poniedziałek, 29 kwietnia 2013

2. Popis osobowości

 Benvolio

   Antiochis wyglądała na zdenerwowaną.
   - Tak myślałam, że tu przyjdziesz - zwróciła się do niej Ciris. - Nie gniewaj się. Chciałam tu na ciebie zaczekać sama, ale Hauru powiedział, że mnie odprowadzi, a potem dołączyła się reszta...
   Anti chyba nadal była obrażona, bo bez słowa usiadła pod drzewem, krzyżując ręce na piersiach i uparcie wpatrywała się w trawę.
   - W takim razie może powiem to kiedy indziej. - mruknęła Ciris, zupełnie niezaskoczona tą reakcją.
   Zza pleców usłyszałem prychnięcie. To musiał być Rod - nikt inny nie irytuje się tak łatwo jak on. Szkoda tylko, że nie mówi na głos, co dokładnie go wkurza. Odwróciłem się, żeby go o to spytać, ale spojrzał na mnie w ten sposób, że od razu moja ciekawość przeniosła się na kursujące po ubitej ziemi mrówki.
   Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Już zacząłem się zastanawiać, jak wytłumaczyć to, że wciąż tu siedzę i nie wracam do domu, ale na szczęście odezwał się Hauru. Zresztą on zawsze odzywa się w takich sytuacjach.
   - Tu jest niesamowicie. Tak chłodnawo... i... "leśnie"? Ale nie tak jak w zwykłym lesie, tylko jak w jakiejś syberyjskiej tajdze.
   - No. Tylko, że latem. - zgodziłem się, wyobrażając sobie, że właśnie w takim miejscu się znajdujemy. - Zaraz zza tamtego drzewa wychyli się wielki rosomak, a tam dalej zobaczymy renifery. Popatrzymy na nie, a gdy pójdą, wybierzemy się do najbliższej wioski zjeść coś i wyspać się, a następnego dnia znowu ruszymy w drogę...
   - Po co prosić o jedzenie? - zbuntował się Hauru. - Zapolujemy na niedźwiedzia!
   - Ktoś i tak będzie musiał nas przenocować. - powiedziałem, próbując znowu zanurzyć się w marzeniach. Po chwili wtrącił się jednak Rod:
   - Na waszym miejscu zastanawiałbym się raczej po jakiemu się z dogadać z ludźmi z wioski. Nawet nie wiedzielibyście jaka to rodzina języków, taki tam jest misz-masz.
   Rozmowa na jakiś czas ucichła. Próbowałem rozpoczynać nowy temat i Hauru czasem go podchwytywał, ale Rod gasił mnie po kilku minutach. Zaczęło mnie nawet zastanawiać, jaki ma w tym cel.
   W końcu, widząc, że Ciris prawie już udobruchała Antiochis, Kalipso przejęła inicjatywę:
   - Nudno tu, wiecie? - rzuciła. Brzmiało to prawie jak wyrzut, ale - znając ją - pewnie nie miała tego na myśli.
   - Zagrajmy w coś! - dodała po chwili. Już widać było, że ma jakiś pomysł.
   - Rzuć coś, bo już widzę, że masz plan. - odpowiedział z nieudawanym entuzjazmem Hauru, przysuwając się bliżej.
   Kalipso wzięła do ręki swoją torbę, poszperała w niej chwilę i wyciągnęła z niej... butelkę po coca-coli. Zżerała mnie ciekawość, co też tym razem ta dziewczyna wymyśliła.
   - Zagramy w butelkę! Wszyscy znają zasady, prawda? - zapytała i nie czekając na odpowiedź (która przecież była oczywista), krzyknęła radośnie: - Ja zaczynam!

sobota, 20 kwietnia 2013

1. Początek

 Antiochis

   Wreszcie nadszedł ten dzień. Przez okratowane od środka okna do wnętrza sali gimnastycznej wpadało ostre światło późnego poranka, rażąc w oczy wszystkich zebranych w niej uczniów. Wszyscy patrzyli na ustawionych tyłem do słońca nauczycieli, a szczególnie na dyrektorkę, która właśnie kończyła swoje obrzydliwie nudne, pełne nic nieznaczących frazesów przemówienie o naszych rzekomych sukcesach, jeszcze dalszej od rzeczywistości wdzięczności wobec nauczycieli i już kompletnie nierealnej nadziei na przyszłość. Bez przerwy poprawiała przy tym zsuwające się jej z oczu okulary-bursztynki, co idealnie komponowało się z resztą tego obrazu nędzy i rozpaczy – naszej budy. Jeszcze tylko kilka słów i już tłum radosnych nastolatków porywał mnie w stronę drzwi i dalej na dwór. Tak zaczęły się wakacje. 
   Właściwie nie wiem, czy się cieszyłam. Czułam raczej ulgę, że nikt już nie będzie niczego ode mnie żądał, czegokolwiek mi zabraniał, układał mnie, tresował, ale z drugiej strony powstała w moim umyśle pewna pustka po tym wszystkim. Nagle miałam wrażenie, że cokolwiek teraz zrobię, czymkolwiek się zajmę, nie będzie to miało jakiegokolwiek sensu i nie będzie potrzebne ani mnie, ani nikomu innemu. Nie było to nowe uczucie. Już nie raz miałam ochotę położyć się na ziemi i patrzeć na chmury, nie myśląc o niczym i na nic nie czekając. I tym razem zrobiłam to samo, co zawsze.
   Zamiast wrócić do domu skierowałam się na południe, do parku. Właściwie tylko mówiłam na to „park” – w rzeczywistości był to dość duży teren porośnięty drzewami i gigantycznymi chwastami, zaniedbany, zupełnie dziki. Kilka lat temu ktoś go kupił i ogrodził płotem z blachy falistej. Zupełnie nie wiem, o co mu chodziło, ale chyba już się nie dowiem, bo od tamtej pory w parku nic się nie działo. Tak samo rosła tu dziwna mieszanka dębów, klonów i świerków, tak samo gałęzie ocieniały wiecznie przykrytą zbutwiałymi liśćmi ziemię, a stare ścieżki coraz bardziej zarastały. Wszystkie poza jedną – tą która prowadziła od dziury w nietypowym płocie aż do środka, gdzie w równiutkim kręgu stało sześć świerków. To tu szukałam ulgi w ciężkich chwilach i tak samo teraz właśnie tu zamierzałam dojść do siebie. Szłam na pamięć, ze spuszczoną głową i prawie zamkniętymi oczami. Odsunęłam już ostatnie gałęzie na mojej drodze i nagle minął cały mój depresyjny nastrój.
- Cześć, Antiochis. – mruknęli zgodnym chórem siedzący pod drzewami Benvolio, Hauru, Ciris i Kalipso z Rodem.
   Byłam wściekła. Co tu się stało do cholery?!