sobota, 23 listopada 2013

23. To nie mogą być uczucia... to jakaś pieprzona sinusoida -.-



Hauru

   Weekend przeleżałem w łóżku (Taaaak... Mimo, że są wakacje, orientuję się, jaki jest dzień tygodnia! To dopiero rzadka umiejętność...). Nic nie było w stanie wyciągnąć mnie z pokoju włączając w to Ami i Gri. Rodziców chyba to cieszyło, bo przynajmniej mieli pewność, że nie wpakuję się znowu w kłopoty. Kochani... Przyjechali po mnie do aresztu o 23.00 tłumacząc się, że w telewizji leciał ich ukochany film i nie mogli go przegapić, a mi dobrze zrobi jak choć chwilę posiedzę w jednym miejscu. A więc proszę bardzo: niczym ortodoksyjny Żyd w szabas - nie zrobiłem ani kroku poza dom!
   Jednak dochodziła już 17:30, a o 18:00 zaczynały się moje zajęcia teatralne. Zarzuciłem na siebie jakieś luźne ciuchy i wyszedłem na dwór. Słońce dawało po oczach (wspominałem, że żaluzje w moich oknach były przez te dwa dni zasłonięte?) więc wróciłem się po ciemne okulary.
   Działając jak maszyna przedostałem się przez miasto. Byłem w szoku, kiedy z otępienia wyrwał mnie śmiech przyjaciół rozgrzewających się na sali. W ogóle nie wiedziałem, kiedy i jak się tam dostałem...
 - Hauru, co ty? Na kacu ćwiczyć będziesz?
   Uśmiechnąłem się pod nosem i zdjąłem okulary.
 - Przeszkadza ci to?
 - Nie no spoko... Szkoda, żeś nie powiedział, że impreza jest. Też bym wpadł.
   Przywitałem się z resztą ekipy. Nie było nas za wiele - ot siedemnaście osób.
   Grupę założyliśmy cztery miesiące temu, kiedy ogłoszono międzynarodowy konkurs
na przedstawienie z przewijającym się przez akcję motywem pamiętnika. Zadanie wydało mi się bardzo inspirujące. Razem z paroma kumplami z ogniska teatralnego zapaliliśmy się do tego pomysłu. Wywiesiliśmy ogłoszenia w poszukiwaniu ludzi, którzy zechcieli by do nas dołączyć. Przeprowadziliśmy nasz amatorski kasting (polegający na wybieraniu najbardziej schizowych ludzi i ładnych dziewczyn) i zaczęliśmy pracę.
   Jako, że parę z nas miało już doświadczenia z teatrem, prowadziliśmy na początku zajęcia integrujące grupę i sprawdzające potencjał. Dopiero kiedy trochę się poznaliśmy, zaczęliśmy tę "właściwą" pracę, więc poza zbieżnością interesów, łączyło nas koleżeństwo.
   Zajęcia zawsze mnie odstresowywały i wprawiały w dobry nastrój, więc już po chwili zapomniałem o swoich troskach (to się nazywa również "magią teatru").
 - Dobra ludzie! Koniec pogaduszek! - zawołał Dorian (był najstarszy i wydawało mu się, że ma władzę) - Kto dziś czyta?
   Dało się słyszeć pomruki niezadowolenia, wymówki i marudzenie. Na samym początku projektu postanowiliśmy, że każdy założy własny pamiętnik i co zajęcia będziemy czytać fragment, żeby wczuć się w klimat przedstawienia. Ale jak to bywa z takimi rzeczami - nikomu nie chciało się wywnętrzniać na oczach tylu ludzi.
 - Ja mam krótkie, to mogę przeczytać! - oznajmiła niespodziewanie Aneta. - Ekhem!
"Na górze róże na dole bez,
 Mam dosyć życia w tym padole łez.
 Walić sprzątanie i obiadu robienie,
 Pójdę na farmę hodować jelenie!"
 - Zawsze podziwiałem twój talent poetycki... - jęknął Dorian w salwie śmiechu, jaka nami wstrząsnęła.
   Popatrzył na mnie błagalnie:
 - Hauru, ratuj! Przecież tak do niczego nie dojdziemy...
 - Stary, lepiej nie... - odpowiedziałem.
 - No dawaj! Gorzej od mojego być nie może. - przekonywała Aneta.
 - Czyżbyś się wstydził? - spytała Diana z chytrym uśmieszkiem. - Pytam, bo pierwszy raz widzę u ciebie taką minę!
 - Ludzie, odczepcie się! - powiedziałem starając się zachować resztki godności.
 - Ja wiem o co chodzi! Gardło cię boli i czytać nie możesz. Daj, pomogę! - zawołał Filip i wyrwał mi zeszyt z ręki.
   Moje głośne protesty nic nie zdziałały. Chłopaki przytrzymali mnie z dala od złodzieja, by ten mógł w spokoju przewertować dziennik i na głos przeczytać:
"11 lipca
Nie wiem co mam myśleć. Nie wiem czego chcę. Kurwa, nic nie wiem!
Ona mnie wykończy... czuję to. Przecież wiedziałem o tym od samego początku... Nie powinienem się teraz dziwić. Taka karma... Ale co nią motywuje? Co ona czuje? Czy to jakaś sadystyczna gierka w która sobie ze mną pogrywa?
Czemu mnie pocałowała? Niech ktoś mi to wyjaśni! Skoro tak kocha tego swojego chłopaka, to czemu to wtedy zrobiła?!
Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal... gdyby tego nie zrobiła... może byłoby mi łatwiej odpuścić... ale teraz nie mogę! Doprowadza mnie do szaleństwa!
Sam nie wiem, co boli mocniej... Wspomnienie jej pocałunku, czy prawego sierpowego, który swoją drogą był całkiem mocny jak na dziewczynę. Śmiem twierdzić, że jej chłopak zrobiłby mi mniej szkód, gdyby doszło do bójki.
Nie wiem co robić... chyba pójdę spać...

12 lipca
Nienawidzę jej! Jak ja jej nienawidzę! Co za egoistyczna, egocentryczna, powalona... no! Nie wiem co, bo na Ziemi trudno o gorszą istotę!
Zrobiła to specjalnie! To jest jej zemsta! Nie wiem do końca za co... ale na pewno tak jest! Może za Ciris? Albo nie wiem...
Nie zasłużyłem na to! Zapłaci za to, co mi zrobiła!

13 lipca
Kocham ją... Nie mogę przestać... to wszystko moja wina. Powinienem był ją chronić. Przecież ona jest tak samo rozdarta jak ja...
No i na co mi to było? Żeby raz poczuć, że jej na mnie zależy? Jestem egoistycznym palantem."


   Filip skończył czytać. Wyswobodziłem się z uścisku chłopaków i wyrwałem mu zeszyt z rąk. Po twarzach znajomych widziałem, że są w głębokim szoku i konsternacji. Ja czułem tylko wściekłość i zażenowanie.
 - Wielkie dzięki. - rzuciłem i odwróciłem się do nich plecami, żeby schować dziennik do swojego plecaka.
   Za sobą usłyszałem szepty i szmery.
 - Jeśli musicie komentować - powiedziałem podnosząc głos - to róbcie to otwarcie. Przynajmniej coś z tego wyniesiemy dla przedstawienia.
 - Hauru... - odezwała się Zuzia, dwunastoletnia siostra Doriana uczęszczająca na nasze próby - nie wiedziałam, że tak ładnie piszesz...
   Za to kochałem dzieci. Kontakt z nimi był dużo szczerszy, niż miedzy rówieśnikami czy dorosłymi. Patrzyły na świat z zupełnie innej perspektywy. Podczas, gdy starsi wszędzie widzieli problemy, zastanawiali się jak kogoś nie urazić, co powiedzieć i jak się zachować, one po prostu były sobą.
 - Dziękuję, Zu. - powiedziałem uśmiechając się do niej i biorąc ją na ręce. Tym jednym zdaniem dała mi siłę do stanięcia twarzą w twarz z resztą grupy. - No! Mówcie. Jakie macie przemyślenia? Co można byłoby wykorzystać?
 - Ty tak na serio...? - spytał Seweryn.
 - Ale co? - spytałem.
 - Serio tak czujesz, czy to fikcja literacka?
 - Domyśl się. Czy w pamiętniku tworzy się dzieła sztuki, czy opisuje życie?
 - Uważam, że to będzie zbyt mocne... Do tej pory szliśmy raczej w komedię... - zauważył Tomek
 - To teraz pójdziemy w groteskę - postanowiła Ela. - Mnie się ten tekst podobał.
 - Z ciekawości: co to za dziewczyna? - wypalił Filip, ale zaraz został uciszony przez przynajmniej połowę grupy.
   Kiedy wychodziłem z próby, czułem dużą ulgę. Mój sekret nie pozostawał już dłużej sekretem, a przyjaciele mnie nie wyśmiali. Parę dziewczyn zapewniło mnie, że mogę na nie zawsze liczyć, jeśli chodzi o tłumaczenie kobiecej psychiki na polski, a chłopaki zaproponowali wyjście na piwo.
   Jednak mimo tych zapewnień i dobrych chęci wiedziałem, że nie mogli wiele zrobić. To, jak się dalej potoczy nasza relacja, zależało jedynie ode mnie i od Kalipso.

22. Wątpliwości

 Rod

   Jak co rano obudził mnie dźwięk telefonu, jednak od początku coś mi nie pasowało, coś wyglądało inaczej niż zwykle. Może to światło wpadało do pokoju pod innym kątem, bo okazało się, że jest dużo wcześniej niż myślałem, a dzwoni nie budzik, tylko Kalipso.
 - Hejka, Rod... - usłyszałem jej nadzwyczaj spokojny głos - Spotkanie odwołane... przynajmniej dzisiaj.
 - Coś się stało? - zapytałem zdziwiony.
 - Wczoraj ci policjanci nas dorwali. Spędziliśmy ze 3 godziny na komisariacie...
 - O kurde... - poczułem nagły skok ciśnienia - Byłem przekonany, że i wam udało się uciec...
 - Jak widzisz, trochę nie wyszło. Wieczorem dostałam smsa od Benvolia, że rodzice dali mu szlaban na wychodzenie z domu. Anti nie odbiera telefonu, a Hauru twierdzi, że jest zajęty filmem i nie może dziś się z nami spotkać.
 - Wy wszyscy tam trafiliście?
 - Tak... Po drodze dołączył się kolejny patrol i nie mieliśmy jak uciec. To się nazywa mieć pecha.
 - Cholera... Ale wszystko w porządku, tak? Jak zareagował twój ojciec?
 - Nic nie powiedział... i to jest najgorsze. Po prostu odwiózł mnie do domu i bez słowa wrócił do swojego gabinetu. Już wolałabym, żeby na mnie nawrzeszczał...
 - Aha... - myślałem, czy nie zaproponować spotkania, ale chyba to nie był najlepszy moment.
 - W każdym razie dalsza gra nie ma chyba sensu... do odwołania.
 - Przynajmniej do końca szlabanu Benvolia... Jeszcze do tego wrócimy, nie?
 - Nie wiem... Może... O ile nastroje się polepszą...
 - Może lepiej nie martwić się o to teraz?...
   Westchnęła.
 - Masz rację. Powinnam na razie jakoś odreagować... może wrócę do malowania.
 - Dobry pomysł. - podchwyciłem pomysł, nie chcąc, aby zadręczała się wyrzutami sumienia. - Zadzwonię jeszcze wieczorem, ok?
 - Ok... miłego dnia.
   Rozłączyła się, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami. A były wyjątkowo chaotyczne i nieprzyjemne. Po pierwsze, wczoraj cała sytuacja wymknęła się spod kontroli i skutki tego odczuliśmy wszyscy. Kalipso naprawdę przeholowała i mimo, że ceniłem jej fantazję i nutkę szaleństwa we wszystkim, co robiła, teraz byłem na nią zły. A może niekoniecznie na nią? Albo nie tylko na nią? Przecież to ja byłem jedyną osobą, której udało się uciec. Nie miałem pojęcia, co na to wpłynęło, ale i tak miałem niejasne poczucie winy, że nie była to Kalipso albo Anti. Dlaczego biegłem jak ten idiota zamiast pomóc reszcie? Gdybym miał pewność, że nie mogłem nic zrobić, byłoby mi dużo łatwiej się z tym pogodzić. Ale nie miałem.
   Poza tym była jeszcze jedna rzecz, która w nietypowy sposób mnie niepokoiła - zachowanie Hauru. Od pewnego czasu postępował w sposób zupełnie nieprzewidywalny i miałem wrażenie, że Kalipso wie, dlaczego. Że nawet odpowiada na te sygnały. I że nie ma to nic wspólnego z resztą grupy, ze mną włącznie. Podejrzenia, które zaczęły mnie nachodzić, były tak nieznośne, że musiałem zacisnąć pięści. Jak mogłem do tego dopuścić?! Może okaże się, że to głupia pomyłka, ale jeśli to prawda...
   Na szczęście w tym momencie drzwi do mojego pokoju otworzyły się szeroko i do środka weszła moja matka przerywając moją psychiczną udrękę.
 - A ty jeszcze niegotowy? - zapytała wysokim głosem jak zawsze, kiedy była zaskoczona.
 - Niegotowy na co?
 - Przecież dzisiaj chrzciny Rilli! Zbieraj się szybko, czekamy na dole!
   Poczułem się zbity z tropu.
 - Jak to? Dzisiaj?
   Zanim skończyłem mówić, trzasnęły zamykane za nią drzwi i jedyne, co mogłem zrobić, to ogarnąć się w największym pośpiechu i posłusznie stawić się na dole w gotowości do spotkania z bliższymi lub dalszymi krewnymi. Taka rozrywka na sobotę z pewnością nie była szczytem marzeń, ale przynajmniej mogła odciągnąć moje myśli od ostatnich wydarzeń. Nie miałem więc na co narzekać.
   Chrzest minął bez większych przeszkód. Bachor darł się jak trąba jerychońska, ale dało się jeszcze wytrzymać. Co innego teraz - co prawda on spał, ale starsza część naszej wspaniałej rodzinki kontynuowała jego dzieło - dzieło zniszczenia mojego słuchu i psychiki. Były więc kłótnie o miejsce przy stole, udawane okrzyki radości, zażarte dyskusje polityczne, pytania o to, kiedy zamierzam się żenić, a także regularne plotki. Siedziałem cicho nad swoim obiadem, starając się jeść elegancko zamiast gmerać widelcem w zimnym ratatouille, gdy zupełnie nieoczekiwanie nadeszło wybawienie. Ciotka Rozalia, chcąc podzielić się z dorosłą częścią towarzystwa jakąś wyjątkowo poufną informacją, zaproponowała młodzieży wyjście do ogrodu. Przyjąłem to z wielką ulgą i niemalże w pośpiechu wstałem od stołu, by zażyć świeżego powietrza.
   Na zewnątrz ostre światło słońca pięknie odbijało się od liści rosnących przy płocie drzew owocowych. W powietrzu unosiła się dusząca woń kwiatów, skutecznie maskująca zapachy z jadalni. Temperatura znacząco przewyższała tę z wnętrza domu, jednak w cieniu jabłoni była wprost idealna. Nic dziwnego, że wkrótce wszyscy pod nimi staliśmy, prowadząc mniej lub bardziej wymuszoną, grzeczną rozmowę. Spora część moich sióstr i braci ciotecznych bardzo się pozmieniała. Niemowlęta stały się przedszkolakami, kilkulatki poszły do szkoły, a nastolatkom pourastały brody i piersi. Znaczy to tylko tyle, że dawno nikt się nie żenił, nie umarł ani nie urodził - poza Rillą.
   Przez cały ten czas ani jedno z nas nie próbowało kontaktować się z innymi - byliśmy dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Jak zawsze. Nie wiem, jak to się stało, że starsi tak dobrze się ze sobą dogadywali. Czy kiedyś też tacy będziemy? Zupełnie mimochodem zadałem to pytanie w rozmowie z Rafaelą, jedną z niewielu kuzynek w moim wieku.
   Zaśmiała się tylko i odparła:
 - Gdybym mogła wybierać, to lepiej nie. Widzisz, jaki to jest poziom rozmów? Już wolałabym wrócić do dawnych czasów... Pamiętasz? Jeszcze 10 lat temu biegaliśmy tutaj z "pochodniami" z kijków wyciągniętych z ogniska!
   Uśmiechnąłem się na to wspomnienie.
 - Pewnie, że pamiętam! Gdy ciotka nas zauważyła, krzyknęła na wujka, żeby nam je zabrał. I latał za nami jak głupi...
   Zaśmiała się.
 - Rzeczywiście! Zupełnie wyleciało mi to z głowy... A czy to czasem nie tej samej nocy opowiadał nam historie o duchach? A ciocia robiła sztuczkę z wkładaniem papierka z imieniem do ognia?
 - Chyba tak. Ale nie pamiętam, jakie to na nas zrobiło wrażenie... Widocznie nie największe.
 - Ja zastanawiałam się potem cały czas, jak ona zgadywała te imiona...
 - A jak się dowiedziałaś?
 - Do tej pory nie wiem!
   Roześmiałem się.
 - Jasne, śmiej się! - powiedziała udając obrażoną - Mina ci zrzednie, jak ci przypomnę twoje fałszowanie podczas majówki w Samowinie! Choć w jakiś sposób było to urocze...
   Posłała mi złośliwy uśmieszek.
 - No wiesz co? Wypominać takie młodzieńcze wybryki? Zresztą to pewnie rodzinne. Twoje śpiewy też nie najlepiej wspominam.
 - A to jest już oszczerstwo! Mówiłeś, że ci się podoba!
   Zaczęła mnie pacać torebką, a ja rozbawiony symulowałem obronę.
 - No a co miałem ci powiedzieć? Inaczej byś mnie pobiła, a mnie nie byłoby wolno się odgryźć. Jak teraz.
 - Biedaczek. - odpowiedziała sarkastycznie ale zaraz się uśmiechnęła. - Pobić nie mogłeś, to nawcierałeś mi dmuchawców we włosy.
 - Udana zemsta, nieprawdaż?
 - Byłaby, gdyby nie to, że potem przez dwie godziny siedzieliśmy w pokoju i wszystkie te pyłki wyciągałeś z mojej fryzury. Nie wiem, czy ci się opłaciło...
 - Dlaczego w to wątpisz? Nigdy nie pozwalałaś mi dotknąć twoich włosów, a wtedy mogłem do woli. A były piękne. I wciąż są. - dodałem po chwili. - Znam jeszcze tylko jedną osobę z tak niesamowitymi włosami.
 - Kalipso? Mogłabym się pogodzić z taką konkurencją.
   Gdy Rafaela o niej napomknęła, poczułem się wyjątkowo niekomfortowo. Wolałem nawet w myślach nie łączyć spraw rodzinnych z tymi związanymi ze znajomymi, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń.
 - Ciekawe, jak bardzo te informacje od cioci Rozalii wstrząsnęły resztą rodziny... - nieudolnie zmieniłem temat.
 - Wujek wypalił już chyba z połowę paczki. A moja mama na niego nie nawrzeszczała. Więc pewnie było to coś ciekawego... - podchwyciła temat spuszczając oczy.
 - Niewykluczone. Ale jakoś ciszej teraz się zachowują. Może niedługo zaczną się zbierać?
 - Albo jest to cisza przed burzą... Pójdę sprawdzić.
   Kiedy odchodziła, zdałem sobie sprawę, jak bardzo poprawił mi się humor. Nie spodziewałem się, że tak świetnie nam się będzie rozmawiało. Mimo, że nie widzieliśmy się od dawna, wciąż znajdowaliśmy jakieś wspólne tematy, choćby te wspomnienia z czasów, zanim poznałem swoich obecnych znajomych. Zacząłem nawet rozważać, czy nie przedstawić im Rafaeli, ale zarzuciłem ten pomysł - to nigdy nie kończy się dobrze.
   Chociaż może... W końcu nasze początki też nie wyglądały najlepiej i nie zapowiadały bynajmniej, jak bardzo się ze sobą zżyjemy. Ba, nawet zaczęło się od kłótni - mojej z Benvoliem.
   Chodziłem wtedy do jednej klasy z nim i Antiochis. Któregoś dnia, kiedy pełnił obowiązki dyżurnego, ktoś zauważył, że Emil rysuje po ławce. Nie wiadomo dlaczego Benvolio nie zwrócił mu nawet uwagi. Przekonywałem go, że musi albo przywołać Emila do porządku, albo zgłosić to do nauczyciela, bo inaczej sam będzie miał problemy. On jednak nie chciał mnie słuchać. Na domiar złego poparła go w tym Anti twierdząc, że tamten chłopak i tak ma już mnóstwo uwag w dzienniczku i nauczyciele zawsze go o wszystko podejrzewają. Mówiła, że jeżeli zauważą rysunki, będą wiedzieli, że to on, i nikt więcej nie poniesie konsekwencji, a tak była szansa, że i jemu się upiecze. Cała klasa podchwyciła tę myśl i gdyby nie Kalipso, skończyłbym jako wyrzutek z opinią donosiciela. Nie pamiętam dokładnie, jak to się dalej potoczyło, ale jakie były efekty, dało się łatwo zauważyć. Choć byliśmy zupełnie różni, jakoś się dogadywaliśmy.
   Tylko te ostatnie spięcia... Zaproszenie Rafaeli na jedno z naszych spotkań mogło jeszcze bardziej zaburzyć tę już i tak naruszoną równowagę. Ale równie dobrze mogło ją przywrócić - w pewien nowy sposób. Wystarczy spojrzeć na to, co na początku zrobił dla nas Hauru. Może jednak zaryzykować?

sobota, 16 listopada 2013

21. Nie tak... Nie tak...

 Kalipso
   Kiedy szłam na przystanek, miałam wątpliwości. Wypowiedziałam treść zadania pod wpływem impulsu...nie przemyślałam tego... Może wandalizm to zbyt wiele dla Anti? A co jeśli zrezygnuje z gry? Reszta też mogła się trochę wystraszyć... Jak by nie było, to już jest pogwałcenie prawa... 
   Kiedy doszłam na miejsce, niepewność zniknęła. Moi przyjaciele już tam byli i swobodnie rozmawiali.
 - Piękna Kalipso... - usłyszałam zbliżającego się Hauru - ślicznie ci w tej chustce, ale czy nie uważasz, że to trochę lekkomyślne, ubierać się w jaskrawe kolory, kiedy chcemy demolować to miejsce?
   Ciarki przeszły mi po plecach, ale nie zamierzałam pokazać po sobie, że coś jest nie tak. Czy blondyn wcześniej też się tak do mnie zwracał? Czy też tak prowokował? Nie pamiętałam... To dziwne... ale nie mogłam sobie przypomnieć. Co jeśli jego zachowanie stanie się tak nachalne, że w końcu skłoni Roda do nabrania podejrzeń? Eh... Mniej pytań o przyszłość, więcej uśmiechu w chwili obecnej!
 - To jest moja niesamowita strategia! Jeśli przyjechałaby policja, to ja będę wyglądała na zwykłą nastolatkę, a wy na bandę chuliganów i to was zamkną w areszcie!
 - Nie zmienia to faktu, że będzie ci zimno. - odezwał się zza moich pleców Rod i położył mi na ramionach swoją ciężką, skórzaną kurtkę.
 - Rod! 
 Odwróciłam się do mojego chłopaka i pocałowałam na przywitanie w policzek. W międzyczasie Hauru zdążył gdzieś zniknąć. Podeszliśmy do Benvolia i Antiochis. Kiedy brunetka mnie zobaczyła, od razu spytała:
 - Kalipso, mogłabyś jakoś dokładniej określić, co rozumiesz przez zdemolowanie? Wystarczy, że wybiję jakąś szybkę?
 - Jedna szyba to trochę mało... - zaczęłam kaprysić. - ale jeśli fantazja cię bardziej nie poniesie, to ostatecznie starczy...
 - Okej. - uśmiechnęła się nieznacznie, okazując tym samym, jak bardzo jest zestresowana. Pewnie nigdy wcześniej tak świadomie nie łamała prawa.
 - No to zaczynamy.
   Odsunęliśmy się trochę w cień i rozproszyliśmy, cały czas mając oko na Anti. Kiedy została na przystanku sama, rozejrzała się, wzięła głęboki wdech i podeszła do rozkładu jazdy. Widać było, że nie ma pojęcia jak się do tego zabrać. W końcu podeszła do krzaków obok, wyciągnęła z nich jakiś mocniejszy kij i z całej siły uderzyła w szybę wiaty przystankowej. W świetle latarni dało się zauważyć wyraźne, długie pęknięcie, rozwidlające się w kilku miejscach. 
   Emocjonalnie musiało ją to dużo kosztować, bo zanim jeszcze wybrzmiał spowodowany uderzeniem dźwięk, podskoczyła w miejscu i zaczęła intensywnie rozglądać się na boki. Z trzęsących się rąk wypadł jej kij. 
   I my zaczęliśmy nerwowo wypatrywać jakichś przypadkowych świadków, jednak ulica była pusta i cicha. Po chwili Anti podniosła znowu kij i kolejny raz uderzyła w szybę. Tym razem nie przejęła się tym tak strasznie, a pęknięcie powiększało się coraz bardziej, aż powstała dziura z kruchymi, poprzecinanymi siatką pęknięć brzegami, ciągle odłamującymi się i spadającymi niezbyt głośno na chodnik.
   Gdy nie zostało już za wiele szkła, podeszła do kolejnej szyby i zrobiła z nią dokładnie to samo, za to dużo pewniej i w większym skupieniu, nieczęsto u niej widocznym. Właśnie kończyła się z nią rozprawiać, kiedy na końcu ulicy zamajaczyły mi dwie czarne postaci. Na chwilę przestałam obserwować, co robi Antiochis i skupiłam się na nich. W miarę jak zbliżały się do nas coraz lepiej widziałam na ich ubraniu żółte, odblaskowe elementy.
   Serce mi zamarło. W słabym świetle latarni dostrzegłam, że wszyscy tak bacznie obserwują poczynania Anti, że nie widzą zagrożenia. Miałam ułamek sekundy, na podjęcie decyzji. Jeśli podejdę po cichu i ostrzegę wszystkich, może być za późno. Jeśli krzyknę, zwrócę na siebie uwagę policjantów.
 - Uciekajcie! - wrzasnęłam i rzuciłam się do biegu.
   Słyszałam tupot butów o bruk, za moimi plecami. Reszta zorientowała się, o co chodzi i pobiegła za mną. Nie dobrze! Nie możemy biec grupą! Musimy się rozdzielić!
   Zrobiłam coś, co w takiej sytuacji było kompletnym szaleństwem: zatrzymałam się i obejrzałam w tył. Sporo wyprzedziłam moich przyjaciół, ale już dobiegali. Za nimi zaś, w bardzo bliskiej odległości, połyskiwały żółte odblaski policyjnych mundurów.
 - Na boki! - krzyknęłam do zbliżającej się grupy wskazując dłońmi ciemne uliczki.
 - Kalipso, ty wariacie, biegnij! - odkrzyknął Hauru.
   Goniący go patrol praktycznie deptał mu po piętach wrzeszcząc ciągle "stać! zatrzymaj się!". Z niepokojem zauważyłam, że do pościgu dołączyło dwóch kolejnych policjantów.
Pozostali uciekinierzy już mnie minęli i wbiegli w boczne ulice. Ponowiłam bieg. Mijałam domy z zawrotną prędkością. Czułam mocne łomotanie serca - wina strachu czy wysiłku? Nogi zaczęły mi słabnąć. Gardło paliło. Starałam się uspokoić oddech. Co to mówiła wuefistka? "Jeśli zachowacie powolny rytm wdechów i wydechów, to bez problemu przebiegniecie wyznaczony dystans i powstawiam wam same szóstki".
   Nagle poczułam, że coś hamuje moją rękę i padam na bruk. Ręce zabolały. Zdarłam sobie skórę. Próbowałam wyrwać się z uścisku policjanta, ale nie miałam szans. Po nieudanej próbie odgryzienia mu ręki, po prostu zobojętniałam. Tępo wpatrywałam się w przestrzeń mając nadzieję, że to kolejny głupi koszmar, którego znaczenie zaraz sprawdzę w senniku.


   Od pół godziny siedziałam na podłodze ze spuszczoną głową. Hauru chodził tam i z powrotem przy metalowej kracie odgradzającej nas od korytarza, w którym znajdowały się indywidualne cele. Anti machinalnie bębniła palcami w podłogę odwrócona do nas plecami, a Benvolio leżał na ziemi w dziwnej pozycji układając coś z kłębków kurzu.
   Po przyjechaniu na komisariat, oddzielono nas od siebie. Złożyliśmy zeznania, tłumaczyliśmy się... Udzielono nam nagany. Nałożono grzywnę. Zadzwoniono po rodziców...
   Teraz pozostało nam tylko czekać na ich przyjazd.
 - Komisarz zamówił sobie pizzę. - odezwał się Hauru. 
   Gdy nikt mu nie odpowiedział, dodał:
 - Świetnie pachnie... pewnie pepperoni...
 - Nie musiałeś tego mówić. - westchnął Benvolio.
 - Daruj już sobie te głupie żarty. - dorzuciłam podciągając kolana pod samą szyję i chowając się w skórzanej kurtce Roda.
 - Spokojnie... chciałem tylko odwrócić waszą uwagę od depresyjnych myśli... - żachnął się.
 - No to to nie pomogło. - jęknął drugi z chłopaków.
 - Przynajmniej się starałem. - powiedział blondyn i wrócił do przerwanej wcześniej czynności.
   Po jakichś 5 minutach jęknęłam: 
 - Czy nie mógłbyś przestać tak łazić w tą i z powrotem?!
 - Wedle życzenia. - odpowiedział siadając obok mnie. - Lepiej? Nie wydaje mi się. Fajnie, że znalazłaś sobie kogoś, na kim możesz wyładowywać swoją złość, ale ja się w to wkręcić nie dam.
 - Co ty znowu wygadujesz?! - prychnęłam.
 - Zżerają cię wyrzuty sumienia, co? Nie żebym cię obwiniał, ale właściwie to przez ciebie tu teraz siedzimy.
 - Co proszę?! - wykrzyknęłam. To była jawna niesprawiedliwość! - Ostrzegłam was! Kazałam się rozdzielić! To nie moja wina, że biegacie za wolno!
 - Chyba Hauru chodziło o całość zadania, Kalipso... - cichutku wtrącił się Benvolio, po czym znowu skulił się na podłodze.
 - Wypraszam sobie! - powiedziałam podnosząc się gwałtownie i popatrzyłam na wszystkich z góry. - Zadanie było zwyczajne! Nic wielkiego! Po prostu mieliśmy pecha. To nie moja wina!
   Posłałam im gniewne spojrzenie. Hauru wyprostował się i podszedł do mnie. 
 - Nie obwiniamy cię, przecież mówiłem. Było, minęło. Wszystko okej? 
   Położył mi ręce na ramionach.
 - Nie! Nic nie jest okej. - odtrąciłam go. - Zostaw mnie i nic więcej nie mów!
 - Królowa znów zaczęła się rządzić...
   Tego było już za wiele na moje zszargane nerwy. Rzuciłam się na blondyna z pięściami. Lekcje samoobrony w końcu na coś się przydały. Powaliłam go na ziemię. Chwilę trwało zanim zrozumiał, co się dzieje. Nim zacisnął moje dłonie w stalowym uścisku, zdążyłam podbić mu oko i teraz ciężko dysząc patrzyłam z zadowoleniem, jak jego skóra przybiera fioletowawy odcień.
 - Czy tobie już kompletnie odbiło?!
   Nie odpowiedziałam, tylko wierciłam go wzrokiem. Nie miałam jak wyrwać pięści z jego rąk, a ciałem przygniatałam go do podłogi. Z jego twarzy czytałam wszystkie emocje przez zdziwienie po złość i... chyba nawet smutek...? A potem uśmiechnął się i powiedział:
 - Normalna dziewczyna dałaby z liścia i byłby z nią spokój.
   W tym momencie widać Benvolio dopiero zauważył, że coś się stało.
 - Hej! O co chodzi? - zdziwiony zapytał sennym głosem. - Wy się bijecie czy co?
 - Już skończyliśmy. - powiedziałam. 
   Chciałam wstać, ale blondyn mnie zatrzymał. Przyciągnął do siebie i szepnął tak, żeby pozostała dwójka nie usłyszała: 
 - Co ja mam robić? Jednego dnia całujesz, drugiego chcesz zabić...
 - Puść mnie, albo znów oberwiesz. - odpowiedziałam.
 - Ech... Przestańcie, to głupie. - Benvolio podszedł do nas i zaczął nas podnosić.
   Resztę pobytu na komisariacie, spędziliśmy w ciszy.
   Kiedy wracałam z tatą do domu jego służbowym samochodem, też nie odezwał się do mnie ani słowem. W przedpokoju spojrzawszy na kurtkę Roda spytał, skąd ją mam. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, pokiwał głową, jakby się domyślił i odszedł do swojego gabinetu.