poniedziałek, 26 sierpnia 2013

14. Demony przeszłości

 Antiochis

   Nie warto liczyć, ile to już lat minęło od kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. My, czyli Kalipso, Rod, Hauru, Benvolio, Ciris i ja. Nie zawsze byliśmy zgraną paczką, ale tak się złożyło, że już od jakiegoś czasu spędzaliśmy ze sobą większość czasu. Była to dla mnie norma i nie przyszło by mi do głowy, że mogłoby się to zmienić. A jednak. Już wkrótce Ciris miała wyjechać do Francji uczyć się rysunku i mieliśmy zostać w piątkę. Oczywiście nie na zawsze, ale to nie docierało do mojej świadomości. Było tylko niedowierzanie, bunt i pytanie, co dalej. Bezsensowne - w końcu jej wyjazd nie zmienia chyba aż tak dużo? Poza tym nie powinnam być taką egoistką. Skoro Ciris zależy i cieszy się z przyjęcia na kurs, naturalnym by było cieszenie się razem z nią. Albo i niezupełnie... Nieważne. Może inaczej spojrzę na tę sprawę, kiedy z nią porozmawiam. Ciekawe, czy dzisiaj przyjdzie, czy może już się pakuje... Przyspieszyłam kroku i po chwili wchodziłam już między świerki, gdzie czekał Benvolio z Romeem i Hauru.
 - Cześć, Anti. - rzucili niemalże synchronicznie.
 - Cześć.
   Usiadłam na ziemi i na jakiś czas zapadła cisza przerwana powrotem chłopaków do rozmowy.
 - Nie uwierzę, że jest tak źle jak mówisz, Hauru. - powiedział Benvolio.
 - A czy twój brat kiedykolwiek dolewał Ci zielone farby do włosów do szamponu? Albo zamieniał numery w telefonie tak, że dzwoniąc do swojej dziewczyny, dodzwaniałem się do jej ojca? Bo wiesz, takie rzeczy to dla mojej siostry norma.
 - Eee tam, nie jest tak źle. Zielone włosy to całkiem fajny pomysł, a co do ojca dziewczyny, to tak czy siak musisz się z nim jakoś dogadać, nie? Poza tym ty masz w ogóle teraz dziewczynę?
 - Nie mam... - zamyślił się na chwilę po czym dodał: - Ale to też przez Seserakh!
 - Dleczego?
 - A jak myślisz?! Kiedy zaprosiłem moją ostatnią dziewczynę do domu, Seserakh podrzuciła mi do pokoju koronkową bieliznę i liścik ze śladem ust oraz napisem "było świetnie, kotku". Oczywiście się nie przyznała, a dziewczyna mnie rzuciła.
 - Hahaha! Okej, rozumiem. To mój braciszek jeszcze czegoś TAKIEGO mi nie zrobił.
 - Nie miałem okazji. - wtrącił się Romeo. - Nie żeby nie było mnie na to stać...
 - Oj, cicho bądź. - warknął Benvolio. - Już idzie reszta.
 - Hejka! - zawołała Kalipso radośnie.
   Nastąpił króciutki festiwal powitań po czym odezwał się Benvolio:
 - Zanim przejdziemy do raportu, chciałbym zadać wam jedno proste pytanie... - zaczął rozglądać się po nas, próbując wyczytać coś w naszych twarzach. - Kto zabrał książkę, którą wypożyczyłem przedwczoraj w bibliotece?
   Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Wszyscy rozglądali się, próbując rozpoznać winnego, ale najwidoczniej ten nie miał ochoty się przyznawać.
 - No nic. To będę was wypytywał indywidualnie. - Benvolio wzruszył ramionami. - Tylko pamiętajcie, że termin oddania już za niecałe dwa tygodnie. 
   Nikt tego nie skomentował.
 - Dobra ludzie... - powiedział Hauru - Miejmy to za sobą. Gdybym to był ja, to bym się przyznał, ale że przeczytałem już tą książkę, to nie miałem celu w jej kradzieży. Za to bardzo mnie interesuje, kto był tak zdesperowany!
   Odpowiedziała znowu cisza.
 - Wydawało mi się, że po tych wszystkich zadaniach i latach znajomości, nie mamy przed sobą tajemnic... - Odezwała się Kalipso zaglądając wszystkim w oczy.
   Najwidoczniej jednak nic w nich nie wzbudziło jej podejrzeń, bo zaraz machnęła ręką i powiedziała zrezygnowana:
 - Dobra. Zostawmy to na później... A tymczasem...
   Wyjęła z torebki butelkę, położyła na ziemi i zakręciła.
 - Chwila! - krzyknął Benvolio, zatrzymując ręką butelkę. - A raport z wczorajszego zadania?
 - Nic się nie wydarzyło. - odpowiedziała ruda. - Wisielec jest na samej górze. Jak nie wierzysz to idź i zobacz!
 - Wierzę. - uśmiechnął się. - Kręć.
   Chwyciła butelkę ponownie. I oczywiście pech chciał, że wypadło na mnie - a gorszy dzień na to trudno by było znaleźć. No cóż... Zostało mi podporządkować się zasadom gry.
 - Słucham. - westchnęłam.
 - Mmm... Myślę, że już czas, zrobić coś dobrego dla kraju. - stwierdziła Kalipso przybierając poważny ton. - Prawdziwy patriota wspomaga instytucje państwowe. A taką jest niezawodnie Poczta Polska. Więc twoim zadaniem jest wysłać list. Ale nie byle jaki list. List do swojej pierwszej miłości.
   Początek zadania brzmiał niewinnie jak na Kalipso i zaczął mnie nawet nastrajać optymistycznie. Ostatnie zdanie uruchomiło jednak w mojej pamięci lawinę wspomnień. Z początku próbowałam ją powstrzymać, ale było to bezskuteczne - siedziały we mnie zbyt długo upchane w grubym worku rzuconym w najciemniejszy kąt pamięci, a teraz Kalipso sprawnym ruchem noża rozcięła go na całej długości.
 - Anti? - gdzieś niedaleko odezwał się głos Hauru.
   Dalej już nic nie słyszałam. Przed oczami miałam przewijające się obrazy.
   Mój dawny dom pod innym miastem. Stojąca przy płocie grusza, której gałęzie wysuwały się daleko na podwórko sąsiadów. Konrad zakradający się po jej konarach do naszego ogrodu. Wspólne jedzenie malin prosto z krzaka. Jego pomoc przy zbieraniu suszącego się na sznurku prania. Jego uśmiech, gdy wybiegał na ulicę, by pokazać mi kwitnące po drugiej stronie słoneczniki. Huk rozbijającego się samochodu. Ból skręconej w biegu kostki. Kałuża krwi. Jego martwe oczy. Mój krzyk. I dalej już tylko ciemność.
 - Anti... Co się dzieje?
   Nie byłam w stanie mu odpowiedzieć.
   Po pewnym czasie wydusiłam z siebie:
 - Przepraszam, ja zaraz wrócę...
   Podniosłam się z ziemi i wybiegłam z parku. Tam oparłam się o ogrodzenie i patrząc tępo przed siebie zaczęłam układać sobie umysł od nowa.
 - Przede wszystkim uspokój się. - mamrotałam do siebie. - To teraz najważniejsze...
   Gdyby tu tylko była Ciris! Przy niej zawsze czułam się pewniej i być może szybciej bym wróciła do siebie. W końcu już raz tak było. Ona wiedziała.
   Przed resztą chyba nie byłabym w stanie tak się otworzyć... Nie, na pewno nie. Zresztą nie wiadomo, jak by zareagowali. I w ogóle, jak by to się przeniosło na nasze relacje. Bałam się. Jak zawsze. Ale w końcu coś trzeba zrobić. Wrócić tam. I co dalej? Wytłumaczyć się? Jak? Jakoś obejść to naokoło...
 - Czy coś się stało? - spytał Hauru pojawiając się nagle w wyjściu z parku.
 - Yyy... Nic takiego... Wróćmy do reszty... - szepnęłam i powoli ruszyłam w kierunku świerków.
 - Anti. - zatrzymał mnie. - Czy mam poprosić Kalipso o zmianę zadania?
   Zawahałam się.
 - A mógłbyś?
 - Nie ma sprawy. - uśmiechnął się do mnie i razem wróciliśmy do reszty.
 - Słodka Kalipso! - zawołał od progu Hauru. - To zadanie jest beznadziejne! Nie będziemy płacić poczcie za to, że i tak nie dostarcza naszej korespondencji! Wymyśl coś sensowniejszego.
 - Czy to nie jest obchodzenie zasad? - spytał Romeo.
 - Ależ jest!  - powiedział Rod z naciskiem. - Chociaż widać, że to wyjątkowa sytuacja. Możemy przynajmniej dowiedzieć się, o co chodzi?
 - Skoro to jest łamanie reguł, to ja przyjmuję karę. - stwierdził Hauru. - Wszystko będzie zgodnie z zasadami. Kalipso, proszę, zmień zadanie. A ty, Rod, już możesz myśleć nad tym, jak mnie za to ukarać.
 - Nie no, nie o to mi chodzi! Żaden ze mnie legalista! Po prostu wytłumacz, co się stało.
 - Anti ma prawo do odrobiny prywatności. Mógłbyś to uszanować?
 - A, ok. Już rozumiem. - Rod wycofał się.
 - W takim razie - stwierdziła Kalipso - Pojedź do budynku telewizji lokalnej i powiedz, że chcesz zaprezentować dzisiejsze wiadomości.
 - Okej. - mruknęłam. - Ale... Czy moglibyśmy to zrobić jakoś po południu? Chciałabym się trochę ogarnąć...
 - Jasne. - odpowiedziała ruda. - Spotykamy się o 16:00 pod telewizją.
 - Dzięki. - szepnęłam.
 - Mogę odprowadzić cię do domu? - spytał Hauru.
 - Dzięki, ale nie idę do domu. - odparłam mimowolnie.
 - To do zobaczenia.
 - Cześć.
   Rozeszliśmy się w ciszy.
   Wyszłam z parku na końcu i od razu skierowałam się w stronę domu Ciris.
   Wpadłam do jej mieszkania nawet nie pukając. Wiedziałam w końcu, że jej rodziców nie ma, a ją samą znajdę gdzieś między jej pokojem, łazienką a przedpokojem.
 - Koszulki są, spodnie długie, krótkie, legginsy... oh! Gdzie się podziała ta spódnica!
 - Cześć!... - rzuciłam, hamując gdzieś w jej pokoju.
 - Anti?! - krzyknęła przestraszona wpadając na szafę.
 - Przepraszam! Musiałam przyjść, bo bym już nie wytrzymała... Przepraszam!
 - Co jest grane? - zapytała spokojnie, siadając ze mną na rozłożonym łóżku.
 - Nie było cię dziś w parku... I wypadło na mnie. Kalipso kazała mi napisać list do Konrada!... - Wyparowałam, stwierdziwszy, że nie ma co uważać na słówka.
 - O Boże... jak mogła?! Nie myślałam, że z niej taka nieczuła...
 - Ale oni nic nie wiedzą!... W zadaniu też to jakoś inaczej ujęła...
 - Aha... - Ciris uspokoiła się trochę - Powiedziałaś im potem? Czy uciekłaś i zaraz mi się włamią do mieszkania?
 - Jakoś się wykręciłam. Wciąż im nic nie powiedziałam. Ale coś trzeba będzie!
 - Chcesz, żeby wiedzieli?
 - Nie wiem... To wydaje mi się jedyną opcją, ale może nie...
 - Nie zastanawiaj się jak to rozwiązać. Pomyśl, czego chcesz.
   To nie było dla mnie jasne.
 - Nie dam rady im tego powiedzieć, ale nie chce się izolować. - odpowiedziałam po chwili namysłu.
 - Jeśli tak będzie ci łatwiej, to mogę im to jeszcze wyjaśnić przed wyjazdem. Wiem, że to dla ciebie bolesne...
 - A co kiedy już będą wiedzieli? Przecież to tyle zmienia...
 - Nic się nie zmieni, Anti. Przestań żyć przeszłością. Liczy się to, co jest teraz.
 - I właśnie teraz zmieni się ich sposób patrzenia na mnie. Kim niby jestem? Przecież tyle rzeczy w moim życiu zależy od TEGO.
 - Anti... Oni zrozumieją.
   Westchnęłam.
 - Naprawdę mogłabyś im to wytłumaczyć?
 - Jeśli dokończysz za mnie pakowanie! - powiedziała moja przyjaciółka i mrugnęła do mnie okiem.
 - Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytałam siląc się na uśmiech.
 - Nie martw się. I tak na wyjeździe zamierzam połazić trochę po francuskich sklepach.
 - No dobrze. To spróbuję zrobić tak, żebyś musiała chodzić jak najmniej.
   Ciris uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mnie.
 - Idę. - rzuciła, wychodząc z pokoju. - A ty weź się do pracy.
 - Jasne. - odpowiedziałam cicho, i zabrałam się za staranne składanie rzuconych na podłogę ciuchów. Co ja bym bez niej zrobiła...? Czułam bezgraniczną wdzięczność. Oby dobrze jej szło na tym kursie.

   Było już kwadrans po 16, kiedy nareszcie dotarłam na miejsce. Wszyscy już tam czekali, ale przyjęli moje spóźnienie z taką wyrozumiałością, że aż poczułam się głupio. Bez zbędnego gadania wzięłam się do roboty, a reszta już automatycznie ustawiła się "na stanowiskach" - tak aby nie wzbudzać podejrzeń, a jednocześnie wszystko widzieć. Chciałam wzbudzić w sobie nastrój do wygłupów, ale opornie mi to szło, więc poszłam na żywioł. Co ma być, to będzie!
   Nasza lokalna telewizja nie miała wielkiej siedziby, dlatego nie musiałam się nawet zastanawiać, dokąd pójść. Recepcja była jedna i rzucała się w oczy. Za wielkim biurkiem obudowanym granatowym plastikiem siedziała niska, otyła pani po pięćdziesiątce.
 - Dzień dobry! Chciałabym zaprezentować dzisiejsze wiadomości! - wypaliłam.
 - Słucham? - zapytała zdezorientowana kobieta.
 - Chciałabym zaprezentować dzisiejsze wiadomości. - powtórzyłam, cała się czerwieniąc.
 - Ja chyba wciąż nie rozumiem. Czy mogłaby pani jakoś inaczej to ująć?
 - Dzisiejszy program, wieczorny, z wiadomościami. Chciałabym go poprowadzić.
 - Ależ to absurd! Co też pani mówi!
   Uparcie wpatrywałam się w nią, zastanawiając się, co zrobić, żeby wyglądać bardziej poważnie.
 - I będzie tu pani tak stać i czekać? Przecież to jakiś żart!
   Przez moment zdawała się mnie ignorować, ale widząc, że nie odpuszczam, wstała, mówiąc:
 - Przepraszam panią, muszę się z kimś skonsultować.
   Wyszła zza biurka i minąwszy mnie, zniknęła za najbliższymi drzwiami. Wykorzystałam ten moment, żeby dać sygnał pozostałym i jak gdyby nigdy nic ulotnić się z budynku. Zadanie wykonane.
   Aby uniknąć "pościgu" odbiegliśmy kawałek od budynku, za róg najbliższego bloku.
Dopiero tam odezwała się Kalipso.
 - Wzorowe wykonanie. Ale chyba tak łatwe zadanie jeszcze nie pojawiło się w naszej grze.
 - Mam rozumieć, że następne będzie jakieś hardkorowe? - zapytał roześmiany jak zwykle Benvolio.
 - Zobaczymy jutro. - mruknęłam. Mimo wszystko byłam zmęczona.
 - To co? Zbieramy się. - zasugerował Rod.
 - Chwila, a co z książką? - zaczął znowu Benvolio.
 - Już pytałeś dziś... Daj spokój, co? - powiedziałam okazując swój brak entuzjazmu.
 - Właśnie braciszku. Co z tego, że będą wysyłać na nasz adres powiadomienia, żeby ją oddać... i będą dzwonić... i każą odkupić... - Zaczął wyliczać Romeo.
 - Znajdę ją, ja ci to mówię!
 - A mów sobie co chcesz. To samo mówiłeś jak powiedziałem, że nie znajdziesz dziewczyny. I kto miał rację?!
 - Terminu nie ustaliłeś. Bo i po co? Kiedyś się rozliczymy, ale spokojnie...
   Rod i Kalipso uznali to widać za zakończenie spotkania, bo pożegnali się i odeszli. Hauru zrobił to samo zaraz po nich i ja również poszłam w ich ślady.
 - No ej! Znowu mnie olewacie! - krzyknął za nami Benvolio. Romeo oczywiście nie omieszkał tego skomentować i nasz przyjaciel najwidoczniej kolejny raz odpuścił. Tymczasem ja przechodziłam już przez ulicę, by za chwilę wejść na prostą drogę do domu.

niedziela, 25 sierpnia 2013

13. Wisielec

 Kalipso

   Byłam pewna, że dziś nic się nie wydarzy. A jednak los zdołał mnie zaskoczyć. Butelka, zakręcona przez Benvolia, wskazała na mnie.
 - Hahahahaha!! - usłyszeliśmy po chwili obłąkańczy śmiech Benvolia. - Nie wierzę! Ale będzie zemsta! Niech no tylko coś wymyślę...
 - Mojego zadania i tak nie przebijesz! - droczyłam się.
 - Zobaczymy, daj mi tylko chwilę namysłu!
 - Wow... braciszku... to ty myślisz?! - spytał Romeo znad klawiatury swojego telefonu, z którym się nie rozstawał.
 - W takich warunkach tylko o twojej śmierci... Chwilę...
 - Dwie godziny później... - mruknął Rod.
 - Mmmmam! - zawołał Benvolio, czując presję ze strony reszty. - Tam, przy tej alejce, gdzie zawsze spacerują starsi ludzie, matki z dziećmi i w ogóle - stoi wielki buk, pomnik przyrody chyba. Zawiesisz na nim kukłę-wisielca. Taka ozdoba! - uśmiechnął się, pewnie wyobrażając sobie efekt.
 - Tylko na tyle cię stać? - spytałam.
 - Jak to tylko? - zapytał zdziwiony. - Ty wiesz, jakie to wysokie? Na pewno kiedyś je widziałaś! Trochę się namęczysz wchodząc na samą górę.
 - Nie kojarzę tego drzewa ale co tam. To nie może być trudne.
 - Kalipso... Ono jest na prawdę wysokie... Nie uważacie, że to trochę ryzykowne? - spytała Ciris.
   Siedząca obok niej Anti uśmiechnęła się ze współczuciem.
 - Może weź ze sobą jakiegoś silnego faceta... - zasugerowała. - Wiesz, jakby trzeba było cię łapać...
 - Ja pójdę. - powiedzieli jednocześnie Rod i Hauru.
 - No to względy BHP mamy za sobą. - powiedziała Ciris uśmiechając się półgębkiem.
 - No nie wiem, czy im ufać, ale chyba nie mam innej możliwości... - westchnął Benvolio. - Raport jutro rano?
 - Tak. - odpowiedziałam. - Anti, chcesz iść z nami, żeby robić zdjęcia do kroniki? - Spytałam pełna nadziei, że nie zostanę z chłopakami sama. Od zajścia w remizie czułam się trochę niepewnie w towarzystwie Hauru. W dodatku wiedziałam, że chłopaki mają ze sobą na pieńku.
 - Wybacz, mam dziś mnóstwo roboty w domu, a skoro Hauru też ma aparat, to chyba skorzystam z okazji... - powiedziała z przepraszającym uśmiechem.
 - Jasne... - jęknęłam. - No dobrze... chodźmy znaleźć to drzewo...
   Gdy tylko wyszliśmy w opisaną przez Benvolia alejkę, od razu zobaczyłam wielki buk. Po prostu nie dało się go nie zauważyć. Gdybym nie wiedziała, że Dąb Bartek rośnie w Świętokrzyskim, pomyślałabym, że właśnie przed nim stoję.
 - Aha... - powiedziałam zadzierając głowę do góry. - Fajnie...
 - Spokojnie, damy radę cię złapać, prawda Hauru? - usiłował mnie pocieszać Rod.
 - Jasne. - odpowiedział blondyn. - Z resztą jesteś zwinna. Poradzisz sobie, a my się tu wynudzimy.
 - Dzięki chłopaki... - westchnęłam. - No dobra... Zacznijmy od wisielca.
   Idąc w tą stronę mijaliśmy pole pszenicy, na którym stał stary strach na wróble. Sporo się namocowałam, żeby wyciągnąć go z ziemi, ale przynajmniej sprawę zrobienia kukły, miałam za sobą. Przewiązałam stracha sznurem i przerzuciłam linę przez najbliższy konar.
Jeszcze raz odetchnęłam, po czym zaczęłam wspinaczkę. Gdy znalazłam się na gałęzi z
powrozem, wciągnęłam stracha na górę. Okazało się, że wcale nie jest taki lekki, jakby się wydawało. Zachwiałam się. 
 - Wszystko w porządku? - usłyszałam z dołu niespokojny głos Roda.
 - Człowieku, opanuj się z tym zamartwianiem. - jęknął Hauru, zanim zdążyłam się odezwać. - Lepiej spójrz, jakie Kalipso ma piękne nogi!
 - Lepiej, żeby wyszły z tego żywe, jak cała Kalipso. - mruknął mój chłopak zirytowany.
 - Kalipso chodzi po drzewach chyba od urodzenia, a przez rok wspinała się na skałkach. Ja bym się o nią nie martwił.
 - Daj spokój, kiedy to było?
 - Nieważne... Tego się nie zapomina tak samo jak jazdy na rowerze.
   Postanowiłam nie wtrącać się do ich dyskusji i powoli wchodzić wyżej na drzewo.
 - Do czego to doszło... W piękny, wakacyjny dzień, siedzę tu z tobą, a co gorsza, muszę cię pocieszać! - zażartował Hauru.
 - Nie musisz mnie pocieszać, nie musisz nawet tutaj siedzieć.
 - Czy ty siebie słyszysz? Przed chwilą jeszcze martwiłeś się, że Kalipso spadnie. A jeśli tak, to zastanów się, kiedy będzie miała większe szanse, że ktoś ją złapie? Nie zamierzam się stąd ruszyć.
 - Czyli ty też się o nią boisz! Widzisz?
 - To nie tak... Po prostu... e... Naukowcy Amerykańscy udowodnili, że świadomość asekuracji wpływa pozytywnie na osobę wspinającą się! Najwięcej wypadków zdarza się, kiedy osoba taka dowiaduje się, że zabezpieczenie jest uszkodzone bądź go nie ma! O!
   Rod zaśmiał się i kręcąc głową, odparł:
 - Mam wszelkie podstawy do tego, żeby ci nie wierzyć, wiesz?
 - Wypraszam sobie! Czytałem to ze dwa tygodnie temu w..."The New York Times".
 - Kręcisz, Hauru, ale nieważne.
   W czasie ich rozmowy zdołałam już minąć połowę drogi (a przynajmniej tak mi się wydawało). Chłopaki na dole ucichli. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno jeszcze tam są.
 - Hej... słyszę, że skończyliście flirtować! Co tam robicie? Bo mam nadzieję, że nie to o czym myślę... - starałam się rozładować atmosferę.
 - Dokładnie to! - odkrzyknął Hauru. - Już wiem, czemu z nim jesteś!
   Chichoty zdawały się to potwierdzać...
 - Nie będziemy cię rozpraszać, kiedy męczysz się tam na górze. - zawołał z dołu Rod.
 - To jest zdrada! - udawałam oburzoną. - Jak mogłeś?!
   Już myślałam, że wszystko jest w porządku, kiedy Hauru spytał:
 - Mówisz do mnie, czy do niego?
   Przestałam się uśmiechać. Przypomniało mi się zdarzenie z remizy. Dobrze, że byłam na górze i Rod nie mógł zobaczyć mojej miny. Na prawdę nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Moje serce waliło mocniej, a myśli, które przychodziły do głowy, były po prostu niedorzeczne.
 - Jak ci idzie? - zapytał mój chłopak, kończąc żarty.
 - Jeszcze jakieś dwa metry... Albo z półtora.
 - No to już końcówka.
    Po pół metra stwierdziłam, że nie ma sensu wchodzić wyżej. I tak Benvolio nie ma prawa się do mnie przyczepić. W życiu nie byłam tak wysoko na żadnym drzewie. Ostatnim wysiłkiem wciągnęłam stracha na wróble na górę i obwiązałam mu sznur wokół szyi.
 - Ciekawe, czy pętlę wiąże się tak samo jak krawat... - spytałam samą siebie po czym przywiązałam drugi koniec liny do gałęzi i zawiesiłam "ozdobę" na starym buku.
 - Gotowe! - krzyknęłam do chłopaków. - Zaraz schodzę! Więc skończcie to, co tam robiliście!
 - Zamierzasz teraz spadać? - zapytał Rod niby żartem.
 - Zepsułeś niespodziankę!
 - Ech... Wybacz, nie mam wyczucia.
 - Niedobrze, że to mówisz... Brak wyczucia plus łapanie spadającej Kalipso... To nie zapowiada się zbyt optymistycznie. - zażartował Hauru.
 - Ee tam, złapać to potrafi każdy z odrobiną mięśni i funkcjonującym mózgiem, nawet ty.
 - To było chamskie. Nie wiem po co ja w ogóle staram się być dziś dla ciebie miły. Po pierwsze: gdybyśmy się pobili, to ta moja "odrobina mięśni" posłałaby cię do szpitala. A po drugie: nie powinieneś oceniać książki po okładce.
 - Znamy się nie od dziś, więc myślałem, że podejdziesz do tego żartu bardziej na luzie...
 - Nie znasz mnie, jeśli myślisz, że coś takiego mnie rozbawi.
 - Nie ciebie ma bawić, ale wszystkich innych.
 - Jakoś nie widzę tutaj "wszystkich innych" więc mógłbyś sobie odpuścić.
 - Okej, sorry, może to rzeczywiście nie było na poziomie. - rzucił Rod od niechcenia. Nie lubił przyznawać się do błędów, więc na pewno przyszło mu to z trudem.
   Znów zapadła cisza. Od ziemi dzieliły mnie już tylko cztery metry, kiedy przez nieuwagę (i napiętą sytuację tam na dole) poślizgnęłam się i zawisłam na gałęzi, trzymając się jej obiema rękami.
 - Cholera! - warknęłam nie mogąc trafić nogami na żadną gałąź niżej.
 - Kalipso! - usłyszałam z dołu krzyk. - Nic ci nie jest? Dasz radę wejść na ten konar?
 - Wszystko... pod kontrolą! - odkrzyknęłam. - Muszę tylko... się podciągnąć...
   Pożałowałam, że od pewnego czasu przestałam regularnie ćwiczyć. Prosta kiedyś czynność wydała mi się teraz niemożliwa. Zakręciło mi się w głowie od napływu adrenaliny.
Czułam, jak powoli słabną mi ręce. Psychicznie przygotowywałam się na upadek.
 - Rod, stój tu i łap ją, jeśli nie wytrzyma. - powiedział Hauru, a sam zaczął wspinać się na drzewo.
 - Jasne.
   Przeklinałam samą siebie za swoje rozkojarzenie. To nie tak miało się skończyć... Nie moją wizytą w szpitalu i przesłuchaniu na komisariacie Roda i Hauru. W dodatku pewnie potem się pobiją o to, czyja to była wina. Chłopcy już tak mają.
 - Jeszcze chwilka. - usłyszałam gdzieś niedaleko głos blondyna.
 - Nigdzie się nie wybieram... - jęknęłam.
 - Mało zabawne. - powiedział Hauru chwytając mnie za rękę. - Możesz już puścić.
   Akurat... Gdyby nie to, że wisiałam cztery metry nad ziemią, na pewno bym to zrobiła. Ale w tych okolicznościach....
 - Kalipso... Proszę tylko o odrobinę zaufania.
   Zaufać Hauru... Ja chyba zwariowałam. Zamknęłam oczy i oderwałam rękę od konaru. Opadłam trochę niżej, ale zaraz zatrzymałam się w powietrzu. Jedynym łącznikiem z rzeczywistością była dłoń chłopaka. Otworzyłam oczy i na niego spojrzałam. Uśmiechnął się z wysiłkiem. 
 - W takich sytuacjach zwykle się mówi "nie patrz w dół", ale muszę cię prosić, żebyś znalazła tam jakąś gałąź, bo oboje spadniemy. A nie wiadomo kogo teraz asekuruje Rod.
   Pięć minut później stałam na ziemi obejmowana przez spokojnego już Roda. Gładził mnie po włosach i dopytywał, czy na pewno wszystko w porządku. A ja tylko myślałam o tym, że nie doceniałam chłopaka, który był gotów zaryzykować własne zdrowie dla mojego bezpieczeństwa. Dlaczego go tak bardzo lekceważyłam?
 - To ja będę się zbierać. - powiedział Hauru.
 - Okej, to ja odprowadzę Kalipso do domu. Cześć! - zawołał szybko mój chłopak.
 - Jeszcze raz dziękuję za ratunek... - zwróciłam się do blondyna i pocałowałam go w policzek. A potem odezwałam się do Roda:
 - Proszę: żadnych komentarzy.
 - O to nie musisz się martwić. - odparł śmiejąc się.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

12. I jak tu kochać rodzeństwo?!

 Benvolio

   Pierwsze spięcia były już za nami, a że po burzy zawsze wychodzi słońce, szykował się kolejny zwykły dzień - chyba już nawet zalatujący rutyną. I oczywiście w tak zwyczajny, piękny swoją zwyczajnością dzień znowu musieli mi dostarczyć adrenaliny! Już drugi raz butelka wskazała mnie i tym razem również byłem pełen obaw, w jaki sposób będą się dzisiaj nade mną znęcać moi kochani przyjaciele - tym bardziej, że wymyślać miała ruda!
 - Benvolio... znowu ty... No i co ja mam teraz z tobą zrobić... - Kalipso ponownie zaczęła ze mną swoją sadystyczną grę. Tylko nie to... Zastanawiała się zamiast rzucić pierwszy lepszy pomysł. To nie mogło się skończyć dobrze.
 - Mmm.... A może... nie, to zbyt proste.... Wiem! Oh... to jest genialne! Benvolio! Pójdziesz do największej biblioteki w mieście i wypożyczysz "Kamasutrę". Oczywiście na swoje nazwisko! I weź ze sobą młodszego brata. - dodała po chwili namysłu.
   Zrezygnowany zwiesiłem głowę. Tym razem już nie mogłem robić z siebie idioty anonimowo. Nieważne! Najgorsze było to, że miałem w to wciągać brata!
 - Ej, nie zgadzam się! On nie gra w to! Nie traktuj go jak rekwizyt. - zaprotestowałem.
 - Pomyślałam, że może zacząłby grać. - Odpowiedziała Kalipso i ukradkiem spojrzała na Ciris.
 - Co się dzieje? - Spytał Hauru dostrzegając porozumiewawczy wzrok dziewczyn.
 - Ciris?
 - Od przyszłego tygodnia nie będę mogła przychodzić na spotkania. - Dziewczyna zwiesiła głowę - Przyjęto mnie na kurs rysunku w Bourges... Myślałam, że się nie zakwalifikuję, ale w ostatniej chwili przyszedł mail no i... wyjeżdżam do Francji.
   Po pierwszym szoku przyszedł drugi, tłumiący ten poprzedni. I teraz wstrząśnięci byliśmy wszyscy.
 - Przepraszam - przerwała ponownie ciszę - Nie chciałam wam psuć zabawy... Już się umówiłam z Anti, że zajmie się robieniem zdjęć do kroniki i w ogóle....
 - Nie musisz przepraszać. Cieszymy się, że udało ci się załapać. - Powiedziała Kalipso
 - Zostaje nam życzyć powodzenia. - podsumował Rod.
 - Dzięki. - Uśmiechnęła się. - Bałam się że na mnie nawrzeszczycie... No... to może wróćmy do gry
 - No po co wrzask? Bez przesady... - mruknąłem uspokojony. - Wrzeszczeć to ewentualnie będę na Kalipso, jeśli nie wynegocjuję subtelnej zmiany zadania.
 - Daj spokój, Benvolio. Z tego co wiem, twój brat jest tylko rok młodszy od nas. Co mu szkodzi? - Spytała ruda.
 - Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. W końcu on jest taki wrażliwy i naiwny... Zniszczycie go. - dodałem po chwili.
 - Wydaje mi się, że nie wiesz wszystkiego o swoim braciszku... - zaśmiał się Hauru.
 - Taaak? A niby czego?
 - Oj nie wiem czy ci mówić... potem jeszcze do życiorysu mi dopiszą, że rozbijałem rodziny... głupio mieć takie coś w aktach.
 - Gadaj. - westchnąłem. - Pewnie i tak to wiem.
 - W sumie korci mnie, żeby to powiedzieć... Okej. Jakoś tuż po feriach zimowych poszedłem do łazienki w czasie lekcji. Oczywiście do damskiej, bo byłem z kimś umówiony... mniejsza o to... w każdym razie weszliśmy do kabiny, było miło... i wtedy usłyszeliśmy hałas. Myślałem, że to jakiś nauczyciel. Ale słychać było jakieś śmiechy i trzask kabiny obok. Kurde, byłem tak podniecony, że zaraz kogoś przyłapię... pożegnałem się z dziewczyną i czekałem. Zrobiło się trochę głośno... jeśli wiecie o co mi chodzi... A potem.... Kurde... Nawet nie wiesz jak mnie zatkało, gdy zobaczyłem Romea i Elę wychodzących z tej kabiny. Cicha woda z tego twojego braciszka....
   Przez moment siedziałem cicho, patrząc w ziemię z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy.
 - No i? - zaniepokoiła się Antiochis.
   Roześmiałem się. Już nie mogłem się powstrzymać.
 - Tak tej Elki nie cierpiał! Naprawdę zadziwiające! Tak narzekał, że łazi za nim taka pryszczata! I co? Jak mógłby nie przepuścić choć jednej laski! Choćby pryszczatej! - zanosiłem się ze śmiechu.
 - Czyli nie będzie problemu, żeby zabrać go ze sobą do biblioteki. - Stwierdziła Kalipso z szerokim uśmiechem
 - Wątpię, żebyśmy byli zdolni bardziej go zniszczyć
 - Hej! Ale tłumaczenie mu zasad gry mogę zrzucić na ciebie, prawda?
 - Lepiej na Kalipso niż na Hauru - westchnęła Ciris.
 - Jasne. Załatwię to. - Powiedziała ruda
   W nieco lepszych humorach wstaliśmy z trawy i pod moją komendą ruszyliśmy pod dom.
Tak, jak się tego spodziewałem, Romea zastaliśmy w ogrodzie, leżącego na trawie i piszącego SMSy. Widok całej naszej ekipy z początku go trochę zirytował - pewnie myślał, że wejdziemy do środka i będziemy hałasować, buszując jak zwykle po pokojach. Gdy zorientował się, że to do niego mamy sprawę... jak gdyby nigdy nic wrócił do pisania wiadomości! Oczywiście, mój kochany braciszek uwielbiał robić z siebie gwiazdę i co najgorsze, robił to tak naturalnie, jakby właśnie gwiazdą się urodził. Powitania zupełnie zignorował. Nawet nie wstał, kiedy do niego podeszliśmy, a swoim spojrzeniem zaszczycił nas dopiero, gdy odezwała się Kalipso.
 - Serio? SMS-y? Nie wiem jak Benvolio mógł jeszcze cię do nas nie przyprowadzić...
   Braciszek uniósł jedną brew i patrząc to na Kalipso, to na mnie, czekał na dalsze wyjaśnienia, a my, zupełnie rozluźnieni, rozsiedliśmy się na trawie obok niego.
Ruda bez zbędnych ceregieli i anegdot objaśniła mu pokrótce zasady gry, irytując się co chwila na Hauru, który nieustannie przerywał jej wywód swoimi komentarzami. Zdarzało się, że Romeo nie od razu rozumiał, o co jej chodzi. Wtedy dołączałem się ja i kombinowałem dopóki, dopóty coś w tym jego niezbyt rozwiniętym mózgu nie przeskoczyło, aż wreszcie po kilkudziesięciu minutach tłumaczenia miał pełen obraz naszej zabawy.
 - Nooo tak to się spędza wakacje! Nieładnie, Benvolio, nieładnie! - skarcił mnie jakbym to ja był wyrośniętym gimnazjalistą. - Ale podoba mi się. Wchodzę w to.
   Chyba nie byłem zbyt szczęśliwy z tego powodu, ale reszta ferajny - jak najbardziej.
 - Wiedziałem, że chłopak się zgodzi. Moja krew. - Zaśmiał się Hauru. - Wiesz co, Benvolio? Zamienilibyśmy się. Oddam ci moją siostrę za takiego brata!
 - Zawsze możemy pójść poznać również twoją siostrę. - Powiedziała Kalipso. - Im więcej osób tym lepiej.
 - Oj nie... Kalipso, z całym szacunkiem, ale NIE. Nie chcecie jej poznać.
 - Nie przekonamy się, dopóki nie sprawdzimy! - zaśmiałem się.
 - NIE! Po moim trupie! To jest perfidna, podstępna żmija. Poderżnęłaby mi gardło gdyby nie to, że uwielbia mnie gnębić. Nie! Wykluczone! Wróćmy do zadania Benvolia.
 - Nie ucieknie. - machnąłem ręką. - Prawda?
 - Wiesz co... może przełóżmy poznawanie rodziny Hauru na jutro... - odpowiedziała mi Kalipso nagle tracąc dobry humor.
   Westchnąłem.
 - No to lecimy!
 - Gdzie? - Spytał Romeo podnosząc się z trawy i wciskając telefon do kieszeni.
 - No jak to gdzie? Wykonywać twoje pierwsze zadanie. Zresztą zobaczysz.
 - Ej... o co chodzi?! Nie mówiliście, że będę miał od razu jakieś zadanie! To oszustwo!
 - Nie oszustwo. Idziesz z Benvoliem. To jego zadanie, a ty masz mu tylko towarzyszyć. - Odpowiedziała Kalipso.
 - I tak kompromitujemy się obaj. - wyszczerzyłem się, po czym ruszyłem w kierunku ulicy, ciągnąc za sobą brata. Inni szli tuż za nami.
   Bez problemu dotarliśmy do biblioteki. W końcu monumentalny budynek w samym centrum miasta nie mógłby ujść nawet naszej uwadze. Ustaliliśmy ostatnie szczegóły i w mniejszych grupach weszliśmy do środka, ja i Romeo jako ostatni.
 - Serio? Do biblioteki cię wysłali? Ha! Mają cię za takiego półgłówka, że myślą, że w życiu książki nie przeczytałeś... a nie. Chwila. Ty rzeczywiście książki w życiu na oczy nie widziałeś.
 - Przymknij się! Poznał słowo "książka" i od razu musi się tym chwalić... - odparowałem, po czym zacząłem rozglądać się po wnętrzu. Było ogromne! Nie wiedziałem, jak znajdę tę pozycję, skoro nawet nie byłem pewien co do piętra. To oznaczało, że będę musiał kogoś prosić o pomoc...
   Najpierw należało się jednak zapisać - bez tego nie moglibyśmy nawet dotknąć księgozbioru. Nie byłoby to problemem, gdyby nie Romeo, który jak zwykle nie mógł usiedzieć na miejscu. Wkrótce uporałem się z tym jednak i weszliśmy między biblioteczne półki.
 - Czego szukasz? Pomogę ci, bo pewnie nawet nie nauczyłeś się czytać i teraz udajesz, że rozumiesz tytuły.
 - Znajdź mi indyjskie księgi, mądralo.
 - Indyjskie?! Mój brat zwariował... Pójdę załatwić lekarza od chorób psychicznych...
 - To się nazywa psychiatra. Nieważne, już znalazłem. - rzuciłem. Na szczęście od wejścia działy ułożono chronologicznie i szybko odszukałem starożytne wschodnie pisma. Teraz zostało nam już tylko przekopanie kilkudziesięciu regałów wypełnionych rozsypującymi się przedrukami bzdur sprzed naszej ery. Tylko.
   Wepchnąłem braciszka między półki i sam zacząłem rozglądać się za niezbyt starym wydaniem niegrubej książki. I pewnie jest tu sporo jej egzemplarzy...
 - Umrę z nudów.... po co tu łazimy? Nawet nie wiem czego szukasz. O! Jest ktoś z informacji!
   Zanim zdążyłem go powstrzymać już podszedł do stojącej w pobliżu nas drobnej brunetki w okularach i służbowym bibliotecznym mundurku.
 - Dzień dobry! - usłyszałem jego pełen entuzjazmu głos. - Szukamy książki. Czy mogłaby nam pani pomóc?
 - Oczywiście. - odpowiedziała łagodnie. - O jaką pozycję chodzi?
 - Brat wie, zaraz go zawołam. Benvolio?
   I jak tu go ścierpieć? Przykleiłem do twarzy sztuczny uśmiech i odwróciłem się do bibliotekarki.
 - Chodzi o Kamasutrę. - powiedziałem prawie szeptem.
 - Ach! A więc to tak! - zaśmiała się lekko. - Zapraszam za mną.
 - Co ty powiedziałeś? Nie dosłyszałem! - Dopytywał Romeo idąc za mną.
 - Dowiesz się za chwilę.
   Zanim skończyłem zdanie, prowadząca nas kobieta zatrzymała się przy jednej z półek. Przy tej samej, przy której wałęsali się już uśmiechający się tajemniczo Hauru i tłumiąca śmiech Antiochis. Niech to szlag! Mają dodatkowy ubaw!
- Na tej półce są klasyczne wydania, a na tamtej - różne wersje rozszerzone.
- Dziękujemy bardzo. - szepnąłem zestresowany.
- Miłej lektury! - uśmiechnęła się szeroko, odwróciła się na pięcie i odeszła w kierunku innych regałów.
 Romeo nie tracąc ani chwili sięgnął po książkę. Otworzył ją na byle jakiej stronie i zaraz wybuchnął śmiechem.
 - Kto na to wpadł?!
 - Ciszej! - syknąłem. - To biblioteka! A wymyśliła to Kalipso. Chodźmy wypożyczyć to i dam ci spokój.
 - Jest wolna?
 - Odczep się od Kalipso! - Warknął natychmiast Hauru. - Ona jest z Rodem.
    Zaśmiałem się cicho.
 - Zdekonspirowałeś się, wiesz?
 - Nie wiem o co ci chodzi - odpowiedział blondyn uciekając wzrokiem na półki z książkami.
 - Nieważne, kończymy tę szopkę.
   Chwyciłem Romea za ramię, a drugą ręką zgarnąłem jeden egzemplarz Kamasutry i ruszyłem w kierunku biurek.
   Dalej poszło jak z płatka - bo do dziwnych spojrzeń już się przyzwyczaiłem, a i tak uwagę ściągał na siebie mój brat. Albo Kalipso pomyliła się, albo jednak miała dla mnie litość. I chwała jej za to! Już po chwili wychodziliśmy z gmachu, triumfalnie wznosząc nad głowami zdobytą Kamasutrę, czym wzbudziliśmy zainteresowanie przechodniów. Ale co z tego! Teraz to i ja świetnie się bawiłem, zwłaszcza że nasza ekipa zebrała się teraz wokół nas i zaczęła wiwatować, przez co Romeo zaczął...
 - Jestem ciekawy jak ty to przemycisz teraz do domu - Zaśmiał się mój irytujący brat.
 - Kto przemyci, ten przemyci. Jest ktoś chętny? - zapytałem patrząc wymownie na Hauru.
 - O nie, stary. Nie tym razem. Ja to już znam na pamięć.
 - Naprawdę nikt? No trudno. - schowałem książkę do plecaka i zarzuciłem go na plecy. - Zapraszam do nas na obiad!
 - E... braciszku? Pamiętasz, że ty dziś gotujesz?
 - A wiesz, że przez noc gotował się rosół?
 - A wiesz, że pies potrącił garnek i nic nie ma?
 - Nie mamy psa. - westchnąłem.
 - Ale sąsiedzi mają i poprosili mnie, żebym się nim opiekował.
 - Oj, przestań kręcić, młody. Najwyżej coś ugotujemy. Idziemy!
 - Nie kręcę! Zobaczysz!
   I tak przekomarzając się szliśmy razem z pozostałą częścią ekipy w kierunku naszego domu.
   Marsz zakończyliśmy fantastyczną zabawą w naszej kuchni (jakie to szczęście, że rodzice jeszcze nie wrócili!), po czym przyjaciele po kolei rozeszli się do swoich domów.
Kto by pomyślał, że po wykonaniu tego zadania będę się czuł jak zwycięzca? I że przy wypakowywaniu plecaka na stół kuchenny nie znajdę wypożyczonej książki?
 - Romeo! - Krzyknąłem wbiegając do jego pokoju.
 - O co chodzi?
 - Ukradłeś książkę?
 - Odbiło ci? Po co miałbym to robić?!
   Po minie poznałem, że nie kłamie. Akurat tego nigdy nie umiał dobrze robić.
 - Jak zwykle wszystko na mnie zwalasz! A weź się wypchaj!
   Dałem mu spokój. Tylko w takim razie kto wziął książkę?