Antiochis
Wreszcie nadszedł ten dzień. Przez okratowane od środka okna do wnętrza sali gimnastycznej wpadało ostre światło późnego poranka, rażąc w oczy wszystkich zebranych w niej uczniów. Wszyscy patrzyli na ustawionych tyłem do słońca nauczycieli, a szczególnie na dyrektorkę, która właśnie kończyła swoje obrzydliwie nudne, pełne nic nieznaczących frazesów przemówienie o naszych rzekomych sukcesach, jeszcze dalszej od rzeczywistości wdzięczności wobec nauczycieli i już kompletnie nierealnej nadziei na przyszłość. Bez przerwy poprawiała przy tym zsuwające się jej z oczu okulary-bursztynki, co idealnie komponowało się z resztą tego obrazu nędzy i rozpaczy – naszej budy. Jeszcze tylko kilka słów i już tłum radosnych nastolatków porywał mnie w stronę drzwi i dalej na dwór. Tak zaczęły się wakacje.
Właściwie nie wiem, czy się cieszyłam. Czułam raczej ulgę, że nikt już nie będzie niczego ode mnie żądał, czegokolwiek mi zabraniał, układał mnie, tresował, ale z drugiej strony powstała w moim umyśle pewna pustka po tym wszystkim. Nagle miałam wrażenie, że cokolwiek teraz zrobię, czymkolwiek się zajmę, nie będzie to miało jakiegokolwiek sensu i nie będzie potrzebne ani mnie, ani nikomu innemu. Nie było to nowe uczucie. Już nie raz miałam ochotę położyć się na ziemi i patrzeć na chmury, nie myśląc o niczym i na nic nie czekając. I tym razem zrobiłam to samo, co zawsze.
Zamiast
wrócić do domu skierowałam się na południe, do parku. Właściwie tylko mówiłam
na to „park” – w rzeczywistości był to dość duży teren porośnięty drzewami i gigantycznymi
chwastami, zaniedbany, zupełnie dziki. Kilka lat temu ktoś go kupił i ogrodził
płotem z blachy falistej. Zupełnie nie wiem, o co mu chodziło, ale chyba już
się nie dowiem, bo od tamtej pory w parku nic się nie działo. Tak samo rosła tu
dziwna mieszanka dębów, klonów i świerków, tak samo gałęzie ocieniały wiecznie
przykrytą zbutwiałymi liśćmi ziemię, a stare ścieżki coraz bardziej zarastały.
Wszystkie poza jedną – tą która prowadziła od dziury w nietypowym płocie aż do
środka, gdzie w równiutkim kręgu stało sześć świerków. To tu szukałam ulgi w
ciężkich chwilach i tak samo teraz właśnie tu zamierzałam dojść do siebie.
Szłam na pamięć, ze spuszczoną głową i prawie zamkniętymi oczami. Odsunęłam już
ostatnie gałęzie na mojej drodze i nagle minął cały mój depresyjny nastrój.
- Cześć, Antiochis. – mruknęli zgodnym chórem siedzący pod drzewami Benvolio, Hauru, Ciris i Kalipso z Rodem.
- Cześć, Antiochis. – mruknęli zgodnym chórem siedzący pod drzewami Benvolio, Hauru, Ciris i Kalipso z Rodem.
Byłam
wściekła. Co tu się stało do cholery?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz