poniedziałek, 12 maja 2014

43. Two

 Antiochis


   Wczorajsze spotkanie zmieniło wszystko. Może zmuszenie nas jak dzieci do przeproszenia się za wszystkie zaległe urazy nie było najsubtelniejszym sposobem rozwiązania (czy załagodzenia) konfliktów, niemniej jednak stało się jakimś katalizatorem zmian. W końcu coś ruszyło i byłam z tego powodu szalenie szczęśliwa. Jakoś nie przejmowałam się tym, że takie sztucznie sprowokowane podanie sobie rąk może kiedyś okazać się tylko zamieceniem problemów pod dywan - w końcu zawsze w naszym przypadku to działało. Teraz należało jakoś wykorzystać tę sytuację, traktując ją jako pretekst do "zaczęcia od nowa". Gry również.
   Wyglądało na to, że reszta ma podobne nastawienie jak ja, bo w rozpoczęciu jej od nowa nie przeszkodził nawet brak starej butelki (może Kalipso ją wyrzuciła?). Ktoś wyciągnął butelkę po wodzie i zaraz mogliśmy zaczynać.
 - Kto kręci? - spytała Rafaela.
 - Naturalnie, że Ciris! Za długą przerwę miałaś, dziewczyno! - zaśmiał się Hauru zwracając się do mojej przyjaciółki.
 - Poprawcie mnie, jakbym wymyśliła coś, co już było. - odpowiedziała podnosząc butelkę.
   Już po chwili w napięciu obserwowaliśmy obracający się przedmiot, aż zatrzymał się wskazując wylotem... przestrzeń między Hauru a Benvoliem!
 - No i co teraz? - zapytał luzacko Benvolio.
 - Mam zakręcić jeszcze raz? - zaproponowała Ciris.
 - Ja bym dała zadanie łączone... - podsunęła Kalipso.
 - A to tak można? - zdziwiła się tamta zwracając się odruchowo ku Rodowi.
 - No, to jest jakaś okazja do popisania się kreatywnością. Zezwalam. - chłopak prawie się zaśmiał.
 - Hmm... dajcie mi chwilę. - Ciris zamyśliła się rozglądając po otaczających nas drzewach aż nagle klasnęła i z uśmiechem zwróciła się do chłopaków: - Wybudujecie tu domek na drzewie! Zawsze o takim marzyłam...
 - Jesteś pewna, że to bezpieczne? - spytał Hauru spoglądając z niewinnym uśmieszkiem na Benvolia
 - Jasne. - odparła.
 - To jest świetny pomysł! - ucieszyła się Kalipso.
 - To dopiero będzie wyzwanie... - zamyślił się Benvolio, patrząc na najbliższe drzewo, które na pewno nie nadawało się do tego, co mieli zrobić.
 - No co ty, my nie damy rady?! - Hauru poklepał go po plecach. - Lecę po narzędzia. E... jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi: ma ktoś jakieś niepotrzebne deski w domu?
 - Rozejrzyjcie się po parku. - powiedziałam. - Jestem pewna, że coś się tu znajdzie.
   Zanim skończyłam zdanie, Hauru już nie było. Wyglądający na skołowanego Benvolio zaczął się więc chaotycznie rozglądać za deskami, jak małe dziecko zbierające patyki na ognisko.
   Nie spodziewając się żadnych gwałtownych zwrotów akcji, razem z resztą wygodnie rozsiadłam się pod swoim świerkiem i czekam, zastanawiając się, kto wróci pierwszy.
 - To jakaś nowa bluzka, prawda? - zapytałam, gapiąc się bezmyślnie na Ciris.
 - Tak. - uśmiechnęła się - Robiłyśmy szalone zakupy z Talią.
 - Ach, no tak. Wyjazdowy szał zakupów.
 - Szkoda, że tego nie widziałaś... Przeraziłabyś się, ile kasy wydałyśmy.
 - No to chyba dobrze, że nie widziała. - uśmiechnęła się Rafaela.
 - Właśnie nie! Wtedy by zobaczyła, jak się chodzi po sklepach... Właśnie! - odwróciła się do mnie. - Przywiozłam coś dla ciebie tylko ciągle zapominam zabrać... musisz do mnie wpaść.
 - Przypomnij mi o tym, jak skończymy. - poprosiłam.
 - Jasne.
 - Gdzie jest Benvolio? - spytał Hauru wypadając spomiędzy drzew ze skrzynką narzędzi w ręku.
 - Szuka desek. - odparłam.
 - I puściliście go tak samego?! - oburzył się chłopak. Rzucił skrzynkę na ziemię i znów zniknął między świerkami.
   Chwilę później wracali już razem, za to niestety bez materiałów na domek.
 - Co tam, Benvolio? - zagadnęła Kalipso. - Trzeba wam pomóc nosić?
 - Właściwie to nic nie trzeba nosić. - odpowiedział zamiast niego Hauru. - Tam niedaleko jest fajne drzewo, więc przyszliśmy tylko po narzędzia... no i po was.
 - Chyba, że macie coś ciekawszego do roboty. - dopowiedział Benvolio.
 - Jak moglibyśmy mieć, skoro to wasze zadanie! - wykrzyknęła rozentuzjazmowana Ciris, zrywając się w miejsca
 - W takim razie w tą stronę. - Hauru ruszył w kierunku drzew spodziewając się, że pójdziemy za nim.
 - To może być ciekawe. - mruknął Rod wstając.
   Co było robić? Poszliśmy w ślady Hauru, chociaż momentami dziwiłam się, jak w takim miejscu znalazł takie chaszcze. I jak wybrał drzewo, skoro mniej nieprzyjemnej trasy nie mógł wybrać. Miałam tylko wielką nadzieję, że Kalipso i Rafaela w swoich krótkich spódniczkach radzą sobie z pokrzywami i krzaczorami lepiej niż ja.
   W pewnym momencie jednak Hauru zatrzymał się, a naszym oczom ukazał się dość rozłożysty klon otoczony dla odmiany, a jakże, pokrzywami.
 - Chodźcie, chodźcie! - poganiał nas podekscytowany przewodnik. - Tu zaraz obok jest sterta desek, to będziecie mogli usiąść.
 - Do czasu. - dodał Benvolio
 - Do czasu. - zaśmiał się tamten.
 - Nie ma co, świetna lokalizacja. - mruknęła pod nosem Rafaela.
 - Do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko jakiegoś mrowiska... - dopowiedział Rod.
 - Mogę znaleźć! - zaoferował się Benvolio. - Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej.
 - Fakt. Nie z tobą. - potwierdził Rod, uśmiechając się półgębkiem, a Benvolio dumnie wypiął pierś.
 - Koniec pogaduszek! - zarządził Hauru. - Benvolio chodź tu. Robimy domek!
 - Tak jest, panie komendancie. - jego podwładny stuknął piętami, po czym przydreptał do niego, bezmyślnie czekając na rozkazy.
 - Weź tą deskę... - chłopak podał mu jakiś wielki, podłużny kawałek drewna - i zanieś pod drzewo. Zaraz do ciebie dołączę.
 - Okej. - odparł tamten i wykonał polecenie, patrząc z ciekawością w oczach, co kombinuje Hauru.
   Tymczasem nasz przefarbowany blondyn chwycił całą stertę drewnianych odłamków i przeciągnął je przez pole pokrzyw gwiżdżąc pod nosem melodię przypominającą "Wieżę Babel" z musicalu "Metro", ale może mi się tylko zdawało.
 - Masz gwoździe? - spytał Benvolia chwytając w ręce młotek.
 - A skąd!
 - No to załatw.
 - No, skąd ja ci teraz wezmę jakieś gwoździe w środku parku? - zirytował się Benvolio.
 - Liczę na twoją kreatywność. Chyba, że mam użyć szarej taśmy klejącej, kawałka sznurka i kleju! Na pewno będzie to bardzo bezpieczne.
 - Mogę skoczyć po trytytki, mam paczkę w domu.
 - Ej! - zwrócił się do nas Hauru - Ma ktoś niepotrzebne gwoździe? Bo Benvolio chce żebyśmy zginęli w katastrofie budowlanej!
 - Zawsze w kieszeni. - odparłam ironicznie, jednak maiłam przeczucie, że może jednak gdzieś je znajdą.
 - Jakby się uprzeć, to tu są jakieś zardzewiałe... - zauważyła Rafaela.
 - Taaaaaaak, są! - ucieszył się Benvolio i rzucił się we wskazanym kierunku.
   Rzeczywiście, na ziemi leżały porozrzucane powyginane gwoździe.
 - Dobra, to może się przydać na jakieś ogrodzenie czy coś mniej istotnego, ale nie chcę, żebyśmy zrobili sobie krzywdę... to się po chwili wszystko rozpadnie... - powiedział Hauru obracając w dłoni przeżartą rdzą śrubkę.
 - Więc co proponujesz?
 - Chyba nie ma wyjścia i trzeba kupić. - westchnął.
 - Świetnie. - odezwał się Rod. - To my tu jeszcze posiedzimy, a wy lećcie do sklepu.
 - Ale dziś się nabiegam... - jęknął Hauru.
   Mimo całego swojego zniechęcenia chłopaki jeszcze raz zniknęli nam z pola widzenia, tym razem jednak wyraźnie się spiesząc.
   I znowu zostaliśmy bez zajęcia, w zawieszeniu. Byłam już do reszty znudzona i sądząc po minach pozostali co najmniej tak samo jak ja. Zaskoczyło mnie, jak nowe było dla mnie to uczucie - w końcu od początku wakacji tyle się działo... Dlatego poczułam się zupełnie zdezorientowana, gdy od niechcenia Rafaela zaczęła przyglądać się korze drzew, Rod - gapić się w komórkę, a Kalipso i Ciris - zaplatać jakieś sznurki. Już myślałam, że pewnie też będę musiała poszukać równie bezużytecznego zajęcia, gdy nagle zobaczyłam ten charakterystyczny błysk w oku Kalipso - i porozumiewawcze spojrzenie jej i Ciris. Pojawił się nowy pomysł.



 - Ej, to na pewno to drzewo? - usłyszeliśmy pełen zdziwienia głos Benvolia.
 - Jasne, że to! Specjalnie wybierałem miejsce z największą ilością pokrzyw!
 - Więc gdzie się podziali tamci?
 - Urządzają jakąś orgie i nas nie zaprosili...
 - W tych krzaczorach? Ała...
 - Niektórzy lubią ekstremalnie. - Hauru wzruszył ramionami.
   I w tym momencie Rafaela wybuchła perlistym śmiechem.
   Wszyscy spojrzeliśmy na nią zawiedzeni - to nie był jeszcze ten moment, kiedy mieliśmy się ujawnić. Szybko jednak zaczął się śmiać także odsuwający się od niej nieznacznie Rod, a potem cała reszta. Dopiero po pewnym czasie opanowaliśmy się na tyle, by spojrzeć na dół na dwóch totalnie zdezorientowanych chłopaków, których oczom ukazał się właśnie zawieszony na wysokości kilku metrów wielki hamak zapleciony ze znalezionego sznurka.
 - No i po co mamy budować domek, jak wyście już go zrobili?! - zawołał z dołu Hauru.
 - Bo wy się nie zmieścicie. - odparł z właściwym sobie cieniem złośliwości Rod.
 - Mówiłem, że orgia!
 - A co tam! Olać domek, idę do was! - wykrzyknął Benvolio, zabierając się do wdrapywania na drzewo od najmniej wygodnej strony. 
   Czy ten człowiek zawsze musi utrudniać sobie życie?!
   Po dwóch nieudanych próbach na szczęście zdał sobie z tego sprawę i już bez większych problemów wlazł na hamak wciskając się dokładnie między mnie a Ciris.
 - Zaraz będę musiał kogoś łapać... - mruknął Hauru.
 - Sądzisz, że się zarwie? - zapytałam poważnie.
 - Jestem tego pewien.
 - Dzięki Hauru, że tak w nas wierzysz. - zwróciła się do niego Ciris.
 - To nie tak. Po prostu stąd widać, jak gałęzie już się uginają...
   Przez moment jeszcze zostaliśmy na hamaku, jednak niezależnie od tego, czy Hauru miał rację, czy nie, dalsze siedzenie tam nie miało sensu. Powoli więc zebrałam się i zeszłam z drzewa, a za mną poszli Ciris i Benvolio - nie dane mu było nacieszyć się hamakiem. Widząc to, za moment Rod i Rafaela podążyli za nami, jednak chyba jeszcze mniej mieli na to ochotę. Nie mam pojęcia, o czym tak szepatli, ale widać było, że bardzo ich to pochłania.
   Tak bardzo, że schodząca pierwsza Rafaela praktycznie tuż nad ziemią zagapiła się i o mały włos nie spadła... A właściwie spadła, tylko przytrzymał ją Benvolio, który akurat w tamtym miejscu stał - nie wiadomo dlaczego...
   W ciągu ostatnich kilku minut stało się parę rzeczy, które wydały mi się... nieprzypadkowe. Nie wiedziałam, co o nich sądzić, ale z jakiegoś powodu byłam pewna, że o czymś świadczą. Dlatego też nie zwróciło mojej uwagi "umorzenie" zadania Benvolia i Hauru nieuzasadnione niczym poza naszym własnym lenistwem, ale raczej powrót do domów w określonym porządku... Musiałam koniecznie pogadać z Ciris... albo Benvoliem.

wtorek, 6 maja 2014

42. Don't wanna let you down But I am hell bound Though this is all for you Don't wanna hide the truth

Kalipso


   Szłam do parku wciąż powtarzając sobie w myślach, że tym razem nie stracę panowania nad sobą. Miałam już dość tej sytuacji. Dość tego, że wszystko wymykało mi się spod kontroli. Ciris miała rację: powinniśmy wziąć sprawy w swoje ręce, a nie siedzieć w domach z nadzieją, że coś się zmieni. Ostatnimi czasy nie byłam sobą, ale z tym koniec!
   Weszłam miedzy drzewa. Na polanie był już Benvolio w towarzystwie Ciris i Rafaeli
Chyba siedzieli tu od jakiegoś czasu, bo dziewczyny zaczynały się dogadywać. Na mój widok przerwały jednak rozmowę.
 - Hejka. - rzuciłam w miarę pogodnie. - Długo czekacie?
 - Nie, skąd! - odparł wesoło Benvolio.
 - Całe szczęście. - uśmiechnęłam się i usiadłam z nimi na trawie.
   Nie minęło wiele czasu, a dołączył do nas Rod a potem Hauru, który przyszedł z Anti.
   Bardzo bałam się momentu, kiedy znów ich ujrzę... ale nie było tak źle, jak myślałam. Na widok byłego chłopaka ścisnęło mi się gardło, ale trwało to tylko chwilę. Wszyscy staraliśmy się zachowywać tak, jakby nic się nie stało. Anti uśmiechnęła się szeroko i zaraz zajęła miejsce obok mnie. Rod z kolei wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie zarzucił ten pomysł.
 - Przyniosłam zdjęcia z Francji. - powiedziała Ciris, kiedy już wszyscy znaleźli się na miejscu. - To dopiero pierwsza część, którą wywołałam jeszcze będąc w Bourges.
   Dziewczyna podała nam fotografie. Od razu poznałam jej charakterystyczny styl dorabiania efektów specjalnych i kadrowania. Każdy obraz miał w sobie cząstkę tajemnicy. Intrygował. Jej fascynacja światłem była widoczna zarówno na zdjęciach przyrody, architektury jak i ludzi. Lekcje fotografii nie poszły na marne... Jednak tak bardzo zajęłam się techniczno-artystycznymi walorami fotografii, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że w ogóle nie przyglądam się temu, jakim osobom Ciris robiła zdjęcia!
 - Ta blondynka z bandaną to Talia, prawda? - spytał Hauru.
 - Skąd wiesz? - zdało mi się, że Ciris się zarumieniła, ale może to tylko opalenizna.
 - Gdybym chciał przyszpanować swoimi zdolnościami dedukcyjnymi, powiedziałbym, że jest na prawie każdym zdjęciu, a mówiłaś, że to z nią najbardziej się zaprzyjaźniłaś. Ale tak na serio, to znalazłem bardzo poetycką dedykację na odwrocie jednego zdjęcia, której niestety nie zrozumiałem, bo całą zapisała po francusku!
   Zaśmialiśmy się.
 - Śliczne są. - powiedziałam.
 - Dziękuję. - odpowiedziała Ciris. - Obiecaliście, że też jakieś zrobicie. A więc?
 - Robiłam trochę w czasie gry, ale ostatecznie nie wyszło tego dużo... - westchnęła Anti.
 - Zostawić wam coś... 
 - Już tak na nas nie narzekaj. - odezwał się Hauru. - Mogę ci pokazać film, który nagrałem w międzyczasie na szkolny festiwal.
 - Myślałam, że temat podadzą dopiero w październiku...
 - Bo tak jest. Ale to co zrobiłem nie ma kompletnie sensu ani fabuły, wiec przypasuje do wszystkiego!
 - Chyba nie chcę tego oglądać...
 - Ranisz moje uczucia... - Hauru udał zasmuconego.
 - A oto przykład, jak łatwo się na siebie potrafimy obrazić za kompletną błahostkę. - powiedziała Ciris poważniejąc.
 - Przecież żartuję! - obruszył się Hauru.
 - Wiem, ale to idealny przykład. - odparła. - A teraz koniec tych cyrków. Głupio mi, że muszę was traktować w tym momencie jak małe dzieci i pouczać, ale nie zostawiacie mi wyboru. Macie sobie wybaczyć, podać rękę i się pogodzić. Cokolwiek kto ma komu do zarzucenia.
   Zapadła cisza. Nikt nie kwapił się do rozmowy, jak zresztą można było się spodziewać. Kiedyś w takich chwilach to ja zabierałam głos ale teraz... Zaraz! jakie "teraz"?! Miałam doprowadzić się do porządku, a to była moja szansa.
 - Rod, przepraszam za to, co ci zrobiłam. - powiedziałam po raz pierwszy tego dnia spoglądając mu prosto w oczy. - Na prawdę nie chciałam, żeby to tak wyszło.
   Zmarszczył brwi, ale jakoś smutno i odparł wyjątkowo bezbarwnym głosem:
 - Nie posądzam cię o sadyzm, ale niewątpliwie... zrobiłaś źle. Mam wrażenie, że nie rozumiesz, albo nie rozumiałaś, powagi, jaką ta sytuacja ma dla mnie.
   Poczułam jak łzy napływają mi do oczu, ale tym razem nie pozwoliłam im popłynąć.
 - Więc masz mylne wrażenie. Wiem, jak to wyglądało z zewnątrz, ale ty nie wiesz, co ja przeżywałam.
 - Mogę powiedzieć to samo, chociaż pewnie co innego mamy na myśli... - zamyślił się, a za chwilę potrząsnął głową. - Ale nie chcę teraz o tym mówić, wybacz, Ciris.
 - Rozumiem. - powiedziała spoglądając na niego współczująco.
 - Hauru... - odezwałam się ponownie. - Ciebie też powinnam przeprosić. Nie wiem, co się stało z moją samokontrolą kiedy....
 - Nie waż się mnie przepraszać. - chłopak powiedział to lodowatym tonem, jednak kolejne słowa wypowiadał już zwyczajnie, choć z powagą. - Zachowywałem się wobec ciebie w taki sposób... obiecywałem ci, że będę twoim przyjacielem, a potem odstawiłem taki numer... ta... jak zwykle wszystko zniszczyłem.
   Chciałam zaprotestować. Znów brał winę na siebie. Ale nie pozwolił mi dojść do słowa, bo zaraz zwrócił się do Roda.
 - Nie żeby coś, ale może nie doszłoby do tego, gdybyśmy od początku się normalnie dogadywali. Tymczasem między nami były głównie docinki. Przykro mi, ale ja nie potrafię zignorować zachęty do rywalizacji...
 - Normalnie ludzie sobie z tym radzą, dogadują się i tak. - żachnął się tamten. - Po prostu przeholowaliśmy. Przepraszam. - wydusił ostatecznie.
   Na chwilę zapadła cisza pełna konsternacji przerwana dopiero przez głośne westchnięcie Benvolia. Jak na zawołanie wszyscy obróciliśmy się w jego stronę, a on skurczył się w sobie.
 - Przepraszam. Przez cały czas wstrzymywałem oddech... - wyszeptał odgarniając grzywkę na bok.
 - Dobra. Jeszcze kilka westchnień, a nie będzie czym oddychać, więc załatwmy to bez ceregieli. - odezwał się Rod ze śmiertelnie poważną miną i spuszczonymi oczami. - Kto dalej?
 - Ja też mam to i owo za uszami, ale może o tym za chwilę... - ni stąd ni zowąd Antiochis zabrała głos. - Chciałabym tylko usłyszeć coś od Rafaeli...
 - Niby co? - spytała dziwnie milcząca dzisiaj kuzynka Roda.
 - No, te wszystkie twoje ingerencje... w konflikt... Nie żebym chciała cię jakoś wykluczyć, ale wydaje mi się, że tak zaciekle broniąc Roda, nie wiedziałaś za bardzo w co się mieszasz...
 - Tak się wszyscy na niego zawzięliście, że nie miałam wyjścia. Gdyby nie ja, pewnie do tej pory byście ze sobą nie rozmawiali! Nie zamierzam przepraszać za to, co zrobiłam dobrze.
 - Rafaela, nie o to chodzi w tej rozmowie... - zwróciła jej uwagę Ciris.
 - To co? Ja nie mogę nic powiedzieć, bo znamy się od niedawna, a wasza przyjaciółka, której nawet nie było przy całym wydarzeniu, miesza się we wszystko?! - zdenerwowała się.
 - Chyba wiem, o co chodzi... - szepnął Rod, czym natychmiast zwrócił uwagę kuzynki. - Anti pewnie niekoniecznie chodzi o mediację w czasie, kiedy... nie wychodziłem z domu, ale o udział w bezpośredniej kłótni. Prawda? - zwrócił się do Antiochis, a ujrzawszy jej potakiwanie kontynuował: - Jestem jedną ze stron, nie widzę tego obiektywnie, ale może tego oczekiwała od ciebie. - spojrzał w oczy Rafaeli.
 - Skoro tak mówisz... W takim razie przepraszam. Chyba za bardzo mart... - urwała w połowie zdania speszona, a potem powtórzyła: - Przepraszam.
   Następująca po tych słowach cisza nietrwała długo, gdyż przerwał ją jak zwykle niecierpliwy Benvolio:
 - Anti, o czym mówiłaś wtedy na początku? - wyszeptał.
   Nigdy nie widziałam jej tak spiętej jak w tym momencie - chociaż przed chwilą sama zaczynała mówić na tak - widocznie - drażliwy temat. Jej twarz najpierw zbladła, a potem znowu napłynęła krwią, prawie że puchnąc. Jednocześnie do oczy zaczerwieniły jej się od napływających łez.
 - Na pewno zauważyliście to już wcześniej, nie mam was za idiotów. - mamrotała wbijając wzrok w ziemię, jakby uporczywie. - Moje przyznanie się jest już tylko formalnością, a przeprosiny są już w ogóle nieporównywalnie łatwiejsze...
   Zatrzymała się, jakby miała skakać na bungee - a przecież to tylko jakieś słowa!
 - Okłamałam was z tym powrotem Ciris. To nie ona zwlekała z nim, tylko ja wam kłamałam, żebyście się opamiętali, ale to była totalna bzdura. Przepraszam! - prawie krzyknęła, roniąc kilka łez.
   Naturalnie zwróciła się jeszcze do przyjaciółki:
 - Tobie jeszcze w listach kłamałam... Znaczy kłamaliśmy wszyscy, ale to był mój pomysł. Mój pomysł, żeby cię oszukać... Tak strasznie żałuję, przepraszam...
 - Nie ma za co, Anti. Chciałaś dobrze. - odparła natychmiast tamta.
   Gdy Antiochis już na dobre się rozpłakała, taktownie odwróciłam wzrok. I zupełnie przypadkiem padł na Benvolia.
 - A więc mamy tylko jedno niewiniątko... - spróbował zażartować Hauru, żeby rozluźnić atmosferę i odwrócić uwagę od zapłakanej dziewczyny.
 - Czy ja wiem, czy niewiniątko? - Benvolio nie wyglądał na przekonanego.
 - Czesz powiedzieć, że to ty zrobiłeś mi ten bałagan w kosmetykach dwa tygodnie temu? Nie ma sprawy, wybaczam.
 - Nie... - machnął ręką. - Mówię o czym innym. Po prostu czasem też nie zachowywałem się najlepiej, ale może rzeczywiście lepiej już tego nie rozpamiętywać?
 - Myślę, że na dziś wystarczy. - powiedziała Ciris. - Ważne, że porozmawialiśmy. To dobry początek.
 - Oby. - mruknął Rod.
 - Pożyjemy, zobaczymy! - Ciris wciąż nie traciła optymizmu. - Widzimy się jutro na butelce?
   Popatrzyliśmy po sobie.
 - Tak. - odpowiedziałam. - Bo w końcu co mamy robić? Łazić po sklepach jak reszta idiotów z naszego liceum?
 - Pewnie oni śmieją się z nas... - zwrócił uwagę Rod. - O ile wiedzą.
 - Kurde, my sami nie wiemy, co robimy! - roześmiał się Benvolio.
 - I to jest w tym wszystkim najlepsze! - zawtórował mu Hauru.
   Anti tylko mruknęła:
 - Teraz to mówisz....?

41. Bieg na orientację...

 Ciris


   Czułam się, jakbym właśnie się obudziła z jakiegoś przedziwnego snu. Ledwie wsiadałam do samolotu w Bourges, a już wysiadałam na lotnisku w Polsce, witałam się z rodzicami i trajkotałam jak szalona o wszystkim i o niczym. Powrót miał w sobie coś ekscytującego, ale jednocześnie obawiałam się, co zastanę w domu...
   Poprosiłam rodziców, żeby podwieźli mnie do Anti. Nie miałam zamiaru czekać ani chwili dłużej na spotkanie z przyjaciółką! Mimo ich narzekań, że powinnam się rozpakować, odpocząć i po prostu nacieszyć się powrotem, wypuścili mnie przed jej drzwiami.
   Zadzwoniłam do furtki. Spodziewałam się, że wyjdzie z mieszkania, ale ona pojawiła się z boku domu otrzepując ręce z ziemi.
 - Cześć! - zawołała, rzucając się do furtki z szerokim uśmiechem.
 - No hej! - odpowiedziałam ogarnięta nagłą falą radości. Strasznie za nią tęskniłam przez ten czas.
 - Tyle czasu się nie widziałyśmy! - powiedziała, ściskając mnie, gdy tylko wygrała niezgrabną potyczkę z zamkiem i wpuściła mnie na posesję.
 - Nie musisz mi przypominać! - zaśmiałam się.
 - Chodź do ogrodu. Zobaczysz, jak pięknie wyrosły kwiaty z tamtych cebulek od ciebie! - rzuciła i zaciągnęła mnie za dom.
 - Sporo się tu pozmieniało. - powiedziałam rozglądając się po działce. Goździk Chiński rozłożył swoje poszarpane, różowe płatki, groszek pachnący wspiął się po ogrodzeniu na kolejne kilkanaście centymetrów...
 - Możemy usiąść w altanie, winorośl nieźle ją już obrosła.
 - Znów będzie co obcinać na jesień. - ucieszyłam się.
   Z przyjaciółką co roku pod koniec lata urządzałyśmy "Wielkie Obcinanie Winogron". Aż niesamowite jak one potrafią się rozprzestrzeniać...
    Zajęłyśmy miejsca pod baldachimem z liści. Pojedyncze promienie rzucały plamki światła na stół i krzesła. W powietrzu unosił się zapach pełnego lata...
 - Jak tam lot? - zapytała standardowo, ale jednak z zainteresowaniem.
 - Świetnie. - odpowiedziałam. - W jedną stronę trochę się cykałam, ale już w drugą naprawdę mi się podobało... W kolejnym życiu chcę być ptakiem!
 - No tak, z twoim zamiłowaniem do podróży...
 - Będziesz gdzieś jeszcze wyjeżdżać? - zapytała po jakimś czasie.
 - Raczej nie. Nie chcę znów zostawiać was samych. - odparłam niby niewinnie.
    Uśmiechnęła się, choć było w tym coś smutnego.
 - To fajnie, że będziesz z nami.
 - Też się cieszę. - powiedziałam, a potem już nie wytrzymałam i wypaliłam:
 - Dzwonił do mnie Rod.
   Otworzyła szerzej oczy i ściągnęła brwi, czekając, aż opowiem coś więcej.
 - Słyszałam, że mieliście kilka spin... może chciałabyś mi o tym opowiedzieć? W listach nic nie wspominałaś... rozumiem, że to przez cenzurę treści wysyłanych za granicę?
   Nie byłam zła. Teraz, kiedy ją zobaczyłam, nie mogłam się na nią gniewać za te niedomówienia. Przez chwilę patrzyła na mnie badawczo, ale za chwilę to ona nie mogła powstrzymać nagłego potoku słów.
 - Przepraszam, to wszystko stało się tak znienacka! Chociaż mogliśmy się łatwo domyślić, ale jakoś nie mogłam przyjąć do wiadomości, że to już, teraz... Po prostu wybuchło, gdy Rod zobaczył tamte zdjęcia, straciłam kontrolę, czy raczej rozeznanie, bo kontrolę trudno by było mieć. Myślałam, że jak będziemy udawać, że wszystko jest w porządku, to naprawdę będziemy do tego dążyć, ale tak się nie stało, nie było lepiej, a raczej coraz gorzej. Naprawdę boję się, co będzie dalej, tego już się nie ułoży ot, tak...
    Ukryła twarz w dłoniach, ściskając ją z nerwów.
 - Spokojnie. - objęłam ją i odsunęłam jej ręce na dół. - Jakoś to będzie. Przecież świat się nie kończy...
   Zrobiło mi się żal przyjaciółki. Jak zwykle wszystko wzięła zbyt mocno do siebie.
 - Opowiesz mi, co się teraz dzieje? - poprosiłam.
 - Co u Roda, sama wiesz. Siedzi i do nikogo się już nie odzywa. Nie mam pojęcia, co z Kalipso i Hauru. Nie widziałam ich o tamtego spotkania w lesie. Z kolei Benvolio... - zacięła się, jakby coś ją nagle zabolało. - Mieliśmy małą sprzeczkę z Rafaelą i chyba jakoś na niego wpłynęła.
 - Może nie jest tak źle... - starałam się ja pocieszyć. - Tak naprawdę nie wiesz, co u innych... pewnie już się pozbierali. Z resztą sama to sprawdzę.
 - Nie pozbierali się, Ciris. To nie jest zwyczajna sprzeczka. - szepnęła.
 - Dramatyzujesz.
 - Nie! - podniosła głos. - To wszystko się rozpadło! Póki byliśmy razem, była jakaś szansa, że to się załagodzi, ale teraz każdy jest sam. Zupełnie sam.
   Przestraszył mnie jej wybuch. Antiochis nie należała do osób, które łatwo się denerwowały czy rezygnowały z prób rozwiązywania problemów.
 - Nie uwierzę, póki sama tego nie zobaczę. - powiedziałam.
 - Jak uważasz. Tylko nie mów, że już u mnie byłaś.
 - No dobrze... Napiszę do ciebie jeszcze wieczorem, ok? A tymczasem... chyba sprawdzę co u reszty.
   Uśmiechnęła się smutno i jeszcze raz mnie przytuliła.



   Postanowiłam najpierw zobaczyć, jak się ma Rod. Stanęłam na progu jego drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem. Miałam nadzieję, że jest w domu. Czekałam całkiem długo, ale gdy w końcu otworzyły się drzwi, zobaczyłam przed sobą rozczochranego bruneta z nieobecnym wzrokiem.
 - Cześć. - przywitałam się niepewnie.
   Na dźwięk mojego głosu zaczął jakby przytomnieć i dopiero wtedy mnie dostrzegł.
 - Ciris. - powiedział całkiem pogodnie. - Już jesteś. Wejdź.
   Zaprowadził mnie po schodach do swojego pokoju na piętrze. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale nie przywiązywałam większej uwagi do wystroju wnętrza. Skupiłam się bardziej na postaci Roda. Byłam ciekawa, co się u niego zmieniło od czasu naszej telefonicznej rozmowy.
 - Usiądź, proszę. - wskazał mi łóżko, a sam usiadł na krześle w pobliżu biurka.
 - Jak tam samopoczucie?
 - Wiele się nie poprawiło, jeśli mam być szczery. - westchnął. - Ale i tak bardzo mi pomogłaś, dziękuję.
 - Nie ma za co. - uśmiechnęłam się. - Spotkałeś się z kimś od... tamtego czasu?
 - Nie... - przyznał. - Jakoś nie mogłem się zebrać, żeby zrobić to... to, co mi zaproponowałaś.
 - Może jeszcze za wcześnie. Nie martw się tym.
 - Obawiam, że jednak jest czym się martwić.
 - Chcesz powiedzieć coś więcej? Trochę się nie orientuję co tu się działo....
 - To nie tak. - potrząsnął głową. - Nie chodzi o to, co się działo, kiedy ciebie nie było - o tym nie ma co dyskutować, było - minęło. Po prostu mam problem z.... ze znalezieniem się jakoś w nowych warunkach... Ale może za dużo myślę o sobie.
 - O sobie też trzeba co jakiś czas pomyśleć. Nie ma w tym nic złego... Ale wydaje mi się, że nie da się ułożyć sobie stosunków od nowa nie widząc się z nikim...
 - Racja. Głupota. - żachnął się.
 - Będzie ciężko... ale poradzisz sobie. Nie ma co się załamywać.
 - Tia...
 - Zawsze możesz na mnie liczyć. No i z tego co pisaliście w liście, masz chyba jeszcze wsparcie w kuzynce, prawda?
 - Chyba tak. - przyznał, ale nie wyglądał na to, żeby podniosło go to na duchu.



 - Ciris!? - wykrzyknęła Kalipso na mój widok.
 - Nie, Coco Chanel. Ale byłaś blisko. - zażartowałam.
 - Och, przepraszam. - zaśmiała się ruda. - Zapraszam do środka. Zaraz będą ciastka.
   Zamknęłam za sobą drzwi. Rzeczywiście w pomieszczeniu unosił się zapach wanilii i kakaa. Ucieszyło mnie, że Kalipso mimo wszystko zachowuje się normalnie. Może ona wyjaśni mi, co się właściwie stało. Zarówno Anti jak i Rod byli kompletnie zdołowani, więc nie byłam w stanie wydusić od nich zbyt wielu wyjaśnień.
 - Kiedy wróciłaś? - spytała, gdy obydwie znalazłyśmy się w kuchni, a ona podała mi szklankę mleka.
 - Dziś rano, tak szczerze mówiąc.
 - To musiałaś mocno tęsknić, skoro od razu do mnie wpadłaś. - zaśmiała się.
 - Chciałam koniecznie z kimś pogadać. Dowiedzieć, jak się u was sprawy mają.
   Na chwilę zapadła cisz, kiedy Kalipso schyliła się, żeby wyciągnąć ciasteczka z piekarnika. Podejrzewałam, że właśnie obmyśla plan, co powinna mi powiedzieć.
 - Już nie gramy w butelkę. - rzuciła niby od niechcenia.
 - Czemu?
 - Jakoś się między nami popsuło... chyba zmęczenie wspólnym towarzystwem. Trzeba od siebie odpocząć.
 - Co u Roda?
 - Wszystko ok... Ostatnio się z nim widziałam.
   Kłamała w żywe oczy, ale gdybym nie wiedziała tego od jej byłego chłopaka i Ani, w życiu bym się nie zorientowała.
 - No! To opowiadaj, jak tam wyjazd? Poznałaś kogoś? - rzuciła mi chytry uśmieszek kładąc blachę z ciastkami na stole.
 - Prawdę mówiąc, tak. - przyznałam, choć nie spodobało mi się, w jakim kierunku potoczyła się rozmowa więc dodałam:
 - Pytasz, żeby upewnić się, że nie obrażę się za Hauru?
   Uśmiech zniknął z jej twarzy.
 - Kto ci powiedział, co się tu stało? - warknęła.
 - To chyba nieistotne. Bardziej powinno nas interesować, jak się pogodzić...
 - Nie wiesz, co tu się działo, okej?! - podniosła głos, a ja czułam, że zaraz zrobi mi awanturę. - Myślisz, że nie próbowałam tego wszystkiego naprawić już wcześniej?!
 - Jestem pewna, że się starałaś. - powiedziałam zachowując spokój. - Ale wiem, jak sprawy potrafią się szybko potoczyć... zwłaszcza z Hauru...
 - Więc wiesz, że dla niego to jest tylko zabawa! - wybuchła.
   Zobaczyłam łzy w jej oczach. Cała się trzęsła. Nie spodziewałam się, że i ona tak mocno przeżyła ostatnie zdarzenia. W końcu... to była Kalipso. Ta silna, niezależna dziewczyna, której charyzmie ulegało całe otoczenie!
 - Może tym razem bierze to na poważnie... - powiedziałam pocieszająco.
 - Niby czym miałabym się różnić od całej reszty dziewczyn, z którymi chodził?! Jeśli z nim będę, to się mną zabawi, znudzi i rzuci dla kolejnej. Ale jeśli go odrzucę, to dalej będzie mnie prześladował... Nie zniosę ani jednego, ani drugiego!
 - Powiedziałaś mu, czego się boisz?
 - Jasne, że nie. Wtedy musiałabym przyznać, że mi się podoba.
 - Więc on tego nie wie?
 - Wie! - Ruda załamała ręce. - Ale miałam nadzieję, że jeśli będę z Rodem, to on straci mną zainteresowanie.
 - Powinnaś z nim porozmawiać...
 - Nic nie rozumiesz Ciris... jak by to wyglądało? Dopiero co rzucił mnie Rod, a jedyną osobą do której się zwracam ma być Hauru?!
 - To może spotkamy się wszyscy razem? - zaproponowałam.
 - Nie ma mowy. Nie będę w stanie spojrzeć im w oczy...
 - Kalipso! Co się z tobą stało?! - spojrzałam na nią surowo. - Zachowujesz się jakbyś kompletnie postradała zmysły. Takie wahanie się i zrezygnowanie... to nie jesteś ty! Proszę, przestań... Co by nie mówić, zawsze byłaś duchem tej grupy. Jeśli ty się poddałaś... to nie dziwię się, że reszta też nie ma na nic siły. Nie pamiętasz? To ty zawsze nas motywowałaś do działania, ty wymyślałaś nam niesamowite zajęcia, ty prowadziłaś nas w miejsca, do których w życiu sami byśmy nie zajrzeli! Bez ciebie... bez dawnej ciebie, to wszystko nie ma sensu.



 - Co się stało z twoimi włosami? - zdziwiłam się widząc w otwartych drzwiach czarną czuprynę Hauru.
 - Przefarbowali mnie przy butelce. - odpowiedział. - Super, że wróciłaś! Chodźmy na spacer!
   Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, chwycił mnie pod rękę i ruszyliśmy ku obrzeżom miasta.
 - Świetnie wyglądasz! Chyba się opaliłaś, co?
 - Tak, z Talią wchodziłyśmy na dach internatu i leżałyśmy na nim godzinami.
 - Nocami też? - mrugnął do mnie okiem.
 - A żebyś wiedział! - zaśmiałam się.
 - Malowałaś Drogę Mleczną czy...
 - Czemu ty wszędzie musisz się doszukiwać romansów?! - udałam oburzoną.
 - Taki już jestem. Przecież wiesz.
 - Właściwie nie do końca... - spoważniałam. - Chwilami zastanawiam się, czego ty chcesz? Do czego dążysz? I... dlaczego to zrobiliśmy?
   Spojrzałam na niego uważnie. Odkąd zerwaliśmy, staraliśmy się nie poruszać tego tematu. Godzinami zastanawiałam się, czemu Hauru wybrał właśnie mnie, skoro od początku wiedział, że i tak nic z tego nie będzie. Dał mi nadzieję... a potem się odsunął. Skoro podczas mojej nieobecności wszystkie tajemnice wyszły na jaw, to czemu nie miałabym znaleźć odpowiedzi również na swoje pytania?
 - No co ty, Ciris... - chłopak rzucił mi krótkie spojrzenie, ale gdy napotkał mój wzrok, z powrotem odwróci głowę w kierunku drogi.
 - Nie bierz tego jakoś do siebie, bo naprawdę bardzo cię lubię, ale... chciałabym wiedzieć.
 - Tak wyszło... nie powiesz, że było nam źle. - odparł jakby zamyślony.
 - Było wspaniale... tylko co z tego? Nawet nie mam pewności, że choć przez chwilę coś do mnie czułeś.
 - Tylko nie mów, że zadręczałaś się takimi myślami we Francji...
 - Nie. - uśmiechnęłam się. - Już mi przeszło.


 
   Po drodze do Benvolia naszła nie ochota na lody. Dzień był upalny, a ja od rana biegałam między domami przyjaciół. Przekraczając próg sklepu przypomniałam sobie, jak w tym samym miejscu niecały miesiąc temu "popełniłam zbrodnię" i zostałam postawiona przed sąd Kalipso. Wydawało się, jakby to było wieki temu... w innym czasie, kiedy wszyscy dokoła byli szczęśliwi, a to ja cierpiałam... 
   Zamówiłam dwie gałki lodów, zapłaciłam i wyszłam przed sklep. Dokładnie w tym momencie usłyszałam krzyk zaskoczenia:
 - Ciris?!
   Odwróciłam się akurat by zobaczyć, jak Benvoilio traci panowanie nad kierownicą roweru i z głośnym piskiem opon wpada w pobliskie krzaki.
   Podbiegłam do niego jednocześnie zaniepokojona ale i szczęśliwa, że znów go widzę.
 - Nic ci się nie stało? - spytałam pomagając mu wstać.
 - Nie, mam już wprawę. - odparł szczerząc zęby i nawet nie podnosząc roweru przytulił mnie po przyjacielsku.
 - Jak to jest, że zawsze przyłapujecie mnie na kupowaniu tu lodów? - zażartowałam.
 - Taki fart. - wzruszył ramionami, nie siląc się na wyszukaną odpowiedź. - Jak tam Francja?
 - Olśniewająca... Kiedyś musimy tam pojechać całą paczką.
 - Oby wyszło. - westchnął wyraźnie wybity z dobrego nastroju. Kolejny.
 - Hej, co to za mina? Ostatnio taką u ciebie widziałam.... w sumie nie pamiętam kiedy.
 - Kiedyś musiała taka być.
 - Być może. Co nie zmienia faktu, że mi się nie podoba.
   Zamiast mi odpowiedzieć zaczął gapić się na drzewa w dali, jeszcze bardziej marszcząc brwi.
 - Benvolio... nie poznaję cię... - powiedziałam po chwili ciszy.
 - Tyle się zmieniło...
 - Słyszałam już strzępki informacji, co się zdarzyło, ale nikt nie był w stanie opowiedzieć mi wszystkiego po kolei...
 - Chyba też nie będę w stanie. Kiedy to się zaczęło...?
 - Co cię zaczęło? Problemy? Przecież każdy je ma. Nie wiem, czemu robicie z tego taką tragedię... widzę, że jesteście załamani, ale nie rozumiem czemu
 - No, chyba nie spodziewasz się, że ja ogarniam ten cały burdel. Praktycznie wszyscy są źli na wszystkich albo mają o coś żal albo nie wiem, co jeszcze. Po prostu nie ma już tego zaufania.
 - Dlatego jesteś w takim podłym nastroju?
 - No raczej!
 - Prędzej czy później się pogodzą. Nie ma co się martwić. Zawsze było u nas nerwowo.
 - Widziałaś się już z resztą? - zapytał nagle.
 - Tak.
 - No, to do ciebie już dawno powinno dotrzeć, że to nie takie proste.
 - Wszyscy mi to wmawiacie, a ja nie wierzę! Nie wierzę, że tyle wspólnych chwil ma odejść w zapomnienie przez jedną kłótnie, przy której nawet mnie nie było!
 - Niektórzy najwidoczniej inaczej wyobrażają sobie przyjaźń. - mruknął z goryczą w głosie.
 - Pomyślałeś, co będzie, jak wrócimy do szkoły? Ostatni rok, a my mamy go spędzić obrażeni na siebie z byle jakiego powodu?
 - Obwiniasz mnie. - spojrzał na mnie, jakbym wyrządziła mu wielką niesprawiedliwość.
 - Nie zrozum mnie źle, ale wyjechałam na kurs rysunku całą drogę żałując, że was opuszczam. Codziennie wam zazdrościłam tego, że możecie spędzać ze sobą czas. I nagle dzwoni do mnie Rod mówiąc, że wszystko się popsuło. Przyjeżdżam do domu, a wy nie jesteście w stanie przedstawić żadnych sensownych argumentów, dla których w ogóle się do siebie nie odzywacie. Jak mam was nie obwiniać?
 - Może i jest tak, że tylko ja tak to widzę, ale to już jest tak poplątane, że wszyscy są tak samo winni i nie ma sensu rozstrzygać, kto bardziej, a kto mniej. Popatrz: Kalipso zdradziła Roda, ale potem odrzuciła Hauru. Rod traktował ją po tym jak powietrze, a o Hauru sam nie wiem, co myśli. Rafaela broni Roda jak lwica, nie patrząc na fakty. W końcu Anti próbowała jakoś działać (i chwała jej za to), ale najwidoczniej niezbyt umiejętnie. A ja... no nie wiem, wszystko źle...
 - Skoro wszyscy są winni, to może trzeba sobie po prostu wybaczyć i zacząć wszystko od nowa?
 - Weź ich przekonaj...
 - Żebyś wiedział, że spróbuję! Widzimy się jutro i nie ma żadnych wymówek. A skoro jest w to wplątana też ta Rafaela, to możesz jej powiedzieć, żeby przyszła. Chętnie ją poznam i załatwimy wszystko za jednym razem!
 - Trzymam kciuki. - spróbował zasymulować uśmiech.
 - Już się tak nie martw! Wszystko się ułoży... o właśnie! I przyniosę ci książkę. Dziś z pośpiechu zapomniałam.
 - Jaką książkę? - zapytał szczerze zdumiony.
 - No tą, którą wypożyczyłeś z biblioteki z Romeem. Przecież zostawiłam ci karteczkę, że oddam ci ją po powrocie z Francji.
 - Cholera! - złapał się za głowę. - A więc to ty?! Nie znalazłem tej karteczki, a tak w ogóle to już o tej książce zapomniałem i pewnie mam karę do zapłacenia i... A zresztą!
 - Przepraszam... - zrobiło mi się głupio, że Benvolio ma przeze mnie kolejne problemy na głowie. - Rzeczywiście mogłam ci powiedzieć zamiast...
   Machnął ręką, ale widać było, że humor trochę mu się poprawił.
 - Czyli jutro w parku? O zwykłej godzinie?
 - Tak. Już najwyższy czas, żeby ktoś doprowadził was do porządku...