Rod
Nie było sensu myśleć, czy tak miało być, czy też musiałem ulec namowom Rafaeli i przyjść na to
spotkanie. To była moja decyzja i nie powinna być inna, stan takiego
zawieszenia nie mógł trwać w nieskończoność. Na nic nie
miałem wpływu. A może jednak?
Przez te kilka dni w prawie całkowitej
samotności jednak coś się stało. Moje nastawienie zmieniało się
z godziny na godzinę, ale to jednak do czegoś doprowadziło. Coś
się zmieniło, coś, czego nie byłem w stanie zdefiniować, a miało
realny wpływ na moje życie, tak od wewnątrz. Po długim biciu się
z myślami, a potem wyrzuceniu z siebie wszystkiego na tamtej polanie
chodziłem teraz po ulicy i zastanawiałem się, co z sobą zrobić,
wiedząc, że coś powinienem. A nawet wiedząc, co.
To miał być szalony krok. Ale
konieczny. Nie wiem, dlaczego, ale coś nakłaniało mnie, żebym to
zrobił, mówiąc, że inaczej nie pójdę dalej. I w końcu przyszedł ten decydujący
impuls. "Na co, do cholery, jeszcze czekam?" - pomyślałem.
Pobiegłem w kierunku domu, wpadłem do swojego pokoju i chwyciłem
za telefon.
Usłyszałem pierwsze sygnały i wziąłem głęboki wdech. Nagle z
komórki doszedł mnie znajomy głos:
- Halo?
Na moment straciłem pewność, że chcę to zrobić. Ale odpowiedzieć musiałem tak czy siak, teraz nie było już drogi odwrotnej.
- Cześć, Ciris. Masz chwilkę? -
odpowiedziałem w końcu niepewnym głosem.
- Rod? Czy ty wiesz, ile będzie cię
kosztować połączenie do Francji?!
- Francji? - zapytałem, zbity z tropu.
Chwila straciła dla mnie poprzednio zbudowaną powagę. - A nie
miałaś jakoś ostatnio wracać?
- Nie... przecież kurs kończy się dopiero za
niecałe dwa tygodnie. Antiochis wam nie powiedziała?
- Mówiła nam, że jakoś...
zaraz.
- Pewnie jej się coś pomyliło...
albo straciła rachubę czasu. Nic dziwnego, skoro macie butelkę!
Już zupełnie nie wiedziałem, co
odpowiedzieć. Ale chyba nie po to dzwoniłem, żeby ją jeszcze
wkręcać, że u nas wszystko w porządku.
- Nie całkiem. Trochę się sprawy
pokomplikowały.
- Co masz na myśli...? - spytała
podejrzliwie natychmiast tracąc optymistyczny ton.
- W pewnym sensie właśnie dlatego
dzwonię.
- Poczekaj chwilkę.
Doszedł mnie szum po drugiej stronie słuchawki.
Jakieś niewyraźne głosy i chyba dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.
- Opowiadaj, co się dzieje. - odezwała
się ponownie Ciris.
- Od jakiegoś czasu nie gramy już w
butelkę. Po prostu... Wyszło na wierzch kilka faktów...
przez które już ciężko to kontynuować. - próbowałem
kluczyć. - Kilka razy się pokłóciliśmy. Tak poważnie.
Przed chwilą to już był szczyt. No i nie wiem, co teraz.
Przez chwilę na linii zapanowała
cisza. Potem dziewczyna zapytała:
- O co poszło?
- Wydaje mi się, że o ogół.
Niewiele zmieniło się od kiedy wyjechałaś, ale po prostu wszystko
się... ujawniło.
- Nie jestem pewna, czy dobrze
rozumiem, ale czy masz na myśli... przepraszam, jeśli to nie prawda,
ale skoro to ty dzwonisz... to może... znaczy... chodzi o... Kalipso
i Hauru?
- Tak. - wypaliłem, starając się nie
okazać, jak to boli. - Chociażby o nich.
- Tak mi przykro... bałam się, że to
może się stać... Jak się czujesz? Mam nadzieję, że się
trzymasz. Naprawdę...
- Trudno, żeby było wszystko w
porządku.
- Wiem... Oj wiem... Nie załamuj się.
To uczucie kiedyś mija... Choć pewnie nigdy nie będzie jak
wcześniej... Bardzo ci współczuję.
- To nie tak, że byłem zszokowany,
gdy tak się okazało. Od dawna widziałem, że... Zresztą... Tylko
co teraz?
- Może... Mówisz, że już nie
gracie w butelkę? To może na jakiś czas zrób sobie od nich
przerwę i spotykaj się z innymi znajomymi...
- Ciris, zrobiłem sobie przerwę. Za
długą. Odcinanie się nie rozwiązuje problemu, to już wiem.
- Więc musisz spróbować jakoś
odnaleźć się od nowa między nimi... Nawiązać lepszy kontakt z
Anti i Benvoliem... To będzie mniej bolało.
- Nie mam pojęcia, jak to zrobić...
- Oni też są wplątani w te kłótnie?
- Wszyscy są. - westchnąłem.
- Zostawić was na chwilę...
- No widzisz... - próbowałem
spojrzeć na to bardziej na luzie.
- Nie wiem, o co się tak
posprzeczaliście... co tam się w ogóle dzieje... Jak ja mam
ci pomóc? Chciałabym, ale nie umiem.
- Powiedz mi tylko, czy to jeszcze ma
sens. Czy zwrócić się jeszcze do kogoś, czy przestać w
ogóle myśleć, że jeszcze tu należę. Nie pasuję tu, to
pewne, ale czy przeszkadzam reszcie tak bardzo, że lepiej się
usunąć?
- Jak w ogóle możesz zadawać
takie pytania! Oczywiście, że należysz do tej grupy!
Poczułem, że to jest odpowiedź na
właściwe pytanie. Sytuacja nagle stała się wystarczająco
klarowna, żebym wiedział, czym dalej się kierować. Tego
potrzebowałem, choć nie chodziło mi koniecznie o tę z dwóch
opcji.
- Dziękuję.
- Posłuchaj... Wracam 5 sierpnia.
Jeśli coś będzie nie tak, to możesz na mnie liczyć. Nie przyjmuj
do siebie tego, co ludzie mówią w złości... Może po prostu
zbyt wiele czasu spędziliście ze sobą... Wtedy nastroje zawsze
robią się nerwowe, ok?
- Może... - starałem się pokazać
nutkę entuzjazmu, choć akurat to do mnie nie przemawiało. - W
każdym razie już bardzo mi pomogłaś.
- Cieszę się... Co teraz zamierzasz?
- Chyba... Pójdę jutro do Anti.
Albo lepiej umówię się z nią na mieście.
- W takim razie życzę wam miłego
dnia. Pozdrów ją ode mnie... i powiedz, że ją zabiję za
to, że o niczym mi nawet nie wspomniała.
- Myślę, że będzie ci miała dużo więcej do opowiedzenia. - ostrzegłem ją.
- Coś poważnego?
- Nie wiem. Najlepiej, żeby sama
wytłumaczyła, bo pewnie nie będę umiał. Ale to tak na
przyszłość. Jeszcze raz dziękuję.
- Nie ma za co. Trzymaj się i nie
przeraź rachunkiem za telefon....
- Jasne. Cześć!
- Do zobaczenia!
Rozłączyłem się, mimowolnie udając
uśmiech. A może nie udając? Sam nie wiem, czy to, czego się
dowiedziałem, mogło być powodem do radości. Na pewno mi ulżyło, ale przecież nie
mogło być od teraz łatwo.
Pocieszające było to, że wbrew
pozorom nie byłem sam. Że moje rozstanie z Kalipso, skądinąd
bolesne, nie oznaczało końca wszystkich moich znajomości - a do
tej pory wydawało mi się, że w całym tym towarzystwie trzyma mnie
tylko ona. Z drugiej strony jednak nie przyjaźniłem się z nikim
bliżej. Ciris znałem słabo, ale jakaś nić porozumienia była, to
pewne. Do Benvolia miałem uraz, z Anti przez to też nie za dobrze
się dogadywałem. O pozostałej dwójce szkoda wspominać. A więc... trzeba było jakby zacząć
od nowa. Bez obaw, że nie chcę mojego towarzystwa, inaczej nie da
rady.
Poczułem się, jakbym miał wchodzić w nową grupę i
poznawać wszystkich od początku. To zawsze było trudne, a teraz miało być
nawet trochę niezręcznie... Nie ma wyjścia. Nie ma wyjścia.