piątek, 4 kwietnia 2014

40. The call

 Rod


   Nie było sensu myśleć, czy tak miało być, czy też musiałem ulec namowom Rafaeli i przyjść na to spotkanie. To była moja decyzja i nie powinna być inna, stan takiego zawieszenia nie mógł trwać w nieskończoność. Na nic nie miałem wpływu. A może jednak?
   Przez te kilka dni w prawie całkowitej samotności jednak coś się stało. Moje nastawienie zmieniało się z godziny na godzinę, ale to jednak do czegoś doprowadziło. Coś się zmieniło, coś, czego nie byłem w stanie zdefiniować, a miało realny wpływ na moje życie, tak od wewnątrz. Po długim biciu się z myślami, a potem wyrzuceniu z siebie wszystkiego na tamtej polanie chodziłem teraz po ulicy i zastanawiałem się, co z sobą zrobić, wiedząc, że coś powinienem. A nawet wiedząc, co.
   To miał być szalony krok. Ale konieczny. Nie wiem, dlaczego, ale coś nakłaniało mnie, żebym to zrobił, mówiąc, że inaczej nie pójdę dalej. I w końcu przyszedł ten decydujący impuls. "Na co, do cholery, jeszcze czekam?" - pomyślałem. Pobiegłem w kierunku domu, wpadłem do swojego pokoju i chwyciłem za telefon.
   Usłyszałem pierwsze sygnały i wziąłem głęboki wdech. Nagle z komórki doszedł mnie znajomy głos:
 - Halo?
   Na moment straciłem pewność, że chcę to zrobić. Ale odpowiedzieć musiałem tak czy siak, teraz nie było już drogi odwrotnej.
 - Cześć, Ciris. Masz chwilkę? - odpowiedziałem w końcu niepewnym głosem.
 - Rod? Czy ty wiesz, ile będzie cię kosztować połączenie do Francji?!
 - Francji? - zapytałem, zbity z tropu. Chwila straciła dla mnie poprzednio zbudowaną powagę. - A nie miałaś jakoś ostatnio wracać?
 - Nie... przecież kurs kończy się dopiero za niecałe dwa tygodnie. Antiochis wam nie powiedziała?
 - Mówiła nam, że jakoś... zaraz.
 - Pewnie jej się coś pomyliło... albo straciła rachubę czasu. Nic dziwnego, skoro macie butelkę!
   Już zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Ale chyba nie po to dzwoniłem, żeby ją jeszcze wkręcać, że u nas wszystko w porządku.
 - Nie całkiem. Trochę się sprawy pokomplikowały.
 - Co masz na myśli...? - spytała podejrzliwie natychmiast tracąc optymistyczny ton.
 - W pewnym sensie właśnie dlatego dzwonię.
 - Poczekaj chwilkę.
   Doszedł mnie szum po drugiej stronie słuchawki. Jakieś niewyraźne głosy i chyba dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
 - Opowiadaj, co się dzieje. - odezwała się ponownie Ciris.
 - Od jakiegoś czasu nie gramy już w butelkę. Po prostu... Wyszło na wierzch kilka faktów... przez które już ciężko to kontynuować. - próbowałem kluczyć. - Kilka razy się pokłóciliśmy. Tak poważnie. Przed chwilą to już był szczyt. No i nie wiem, co teraz.
   Przez chwilę na linii zapanowała cisza. Potem dziewczyna zapytała:
 - O co poszło?
 - Wydaje mi się, że o ogół. Niewiele zmieniło się od kiedy wyjechałaś, ale po prostu wszystko się... ujawniło.
 - Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem, ale czy masz na myśli... przepraszam, jeśli to nie prawda, ale skoro to ty dzwonisz... to może... znaczy... chodzi o... Kalipso i Hauru?
 - Tak. - wypaliłem, starając się nie okazać, jak to boli. - Chociażby o nich.
 - Tak mi przykro... bałam się, że to może się stać... Jak się czujesz? Mam nadzieję, że się trzymasz. Naprawdę...
 - Trudno, żeby było wszystko w porządku.
 - Wiem... Oj wiem... Nie załamuj się. To uczucie kiedyś mija... Choć pewnie nigdy nie będzie jak wcześniej... Bardzo ci współczuję.
 - To nie tak, że byłem zszokowany, gdy tak się okazało. Od dawna widziałem, że... Zresztą... Tylko co teraz?
 - Może... Mówisz, że już nie gracie w butelkę? To może na jakiś czas zrób sobie od nich przerwę i spotykaj się z innymi znajomymi...
 - Ciris, zrobiłem sobie przerwę. Za długą. Odcinanie się nie rozwiązuje problemu, to już wiem.
 - Więc musisz spróbować jakoś odnaleźć się od nowa między nimi... Nawiązać lepszy kontakt z Anti i Benvoliem... To będzie mniej bolało.
 - Nie mam pojęcia, jak to zrobić...
 - Oni też są wplątani w te kłótnie?
 - Wszyscy są. - westchnąłem.
 - Zostawić was na chwilę...
 - No widzisz... - próbowałem spojrzeć na to bardziej na luzie.
 - Nie wiem, o co się tak posprzeczaliście... co tam się w ogóle dzieje... Jak ja mam ci pomóc? Chciałabym, ale nie umiem.
 - Powiedz mi tylko, czy to jeszcze ma sens. Czy zwrócić się jeszcze do kogoś, czy przestać w ogóle myśleć, że jeszcze tu należę. Nie pasuję tu, to pewne, ale czy przeszkadzam reszcie tak bardzo, że lepiej się usunąć?
 - Jak w ogóle możesz zadawać takie pytania! Oczywiście, że należysz do tej grupy!
   Poczułem, że to jest odpowiedź na właściwe pytanie. Sytuacja nagle stała się wystarczająco klarowna, żebym wiedział, czym dalej się kierować. Tego potrzebowałem, choć nie chodziło mi koniecznie o tę z dwóch opcji.
 - Dziękuję.
 - Posłuchaj... Wracam 5 sierpnia. Jeśli coś będzie nie tak, to możesz na mnie liczyć. Nie przyjmuj do siebie tego, co ludzie mówią w złości... Może po prostu zbyt wiele czasu spędziliście ze sobą... Wtedy nastroje zawsze robią się nerwowe, ok?
 - Może... - starałem się pokazać nutkę entuzjazmu, choć akurat to do mnie nie przemawiało. - W każdym razie już bardzo mi pomogłaś.
 - Cieszę się... Co teraz zamierzasz?
 - Chyba... Pójdę jutro do Anti. Albo lepiej umówię się z nią na mieście.
 - W takim razie życzę wam miłego dnia. Pozdrów ją ode mnie... i powiedz, że ją zabiję za to, że o niczym mi nawet nie wspomniała.
 - Myślę, że będzie ci miała dużo więcej do opowiedzenia. - ostrzegłem ją.
 - Coś poważnego?
 - Nie wiem. Najlepiej, żeby sama wytłumaczyła, bo pewnie nie będę umiał. Ale to tak na przyszłość. Jeszcze raz dziękuję.
 - Nie ma za co. Trzymaj się i nie przeraź rachunkiem za telefon....
 - Jasne. Cześć!
 - Do zobaczenia!
   Rozłączyłem się, mimowolnie udając uśmiech. A może nie udając? Sam nie wiem, czy to, czego się dowiedziałem, mogło być powodem do radości. Na pewno mi ulżyło, ale przecież nie mogło być od teraz łatwo.
   Pocieszające było to, że wbrew pozorom nie byłem sam. Że moje rozstanie z Kalipso, skądinąd bolesne, nie oznaczało końca wszystkich moich znajomości - a do tej pory wydawało mi się, że w całym tym towarzystwie trzyma mnie tylko ona. Z drugiej strony jednak nie przyjaźniłem się z nikim bliżej. Ciris znałem słabo, ale jakaś nić porozumienia była, to pewne. Do Benvolia miałem uraz, z Anti przez to też nie za dobrze się dogadywałem. O pozostałej dwójce szkoda wspominać. A więc... trzeba było jakby zacząć od nowa. Bez obaw, że nie chcę mojego towarzystwa, inaczej nie da rady. 
   Poczułem się, jakbym miał wchodzić w nową grupę i poznawać wszystkich od początku. To zawsze było trudne, a teraz miało być nawet trochę niezręcznie... Nie ma wyjścia. Nie ma wyjścia.

2 komentarze:

  1. No, dobrze, że z powrotem zaczęłyście pisać! :)
    Żebyście tylko od razu nie przestały...

    Uśmiechy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! My również mamy nadzieję, że uda nam się pisać regularnie - a łatwo oczywiście nie jest :) /G

      Usuń