hauru zaczął się śmiać:
- Już po tobie! Jesteś zdany na chorą wyobraźnię Kalipso.
- Przymknij się. - warknęła ruda. - Benvolio, Benvolio, Benvolio... hmmm....
Trzymała
mnie w napięciu, jakby jeszcze było mi go mało. Miałem ochotę ją
zamordować, ale przecież wszyscy mimowolnie daliśmy jej taką "władzę".
- No, zdecyduj się wreszcie. - odezwała się Antiochis. - Przecież widzisz, jak się biedak męczy.
Opuściła wzrok, powoli przejechała czubkiem palca po butelce. Kiedy go podniosła i spojrzała mi prosto w oczy, powiedziała:
Opuściła wzrok, powoli przejechała czubkiem palca po butelce. Kiedy go podniosła i spojrzała mi prosto w oczy, powiedziała:
- Pójdziesz teraz na śmietnik. Wygrzebiesz z niego jakieś stare, popsute, obciachowe ciuchy i je założysz...
Patrzyłem na nią jak na przybysza z kosmosu, zupełnie nie przyjmując do wiadomości, że mam zrobić właśnie to, o czym mówi.
- Ale to jeszcze nie koniec! O nie, nie, mój Benvolio...
Znowu zaczęła bawić się butelką i kontynuowała opis moich przyszłych katorg pełnym prawie sadystycznej przyjemności tonem.
-
Potem w tych ciuchach wsiądziesz w autobus i pojedziesz do centrum.
Pochodzisz tam trochę między ludźmi, na głównym placu. A jakbyś próbował
się wykręcić, to wiedz, że któreś z nas cały czas będzie cię pilnowało.
- Do dzieła, mistrzu! - krzyknął Rod ze swoim złośliwym uśmieszkiem, a ja zrozumiałem, że to tak będzie wyglądał mój wielki koniec.
Ale cóż, zgodziłem się, a ja za nic nie chciałem rezygnować - nie byłem
jakimś dzieciuchem, żeby usiąść rozpłakać się i powiedzieć, że "tak się
nie bawię". Wstałem i razem z resztą wyszedłem z parku.
Rozejrzałem się, czy nikt nie idzie i podszedłem do najbliższego śmietnika.
- Wybacz, muszę zrobić zdjęcie! - usłyszałem za plecami śmiech Ciris i błysk flesza.
-
Hej! - krzyknąłem, zasłaniając nieudolnie twarz przed aparatem. Po
chwili uprzytomniłem sobie jednak, że lepiej nie zwracać na siebie uwagi
w takim momencie i ciszej dodałem: - Nie mówiłaś, że masz aparat!
Myślałem, że to zostanie między nami!
-
Zostanie między nami - zapewniła. - Ale stwierdziłam, że musimy zrobić
dokumentację. Pod koniec wakacji wszyscy dostaniemy te zdjęcia.
- To świetny pomysł! - poparła ją Kalipso - W ten sposób wszyscy będziemy mieć motywację, żeby nie zdradzić, co się tu działo. Jeśli ktoś coś piśnie, to zaraz roześlemy jego upokarzające zdjęcia.
Tymczasem znalazłem
jakiś śmierdzący, poplamiony płaszcz i automatycznie go założyłem. I
miałem ochotę natychmiast go zdjąć. Postanowiłem jednak robić dobrą minę
do złej gry - w końcu takie lato raczej się już nie powtórzy! Wiele bym
dał, żeby zobaczyć teraz w swojej roli takiego Roda albo Hauru. Ale
przecież jeszcze miałem zobaczyć!
- Tadaaam! - odwróciłem się do reszty, przybierając dziwną pozę i uwidoczniając w ten sposób swój nagły przypływ entuzjazmu.
- Świetnie wyglądasz. Serio... - Powiedział Hauru tłumiąc kolejny atak śmiechu.
Bez
zastanowienia kontynuowałem przedstawienie, mając nadzieję, że utrzymam
taki nastrój do końca dnia. Na szczęście im bardziej wchodziłem w to
błaznowanie, tym więcej frajdy z niego miałem
- No to teraz ruszaj w miasto! - powiedziała radośnie Anti, bez przerwy chichocząc.
Marszowym
krokiem ruszyłem w stronę przystanku autobusowego, a za mną w pewnej
odległości podążyli inni. Nie ma co, zapowiadał się ciekawy dzień...
Na autobus nie musieliśmy czekać długo. Wszedłem do niego ostatnimi drzwiami i zająłem miejsce na samym tyle, obserwując tłumiących śmiech przyjaciół, którzy weszli do pojazdu z innej strony.
Na autobus nie musieliśmy czekać długo. Wszedłem do niego ostatnimi drzwiami i zająłem miejsce na samym tyle, obserwując tłumiących śmiech przyjaciół, którzy weszli do pojazdu z innej strony.
Oprócz
nich byli jednak jeszcze inni pasażerowie - niezbyt wielu, ale w tamtym
momencie nawet obecność patrzącej na mnie spode łba babci powodowała u
mnie wystrzał adrenaliny. Na następnym przystanku weszła jeszcze jakaś
parka, która nie zwróciła na mnie uwagi, pani po czterdziestce z
siatkami pełnymi warzyw, która kiepsko udawała, że mnie nie widzi, oraz
otyły biznesmen z teczką. Jego reakcja przebiła wszystkie inne!
Najpierw
usiadł obok mnie, jakby nie był świadomy mojego istnienia, a co dopiero
stanu. Gdy już mnie zauważył, powoli podniósł wzrok i bezczelnie
patrzył na mnie jak na jakiś... nie wiem... jak na zwierzę w klatce albo
eksponat na wystawie. Ostatecznie przesiadł się, udając, że chce
oglądać widoki za oknem z innej perspektywy. Na
szczęście się nie zaśmiałem, a było blisko! Ta sytuacja wynagrodziła mi
nawet nieprzyjemne uwagi ze strony kilku dresowatych gimbusów.
Wkrótce
dojechaliśmy do centrum i wysiedliśmy z autobusu, oczywiście udając, że
nie mamy ze sobą nic wspólnego. Chodziliśmy tak po mieście przez cały
dzień, więc żeby się za bardzo nie nudzić, musiałem sobie znaleźć jakieś
zajęcie. Jakie - to oczywiste, podchodziłem w pobliże przypadkowych
ludzi i zachwycałem się ich reakcjami. Miny, jakie robili na mój widok, były fantastyczne:
od dziwnego obrzydzenia przez udawanie, że nie istnieję aż do zachowania
jakichś dziwnych turystów, którym spodobały się moje ciuchy
(twierdzili, że mają na sobie podobne) i robili sobie ze mną zdjęcia.
Dopiero późnym popołudniem zrobiłem się głodny i stwierdziłem, że pora
kończyć tę zabawę.
- I jak wam się podobało? - zapytałem wesoło, podszedłszy do reszty.
- Stary, byłeś zarąbisty! - wykrzyknął Hauru, klepiąc mnie po plecach. - Ale zmień już te ciuchy. - dodał po chwili, wycierając sobie rękę w spodnie.
- A ty pewnie miałeś jeszcze lepszą zabawę niż my. - odezwał się Rod, chyba nawet bez złośliwości.
- No, niezła to ona była, to fakt. - potwierdziłem, ściągając z siebie
płaszcz i wrzucając go do najbliższego kosza na śmieci. Dopiero teraz
poczułem, jak okropnie śmierdzi. I jak ja przez niego śmierdzę.
- To u kogo mogę się wykąpać? - zapytałem.
Wszyscy niemrawo zaśmiali się, jakby nie wiedząc, czy mówię to na serio czy dla zabawy.
- Wracajmy już. - westchnęła Antiochis.
- Właśnie. Zrobiło się późno, a jutro kolejny dzień pełen wrażeń... - poparła ją Ciris.
- Tylko wymyśl jakieś ciekawe zadanie, Benvolio. - mrugnęła do mnie Kalipso.
Uśmiechnąłem
się tylko. Wymyślę coś, bez obaw!
Za chwilę zgodnie poszliśmy na przystanek i po niedługim oczekiwaniu wsiedliśmy
do autobusu. Czasem ktoś rzucił jakąś uwagę, czasem ktoś się zaśmiał,
przypominając sobie jakąś sytuację, ale przeważnie panowała cisza. To
było naprawdę dziwne - musieliśmy być niesamowicie zmęczeni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz